niedziela, 5 stycznia 2014

The Manhattan Projects vol. 1: Science. Bad. (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)

Kim jest Jonathan Hickman? Odpowiedź jest prosta, prawda? Scenarzysta ten jest obecnie największą maszynką do zarabiania pieniędzy dla Marvela i autorem interesujących historii w serii „Avengers” oraz nieco wcześniej bardzo dobrego runu w „Fantastic Four”. Tyle tylko, że to tylko mała część prawdy. Prawidłowa odpowiedź znajduje się w kolejnym zdaniu. Tak naprawdę Jonathan Hickman to obecnie nie tylko (UWAGA: to podłe powtórzenie jest jak najbardziej zamierzone) największa maszynka do zarabiania pieniędzy dla Marvela i autor interesujących historii w serii „Avengers” oraz nieco wcześniej bardzo dobrego runu w „Fantastic Four”, ale być może przede wszystkim scenarzysta komiksów autorskich, wydawanych przez Image Comics oraz od niedawna Avatar Press. Panie, panowie, padła właśnie pełna definicja Jonathana Hickmana, od razu uprzedzam – wszelkie prawa zastrzeżone

Ileż już pojawiało się komiksowych historii prezentujących alternatywną historię świata? Myślę że nawet średnio obeznany w amerykańskim mainstreamie czytelnik mógłby spokojnie wymienić ich nawet kilka. Pisana przez Hickmana seria „The Manhattan Projects” nie jest pod tym względem wyjątkiem. Tak, liczba mnoga jest tu zupełnie nieprzypadkowa. Oryginalnie, „The Manhattan Project” opierał się na zebranej przez rząd USA w 1942 roku grupie wybitnych naukowców, których wspólna praca dała amerykanom bombę atomową. Jonathan Hickman w swoim komiksie kompletnie odszedł od tej koncepcji, prezentując znane postacie historyczne jako podróżników między wymiarami, zdobywców kosmosu, badaczy zjawisk nadprzyrodzonych i wreszcie, a być może przede wszystkim, jako naprawdę fajnych gości. I nie zmienia tego faktu, że trzon obsady komiksu tworzą między innymi takie postacie jak: bardzo zły brat-bliźniak, sobowtór z innego wymiaru, żywa napromieniowana czaszka czy radykalny mason.

Czytając pierwszy tom zbiorczy „The Manhattan Projects” nie sposób się nudzić. Scenarzysta praktycznie bez przerwy na oddech prowadzi pisaną przez siebie historię do przodu, co rusz zaskakując czytelnika niespodziewanymi zwrotami akcji czy zabawą konwencją. Dość ryzykownym pomysłem mogłoby wydawać się postawienie na konwencję tak zwanego „weird sci-fi”, lecz ostatecznie scenarzysta doskonale się w niej odnajduje. Moim zdaniem właśnie ta druga rzecz jest tym, dzięki czemu seria zapracowała sobie na nominację do nagrody Eisnera„The Manhattan Projects”  nie tylko przedstawia takie znane postacie jak Einstein czy Oppenheimer, ale także czyni z nich kogoś niemal na kształt superherosów czy superzłoczyńców. I mimo iż jest to totalnie odjechany pomysł, Hickman sprawia że czyta się to z uśmiechem na twarzy, a także tworzy się więź z bohaterami komiksu. Czyż nie jest niesamowitym przeżyciem zobaczyć, jak Robert Oppenheimer osobiście zabija z karabinu maszynowego dziesiątki Japońskich robotów inwazyjnych? To zdecydowanie nie jest rzecz, której czytelnik może oczekiwać po pierwszym z brzegu komiksie z trykociarkami.

Tu nie sposób nie porównać przy okazji dwóch dość podobnych dzieł Hickmana, a więc tego komiksu oraz „S.H.I.E.L.D.” dla Marvela. Oba te tytuły bazują na podobnej koncepcji, a więc na przedstawieniu alternatywnej historii świata. W swojej pracy dla Domu Pomysłów Hickman jednak co rusz musiał odwoływać się w bardziej lub mniej wyszukany sposób do wydarzeń z uniwersum, ponieważ całkowita swoboda twórcza jest dla edytorów tego wydawnictwa rzeczą kompletnie nie do pomyślenia. I chociaż muszę przyznać, że jego seria była naprawdę niezła (a nie zdarza mi się często chwalić Dom Pomysłów), nie przyjęła się wśród zafascynowanych superbohaterami czytelników i przepadła, chyba nawet niedokończona, w Marvelowskim limbo.

Rysownikiem każdego z zeszytów „The Manhattan Projects” jest Nick Pitarra – bardzo regularny współpracownik Jonathana Hickmana. Obaj wcześniej stworzyli miniserię pod tytułem „The Red Wing”. Artysta ten znany jest z dosyć specyficznego stylu, który określiłbym jako mieszaninę kreskówkowej z... surrealistyczną. Jak widać na ilustracjach jego autorstwa, Pitarra nie jest rysownikiem łatwym w odbiorze i z jego stylem trzeba się polubić. Problem pojawia się wtedy, jeśli nie spodobają się one wam na tyle, że z tego powodu nie dacie szansy niesamowitemu i wciągającemu scenariuszowi. Jeśli więc Pitarra nie jest waszym ulubionym rysownikiem, to i tak powinniście dać szansę tej pozycji.

Obecnie ukazały się już trzy tomy zbiorcze „The Manhattan Projects” i już teraz mogę obiecać, że absolutnie każdy z nich będzie przedmiotem osobnej recenzji na blogu. Niestety, pierwszy tom nie zawierał żadnych dodatków, a ze względu na dość surowe, jednorodne, ale mimo wszystko całkiem oryginalne okładki, ciężko nawet polecić przejrzenie kompletnej galerii coverów. Jedno i tak jest pewne – brak dodatków na pewno nie sprawia, że nominacja do Eisnera dla „The Manhattan Projects” była przypadkowa. Podejrzewam, że czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą iż uważam, że jest to jeden z najlepszych komiksów nie tylko w obecnej ofercie Image Comics, ale także w ogóle na amerykańskim rynku komiksowym. I już z całą pewnością zdecydowanie przebija wszystko to, co Hickman zrobił dla Marvela.

Ocena może być tylko jedna: 6/6

2 komentarze:

  1. Jeśli już mowa o Hickmanie, to czy któraś z jego serii (Manhattan Projects oraz East of West) jest wyraźnie słabsza od drugiej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tych dwóch - nie. Za to jest jeszcze "Secret", które jest takie sobie i w dodatku ma megaopóźnienia.

      Usuń