Ostatnia
część cyklu „Historia Image Comics” poświęcona będzie polskiemu rynkowi
wydawniczemu. Być może niektóre informacje z dzisiejszej odsłony Was zdziwią,
ponieważ w naszym kraju ukazało się kilka komiksów, których pochodzenia nie
jesteście świadomi. Szkoda tylko, że przerażająca większość tytułów, które
wspomniane zostaną w tym artykule, nigdy nie została dokończona. Ale o tym
później. Najpierw przenieśmy się do 1996 roku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 21 stycznia 2014
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Historia Image Comics, część ósma: Image nie w komiksie
Dzisiejsza
odsłona „Historii Image Comics” skupi się nie na komiksach, a na markach
wydawnictwa, którym udało się wyjść po za ich karty. Ten wpis ponownie będzie
dość długi i wzbogacony o filmy. Tak więc dziś będziecie mogli nie tylko coś
poczytać, ale także pooglądać. Na pierwszy rzut oka dokonania bohaterów Image
na dużym i małym ekranie nie powalają na kolana. Mimo wszystko tekst
podzieliłem sobie na kilka części i w każdej z nich chronologicznie wymieniać
będę to co już pojawiło się na sklepowych półkach czy w ofercie jednej czy
drugiej stacji telewizyjnej. Nie będę parać się kompletacją plotek i planów,
których w czasach boomu na ekranizacje komiksów wszelakich codziennie pojawia
się nawet kilka. No to jedziemy z tym koksem, a na pierwszy rzut pójdą...
Znacznie
gorzej bohater ten spisał się debiutując na Playstation. Gra „Spawn: The
Eternal” została praktycznie zniszczona przez recenzentów. Tytuł ten również był
bijatyką, lecz stojącą na bardzo niskim poziomie zarówno pod kątem wykonania,
jak i poziomu trudności. Portal ING ocenił ją na 2/10, natomiast GameSpot –
1.8/10.
Inne
Animacje
Chociaż już
od ponad dekady kompletnie nic nie łączy Jima Lee z Image, to jednak oddać mu
trzeba, że historycznie pierwszą produkcją opartą na komiksach tego wydawnictwa
był trzynastoodcinkowy serial animowany „WildC.A.T.S.”. Jego emisja rozpoczęła
się w październiku 1994 roku i nie mogła trafić na gorszy okres. Stacja CBS,
która wyświetlała kreskówkę dwa miesiące później zadecydowała o ściągnięciu z
anteny tak zwanego „Action Zone” – bloku z animacjami w których główna rolę
odgrywają superbohaterowie. Koty podzieliły los emitowanych od ponad dwóch lat
Żółwi Ninja, chociaż serial chwalony był za fabułę, przystępność dla młodego
odbiorcy, rockową ścieżkę muzyczną oraz bardzo dobre jak na owe czasy animowane
sceny akcji. Decyzja CBS-u nie tylko oznaczała koniec serii, ale także
pośrednio doprowadziła do zawieszenia prac nad animowanym serialem „Gen13”.
Zaledwie
trzy miesiące po ściągnięciu z anteny przygód Dzikich Kotów, MTV zaczęło emisję
„The Maxx” oparte na komiksie Sama Kietha. Niestety, tytuł ten nawet nie
poprawia wyniku swojego poprzednika i również dokonuje żywota po 13 odcinkach.
Tu jednak problemem nie była jedynie niska oglądalność, a... zbyt ambitny
projekt. „The Maxx” mieszało gatunki, sposoby narracji, a nawet animacji.
Projekt padł, ponieważ okazało się iż wybranie MTV na dom serialu było po
prostu błędem. Wystarczy zresztą zajrzeć do obecnej ramówki tej stacji, by
zauważyć ile jest tam chociaż odrobinę ambitnych projektów. Jako ciekawostkę
dodam, że animowany „The Maxx” był praktycznie kadr w kadr przenoszony z kart
komiksów.
Jak czas
pokazał, największym sukcesem jeśli chodzi o ilość odcinków okazał się
animowany „The Savage Dragon”, emitowany przez kanał USA Network. Serial ten
również zalicza jedynie jeden sezon, ale liczy on sobie 26 epizodów. Co
ciekawe, przygody tego herosa były dość powszechnie krytykowane za kiepską
fabułę i wszechogarniającą nudę bijącą z ekranu. Ogólnie w tym czasie stacja
miała kiepską serię jeśli chodzi o dobór animacji, ponieważ wraz z Dragonem do
piachu poszły seriale z bohaterami z Mortal Kombat oraz Wing Commander. Nie pomógł nawet łączący je wszystkie
crossover, wyemitowany w grudniu 1996 roku.
Z kolei
największym sukcesem komercyjnym okazał się „Spawn” Todda McFarlane. Mroczna,
brutalna i zdecydowanie przeznaczona dla dorosłych produkcja utrzymuje się na
antenie przez trzy sześcioodcinkowe sezony. Emitowana przez HBO produkcja
niestety nie doczekała się dobrego, zamkniętego zakończenia, jednak i tak
znalazła się na piątym miejscu listy najlepszych animacji opartych na
ekranizacjach komiksów według serwisu IGN. Początkowo posądzany o niespieszne
tempo „Spawn” okazał się wizualną ucztą pełną niejednowymiarowych postaci.
Niestety o zdjęciu serialu z anteny zadecydowała niska oglądalność. To ogromna
strata, że HBO nie zdecydowało się na wyprodukowanie jeszcze jednego epizodu,
którego zadaniem było domknięcie wszystkich wątków. Mimo to i tak polecam.
Najdalej
poszło studio Top Cow, które w 2006 roku postanowiło zaatakować rynek japoński.
Tak też powstała licząca 24 epizody animacja „Witchblade”, która przeniosła
bohaterkę znaną z komiksów do futurystycznej, zniszczonej Japonii. Z dziełem
Michaela Silvestriego nie miało to absolutnie nic wspólnego, lecz nie to było
największą wadą serii. Była nią zwyczajna nuda. Projekt ten, podobnie jak
wcześniejsze próby Marvela, nie odniósł żadnego sukcesu ani w Japonii – zapewne
z powodu dość typowej kultury mieszkańców kraju kwitnącej wiśni, ani także w
USA. I w tym jednym przypadku bardzo cieszę się, że tak właśnie się stało.
Anime
„Witchblade” nie jest jednak jak dotąd ostatnią próbą przedostania się bohaterów znanych z
komiksów Image na pole seriali animowanych. W 2010 roku na półkach z płytami
DVD pojawił się film „Firebreather” oparty na komiksie pod tym samym tytułem.
Niestety nie znam ani oryginału, ani także samej animacji. Z trailera wynika
jednak, iż mamy do czynienia z opowieścią o standardowym, młodym chłopaku,
który wchodzi w posiadanie mocy typowych dla smoków. Jeśli dobrze przeszperałem
Internet, film ten wyświetlany był także na polskim Cartoon Network, więc
możliwe że ktoś z Was o nim słyszał. Jeśli tak, to poproszę o opinie dotyczące
„Firebreathera”
Filmy
Pełnometrażowe
filmy aktorskie oparte na komiksach Image Comics były jak dotąd cztery i tylko
jedna z nich – notabene ostatnia – okazała się sukcesem. Szlaki przetarł nie
kto inny jak „Spawn” z 1997 roku. Był to film praktycznie z każdej strony zły:
kiepskie aktorstwo, nuda, brak porywającej fabuły, w większości kiepskie efekty
specjalne (nawet jak na owe czasy) oraz fatalna reżyseria praktycznie położyły
ten film na całej długości. Przełożyło się to także na osiągnięty wynik
finansowy, ponieważ film nawet się nie zwrócił, tym samym zamykając drogę do
planowanego wówczas sequela. Być może jednak dobrze się stało, że nie było dane
nam go doczekać. Wszak z reguły drugie części stoją na znacznie niższym
poziomie, co w przypadku „Spawna” oznaczałoby już rycie twarzą do dnie.
Trzy lata
przyszło nam czekać na kolejny film z bohaterem komiksów Image. W 2000 roku Top
Cow nakręciło telewizyjną produkcję „Witchblade”, która w przypadku sukcesu
miała przerodzić się w serial. Chociaż ciężko mówić tu o filmie stojącym na
wysokim poziomie, widownia dopisała na tyle, że detektyw Sara Pezzini z twarzą
Yancy Butler doczekała się własnego serialu. A o nim kilkanaście słów
znajdziecie poniżej.
Mało kto
wie o tym, że film „Bulletproof Monk”, w Polsce wyświetlany jako „Kuloodporny”
to ekranizacja mało znanego komiksu od Image Comics. Film okazał się
umiarkowanym sukcesem, znacznie mniejszym niż bardzo podobne „Godziny Szczytu”.
Film ten łączył komedie z kinem akcji oraz odrobiną mistycyzmu i skupiał się na
nietypowej przyjaźni obdarzonego niezwykłymi umiejętnościami mnicha i granego
przez Seana Williama Scotta (seria „American Pie”) Amerykanina, w którym
przybysz ze wchodu upatrzył sobie swojego ucznia. Osobiście uważam, że film ten
świetnie sprawdza się na wieczór przy piwku i chipsach.
Największym
sukcesem jeśli chodzi o ekranizacje komiksów z wydawnictwa Image okazało się
„Wanted” z 2008 roku. Film z udziałem Jamesa McAvoy’a, Angeliny Jolie oraz
Morgana Frejmana okazał się nie tylko sporym sukcesem kasowym, ale także i
komercyjnym, o czym świadczyć mogą dwie nominacje do Oscarów. Od dłuższego
czasu mówi się o jego kontynuacji, lecz na tym też się kończy. Szkoda, ponieważ
„Wanted” znajduje się dość wysoko w moim rankingu czysto odprężających filmów,
a ponadto nie ukrywam, że jestem fanem większości aktorskich kreacji Jamesa
McAvoy’a.
Seriale
Jak już
wspomniałem powyżej, sukces telewizyjnego filmu „Witchblade” zaowocował
aktorskim serialem, który przetrwał na antenie dwa sezony. Nie było to niestety
porywające widowisko, w którym dodatkowo tytułowy artefakt ograniczał się do
bycia żelazną rękawicą dzierżoną przez detektyw Pezzini. Większość odcinków nie
posiadała porywającej fabuły, a tylko jedna postać potrafiła być naprawdę
interesująca. Nie zdradzę dokładnych szczegółów, lecz dopiszę, że pierwszy sezon
kończy się cliffhangerem tak kiepskim, iż ciężko jest mi przypomnieć sobie coś
znacznie gorszego. W każdym bądź razie, nie polecam.
Teraz
wybaczcie mi lenistwo, ale o kolejnej produkcji tylko wspomnę. Serialem tym
jest naturalnie święcące obecnie niesamowite sukcesy „The Walking Dead” stacji
AMC. Druga połowa czwartego sezonu już 10 lutego, seria piąta na jesień. Kto
nie zna ten gapa :)
Gry
komputerowe
Teraz
wchodzimy w rejony, których nie znam najlepiej, więc będę mocno posiłkował się
materiałami w Internetu. Wbrew pozorom, gry z postaciami z komiksów Image to
nie tylko dwie marki. Tak naprawdę są ich... trzy. Wszystko zaczęło się od
Spawna, który podbijał wszystkie możliwe platformy istniejące pod koniec XX
wieku. Wszystko zaczęło się od wydanej w 1995 roku gry „Todd’s McFarlane Spawn:
The Video Game” na konsolę SNES. Była to typowa gra dla tego okresu. Gracz
wcielał się w postać Ala Simmonsa i kierując się nieustannie w prawo pokonywał
kolejne poziomy i znajdujące się na nim hordy przeciwników, by uwolnić grupkę
porwanych dzieci. W tym także Cyan – córkę Wandy, jego byłej żony. Gra została
przyjęta w umiarkowany sposób, a jej oceny kręcą się w okolicach 3/5.
Nieco
lepiej Alowi Simmonsowi powiodło się na Game Boy Color. Gra zatytułowana po
prostu „Spawn” skupiała się na genezie bohatera i dość wiernie oddawała
historię zawartą w komiksie. Tytuł został ciepło przyjęty przez graczy, także z
powodu dużej ilości rozbudowanych, ciekawych i nieźle zrealizowanych cutscenek.
Niestety, ostatecznie nie zdecydowano się na wyprodukowanie wymarzonej przez
fanów kontynuacji.
Chyba
najbardziej doceniona grą z Alem Simmonsem w roli głownej okazało się „Spawn:
In the Demon’s Hand”. Gra zameldowała się na konsole Dreamcast oraz Arcade i
jako pierwsza pozwalała wcielać się w inne postacie z uniwersum Spawna. Każda z
nich miała konkretną linię fabularną do wypełnienia, która ostatecznie łączyła
się w złożoną fabułę. Podobno można było ponarzekać na pracę kamery, jednak był
to jedyny zauważalny minus tej produkcji.
Ostatnią
próbą Spawna na podbicie konsoli była gra o podtytule „Armagedon” na
PlayStation 2. w konstrukcji przypominająca „Devil May Cry” produkcja swoją
fabułę oparła na pierwszych stu numerach komiksowej serii. Niestety, znów dały
o sobie znać kiepskie oceny (z reguły około 5 lub 6/10) i jak dotąd tytuł ten
ostatecznie pogrzebał historię tego herosa w grach komputerowych.
Znacznie
lepszy okres dla gier z postaciami z komiksów Image zaczęła się w 2007 roku,
wraz z pojawieniem się „The Darkness”. Gracz wcielał się w postać Jackiego
Estakado i obdarzony mocami Ciemności wykonywał kolejne zadania. Pomysłowa
fabuła plus wciągający system gry zaowocował kontynuacją wydaną w 2012 roku, która
powtórzyła sukces swojej poprzedniczki i tym samym dała nadzieję na to, że na
trzecią część fani nie będą czekać kolejnych pięciu lat. Niestety, nie
przełożyło się to na popularność komiksowej serii „The Darkness”, która pod
koniec zeszłego roku dokonała swojego żywota.
Jednakże to
nie „The Darkness”, a – co nietrudno zgadnąć – gra „The Walking Dead” okazała
się zdecydowanie największym sukcesem jeśli chodzi o przenoszenie komiksów
Image do wirtualnego świata. Chociaż... nie do końca tak jest. Podzielona na
epizody i składająca się już z dwóch sezonów gra osadzona jest w tym samym
świecie co komiks, lecz prezentuje zupełnie inną grupę ocalałych ludzi, a
kolejne odcinki pokazują nam ich walkę o przetrwanie. Gra przywróciła niejako
świetność przygodówkom i została doceniona zwłaszcza za niezwykle udaną fabułę.
Niestety,
sukcesu tego nie powtórzyła gra „The Walking Dead: Survival Instinct”
opowiadająca znanych z serialu o braciach Darylu i Merle Nixonach i ich drodze
do Atlanty, gdzie poznajemy ich w produkcji stacji AMC. Zeszłoroczna produkcja
nie zdobyła oszałamiających opinii (najczęściej 4 lub 5/10) i przeszła bez
większego echa.
Inne
Początek
istnienia wydawnictwa Image naznaczony został nie tylko falą nowych komiksowych
serii, ale także gry karcianej z pochodzących zeń postaciami. Dość niespodziewanie
odniosła ona spory sukces, co zaowocowało wydawaniem kolejnych talii i
kolekcjonerskich kart. Praktycznie aż do rozłamu Image pojawiały się nowe
dodatki i przyznać trzeba, że najwięcej właśnie spod znaku WIldStorm. Nic więc
dziwnego, że wraz z przejściem tego studia do struktur DC Comics gra zmarła
śmiercią naturalną.
Na sam
koniec warto wspomnieć o firmie McFarlane Toys, gdzie co jakiś czas pojawiały się
figurki postaci znanych z komiksów Image. Prym oczywiście wiodły kolejne serie
dotyczące Spawna, ale pojawiały się także postacie innych bohaterów. Mój osobisty
faworyt znajduje się na poniższym obrazku.
Na dziś to tyle. Pozostała nam jeszcze jedna odsłona „Historii Image Comics” i mam nadzieję, że jeszcze w styczniu uda mi się ją napisać.
Na dziś to tyle. Pozostała nam jeszcze jedna odsłona „Historii Image Comics” i mam nadzieję, że jeszcze w styczniu uda mi się ją napisać.
środa, 11 grudnia 2013
Historia Image Comics część siódma: Joe's Comics oraz Skybound Entertainment
Dzisiejsza
odsłona „Historii Image Comics” będzie stosunkowo krótka, ponieważ oba studia
których nazwy widzicie powyżej, nie mają za sobą wielu lat funkcjonowania.
Skybound zadebiutowało bowiem w 2010 roku, a Joe’s Comics w 2013. Chociaż to
nie do końca prawda i właśnie dlatego zacznę najpierw od studia, którego
założycielem jest J. Michael Straczynski.
Ten
utalentowany twórca założył Joe’s Comics po raz pierwszy w 1998 roku, lecz
wówczas było to nie osobne studio wydawnictwa Image, lecz niejako imprint Top
Cow. Straczynski nie był wtedy jeszcze pierwszoligowym twórca komiksowym i
nawet nie myślał o tym, że kiedyś odmieni mitologię Spider-Mana. Scenarzysta
trafił idealnie w moment, gdy Marc Silvestrii szukał sposobu na rozwinięcie
oferty swojego studia poprzez zezwolenie na autorską pracę „młodych, zdolnych”.
To właśnie w tym czasie Michael Turner ruszał ze swoim „Fathom”, a nikomu
wówczas nieznany Tony Harris zaczynał swoją karierę od „Obergeist”.
Początkowe
plany były bardzo ambitne. Straczynski uruchamia swoje studio i rusza z dwoma
projektami. W 1999 roku ukazuje się pierwszy numer cyklu „Rising Stars”, a rok
później premierę zalicza wydany w całości także w Polsce „Midnight Nation”. Oba
te tytuły okazują się być strzałem w dziesiątkę i windują Straczynskiego ma
szczyty list najbardziej utalentowanych twórców. Jednocześnie staje się to powodem
zamknięcia tego studia. „Plemię Cienia” dobiega swojego szczęśliwego końca,
natomiast znacznie bardziej popularne „Rising Stars” wpadają w oko producentom
filmowym. Tu dochodzi do konfliktu na linii twórca-studio, lecz niestety nie do
końca wiadomo jakiego rodzaju był to problem. Straczynski jednak zostaje
nieugięty: kończy swoja sztandarową serię, a zapowiedziane kolejne dwa projekty
przenosi do Marvela, gdzie odnosił już sukcesy jako scenarzysta przygód
człowieka-pająka.
Tu należy
dodać, że pierwsze życie Joe’s Comics zakończyło się w 2005 roku po 7 latach i
wydaniu blisko 50 komiksów. Straczynski jednak odszedł z Marvela, nie osiągnął
praktycznie niczego w DC Comics (no, może poza wstydem za to co „zrobił” z
Supermanem i Wonder Woman) i być może dlatego skruszony wrócił do wydawnictwa,
które zrobiło z niego gwiazdę. Nowe Joe’s Comics to w tym momencie trzy serie:
horror „Ten Grand” oraz superbohaterskie „Sidekick” i „Protector Inc.”. Jako że
każdy z tych projektów liczyć ma nie więcej niż 12 numerów, w 2014 roku
Straczynski planuje ruszyć z kolejnymi seriami, a także wznowić swoje autorskie
pomysły z Marvela.
O Skybound
z kolei można napisać wszystko w jednym akapicie. Robert Kirkman od lat tworzył
dla Image po 2-3 serie jednocześnie. Każda z nich była lub jest hitem
sprzedażowym wydawnictwa i nic dziwnego, że z czasem jego wpływy rosły. Ostatecznie
twórca postanowił utworzyć osobne studio, w ramach którego wydawał własne
komiksy. Taki los spotkał „The Walking Dead”, „Invincible” i „Super Dinosaur”, do
których dołączył pierwszy projekt, który narodził się w Skybound – „Thief of
Thieves”. Po jakimś czasie doszły do nich także autorskie projekty innych utalentowanych
twórców. Szlaki przetarł Brandon Seifert ze swoim „Witch Doctor”, a z czasem
dołączyli do niego David Schulner („Clone”), Joshua Williamson („Ghosted”) czy Chris
Dingess („Manifest Destiny”). Skybound dopiero tworzy swoją historię.
To tyle w
tej krótkiej odsłonie Historii Image Comics. Do końca cyklu pozostały jeszcze
dwie i zapewniam, że obie będą znacząco dłuższe niż dzisiejsza.
sobota, 30 listopada 2013
Historia Image Comics część szósta: Todd McFarlane Prodictions
Wiecie
który komiks niezależny sprzedał się najlepiej w historii? „Spawn #1” osiągnął w
1992 roku zawrotny wynik 1.7 miliona egzemplarzy, który do dziś nie został
pokonany i nie wydaje się, by kiedykolwiek ta sytuacja miałaby ulec zmianie.
„Odpowiedzialny” za tę sytuację był Todd McFarlane i dzisiejszy fragment
historii Image Comics skupi się właśnie na nim i studiu, które założył. Na
początek jednak cofnijmy się w czasie, gdy twórca ten pracował dla Marvela.
Nie czas to
i miejsce na dokładne opisywanie tego, w jaki sposób McFarlane stał się
supergwiazdą amerykańskiego komiksu, lecz wspomnę jedynie iż stało się to przy
pracy nad postacią Spider-Mana. Artysta najpierw współtworzył flagową serię
„The Amazing...”, by później z niej odejść i zająć się zupełnie nowym cyklem,
zatytułowanym samym pseudonimem człowieka-pająka. Todd wytrwał w nim zaledwie
szesnaście numerów, ponieważ nie umiał porozumieć się z Dannym Fingerothem –
nowym edytorem rodziny tytułów ze ścianołazem. De facto, był to początek drogi
do założenia Image Comics. McFarlane doskonale wiedział, że jest komiksową
gwiazdą. Nie chciał on odchodzić z wydawnictwa, dzięki któremu swoją pozycję
osiągnął. Czuł jednak, że jeśli metody pracy w wydawnictwie się nie zmienią, w
końcu ugrzęźnie w przeciętności. Na szczęście McFarlane nie był sam i wraz z
kilkoma innymi twórcami zaczął domagać się zmian. Ówczesny redaktor naczelny
Marvela nie chciał jednak oddać buntownikom nawet części praw oraz zysków z
postaci, które stworzyli oni dla wydawnictwa. Stało się więc jasne, że odejdą
oni z Domu Pomysłów. Nieoficjalnie, to właśnie Todd McFarlane wraz z Robem
Liefeldem przewodzili grupie zbuntowanych twórców, a jeszcze bardziej
nieoficjalnie – to właśnie późniejszy twórca postaci Spawna zaproponował, by
stworzyli oni wydawnictwo Image.
Tu wtrącę
mała dygresję. McFarlane nie posiada żadnego wykształcenia związanego z
biznesem. Uczył się on w czymś na kształt naszych akademii sztuk pięknych, a
jednocześnie był nieźle zapowiadającym się baseballistą. Tymczasem to właśnie on
najszybciej utworzył swoje studio w Image, jako pierwszy się na nim dorobił i
zdobyte pieniądze oraz doświadczenie wykorzystał na budowę całego imperium,
które obecnie obejmuje studio komiksowe, firmę produkującą zabawki, kolejne
studio, tym razem produkujące filmy animowane, a także jeszcze jedno, zajmujące
się grami komputerowymi. To ostatnie zbankrutowało w 2012 roku.
Wróćmy
jednak do komiksów. Po odejściu twórców z Marvela utworzono Image Comics. Todd
McFarlane był wśród „uciekinierów” największą gwiazdą. Jego popularność
przewyższała nawet tą, którą cieszył się Jim Lee. Twórca dość słusznie uznał,
że jego nazwisko samo w sobie jest gwarancją sukcesu i dlatego własne studio
nazwał... Todd McFarlane Productions. Artysta wiedział, że zapowiedziany przez
niego „Spawn” będzie hitem, lecz w przeciwieństwie np. do Roba Liefelda nie
widział on nic złego w przeciągnięciu pracy nad pierwszym numerem serii. Ten
ostatecznie trafił do sprzedaży w 1992 roku i jak już wspomniałem, do dziś jest
rekordowo sprzedającym się komiksem niezależnym.
To totalnie
wystarczyło, by McFarlane dorobił się fortuny. Aż do 2007 roku była to jedyna
(!!!) marka wydawana przez studio legendarnego rysownika. Owszem, z czasem
dorobiła się wielu spin-offów i serii pobocznych, lecz każda jedna z nich
osadzona była w uniwersum Spawna. Bohater ten nie był szczytem oryginalności –
praktycznie od samego początku zauważano pewne, dość nieznaczne podobieństwa do
Ghost Ridera z Marvela i Deadmana z DC. McFarlane pokazywał jednak, że był
mistrzem marketingu. Spawn doczekał się w szybkim tempie swojego solowego filmu
aktorskiego, serialu animowanego, serii figurek i kilku gier komputerowych. To
jednak będzie tematem jednej z kolejnych części Historii Image, więc dziś
jedynie o tym wspominam.
Zapewne
nieraz słyszeliście o słynnych opóźnieniach, które dotykało komiksy wydawane na
początku istnienia Image Comics. Przypuszczam także, że znacie warsztat Todda
McFarlane i uwagę, jaką potrafi on przywiązywać do szczegółów. Tymczasem jego
„Spawn” był jednym z niewielu tytułów wydawnictwa, który ukazywał się w
terminie. No, przynajmniej dopóki autorem rysunków był twórca postaci. Nigdy
oficjalnie nie potwierdzono czy Jim Lee czuł się tym zawstydzony, lecz znając
założyciela WildStorm, jest to wątpliwe.
Wielokrotnie
wspominałem w poprzednich częściach opisywania historii wydawnictwa o wspólnym
uniwersum Image. Otóż to właśnie Todd McFarlane był największym zwolennikiem
tego pomysłu. Twórca był tak pewien tego, że eksperyment ten się powiedzie, że
w origin Spawna wplótł zarówno Chapela z Youngblood Roba Liefelda, jak i
WildC.A.T.S. Jima Lee. Jak wiecie, seria z tym bohaterem cały czas się ukazuje
i warto wspomnieć, że przez ten czas kilkukrotnie została uderzona przez
rozłamy w wydawnictwie Image. Najpierw odejście Liefelda sprawiło, że McFarlane
nie mógł wspominać w swojej serii postaci Chapela – człowieka, który zabił Ala
Simmonsa. Powstały więc konieczne zmiany w originie Spawna. Kolejne były
bardziej kosmetyczne. Gdy Jim Lee sprzedał WildStorm wydawnictwu DC Comics, z
oficjalnego kontinuum Spawna zniknęło spotkanie z ekipą Dzikich Kotów. Jako że
było ono osadzone w alternatywnej przyszłości, praktycznie nie miało to
przełożenia na comiesięczną serię.
Dziewiąty
numer serii „Spawn” to dziś prawdziwy biały kruk. Jego scenarzystą był
gościnnie Neil Gaiman, który stworzył trzy postacie, które w późniejszym czasie
miały odgrywać znaczące role w tytule. Byli to Mediewal Spawn, Cogliostro i
Angela. Ta ostatnia spodobała się czytelnikom na tyle, że otrzymała własną miniserię.
W 2002 roku Gaiman upomniał się o te postacie, oskarżając McFarlane’a o
niepłacenie wynagrodzenia za ich wykorzystywanie. Rozpoczęła się wieloletnia
batalia sądowa, którą ostatecznie wygrał twórca Sandmana. Oczywiście wiązało
się to z faktem, że w 2002 roku te trzy niezwykle ważne postacie musiały z
numeru na numer zniknąć z łamów serii „Spawn”, co wiązało się z kolejnymi,
nieplanowanymi zmianami w fabule. Warto wspomnieć, że na mocy wyroku sądowego,
Gaiman „zabrał” z Image postać Angeli, która obecnie pojawia się w komiksach
Marvela. Cagliostro dzięki ugodzie między twórcami wrócił na łamy „Spawna”,
natomiast losy średniowiecznej wersji żołnierza piekieł są na razie nieznane.
To jednak
nie jedyny wyrok sądowy, który zaszkodził McFarlane’owi. Pozwał go także
baseballista Tony Twist, któremu nie spodobało się, że jego imieniem i
nazwiskiem nazwano gangstera z którym mierzył się Spawn. Todda zadośćuczynienie
kosztowało pięć milionów dolarów. Obecnie w sądzie rozpatrywana jest kolejna
rozprawa. Tym razem McFarlane’a pozwał... Al Simmons. Były współpracownik
twórcy postaci Spawna nie jest zadowolony z tego, że nie otrzymał wynagrodzenia
za użyczenie swoich danych postaci komiksowej.
Todd
McFarlane Productions w XXI wieku zaczęło nieco poupadać. Kolejne spin-offy
serii „Spawn” padały, aż w końcu w 2003 roku była ona już jedynym regularnym
tytułem z tym herosem. Trochę trwało zanim twórca postaci otrząsnął się z
letargu, ponieważ zareagował dopiero... pięć lat później. Najpierw wymienił on
głównego bohatera swojego flagowego dzieła, którym do dziś jest Jim Downing, a
w 2009 roku zapowiedział start nowej serii. Oczywiście mowa tu o cyklu „Haunt”
– pierwszym oryginalnym pomyśle McFarlane’a od siedemnastu lat. Sukces był
umiarkowany, ponieważ bohater ten utrzymał się na rynku jedynie przez 28
numerów i to pomimo Roberta Kirkmana na stanowisku scenarzysty serii.
Jeszcze
gorzej powiodło się w 2011 roku współtworzonemu przez samego Stana Lee tytułowi
„Blood Red Dragon”, który zakończył się na trzecim numerze (#0-2). Czytelnikom
nie spodobał się fakt mocno limitowanego nakładu, który wynosił 5000 kopii. Co
prawda każdy z trzech zeszytów wyprzedał się do cna, lecz przyjęcie serii było
bardzo chłodne i ostatecznie podjęto decyzję o jego bardzo przedwczesnym
zakończeniu.
Jakiś czas
temu pojawiła się plotka mówiąca o tym, że Todd McFarlane niedługo ogłosi
upadłość swojej firmy zabawkowej. Nie wiadomo ile jest w tym prawdy, lecz daje
to pewne nadzieje na to, że twórca mocniej poświęci się komiksom. Obecnie jego
studio publikuje jedynie rysowaną przez Szymona Kudrańskiego serię „Spawn”,
twardo- i miękkookładkowe wznowienia archiwalnych komiksów z udziałem tej
postaci, a także okazyjne zbiory spin-offów. Zdecydowanie dziwi brak trejdów
zbierających nowe przygody Jima Downinga. Jednak jedynie czas pokaże, czy
McFarlane powiedział już swoje ostatnie słowo.
poniedziałek, 18 listopada 2013
Historia Image Comics część piąta: Top Cow Productions
Kolejny
rozdział historii wydawnictwa Image rozpocznę od przytoczenia anegdoty. Jako że
dziś skupię się na studiu Top Cow Productions, trzeba odwołać się do żelaznej
logiki. Jak już wspomniałem przy okazji poprzednich odsłon, ta część
wydawnictwa Image została założona w 1992 roku przez Marca Silvestriego. Od
razu też napiszę, że w tym samym roku ukazało się „Cyber Force v1 #1”, które
dało prawdziwy początek studiu Top Cow. Tyle tylko, że zeszyt ten został wydany
przez... studio WildStorm.
Zastanawiacie
się pewnie dlaczego tak się stało, prawda? Powód jest bardzo prozaiczny.
Spośród wszystkich ojców-założycieli wydawnictwa Image, to właśnie Marc
Silvestri był tym, który nie miał zielonego pojęcia o biznesie. Rysownik
cieszył się opinią niezwykle pomysłowego i utalentowanego twórcy, co jednak nie
zmieniało nic w kwestii tego, że wypełnianie faktur i innych dokumentów
zdecydowanie go przerastało. Silvestri koniecznie chciał posiadać własny
zakątek w wydawnictwie Image, dlatego na początek połączył siły ze swoim dobrym
przyjacielem Jimem Lee i u jego boku uczył się podstaw prowadzenia własnego
biznesu. Najwyraźniej poszło mu to całkiem nieźle, ponieważ Top Cow Productions
istnieje do dziś, a więc liczy sobie już dwadzieścia jeden wiosen. Powiązania z
WildStormem Jima Lee widać było dość wyraźnie już na samym początku istnienia
studia Silvestriego. Chociaż dotknęła go także inna przypadłość typowa raczej
dla jego kolegi po fachu.
Naturalnie
chodzi o opóźnienia. Pierwsza seria, albo raczej miniseria, „Cyber Force”
liczyła zaledwie cztery numery, a mimo to Silvestri opublikował je w 10
miesięcy. Dokładnie ten sam problem dotyczył początkowych zeszytów
„WildC.A.T.S. v1” z rysunkami Jima Lee, więc naturalnym wręcz pomysłem okazało
się... zrobienie crossoveru z udziałem tych dwóch serii. Historia nosi nazwę
„Killer Instinct” i zawiera się w sześciu zeszytach, które powinny zostać
opublikowane w ciągu trzech miesięcy. Silvestri nie wyrabia się w terminach i
ostatecznie pomiędzy początkiem a końcem crossovera upływa tych miesięcy pięć.
Zapamiętajcie więc aż do grobowej deski – to że klasyczne Image cierpiało na
ogromne opóźnienia wydawnicze, to choroba zapoczątkowana przez Jima Lee oraz
Marca Silvestriego, która następnie przelała się na znaczną część reszty
twórców pracujących w tymże wydawnictwie.
Wróćmy
jednak do Top Cow Productions. Gdy Silvestri nauczył się już podstaw biznesu,
studio ruszyło z kopyta. Silvestri nigdy jednak nie planował budowy szerokiej
oferty komiksowej i dlatego ograniczyła się ona do wspomnianego już kilka razy
„Cyber Force v2”, premierowego „Codename: Strykeforce” oraz okazyjnych
spin-offów tego drugiego. W zasadzie jedynie dwóch, jeśli mam być dokładny.
Komiksy z Top Cow nie podbijały list sprzedaży, a z czasem czytelnikom zaczęły
przeszkadzać nie tylko notoryczne opóźnienia, ale także niski poziom fabularny.
Ostatecznie Silvestri odpuszcza rysowanie swojego pierwszego dzieła, kasuje na
czternastym numerze „Codename: Strykeforce” i rozpoczyna prace nad tchnięciem
drugiego życia we własne studio. Szansę na to upatruje w zatrudnieniu młodych,
zdolnych twórców. Byli to David Finch, Joe Benitez oraz Michael Turner.
Pierwszy z nich przejął obowiązki rysownika w „Cyber Force v2”, dwaj kolejni
rozpoczęli prace nad seriami, dzięki którym Top Cow istnieje do dziś. Znacie je
doskonale, ponieważ są to „Witchblade” oraz „The Darkness”.
Sara
Pezzini debiutuje na kartach komiksów w 1995 roku. Prowokacyjny wygląd
bohaterki, połączony z pracami niesamowicie utalentowanego Michaela Turnera i
nienajgorszą fabułę Marca Silvestriego daje studiu pierwszy komiks, który
rozchodzi się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy i wspina się na sam szczyt
comiesięcznych list sprzedaży. Rok później, w dziesiątym numerze „Witchblade”,
swój debiut zalicza Jackie Estakado. Już po kilku miesiącach i on otrzymuje
swój tytuł, który także okazuje się najchętniej kupowanym komiksem miesiąca.
Image Comics ma kolejne hity? Nie. Wszystko dzięki Robowi Liefeldowi.
Jak już
wiecie z poprzednich odsłon Historii Image Comics, jegomość ten nie tylko był
założycielem studia Extreme, niezależnego wydawnictwa Maximum Press, ale także
redaktorem naczelnym całości Image Comics. Zachwycony talentem Michaela
Turnera, Liefeld postanowił podebrać go z Top Cow i zaczął namawiać do zerwania
umowy z Silvestrim. Rysownik nie tylko się nie zgodził, ale także poinformował
swojego szefa o nieuczciwych praktykach ze strony twórcy „Youngblood”. Ten
wściekł się tak bardzo, że w 1996 roku postanowił odłączyć studio Top Cow, wraz
z dwoma najbardziej dochodowymi wówczas tytułami Image, ze struktur
wydawnictwa. Rozbrat ten trwał jedynie kilka miesięcy, ponieważ ostatecznie to
Liefeld zrezygnował z zajmowanej posady i odszedł, zabierając również
wszystkich wymyślonych przez siebie bohaterów. Nikt szczególnie za nim nie płakał,
ponieważ w zamian do Image wróciły te marki, które przynosiły znacznie większe
zyski. Silvestri tak bardzo zadowolony był z lojalności Turnera, że pozwolił mu
odejść z „Witchblade” i stworzyć autorski projekt. Tym okazał się kolejny hit
wydawnictwa – rozpoczęty w 1998 roku „Fathom”, do którego w 2000 roku dołączyło
jeszcze „Soulfire”. Komiksy te ukazywały się aż do 2002 roku, gdy Turner
postanowił odejść z Top Cow i założyć własne wydawnictwo – Aspen MLT.
Rok 1997
przynosi kolejną zaskakującą decyzję Silvestriego. Wtedy właśnie studio Top Cow
nabywa prawa do komiksowej adaptacji gry „Tomb Raider”, tym samym jako pierwsze
w historii Image zaczynając publikować tytuł nie będący autorskim pomysłem
jednego z twórców. Co jeszcze ciekawsze, Lara Croft staje się częścią uniwersum
studia i na porządku dziennym są jej spotkania z Witchblade, The Darkness,
Magdaleną czy Aphrodite IX. Seria odnosi sukces, znów windując wyniki sprzedaży
studia i dożywa aż 50 numerów. Ostatni numer ukazuje się w 2005 roku, a dwa lata
później umowa pomiędzy Eidos i Top Cow wygasa. W 2014 roku Lara Croft powróci
na karty komiksów, lecz tym razem już dzięki wydawnictwu Dark Horse.
„Fathom”
nie jest jedynym autorskim hitem studia w 1998 roku. Swój własny imprint
otrzymuje także Joe Michael Straczynski i zaczyna wydawać „Rising Stars”. O
studiu Joe’s Comics powstanie jednak osobna notka.
Top Cow
było także zdecydowanie najbardziej aktywnym studiem Image Comics na polu
filmów i animacji. Niestety, nie mogę tu teraz o tym napisać, ponieważ na ten
temat także powstanie osobny wpis.
Początek
XXI wieku przyniósł duży kryzys dla studia założonego przez Marca Silvestriego.
W 2001 roku Straczynski rozpoczął współpracę z Marvel Comics, jednocześnie
stopniowo zamykał swoje projekty dla Joe’s Comics. W tym samym roku ze względu
na słabą sprzedaż zamknięty zostaje pierwszy wolumin „The Darkness”. W 2002
roku Michael Turner odchodzi i zakłada własne wydawnictwo, pozbawiając Top Cow
dwóch mocno dochodowych marek. Silvestri dowiaduje się także, że w 2005 roku
końca dobiegnie „Tomb Raider”, a swoje ostatnie tchnienie wyda imprint
Straczynskiego. Twórca stara się postawić wszystko na jedną kartę i próbuje
odświeżyć uniwersum studia. To udaje się tylko częściowo, ponieważ nowa marka
„Hunter-Killer” nie odnosi sukcesu i szybko zostaje skasowana. Ten sam los
czeka drugi wolumin „The Darkness”. Na szczęście jedna decyzja okazuje się być
bardzo trafna.
Jest nią
zatrudnienie w 2004 roku Rona Marza, który przejmuje pisanie scenariuszy serii
„Witchblade”. Twórca ten nie tylko odrestaurował zakurzoną już nieco bohaterkę,
ale także w ciągu kolejnych lat rozbudował uniwersum Top Cow o kolejne pozycje
(zalążek fabuły trzeciej serii „The Darkness”, drugi wolumin „Magdaleny”, cykl
„Artifacts”, miniserie „Angelus”, „First Born” oraz „Broken Trinity”) i śmiem
zaryzykować stwierdzenie, że tym samym ocalił je od solidnego restartu lub
wręcz całkowitego zamknięcia. Marz do dziś decyduje o tym, co dzieje się w
głównym uniwersum Top Cow i robi to tak mocno, że niezbyt pasujące do
mistycznego wyglądu świata marki „Cyber Force” oraz „Aphrodite IX” przeniesie
zostały do alternatywnych przyszłości.
Rok 2006
przynosi umowę studia Top Cow z Marvel Comics, które polega na okresowej
wymianie pracujących dla obu edytorów twórców. Okres ten przypada na lata
2007-2008 i de facto kończy się tym, że kilku spośród rysowników pracujących
dla studia tworzy raczej drugoligowe miniserie dla Domu Pomysłów. Wyjątkiem
jest jedynie udział Silvestriego w głośnym crossoverze „X-Men: Messiah
Complex”, którego narysował pierwszą część. Późniejsze prace założyciela Top
Cow dla Marvela nie wynikały już z zawartego porozumienia.
Następnego
roku Silvestri ogłasza, że jego studio jako pierwsze spośród oddziałów Image
Comics zacznie publikować cyfrowe wersje swoich komiksów. Oprócz nowości, do
dystrybucji trafiają wkrótce całe serie „Tomb Raider”, „The Darkness v1” oraz
pierwszych 50 numerów „Witchblade”. Także w 2007 rusza inicjatywa Pilot Season.
Założenia są ambitne – każdego roku Top Cow publikuje pięć one-shotów. Ten z
nich, który wygra w późniejszym głosowaniu czytelników, zostaje przekształcony
w miniserię. Rzeczywistość jest jednak brutalna, ponieważ czytelnicy muszą
czekać na publikacje tych tytułów po dwa-trzy lata. W chwili gdy piszę te słowa
jest końcówka 2013 roku, a na wydanie wciąż czeka zwycięzca sprzed trzech lat.
W 2011 roku
pojawia się zaniepokojenie coraz niższymi wynikami sprzedaży topowych.
Silvestri i Marz decydują się wówczas na restart uniwersum. Nie przynosi to
spodziewanych efektów, ponieważ z czasem kolejna kasacja dotyka „The Darkness
v3”. Także kompletny reboot marki „Cyber Force” nie można uznać za sukces.
Pierwsze pięć numerów czytelnicy mogli otrzymać za darmo w sklepach
komiksowych, lecz cykl nie tylko dotykały potężne opóźnienia, ale także
przedstawiona historia nie należałą do zbyt ciekawych. Efekt? Szósty numer z
żałośnie niskimi wynikami sprzedaży. Nic dobrego nie można także powiedzieć o
współpracy z firmą Heroes and Villains Entertaiment, która dostarczyła studiu
dwie miniserie o poziomie na wysokości wypracowań z wczesnego gimnazjum.
Obecnie
zdaje się, że studio Top Cow musi poszukać kolejnych sposobów na przyciągnięcie
nowych czytelników, ponieważ liczby są nieubłagane i jeśli w najbliższym czasie
nic się nie zmieni, być może przyjdzie nam dowiedzieć się zamknięciu studia
liczącego sobie już ponad 21 lat.
wtorek, 12 listopada 2013
Historia Image Comics część czwarta: Extreme Studios i inne wymysły Roba Liefelda
Dzisiejszy
wpis poświęcony zostanie nie tyle jednemu studiu Image Comics, co osobie ją
reprezentującej. Rob Liefeld to postać, obok której nie można przejść
obojętnie. Uznawany za jednego z najgorszych rysowników w historii,
konsekwentnie zdawał się wierzyć w swoją wielkość nie tylko jako komiksiarza,
ale także jako biznesmena. Dzisiejszy wpis udowodni wam, że w obu tych
zakątkach swojego życia, Liefeld był, a w zasadzie jest, tak samo nieefektywny.
Zacznijmy jednak od samego początku.
Wspominałem
o tym już w pierwszej części „Historii Image Comics”, ale na wszelki wypadek
powtórzę. Rob Liefeld wraz z Toddem McFarlane był uważany za lidera grupy
buntowników, którzy żądali od Marvel Comics większej swobody twórczej oraz praw
autorskich po kreowanych przez siebie postaci. Już wtedy rysownik pokazał, jak
wysokie ma o sobie mniemanie, ponieważ spośród wszystkich, którzy odeszli z
Marvela, to on miał najmniejszy dorobek. Składał się on w zasadzie z prac nad
dwoma tytułami, których większość jedynie rysował. Niemniej sukces, jaki
odniósł przy „X-Force vol. 1” wystarczył, by uznać go gwiazdę komiksowego
rynku. Sam Liefeld myśli do dziś, że nią jest, ale o tym trochę później.
Po odejściu
z Marvela i współzałożeniu Image Comics, Liefeld z wielką pompą otwiera studio Extreme
i zabiera się do pracy. Ostatecznie jego „Youngblood #1” jest pierwszym w
historii komiksem z wielkim „i” na okładce, a także pierwszym w pełni
niezależnym komiksem, który zameldował się na szczycie comiesięcznych list
sprzedaży. Sukces? Tak, ale jak Liefeld przyznaje po latach, nawet on nie był
zadowolony ze swojego komiksu, ponieważ powstawał on naprędce i z pewnymi
problemami, ale twórca koniecznie chciał być „tym pierwszym”. Obiecał on, że
wznowienie „Youngblood #1” zostanie napisane na nowo, lecz nie dotrzymał on
swojego słowa, ponieważ... takowe nigdy się nie ukazało.
Przed
chwilą napisałem, że sukces został odniesiony i Extreme Studios jako pierwsze
mocno rozwinęło swoją ofertę. Gdy pozostali twórcy powoli, lecz konsekwentnie
starali się rozwijać swoje oferty, Liefeld już uwierzył że potrafi sprzedać
wszystko. Oprócz kolejnych numerów „Youngblood”, w katalogu jego studia szybko
pojawiały się zapowiedzi kolejnych tytułów. Były to między innymi „Prophet”,
„Glory”, „Brigade” czy „Badrock”. O ile oferta wczesnego Image charakteryzowała
się tym, że komiksy nie stały na najwyższym poziomie opowiadanej historii, o
tyle przedstawiciele studia Extreme w większości przypadków ocierali się o fabularne
dno. Nic w tym dziwnego, skoro za scenariusze odpowiadał albo sam Liefeld, albo
wyłowieni przez niego, totalnie anonimowi twórcy, o których słuch dziś już
zaginął. Słupki sprzedaży wciąż jednak były dość wysokie, a reszta założycieli
wydawnictwa nominowała go na naczelnego, co jedynie utwierdzało Liefelda w przekonaniu,
że jest wielki. Dlaczego więc będąc taką gwiazdą, koniecznie trzymać się
jedynie Image?
Przełom lat
1993/1994 przyniósł światu narodziny Maximum Press. Było to nowe, niezależne
wydawnictwo, założone przez Roba Liefelda. Tam publikował on komiksy, które nie
pasowały do uniwersum Image. Swój dom znalazły tam między innymi „Avengelyne”,
„Warchild” czy licencjonowany „Battlestar Galactica”. Oczywiście krok ten nie
podobał się reszcie włodarzy wydawnictwa Image, lecz nie to stało się powodem
wyrzucenia Liefelda z Image.
Ok,
napisałem wyrzucenia, chociaż oficjalnie twórca sam odszedł z wydawnictwa.
Swoją rezygnację złożył na kwadrans przed podjęciem decyzji o usunięciu go ze
struktur Image Comics. Stało się to w 1996, a powodem były nieczyste praktyki
stosowane przez Liefelda. Mianowicie próbował on odkupywać niektórych twórców z
innych studiów, robiąc to zupełnie incognito. Wpadł podczas prób przekonania
Michaela Turnera, by opuścił Top Cow i przeszedł do Extreme Studios. Michael
Silvestri tak mocno wściekł się z tego powodu, że odłączył swoje studio od
Image. Reszta założycieli wydawnictwa Image zgodził się, że Liefeld przekroczył
swoje uprawnienia jako naczelny i postanowili go usunąć.
Liefeld
mógł poczuć się, jakby dostał w twarz. Być może nawet go to otrzeźwiło,
ponieważ zaczął działać z sensem. Połączył on Extreme Studios oraz Maximum
Press i utworzył Awesome Entertainment. Skromna nazwa, prawda? Będąc kompletnie
niezależnym, Liefeld kontynuował prace nad tytułami znanymi z poprzednich dwóch
wydawnictw, lecz tym razem nie stawiał na anonimowych twórców. Przekonał on
Jepha Loeba i Alana Moore’a, by współpracowali wraz z nim. Tylko dzięki tej
dwójce, Awesome utrzymało się kilka lat na rynku.
Końcówka
poprzedniego stulecia była katastrofalna dla rynku komiksowego. Upadły
wydawnictwa Malibu czy Valiant, bliski swojego końca był Marvel, ogromne straty
generowało DC, a Image Comics pomału traciło swój rozpęd i dodatkowo wplątało
się w pewne problemy z zamówieniami na swoje komiksy. Liefeld uparcie twierdził,
że jest na rynku miejsce dla nowego gracza i powoływał się na przykład
wydawnictwa Dark Horse, które przez te ciężkie czasy przeszło praktycznie bez
zawirowań. Na wszelki wypadek zatrudnił dwóch uznanych twórców, którzy mieli
zapewnić mu wysoką sprzedaż. Alan Moore zajął się największymi markami
Liefelda, a więc „Youngblood”, „Glory” i przede wszystkim „Supreme”. Jeph Loeb
z kolei pisał scenariusze do serii „Coven” i „Lionheart”, a sam Liefeld zakupił
prawa do postaci Fighting Americana i planował z nią serię. Co więc poszło nie
tak?
Pazerność i
przesadna pewność siebie, proszę państwa. Komiksy wydawnictwa Awesome nie
sprzedawały się źle. Wykończyły je koszty produkcji i... koszta sądowe. Liefeld
uznawał bowiem, że wydanie komiksu w jedenastu wariantach okładkowych (!!!) to
coś całkowicie normalnego, natomiast Marvel Comics uznało, że Fighting American
to nic innego, nieco przerobiony Kapitan Ameryka. Sklepy komiksowe w końcu
przestały zamawiać poszczególne warianty coverów, co dobiło „Youngblood” i „Glory”,
Jeph Loeb po zakończeniu własnych serii przyjął ofertę DC Comics i odszedł, a
Rob Liefeld został zablokowany przez sąd i nie mógł wydać w planowanej formie
Fighting Americana. W latach 1999-2000 Awesome Comics wydało jedynie 13
komiksów (w tym jeden handbook i jeden reprint), aż w końcu Liefeld ogłosił
wyczekiwane zakończenie istnienia swojego wydawnictwa.
Myślicie że
czegoś go to nauczyło? Skądże znowu. Bardzo szybko Liefeld zakłada Arcade
Comics, gdzie chce raz jeszcze przywrócić światu markę „Youngblood”. Twórca
zaplanował trzy projekty z tymi bohaterami i przyciągnął do współpracy głośne
nazwiska. Efekt? Ukazały się jeden zeszyt serii „Bloodsport” (scen. Mark
Millar), dwa numery cyklu „Genesis” (scen. Kurt Busiek, rys. Eric Walker) oraz
jedna odsłona „Imperial” (scen. Robert Kirkman). Żaden z nich nie został
dokończony, a Arcade Comics zniknęło z komiksowej mapy USA.
W lipcu
2007 roku Image Comics ogłasza, że Rob Liefeld powraca w szeregi wydawnictwa,
które współtworzył. Nie zajmuje on w wydawnictwie żadnej poważnej roli, lecz
kolejny raz próbuje odświeżyć nieco swoje własne dzieła. W pierwszej kolejności
stawia na... tak, tak, zgadliście. „Youngblood #1” ukazuje się w styczniu 2008
roku i po raz pierwszy w historii Liefeld nie przyłożył ręki do procesu
produkcji komiksu. Przynajmniej początkowo, ponieważ szybko zmienił zdanie i
samodzielnie stworzył #9 – ostatni zeszyt cyklu. Kolejne lata przynoszą nowe
woluminy „Avengelyne” oraz „Brigade”, które trwają odpowiednio osiem i... jeden
numer. Rok 2011 miał wszystko zmienić, gdy Robert Kirkman zaprosił Liefelda do
współtworzenia serii „Infinite” dla studia Skybound. Wskutek „twórczych
różnic”, cykl przetrwał jedynie dwa numery. Dodajmy jeszcze, że w międzyczasie
twórca nawiązywał współpracę z Marvelem i DC, które także kończyły się
odejściem z hukiem.
Wreszcie w
2012 roku Image, zupełnie nie wiedzieć dlaczego, postanawia dać Liefeldowi
kolejną szansę i ogłasza zmartwychwstanie studia Extreme. Oficjalnie, istnieje
ono do dziś, ale... przyjrzyjmy się temu nieco bliżej.
Rob Liefeld
w 2012 roku ogłasza, że sumuje numeracje swoich największych hitów i oddaje je
w ręce zdolnych twórców. Oto jak ułożyły się ich losy.
Bloodstrike:
Tytuł startuje od
numeru 26, chociaż #24-25 nigdy się nie ukazały. Scenarzysta Tim Seeley
kontynuuje wątki z poprzednich serii, lecz cykl notuje najsłabsze wyniki
spośród wszystkich ze studia Extreme i po ośmiu numerach następuje kasacja.
Zakończenie można określić jako pół-otwarte.
Supreme:
Legendarny tytuł
Alana Moore’a kontynuuje Erik Larsen, korzystając ze skryptów legendarnego
scenarzysty. Komiks startuje od #63 i wytrzymuje sześć zeszytów, po których
Larsen znów poświęca całą swoją uwagę serii „The Savage Dragon”. #68 ukazał się
w styczniu 2013 roku i po kilku miesiącach otrzymuje off-panelową kasację.
Zakończenie jest jak najbardziej otwarte.
Youngblood:
Chyba nikogo nie
dziwi, że i ten tytuł otrzymał swoją szansę w nowym studiu Extreme. Seria rusza
od numeru 71, chociaż znów nie wiadomo skąd wzięła się ta liczba (powinna
wynosić 68). Za scenariusz odpowiedzialny zostaje debiutant John McLaughlin,
który wytrzymuje na stanowisku zaledwie sześć zeszytów, po czym zastępuje go
Liefeld. Od tego czasu ukazują się jedynie dwa numery, z czego ostatni w lipcu
2013 roku. Seria wciąż jednak widoczna jest na stronie Image Comics jako
aktualna, więc nie można powiedzieć o jej kasacji.
Glory: Najbardziej niedoceniona seria
odrestaurowanego studia Extreme. Joe Keatinge rusza od zeszytu #23 i całkowicie
odmienia główną bohaterkę. Krytycy biją brawo za odwagę i przestawioną fabułę,
czytelnicy kręcą nosem. Ostatecznie tytuł kończy się po dwunastu numerach,
spójnym i jednoznacznym zakończeniem.
Prophet:
I wreszcie
największy hit nowego studia Extreme. Scenarzysta Brandon Graham tak mocno
odcina się od poprzednich odsłon przygód tego bohatera, że tworzy z serii
kandydata do nagrody Eisnera. Cykl rusza od numeru 21, a zapowiedziany na
styczeń 2014 roku „Prophet #45” będzie jednocześnie ostatnim zeszytem. Zapewne
także z konkretnym zakończeniem.
Jak więc
widać odrestaurowanie studia Extreme nie okazało się sukcesem. Czy jest więc
kolejnym gwoździem do trumny Roba Liefelda? Chyba nie, skoro twórca niedawno
zbierał na Kickstarterze pieniądze na nową odsłonę serii „Brigade”.
Od Was zależy które studio zostanie bohaterem części piątej. Do wyboru macie Top Cow Productions oraz Todd McFarlane Productions. Piszcie komentarze :)
Od Was zależy które studio zostanie bohaterem części piątej. Do wyboru macie Top Cow Productions oraz Todd McFarlane Productions. Piszcie komentarze :)
niedziela, 10 listopada 2013
Historia Image Comics część trzecia: Highbrow Entertainment oraz Shadowline
Co prawda dziś na „historyczną” rozkładówkę biorę nie jedno, ale aż dwa studia Image Comics, to jednak dzisiejszy wpis będzie najkrótszy spośród wszystkich, które opisują funkcjonowanie wydawnictwa. Dlaczego? Ponieważ zarówno Highbrow Entertainment jak i Shadowline nie przeżywały niemal żadnych wstrząsów ani nie wywoływały skandali, po prostu przez całe lata robiły swoje, co zresztą zaraz Wam udowodnię.
Highbrow Entertainment
Studio założone przez Erika Larsena jest teraz bodaj najspokojniejszym „zakątkiem” Image. Twórca ten planował stworzyć całą swoją część uniwersum wydawnictwa, co początkowo nawet mu się udawało. Larsen przyniósł ze sobą do Image postacie, które stworzył dla krótko istniejącego Megatron Comics, którymi byli Savage Dragon oraz Vanguard. Po dość dużym sukcesie miniserii z tym pierwszym, Highbrow oficjalnie ruszyło z kopyta. W ofercie studia znalazły się wydawany do dziś „The Savage Dragon”, a także serie „Vanguard”, „Freak Force”, „Star” czy „Super Patriot”. Początkowo wydawało się, że każde z nich zdobędzie sporą popularność i na dłużej zadomowi się w ofercie Image, lecz z czasem wyniki sprzedaży okazały się nieubłagalne. To właśnie komiksy ze studia Highbrow były tymi, które najmocniej ucierpiały na obcięciu ilości zamówień przez poszczególne sklepy komiksowe, o czym pisałem w pierwszej części „Historii Image”. Po 1996 roku Larsen tylko dwa razy zdecydował się na opublikowanie coś poza kolejnymi przygodami Dragona, ale bohaterowie wszystkich spośród wyżej wymienionych serii nie zostali zapomniani. Każde z nich do dziś okazyjnie pojawia się w kolejnych numerach „The Savage Dragon”. Vanguard był nawet częścią planowanego na 2006 rok przez Roba Liefelda odrestaurowania „Youngblood”, lecz krótki żywot tej serii poskutkował powrotem do gościnnych występów w opus magnum Larsena.
Sam twórca wsławił się tym, jako pierwszy spośród założycieli Image Comics opowiedział się przeciwko ścisłemu, komiksowemu uniwersum. Stało się to po tym, gdyż nie był zadowolony ze sposobu w jaki powstał komiks WildC.A.T.S. v1 #14, na łamach którego gościnnie pojawili się Freak Force oraz Savage Dragon.
Studio Highbrow próbowało uszczknąć coś z tortu animacji, jaki pewnego dnia pojawił się w siedzibie Image Comics. Niestety, podobnie jak animacje poświęcone Spawnowi i WildCats, tak i serial o Savage Dragonie nie utrzymał się zbyt długo na antenie. Ostatecznie w 1995 roku powstało jedynie 26 odcinków.
Aż do 2004 roku Erik Larsen po cichu funkcjonował sobie na boku wydawnictwa Image, tworząc jedynie kolejne przygody swojego zielonoskórego bohatera. Wtedy też został nominowany na naczelnego Image Comics. Także i po awansie trudno mówić o jakimś znaczącym wkładzie twórcy w rozwój wydawnictwa. Nie powstrzymał on powolnych spadków wyników sprzedaży i chyba najmocniej zapamiętany zostanie za to, że pozwolił wrócić do Image pierwszemu buntownikowi – Robowi Liefeldowi. Nie mogąc pogodzić obowiązków naczelnego z tworzeniem „The Savage Dragon”, Larsen zrezygnował z posady, co okazało się świetną decyzją. Jego następca – Eric Stephenson, znów uczynił z Image trzecią siłę na rynku.
Pod koniec 2013 roku Highbrow Entertainment wydaje jedynie kolejne numery „The Savage Dragon”, który pomału zbliża się do 200 numeru. Larsen próbował jeszcze reanimować „Supreme” dla studia Extreme, ale o tym dowiecie się więcej z kolejnych wpisów.
Shadowline
Jak już mogliście dowiedzieć się z poprzednich wpisów, Shadowline jest studiem założonym przez Jima Valentino. Oficjalnie powstało ono w grudniu 1992 roku, gdy małe, lecz znane do dziś logo, pojawiło się na wewnętrznej stornie okładki komiksu „Shadowhawk #3”. Właśnie ten tytuł miał być najważniejszą pozycją studia, oczywiście tworzoną przez samego Valentino. Jakieś musiało być zdziwienie twórcy, gdy okazało się, że jedne z najgorszych wyników sprzedaży spośród oferty Image, a deklarowana niemal od samego początku niechęć do jednego, wspólnego uniwersum tylko ten stan pogłębiały. „Shadowhawk” w krótkim odstępie czasu zaliczył trzy krótkie serie (łącznie osiemnaście numerów), po czym odszedł w zapomnienie.
Valentino publikował także prace innych twórców. Ale nie oszukujmy się – były one w większości kiepskie. W końcu przyszedł rok 1997, gdy twórca wymyślił sposób na ratowanie swojego tworu. Oficjalnie ogłoszono, że od tego czasu Shadowline przestaje istnieć, a w jego miejscu pojawi się „Non-line” – zarządzana przez Valentino linia, nie będąca osobnym studiem, która publikować będzie wybrane komiksy zdolnych twórców, a i gdzie od czasu do czasu sam twórca coś napisze i narysuje. Ogłoszono także, że zakończono istnienie uniwersum studia i odtąd każda pozycja istnieje „sama dla siebie”, bez powiązań z innymi tytułami. „Non-line” nie odniosło spektakularnego sukcesu, ale decyzja ta pozwoliła jednemu z założycieli Image przetrwać we względnym spokoju.
Jim Valentino jednak nie był zbyt zadowolony z tego, co osiągnął w wydawnictwie. Gdy w 1999 roku nominowano go na naczelnego, „Non-line” jako osobny twór de facto przestało istnieć. Owszem, wciąż ukazywały się komiksy „bez studia”, lecz nie było jednej osoby sprawującej nad nimi pieczę. Spekuluje się nawet, że Valentino został naczelnym, by ponownie poczuć się ważnym w Image, skoro większość jego kolegów-współzałożycieli odnieśli zdecydowanie większe sukcesy. Miał on ogromnego pecha, ponieważ na samym początku to właśnie jemu przyszło posprzątać po odejściu Jima Lee, gdy ten przeniósł cały WildStorm do DC Comics. Cała kadencja twórcy polegała na tym, by ustabilizować pozycję wydawnictwa po tym zdarzeniu, które przy okazji rozwaliło wspólne uniwersum Image. Efekt rządów Valentino jest widoczny do dziś, ponieważ to właśnie za jego czasów wydawnictwo przebranżowiło się i otwarło na autorskie projekty młodych, zdolnych twórców. W 2004 roku, Jim zostaje zastąpiony przez Erika Larsena.
W tym też okresie dwudzieste urodziny obchodził Normalman – jeden z herosów stworzonych przez Valentino. Specjalny komiks z jego udziałem był jednocześnie odrodzeniem się Shadowline. W 2005 roku pojawia się pierwszy zeszyt, który znów posiada charakterystyczne logo na okładce. Jest nim nic innego jak „Shadowhawk vol. 2 #1”. Tradycji stało się zadość i seria ta nie przetrwała zbyt długo (15 numerów), lecz pociągnęła za sobą całą falę tytułów do scenariusza tego twórcy. Gdy ta przeszła, Shadowline skupiło się na publikacji 3-5 tytułów miesięcznie, za powstanie których rzadko kiedy odpowiada sam Valentino. Tak studio funkcjonuje do dziś, wydając między innymi takie hity jak „Peter Panzerfaust” czy „Rebel Blood”.
Warto jeszcze wspomnieć o Silverline – założonej przez Valentino linii wydającej od czasu do czasu powieści graficzne.
Na dziś to byłoby tyle. Dajcie znać o którym ze studiów chcielibyście przeczytać następnym razem. Do wyboru zostały Todd McFarlane Productions, Extreme Studios oraz Top Cow Productions.
Highbrow Entertainment
Studio założone przez Erika Larsena jest teraz bodaj najspokojniejszym „zakątkiem” Image. Twórca ten planował stworzyć całą swoją część uniwersum wydawnictwa, co początkowo nawet mu się udawało. Larsen przyniósł ze sobą do Image postacie, które stworzył dla krótko istniejącego Megatron Comics, którymi byli Savage Dragon oraz Vanguard. Po dość dużym sukcesie miniserii z tym pierwszym, Highbrow oficjalnie ruszyło z kopyta. W ofercie studia znalazły się wydawany do dziś „The Savage Dragon”, a także serie „Vanguard”, „Freak Force”, „Star” czy „Super Patriot”. Początkowo wydawało się, że każde z nich zdobędzie sporą popularność i na dłużej zadomowi się w ofercie Image, lecz z czasem wyniki sprzedaży okazały się nieubłagalne. To właśnie komiksy ze studia Highbrow były tymi, które najmocniej ucierpiały na obcięciu ilości zamówień przez poszczególne sklepy komiksowe, o czym pisałem w pierwszej części „Historii Image”. Po 1996 roku Larsen tylko dwa razy zdecydował się na opublikowanie coś poza kolejnymi przygodami Dragona, ale bohaterowie wszystkich spośród wyżej wymienionych serii nie zostali zapomniani. Każde z nich do dziś okazyjnie pojawia się w kolejnych numerach „The Savage Dragon”. Vanguard był nawet częścią planowanego na 2006 rok przez Roba Liefelda odrestaurowania „Youngblood”, lecz krótki żywot tej serii poskutkował powrotem do gościnnych występów w opus magnum Larsena.
Sam twórca wsławił się tym, jako pierwszy spośród założycieli Image Comics opowiedział się przeciwko ścisłemu, komiksowemu uniwersum. Stało się to po tym, gdyż nie był zadowolony ze sposobu w jaki powstał komiks WildC.A.T.S. v1 #14, na łamach którego gościnnie pojawili się Freak Force oraz Savage Dragon.
Studio Highbrow próbowało uszczknąć coś z tortu animacji, jaki pewnego dnia pojawił się w siedzibie Image Comics. Niestety, podobnie jak animacje poświęcone Spawnowi i WildCats, tak i serial o Savage Dragonie nie utrzymał się zbyt długo na antenie. Ostatecznie w 1995 roku powstało jedynie 26 odcinków.
Aż do 2004 roku Erik Larsen po cichu funkcjonował sobie na boku wydawnictwa Image, tworząc jedynie kolejne przygody swojego zielonoskórego bohatera. Wtedy też został nominowany na naczelnego Image Comics. Także i po awansie trudno mówić o jakimś znaczącym wkładzie twórcy w rozwój wydawnictwa. Nie powstrzymał on powolnych spadków wyników sprzedaży i chyba najmocniej zapamiętany zostanie za to, że pozwolił wrócić do Image pierwszemu buntownikowi – Robowi Liefeldowi. Nie mogąc pogodzić obowiązków naczelnego z tworzeniem „The Savage Dragon”, Larsen zrezygnował z posady, co okazało się świetną decyzją. Jego następca – Eric Stephenson, znów uczynił z Image trzecią siłę na rynku.
Pod koniec 2013 roku Highbrow Entertainment wydaje jedynie kolejne numery „The Savage Dragon”, który pomału zbliża się do 200 numeru. Larsen próbował jeszcze reanimować „Supreme” dla studia Extreme, ale o tym dowiecie się więcej z kolejnych wpisów.
Shadowline
Jak już mogliście dowiedzieć się z poprzednich wpisów, Shadowline jest studiem założonym przez Jima Valentino. Oficjalnie powstało ono w grudniu 1992 roku, gdy małe, lecz znane do dziś logo, pojawiło się na wewnętrznej stornie okładki komiksu „Shadowhawk #3”. Właśnie ten tytuł miał być najważniejszą pozycją studia, oczywiście tworzoną przez samego Valentino. Jakieś musiało być zdziwienie twórcy, gdy okazało się, że jedne z najgorszych wyników sprzedaży spośród oferty Image, a deklarowana niemal od samego początku niechęć do jednego, wspólnego uniwersum tylko ten stan pogłębiały. „Shadowhawk” w krótkim odstępie czasu zaliczył trzy krótkie serie (łącznie osiemnaście numerów), po czym odszedł w zapomnienie.
Valentino publikował także prace innych twórców. Ale nie oszukujmy się – były one w większości kiepskie. W końcu przyszedł rok 1997, gdy twórca wymyślił sposób na ratowanie swojego tworu. Oficjalnie ogłoszono, że od tego czasu Shadowline przestaje istnieć, a w jego miejscu pojawi się „Non-line” – zarządzana przez Valentino linia, nie będąca osobnym studiem, która publikować będzie wybrane komiksy zdolnych twórców, a i gdzie od czasu do czasu sam twórca coś napisze i narysuje. Ogłoszono także, że zakończono istnienie uniwersum studia i odtąd każda pozycja istnieje „sama dla siebie”, bez powiązań z innymi tytułami. „Non-line” nie odniosło spektakularnego sukcesu, ale decyzja ta pozwoliła jednemu z założycieli Image przetrwać we względnym spokoju.
Jim Valentino jednak nie był zbyt zadowolony z tego, co osiągnął w wydawnictwie. Gdy w 1999 roku nominowano go na naczelnego, „Non-line” jako osobny twór de facto przestało istnieć. Owszem, wciąż ukazywały się komiksy „bez studia”, lecz nie było jednej osoby sprawującej nad nimi pieczę. Spekuluje się nawet, że Valentino został naczelnym, by ponownie poczuć się ważnym w Image, skoro większość jego kolegów-współzałożycieli odnieśli zdecydowanie większe sukcesy. Miał on ogromnego pecha, ponieważ na samym początku to właśnie jemu przyszło posprzątać po odejściu Jima Lee, gdy ten przeniósł cały WildStorm do DC Comics. Cała kadencja twórcy polegała na tym, by ustabilizować pozycję wydawnictwa po tym zdarzeniu, które przy okazji rozwaliło wspólne uniwersum Image. Efekt rządów Valentino jest widoczny do dziś, ponieważ to właśnie za jego czasów wydawnictwo przebranżowiło się i otwarło na autorskie projekty młodych, zdolnych twórców. W 2004 roku, Jim zostaje zastąpiony przez Erika Larsena.
W tym też okresie dwudzieste urodziny obchodził Normalman – jeden z herosów stworzonych przez Valentino. Specjalny komiks z jego udziałem był jednocześnie odrodzeniem się Shadowline. W 2005 roku pojawia się pierwszy zeszyt, który znów posiada charakterystyczne logo na okładce. Jest nim nic innego jak „Shadowhawk vol. 2 #1”. Tradycji stało się zadość i seria ta nie przetrwała zbyt długo (15 numerów), lecz pociągnęła za sobą całą falę tytułów do scenariusza tego twórcy. Gdy ta przeszła, Shadowline skupiło się na publikacji 3-5 tytułów miesięcznie, za powstanie których rzadko kiedy odpowiada sam Valentino. Tak studio funkcjonuje do dziś, wydając między innymi takie hity jak „Peter Panzerfaust” czy „Rebel Blood”.
Warto jeszcze wspomnieć o Silverline – założonej przez Valentino linii wydającej od czasu do czasu powieści graficzne.
Na dziś to byłoby tyle. Dajcie znać o którym ze studiów chcielibyście przeczytać następnym razem. Do wyboru zostały Todd McFarlane Productions, Extreme Studios oraz Top Cow Productions.
środa, 6 listopada 2013
Historia Image Comics część druga: WildStorm
Drugi dubel dziś. Tekst ten powstał na potrzeby mojego jednorazowego zlecenia dla KZetu. Wersja tu opublikowana jest delikatnie zmieniona i zaktualizowana w listopadzie 2019 roku.
Jest druga
połowa września 2010 roku, gdy Dan DiDio, szef wydawnictwa DC Comics, ogłasza,
że wraz z końcem roku przestaje istnieć WildStorm Productions. Tym samym kończy
się historia imprintu, który przeżył dokładnie 18 lat i wydał pod swoim szyldem
wiele ciekawych komiksów. A to, że te niemal dwie dekady obfitowały w wiele
dobrych tytułów i udanych inicjatyw, postaram się udowodnić opowiadając
historię Wildstormu.
Lata w
Image
Omawiane
wydawnictwo zostaje zamknięte przez szefa DC, ale do życia powołano go wraz z
uruchomieniem pięciu innych studiów, wchodzących w skład Image Comics – nowego
gracza na komiksowym rynku. Za jego powstanie odpowiedzialny jest zwłaszcza
jeden człowiek: Jim Lee – wówczas świetny rysownik, który do dziś dzierży
rekord sprzedanych egzemplarzy pojedynczego komiksu. Skłócony z poprzednim
szefostwem, Lee przyjął ofertę Todda McFarlane’a oraz kilku innych uznanych
twórców i rozpoczął pracę polegającą na stworzeniem nowych postaci, które
mogłyby konkurować z tytułami wydawanymi przez amerykańską wydawniczą „wielką
dwójkę”. Jim Lee ochoczo zabrał się do pracy, a ponieważ miał także talent do
wyszukiwania młodych i uzdolnionych komiksowych twórców, jego ekipa zaczęła się
rozrastać. W końcu Lee nawiązał bliską współpracę z takimi osobami jak Brandon
Choi, Scott Campbell czy niedoszły właściciel własnego studia w Image – Whilce
Portacio. To właśnie oni stoją za wielkim sukcesem, który wkrótce potem
odniosły tytuły z Wildstormu.
Za
oficjalny początek życia Wildstormu należy uznać rok 1992, gdy na półki
sklepowe trafiły pierwsze numery „WildC.A.T.S. v1” i „Gen13 v1”. Były to
pierwsze, ale jednocześnie najważniejsze wyniki współpracy Jima Lee i Brandona
Choia. Oba te tytuły odniosły sukces, ale także oba wywołały spory szum.
Kontrowersje dotyczyły przede wszystkim zawartych w komiksach postaci
kobiecych. Rysowane przez Jima Lee bohaterki „WildC.A.T.S.” charakteryzowały
się tym, iż były możliwie minimalnie odziane i prezentowane były w pozach,
które eksponowały najbardziej ich „atuty”. Niemal te same oskarżenia dotykały
serię „Gen13”, lecz tu sprawa była znacznie poważniejsza. Tytuł ten opowiadał o
grupie kilkunastolatków obdarzonych supermocami, a tymczasem kolejni rysownicy
uparcie odbierali im kolejne części garderoby. Oberwało się również Choiowi,
który napisał do jednego z zeszytów dość „mocną” jak na ówczesny komiks dla
nastolatków, scenę miłosną pomiędzy dwoma dziewczynami.
wtorek, 5 listopada 2013
Historia Image Comics część pierwsza
Na początku było... wydawnictwo Marvel Comics. Rzecz dzieje się w 1991 roku. Do biura Terry’ego Stewarda – ówczesnego prezydenta tego wydawnictwa, przychodzi grupka twórców niezadowolonych z tego, w jaki sposób są traktowani przez Dom Pomysłów. W większości rysownicy mają pretensje o to, że ich prace traktowane są jako taśmowy wyrób, nie mają żadnego wpływu na proces twórczy, a także nie posiadają praw autorskich na stworzone przez siebie postacie. Grupa domagała się zasadniczych zmian w funkcjonowaniu Marvela, lecz uzyskali odpowiedź odmowną. Na czele grupy stali Todd McFarlane oraz Rob Liefeld. Po tym jak odmówiono spełnienia ich żądań, ci dwaj panowie odeszli z Domu Pomysłów, zabierając ze sobą jeszcze Jima Lee, Erika Larsena, Marca Silvestriego, Jima Valentino, Whilce’a Portacio oraz Chrisa Claremonta. Na początku 1992 roku, ósemka „uciekinierów” ogłosiła stworzenie wydawnictwa Image Comics.
Już na
samym początku ujawniono jasne zasady działania wydawnictwa. Przede wszystkim,
Image nie miało najmniejszego zamiaru ingerować w prace poszczególnych twórców,
ani także posiadać praw autorskich na którąkolwiek z wymyślonych przez nich
postaci. Drugą zasadą był brak ingerencji wewnętrznych, co oznaczało np. że Jim
Lee nie mógł mieć wpływu na to, co działo się na łamach serii tworzonej przez
Jima Valentino i na odwrót. Jedyną „częścią” wydawnictwa będącą jego własnością
okazało się znane już od dwudziestu lat logo, stworzone przez Hanka Kanalza.
Od początku
głównym założeniem twórców Image Comics było stworzenie osobnego studia dla
każdego z nich. Chris Claremont wycofał się z tej umowy i pozostał
freelancerem, natomiast Whilce Portacio przeżywał zawirowania rodzinne i z braku
dostatecznej ilości wolnego czasu także nie zdecydował się na stworzenie
swojego studia. Tak więc w 1992 roku Image Comics podzieliło się na sześć
części:
Extreme
Studios – Założone
przez Roba Liefelda. Tu publikowano takie tytuły jak „Youngblood”, „Prophet”
czy „Supreme”.
Highbrow
Entertainment – Którego
twórcą był Erik Larsen, twórca „The Savage Dragon” oraz „Freak Force”.
Shadowline
– Stworzone przez
Jima Valentino. Na początku największym hitem studia była seria „Shadowhawk”.
Todd
McFarlane Productions – Tu raczej nie trzeba pisać kto był założycielem, prawda? W tym studiu
powstał „Spawn”.
Top Cow
Productions – „Dziecko”
Marca Silvestriego i dom takich serii jak „Witchblade” czy „The Darkness”
Wildstorm
Productions – Gdzie
swój dom znalazły wszystkie pomysły Jima Lee, na czele z „WildC.A.T.S.” oraz
„StormWatch”.
Tu może
wspomnę, że o każdym z wymienionych wyżej studiów, a także o tych które
powstały w późniejszym okresie, napiszę osobną notkę. Niewykluczone że więcej
niż jedną.
Wróćmy
jednak do Image Comics. Na samym początku swojego funkcjonowania, nowy gracz na
rynku podczepił się pod wydawnictwo Malibu Comics i korzystał z jego kanałów
dystrybucji, marketingu oraz administracji. Trwało to jedynie do 1993, ponieważ
Image stało się szybko poważnym graczem na rynku i mogło się już ostatecznie
usamodzielnić. Jak do tego doszło? Niemal każdy z opublikowanych przez nowe
wydawnictwo komiksów stawał się wydawniczym hitem. Tak było z historycznie
pierwszą pozycją od Image – „Youngblood #1”, a także z każdym kolejnym
komiksem. Przykładowo, „Spawn #1” sprzedał się w wysokości 1.7 miliona
egzemplarzy, co do dziś jest rekordem wśród komiksów spoza Marvela i DC. Część
spośród ojców założycieli uznało, że warto stworzyć coś na kształt uniwersum
Image i, przy zachowaniu swobody twórczej, niektóre serie zaczęły się
przenikać. Dzięki temu czytelnicy mogli być świadkami team-upu Spawna z
Youngblood czy WildC.A.T.S. z Savage Dragonem. Erik Larsen oraz Jim Valentino
obawiali się, że doprowadzi to do przekształcenia Image w korporację podobną do
tej, którą z hukiem opuścili i z czasem zaczęli się wycofywać ze wspólnego
uniwersum.
Jednak
Image nie było tylko wydawcą dość specyficznych komiksów z napakowanymi do
granic rozsądku superbohaterami. Wyżej wspomniane zasady działania firmy
zaczęły stopniowo przyciągać kolejnych twórców, którzy chcieli stworzyć coś
całkowicie po swojemu. I tak wkrótce Image zaczęło publikować takie tytuły jak
„The Maxx” Sama Kietha, „Pitt” Dale’a Keowna czy „Astro City” Kurta Busieka
oraz Alexa Rossa.
Pierwsze
kłopoty Image Comics pojawiły się w połowie lat 90-tych, gdy sklepy komiksowe dość
mocno okroiły ilość zamawianych u wydawcy komiksów. Wszystko ze względu na dość
niekorzystne dla nich zasad współpracy z Image, przez które na koniec sklepy
zostawały z ogromną ilością komiksów Image, których nikt nie chciał kupować. To
zabolało poszczególne studia, zwłaszcza pod względem finansowym. Rozwiązaniem
okazało się zatrudnienie Larry’ego Mardera, który nawiązał nowe kontakty z
poszczególnymi dostawcami komiksów i ustalił zasady jasne, klarowne oraz
korzystne dla obu stron. Po jakimś czasie zamówienia na komiksy od Image znów
zaczęły wzrastać, zupełnie nowe serie pokroju „Witchblade” czy „Gen13” stawały
się wydawniczymi hitami, a Image Comics wyprzedziło upadające już Malibu Comics
oraz Valiant Comics i stało się trzecią siłą na rynku.
Niestety,
gdzie kucharek sześć tam... spore kłopoty. Sukces najwyraźniej podzielił
założycieli Image, ponieważ zaczęły pojawiać się pomiędzy nimi spięcia. Rob
Liefeld został naczelnym całości wydawnictwa i zaczął wykorzystywać swoją
pozycję do promowania Maximum Press – autorskiego edytora komiksowego, którego
nie włączył w struktury Image. Jako pierwszy zaprotestował Marc Silvestri,
któremu nie podobały się próby podkupienia Michaela Turnera, których dopuścił
się Liefeld i postanowił odłączyć Top Cow od wydawnictwa. To zadziałało na
wyobraźnię reszty założycieli i po wielu naradach w 1996 roku postanowiono
wyrzucić twórcę „Youngblood” z Image Comics. Ten zabrał ze sobą całość studia
Extreme, połączył z Maximum Press i przekształcił w wydawnictwo Awesome Comics.
Silvestri w reakcji na te wydarzenie powrócił z Top Cow w struktury Image. Gdy
wydawało się, że nastały spokojniejsze czasy, w 1998 roku prawdziwą bombę
zrzucił Jim Lee gdy postanowił sprzedać WildStorm wydawnictwu DC. W tym
momencie nastąpił faktyczny koniec „uniwersum Image”, co przyniosło sporo
kłopotów poszczególnym twórcom. Już odejście Liefelda sprawiło, że Todd
McFarlane musiał dość poważnie zmienić origin Spawna, lecz zniknięcie
WildStormu wpłynęło na takie serie jak „Cyber Force”, „Hunter Killer”, a także
ponownie na miesięcznik, którego bohaterem był Al Simmons.
Wraz z
odejściem Lee, poszczególne studia zmieniły nieco taktykę wydawniczą. Komiksy z
Top Cow stały się praktycznie osobnym uniwersum, podobnie jak wspomniane już
prace McFarlane’a. Erik Larsen skupił się wyłącznie na „The Savage Dragon”, co
zresztą robi do dziś, a Shadowline zostało zamknięte. W 1999 roku z pracy odszedł Larry
Marder, a zastąpił go Jim Valentino. Od tego czasu Image postanowiło
zdywersyfikować swoją ofertę i skupić się na publikowaniu komiksów określanych
jako „non-studio”, oczywiście nie zabraniając poszczególnym twórcom publikować
pod własnym szyldem. Valentino ustąpił w 2004 roku, zastąpiony przez Erika
Larsena. Ten nie wsławił się niczym, ponieważ kontynuował dzieło swojego
poprzednika. Nie był to najlepszy okres dla Image, które osiągało coraz gorsze
wyniki sprzedaży i musiało rywalizować z Dark Horse Comics oraz IDW Publishing
o miano trzeciej siły na rynku. Wiele zmieniło się w 2008 roku.
Wtedy też w
Image pojawił się Eric Stephenson. Nie tylko namówił on Jima Valentino do
wskrzeszenia Shadowline, ale także znacząco zwiększył rolę w wydawnictwie
młodego zdolnego Roberta Kirkmana, który dał Image hity pokroju „The Walking
Dead” oraz „Invincible”. Znów wzrosła rola poszczególnych studiów, lecz komiksy
„non-studio” nie straciły na swojej ważności. Dziś można śmiało powiedzieć, że
aktualna oferta Image to w połowie pozycje studyjne, a w połowie komiksy
wydawane pod wspólnym szyldem. W połowie 2010 roku Kirkman zakłada własny
imprint Skybound, a w 2012 roku John Michael Straczynski reaktywuje Joe’s
Comics. Wcześniej była to mała część Top Cow, dziś pełnoprawne studio Image.
Wspomnieć należy
także, że w 2007 roku do Image wraca Rob Liefeld. Próbuje on reanimować markę „Youngblood”,
a w 2012 roku ze średnim skutkiem przywraca do życia studio Extreme.
Pomimo
tego, rok 2012 ogólnie był pasmem sukcesów wydawnictwa. Z okazji
dwudziestolecia istnienia Image, nie tylko przyciągnięto masę uznanych twórców,
ale także ruszono ze sporą ilością nowych pozycji. Wśród nich „Saga”, „The
Manhattan Project” czy „Fatale”. Image odzyskało pozycję trzeciej siły na
rynku, a rok 2013 pokazał, że na tym wydawnictwo nie ma zamiaru poprzestać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























