Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 stycznia 2014

Historia Image Comics, część dziewiąta: Image a sprawa Polska (1997-2013)

Ostatnia część cyklu „Historia Image Comics” poświęcona będzie polskiemu rynkowi wydawniczemu. Być może niektóre informacje z dzisiejszej odsłony Was zdziwią, ponieważ w naszym kraju ukazało się kilka komiksów, których pochodzenia nie jesteście świadomi. Szkoda tylko, że przerażająca większość tytułów, które wspomniane zostaną w tym artykule, nigdy nie została dokończona. Ale o tym później. Najpierw przenieśmy się do 1996 roku.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Historia Image Comics, część ósma: Image nie w komiksie

Dzisiejsza odsłona „Historii Image Comics” skupi się nie na komiksach, a na markach wydawnictwa, którym udało się wyjść po za ich karty. Ten wpis ponownie będzie dość długi i wzbogacony o filmy. Tak więc dziś będziecie mogli nie tylko coś poczytać, ale także pooglądać. Na pierwszy rzut oka dokonania bohaterów Image na dużym i małym ekranie nie powalają na kolana. Mimo wszystko tekst podzieliłem sobie na kilka części i w każdej z nich chronologicznie wymieniać będę to co już pojawiło się na sklepowych półkach czy w ofercie jednej czy drugiej stacji telewizyjnej. Nie będę parać się kompletacją plotek i planów, których w czasach boomu na ekranizacje komiksów wszelakich codziennie pojawia się nawet kilka. No to jedziemy z tym koksem, a na pierwszy rzut pójdą...

Animacje
Chociaż już od ponad dekady kompletnie nic nie łączy Jima Lee z Image, to jednak oddać mu trzeba, że historycznie pierwszą produkcją opartą na komiksach tego wydawnictwa był trzynastoodcinkowy serial animowany „WildC.A.T.S.”. Jego emisja rozpoczęła się w październiku 1994 roku i nie mogła trafić na gorszy okres. Stacja CBS, która wyświetlała kreskówkę dwa miesiące później zadecydowała o ściągnięciu z anteny tak zwanego „Action Zone” – bloku z animacjami w których główna rolę odgrywają superbohaterowie. Koty podzieliły los emitowanych od ponad dwóch lat Żółwi Ninja, chociaż serial chwalony był za fabułę, przystępność dla młodego odbiorcy, rockową ścieżkę muzyczną oraz bardzo dobre jak na owe czasy animowane sceny akcji. Decyzja CBS-u nie tylko oznaczała koniec serii, ale także pośrednio doprowadziła do zawieszenia prac nad animowanym serialem „Gen13”.
Zaledwie trzy miesiące po ściągnięciu z anteny przygód Dzikich Kotów, MTV zaczęło emisję „The Maxx” oparte na komiksie Sama Kietha. Niestety, tytuł ten nawet nie poprawia wyniku swojego poprzednika i również dokonuje żywota po 13 odcinkach. Tu jednak problemem nie była jedynie niska oglądalność, a... zbyt ambitny projekt. „The Maxx” mieszało gatunki, sposoby narracji, a nawet animacji. Projekt padł, ponieważ okazało się iż wybranie MTV na dom serialu było po prostu błędem. Wystarczy zresztą zajrzeć do obecnej ramówki tej stacji, by zauważyć ile jest tam chociaż odrobinę ambitnych projektów. Jako ciekawostkę dodam, że animowany „The Maxx” był praktycznie kadr w kadr przenoszony z kart komiksów.
Jak czas pokazał, największym sukcesem jeśli chodzi o ilość odcinków okazał się animowany „The Savage Dragon”, emitowany przez kanał USA Network. Serial ten również zalicza jedynie jeden sezon, ale liczy on sobie 26 epizodów. Co ciekawe, przygody tego herosa były dość powszechnie krytykowane za kiepską fabułę i wszechogarniającą nudę bijącą z ekranu. Ogólnie w tym czasie stacja miała kiepską serię jeśli chodzi o dobór animacji, ponieważ wraz z Dragonem do piachu poszły seriale z bohaterami z Mortal Kombat oraz Wing Commander.  Nie pomógł nawet łączący je wszystkie crossover, wyemitowany w grudniu 1996 roku. 

Z kolei największym sukcesem komercyjnym okazał się „Spawn” Todda McFarlane. Mroczna, brutalna i zdecydowanie przeznaczona dla dorosłych produkcja utrzymuje się na antenie przez trzy sześcioodcinkowe sezony. Emitowana przez HBO produkcja niestety nie doczekała się dobrego, zamkniętego zakończenia, jednak i tak znalazła się na piątym miejscu listy najlepszych animacji opartych na ekranizacjach komiksów według serwisu IGN. Początkowo posądzany o niespieszne tempo „Spawn” okazał się wizualną ucztą pełną niejednowymiarowych postaci. Niestety o zdjęciu serialu z anteny zadecydowała niska oglądalność. To ogromna strata, że HBO nie zdecydowało się na wyprodukowanie jeszcze jednego epizodu, którego zadaniem było domknięcie wszystkich wątków. Mimo to i tak polecam.  
Najdalej poszło studio Top Cow, które w 2006 roku postanowiło zaatakować rynek japoński. Tak też powstała licząca 24 epizody animacja „Witchblade”, która przeniosła bohaterkę znaną z komiksów do futurystycznej, zniszczonej Japonii. Z dziełem Michaela Silvestriego nie miało to absolutnie nic wspólnego, lecz nie to było największą wadą serii. Była nią zwyczajna nuda. Projekt ten, podobnie jak wcześniejsze próby Marvela, nie odniósł żadnego sukcesu ani w Japonii – zapewne z powodu dość typowej kultury mieszkańców kraju kwitnącej wiśni, ani także w USA. I w tym jednym przypadku bardzo cieszę się, że tak właśnie się stało.
Anime „Witchblade” nie jest jednak jak dotąd ostatnią próbą przedostania się bohaterów znanych z komiksów Image na pole seriali animowanych. W 2010 roku na półkach z płytami DVD pojawił się film „Firebreather” oparty na komiksie pod tym samym tytułem. Niestety nie znam ani oryginału, ani także samej animacji. Z trailera wynika jednak, iż mamy do czynienia z opowieścią o standardowym, młodym chłopaku, który wchodzi w posiadanie mocy typowych dla smoków. Jeśli dobrze przeszperałem Internet, film ten wyświetlany był także na polskim Cartoon Network, więc możliwe że ktoś z Was o nim słyszał. Jeśli tak, to poproszę o opinie dotyczące „Firebreathera

Filmy
Pełnometrażowe filmy aktorskie oparte na komiksach Image Comics były jak dotąd cztery i tylko jedna z nich – notabene ostatnia – okazała się sukcesem. Szlaki przetarł nie kto inny jak „Spawn” z 1997 roku. Był to film praktycznie z każdej strony zły: kiepskie aktorstwo, nuda, brak porywającej fabuły, w większości kiepskie efekty specjalne (nawet jak na owe czasy) oraz fatalna reżyseria praktycznie położyły ten film na całej długości. Przełożyło się to także na osiągnięty wynik finansowy, ponieważ film nawet się nie zwrócił, tym samym zamykając drogę do planowanego wówczas sequela. Być może jednak dobrze się stało, że nie było dane nam go doczekać. Wszak z reguły drugie części stoją na znacznie niższym poziomie, co w przypadku „Spawna” oznaczałoby już rycie twarzą do dnie.
Trzy lata przyszło nam czekać na kolejny film z bohaterem komiksów Image. W 2000 roku Top Cow nakręciło telewizyjną produkcję „Witchblade”, która w przypadku sukcesu miała przerodzić się w serial. Chociaż ciężko mówić tu o filmie stojącym na wysokim poziomie, widownia dopisała na tyle, że detektyw Sara Pezzini z twarzą Yancy Butler doczekała się własnego serialu. A o nim kilkanaście słów znajdziecie poniżej.
Mało kto wie o tym, że film „Bulletproof Monk”, w Polsce wyświetlany jako „Kuloodporny” to ekranizacja mało znanego komiksu od Image Comics. Film okazał się umiarkowanym sukcesem, znacznie mniejszym niż bardzo podobne „Godziny Szczytu”. Film ten łączył komedie z kinem akcji oraz odrobiną mistycyzmu i skupiał się na nietypowej przyjaźni obdarzonego niezwykłymi umiejętnościami mnicha i granego przez Seana Williama Scotta (seria „American Pie”) Amerykanina, w którym przybysz ze wchodu upatrzył sobie swojego ucznia. Osobiście uważam, że film ten świetnie sprawdza się na wieczór przy piwku i chipsach.
Największym sukcesem jeśli chodzi o ekranizacje komiksów z wydawnictwa Image okazało się „Wanted” z 2008 roku. Film z udziałem Jamesa McAvoy’a, Angeliny Jolie oraz Morgana Frejmana okazał się nie tylko sporym sukcesem kasowym, ale także i komercyjnym, o czym świadczyć mogą dwie nominacje do Oscarów. Od dłuższego czasu mówi się o jego kontynuacji, lecz na tym też się kończy. Szkoda, ponieważ „Wanted” znajduje się dość wysoko w moim rankingu czysto odprężających filmów, a ponadto nie ukrywam, że jestem fanem większości aktorskich kreacji Jamesa McAvoy’a.
Seriale
Jak już wspomniałem powyżej, sukces telewizyjnego filmu „Witchblade” zaowocował aktorskim serialem, który przetrwał na antenie dwa sezony. Nie było to niestety porywające widowisko, w którym dodatkowo tytułowy artefakt ograniczał się do bycia żelazną rękawicą dzierżoną przez detektyw Pezzini. Większość odcinków nie posiadała porywającej fabuły, a tylko jedna postać potrafiła być naprawdę interesująca. Nie zdradzę dokładnych szczegółów, lecz dopiszę, że pierwszy sezon kończy się cliffhangerem tak kiepskim, iż ciężko jest mi przypomnieć sobie coś znacznie gorszego. W każdym bądź razie, nie polecam.

Teraz wybaczcie mi lenistwo, ale o kolejnej produkcji tylko wspomnę. Serialem tym jest naturalnie święcące obecnie niesamowite sukcesy „The Walking Dead” stacji AMC. Druga połowa czwartego sezonu już 10 lutego, seria piąta na jesień. Kto nie zna ten gapa :)

Gry komputerowe
Teraz wchodzimy w rejony, których nie znam najlepiej, więc będę mocno posiłkował się materiałami w Internetu. Wbrew pozorom, gry z postaciami z komiksów Image to nie tylko dwie marki. Tak naprawdę są ich... trzy. Wszystko zaczęło się od Spawna, który podbijał wszystkie możliwe platformy istniejące pod koniec XX wieku. Wszystko zaczęło się od wydanej w 1995 roku gry „Todd’s McFarlane Spawn: The Video Game” na konsolę SNES. Była to typowa gra dla tego okresu. Gracz wcielał się w postać Ala Simmonsa i kierując się nieustannie w prawo pokonywał kolejne poziomy i znajdujące się na nim hordy przeciwników, by uwolnić grupkę porwanych dzieci. W tym także Cyan – córkę Wandy, jego byłej żony. Gra została przyjęta w umiarkowany sposób, a jej oceny kręcą się w okolicach 3/5.
Znacznie gorzej bohater ten spisał się debiutując na Playstation. Gra „Spawn: The Eternal” została praktycznie zniszczona przez recenzentów. Tytuł ten również był bijatyką, lecz stojącą na bardzo niskim poziomie zarówno pod kątem wykonania, jak i poziomu trudności. Portal ING ocenił ją na 2/10, natomiast GameSpot – 1.8/10.

Nieco lepiej Alowi Simmonsowi powiodło się na Game Boy Color. Gra zatytułowana po prostu „Spawn” skupiała się na genezie bohatera i dość wiernie oddawała historię zawartą w komiksie. Tytuł został ciepło przyjęty przez graczy, także z powodu dużej ilości rozbudowanych, ciekawych i nieźle zrealizowanych cutscenek. Niestety, ostatecznie nie zdecydowano się na wyprodukowanie wymarzonej przez fanów kontynuacji.
Chyba najbardziej doceniona grą z Alem Simmonsem w roli głownej okazało się „Spawn: In the Demon’s Hand”. Gra zameldowała się na konsole Dreamcast oraz Arcade i jako pierwsza pozwalała wcielać się w inne postacie z uniwersum Spawna. Każda z nich miała konkretną linię fabularną do wypełnienia, która ostatecznie łączyła się w złożoną fabułę. Podobno można było ponarzekać na pracę kamery, jednak był to jedyny zauważalny minus tej produkcji.
Ostatnią próbą Spawna na podbicie konsoli była gra o podtytule „Armagedon” na PlayStation 2. w konstrukcji przypominająca „Devil May Cry” produkcja swoją fabułę oparła na pierwszych stu numerach komiksowej serii. Niestety, znów dały o sobie znać kiepskie oceny (z reguły około 5 lub 6/10) i jak dotąd tytuł ten ostatecznie pogrzebał historię tego herosa w grach komputerowych.
Znacznie lepszy okres dla gier z postaciami z komiksów Image zaczęła się w 2007 roku, wraz z pojawieniem się „The Darkness”. Gracz wcielał się w postać Jackiego Estakado i obdarzony mocami Ciemności wykonywał kolejne zadania. Pomysłowa fabuła plus wciągający system gry zaowocował kontynuacją wydaną w 2012 roku, która powtórzyła sukces swojej poprzedniczki i tym samym dała nadzieję na to, że na trzecią część fani nie będą czekać kolejnych pięciu lat. Niestety, nie przełożyło się to na popularność komiksowej serii „The Darkness”, która pod koniec zeszłego roku dokonała swojego żywota.
Jednakże to nie „The Darkness”, a – co nietrudno zgadnąć – gra „The Walking Dead” okazała się zdecydowanie największym sukcesem jeśli chodzi o przenoszenie komiksów Image do wirtualnego świata. Chociaż... nie do końca tak jest. Podzielona na epizody i składająca się już z dwóch sezonów gra osadzona jest w tym samym świecie co komiks, lecz prezentuje zupełnie inną grupę ocalałych ludzi, a kolejne odcinki pokazują nam ich walkę o przetrwanie. Gra przywróciła niejako świetność przygodówkom i została doceniona zwłaszcza za niezwykle udaną fabułę.
Niestety, sukcesu tego nie powtórzyła gra „The Walking Dead: Survival Instinct” opowiadająca znanych z serialu o braciach Darylu i Merle Nixonach i ich drodze do Atlanty, gdzie poznajemy ich w produkcji stacji AMC. Zeszłoroczna produkcja nie zdobyła oszałamiających opinii (najczęściej 4 lub 5/10) i przeszła bez większego echa.

Inne
Początek istnienia wydawnictwa Image naznaczony został nie tylko falą nowych komiksowych serii, ale także gry karcianej z pochodzących zeń postaciami. Dość niespodziewanie odniosła ona spory sukces, co zaowocowało wydawaniem kolejnych talii i kolekcjonerskich kart. Praktycznie aż do rozłamu Image pojawiały się nowe dodatki i przyznać trzeba, że najwięcej właśnie spod znaku WIldStorm. Nic więc dziwnego, że wraz z przejściem tego studia do struktur DC Comics gra zmarła śmiercią naturalną.

Na sam koniec warto wspomnieć o firmie McFarlane Toys, gdzie co jakiś czas pojawiały się figurki postaci znanych z komiksów Image. Prym oczywiście wiodły kolejne serie dotyczące Spawna, ale pojawiały się także postacie innych bohaterów. Mój osobisty faworyt znajduje się na poniższym obrazku.
Na dziś to tyle. Pozostała nam jeszcze jedna odsłona „Historii Image Comics” i mam nadzieję, że jeszcze w styczniu uda mi się ją napisać.

środa, 11 grudnia 2013

Historia Image Comics część siódma: Joe's Comics oraz Skybound Entertainment

Dzisiejsza odsłona „Historii Image Comics” będzie stosunkowo krótka, ponieważ oba studia których nazwy widzicie powyżej, nie mają za sobą wielu lat funkcjonowania. Skybound zadebiutowało bowiem w 2010 roku, a Joe’s Comics w 2013. Chociaż to nie do końca prawda i właśnie dlatego zacznę najpierw od studia, którego założycielem jest J. Michael Straczynski.
Ten utalentowany twórca założył Joe’s Comics po raz pierwszy w 1998 roku, lecz wówczas było to nie osobne studio wydawnictwa Image, lecz niejako imprint Top Cow. Straczynski nie był wtedy jeszcze pierwszoligowym twórca komiksowym i nawet nie myślał o tym, że kiedyś odmieni mitologię Spider-Mana. Scenarzysta trafił idealnie w moment, gdy Marc Silvestrii szukał sposobu na rozwinięcie oferty swojego studia poprzez zezwolenie na autorską pracę „młodych, zdolnych”. To właśnie w tym czasie Michael Turner ruszał ze swoim „Fathom”, a nikomu wówczas nieznany Tony Harris zaczynał swoją karierę od „Obergeist”.

Początkowe plany były bardzo ambitne. Straczynski uruchamia swoje studio i rusza z dwoma projektami. W 1999 roku ukazuje się pierwszy numer cyklu „Rising Stars”, a rok później premierę zalicza wydany w całości także w Polsce „Midnight Nation”. Oba te tytuły okazują się być strzałem w dziesiątkę i windują Straczynskiego ma szczyty list najbardziej utalentowanych twórców. Jednocześnie staje się to powodem zamknięcia tego studia. „Plemię Cienia” dobiega swojego szczęśliwego końca, natomiast znacznie bardziej popularne „Rising Stars” wpadają w oko producentom filmowym. Tu dochodzi do konfliktu na linii twórca-studio, lecz niestety nie do końca wiadomo jakiego rodzaju był to problem. Straczynski jednak zostaje nieugięty: kończy swoja sztandarową serię, a zapowiedziane kolejne dwa projekty przenosi do Marvela, gdzie odnosił już sukcesy jako scenarzysta przygód człowieka-pająka.
Tu należy dodać, że pierwsze życie Joe’s Comics zakończyło się w 2005 roku po 7 latach i wydaniu blisko 50 komiksów. Straczynski jednak odszedł z Marvela, nie osiągnął praktycznie niczego w DC Comics (no, może poza wstydem za to co „zrobił” z Supermanem i Wonder Woman) i być może dlatego skruszony wrócił do wydawnictwa, które zrobiło z niego gwiazdę. Nowe Joe’s Comics to w tym momencie trzy serie: horror „Ten Grand” oraz superbohaterskie „Sidekick” i „Protector Inc.”. Jako że każdy z tych projektów liczyć ma nie więcej niż 12 numerów, w 2014 roku Straczynski planuje ruszyć z kolejnymi seriami, a także wznowić swoje autorskie pomysły z Marvela.
O Skybound z kolei można napisać wszystko w jednym akapicie. Robert Kirkman od lat tworzył dla Image po 2-3 serie jednocześnie. Każda z nich była lub jest hitem sprzedażowym wydawnictwa i nic dziwnego, że z czasem jego wpływy rosły. Ostatecznie twórca postanowił utworzyć osobne studio, w ramach którego wydawał własne komiksy. Taki los spotkał „The Walking Dead”, „Invincible” i „Super Dinosaur”, do których dołączył pierwszy projekt, który narodził się w Skybound – „Thief of Thieves”. Po jakimś czasie doszły do nich także autorskie projekty innych utalentowanych twórców. Szlaki przetarł Brandon Seifert ze swoim „Witch Doctor”, a z czasem dołączyli do niego David Schulner („Clone”), Joshua Williamson („Ghosted”) czy Chris Dingess („Manifest Destiny”). Skybound dopiero tworzy swoją historię.

To tyle w tej krótkiej odsłonie Historii Image Comics. Do końca cyklu pozostały jeszcze dwie i zapewniam, że obie będą znacząco dłuższe niż dzisiejsza.

sobota, 30 listopada 2013

Historia Image Comics część szósta: Todd McFarlane Prodictions



Wiecie który komiks niezależny sprzedał się najlepiej w historii? „Spawn #1” osiągnął w 1992 roku zawrotny wynik 1.7 miliona egzemplarzy, który do dziś nie został pokonany i nie wydaje się, by kiedykolwiek ta sytuacja miałaby ulec zmianie. „Odpowiedzialny” za tę sytuację był Todd McFarlane i dzisiejszy fragment historii Image Comics skupi się właśnie na nim i studiu, które założył. Na początek jednak cofnijmy się w czasie, gdy twórca ten pracował dla Marvela.
Nie czas to i miejsce na dokładne opisywanie tego, w jaki sposób McFarlane stał się supergwiazdą amerykańskiego komiksu, lecz wspomnę jedynie iż stało się to przy pracy nad postacią Spider-Mana. Artysta najpierw współtworzył flagową serię „The Amazing...”, by później z niej odejść i zająć się zupełnie nowym cyklem, zatytułowanym samym pseudonimem człowieka-pająka. Todd wytrwał w nim zaledwie szesnaście numerów, ponieważ nie umiał porozumieć się z Dannym Fingerothem – nowym edytorem rodziny tytułów ze ścianołazem. De facto, był to początek drogi do założenia Image Comics. McFarlane doskonale wiedział, że jest komiksową gwiazdą. Nie chciał on odchodzić z wydawnictwa, dzięki któremu swoją pozycję osiągnął. Czuł jednak, że jeśli metody pracy w wydawnictwie się nie zmienią, w końcu ugrzęźnie w przeciętności. Na szczęście McFarlane nie był sam i wraz z kilkoma innymi twórcami zaczął domagać się zmian. Ówczesny redaktor naczelny Marvela nie chciał jednak oddać buntownikom nawet części praw oraz zysków z postaci, które stworzyli oni dla wydawnictwa. Stało się więc jasne, że odejdą oni z Domu Pomysłów. Nieoficjalnie, to właśnie Todd McFarlane wraz z Robem Liefeldem przewodzili grupie zbuntowanych twórców, a jeszcze bardziej nieoficjalnie – to właśnie późniejszy twórca postaci Spawna zaproponował, by stworzyli oni wydawnictwo Image.

Tu wtrącę mała dygresję. McFarlane nie posiada żadnego wykształcenia związanego z biznesem. Uczył się on w czymś na kształt naszych akademii sztuk pięknych, a jednocześnie był nieźle zapowiadającym się baseballistą. Tymczasem to właśnie on najszybciej utworzył swoje studio w Image, jako pierwszy się na nim dorobił i zdobyte pieniądze oraz doświadczenie wykorzystał na budowę całego imperium, które obecnie obejmuje studio komiksowe, firmę produkującą zabawki, kolejne studio, tym razem produkujące filmy animowane, a także jeszcze jedno, zajmujące się grami komputerowymi. To ostatnie zbankrutowało w 2012 roku.
Wróćmy jednak do komiksów. Po odejściu twórców z Marvela utworzono Image Comics. Todd McFarlane był wśród „uciekinierów” największą gwiazdą. Jego popularność przewyższała nawet tą, którą cieszył się Jim Lee. Twórca dość słusznie uznał, że jego nazwisko samo w sobie jest gwarancją sukcesu i dlatego własne studio nazwał... Todd McFarlane Productions. Artysta wiedział, że zapowiedziany przez niego „Spawn” będzie hitem, lecz w przeciwieństwie np. do Roba Liefelda nie widział on nic złego w przeciągnięciu pracy nad pierwszym numerem serii. Ten ostatecznie trafił do sprzedaży w 1992 roku i jak już wspomniałem, do dziś jest rekordowo sprzedającym się komiksem niezależnym.

To totalnie wystarczyło, by McFarlane dorobił się fortuny. Aż do 2007 roku była to jedyna (!!!) marka wydawana przez studio legendarnego rysownika. Owszem, z czasem dorobiła się wielu spin-offów i serii pobocznych, lecz każda jedna z nich osadzona była w uniwersum Spawna. Bohater ten nie był szczytem oryginalności – praktycznie od samego początku zauważano pewne, dość nieznaczne podobieństwa do Ghost Ridera z Marvela i Deadmana z DC. McFarlane pokazywał jednak, że był mistrzem marketingu. Spawn doczekał się w szybkim tempie swojego solowego filmu aktorskiego, serialu animowanego, serii figurek i kilku gier komputerowych. To jednak będzie tematem jednej z kolejnych części Historii Image, więc dziś jedynie o tym wspominam.

Zapewne nieraz słyszeliście o słynnych opóźnieniach, które dotykało komiksy wydawane na początku istnienia Image Comics. Przypuszczam także, że znacie warsztat Todda McFarlane i uwagę, jaką potrafi on przywiązywać do szczegółów. Tymczasem jego „Spawn” był jednym z niewielu tytułów wydawnictwa, który ukazywał się w terminie. No, przynajmniej dopóki autorem rysunków był twórca postaci. Nigdy oficjalnie nie potwierdzono czy Jim Lee czuł się tym zawstydzony, lecz znając założyciela WildStorm, jest to wątpliwe.
Wielokrotnie wspominałem w poprzednich częściach opisywania historii wydawnictwa o wspólnym uniwersum Image. Otóż to właśnie Todd McFarlane był największym zwolennikiem tego pomysłu. Twórca był tak pewien tego, że eksperyment ten się powiedzie, że w origin Spawna wplótł zarówno Chapela z Youngblood Roba Liefelda, jak i WildC.A.T.S. Jima Lee. Jak wiecie, seria z tym bohaterem cały czas się ukazuje i warto wspomnieć, że przez ten czas kilkukrotnie została uderzona przez rozłamy w wydawnictwie Image. Najpierw odejście Liefelda sprawiło, że McFarlane nie mógł wspominać w swojej serii postaci Chapela – człowieka, który zabił Ala Simmonsa. Powstały więc konieczne zmiany w originie Spawna. Kolejne były bardziej kosmetyczne. Gdy Jim Lee sprzedał WildStorm wydawnictwu DC Comics, z oficjalnego kontinuum Spawna zniknęło spotkanie z ekipą Dzikich Kotów. Jako że było ono osadzone w alternatywnej przyszłości, praktycznie nie miało to przełożenia na comiesięczną serię.

Dziewiąty numer serii „Spawn” to dziś prawdziwy biały kruk. Jego scenarzystą był gościnnie Neil Gaiman, który stworzył trzy postacie, które w późniejszym czasie miały odgrywać znaczące role w tytule. Byli to Mediewal Spawn, Cogliostro i Angela. Ta ostatnia spodobała się czytelnikom na tyle, że otrzymała własną miniserię. W 2002 roku Gaiman upomniał się o te postacie, oskarżając McFarlane’a o niepłacenie wynagrodzenia za ich wykorzystywanie. Rozpoczęła się wieloletnia batalia sądowa, którą ostatecznie wygrał twórca Sandmana. Oczywiście wiązało się to z faktem, że w 2002 roku te trzy niezwykle ważne postacie musiały z numeru na numer zniknąć z łamów serii „Spawn”, co wiązało się z kolejnymi, nieplanowanymi zmianami w fabule. Warto wspomnieć, że na mocy wyroku sądowego, Gaiman „zabrał” z Image postać Angeli, która obecnie pojawia się w komiksach Marvela. Cagliostro dzięki ugodzie między twórcami wrócił na łamy „Spawna”, natomiast losy średniowiecznej wersji żołnierza piekieł są na razie nieznane.

To jednak nie jedyny wyrok sądowy, który zaszkodził McFarlane’owi. Pozwał go także baseballista Tony Twist, któremu nie spodobało się, że jego imieniem i nazwiskiem nazwano gangstera z którym mierzył się Spawn. Todda zadośćuczynienie kosztowało pięć milionów dolarów. Obecnie w sądzie rozpatrywana jest kolejna rozprawa. Tym razem McFarlane’a pozwał... Al Simmons. Były współpracownik twórcy postaci Spawna nie jest zadowolony z tego, że nie otrzymał wynagrodzenia za użyczenie swoich danych postaci komiksowej.
Todd McFarlane Productions w XXI wieku zaczęło nieco poupadać. Kolejne spin-offy serii „Spawn” padały, aż w końcu w 2003 roku była ona już jedynym regularnym tytułem z tym herosem. Trochę trwało zanim twórca postaci otrząsnął się z letargu, ponieważ zareagował dopiero... pięć lat później. Najpierw wymienił on głównego bohatera swojego flagowego dzieła, którym do dziś jest Jim Downing, a w 2009 roku zapowiedział start nowej serii. Oczywiście mowa tu o cyklu „Haunt” – pierwszym oryginalnym pomyśle McFarlane’a od siedemnastu lat. Sukces był umiarkowany, ponieważ bohater ten utrzymał się na rynku jedynie przez 28 numerów i to pomimo Roberta Kirkmana na stanowisku scenarzysty serii.

Jeszcze gorzej powiodło się w 2011 roku współtworzonemu przez samego Stana Lee tytułowi „Blood Red Dragon”, który zakończył się na trzecim numerze (#0-2). Czytelnikom nie spodobał się fakt mocno limitowanego nakładu, który wynosił 5000 kopii. Co prawda każdy z trzech zeszytów wyprzedał się do cna, lecz przyjęcie serii było bardzo chłodne i ostatecznie podjęto decyzję o jego bardzo przedwczesnym zakończeniu.

Jakiś czas temu pojawiła się plotka mówiąca o tym, że Todd McFarlane niedługo ogłosi upadłość swojej firmy zabawkowej. Nie wiadomo ile jest w tym prawdy, lecz daje to pewne nadzieje na to, że twórca mocniej poświęci się komiksom. Obecnie jego studio publikuje jedynie rysowaną przez Szymona Kudrańskiego serię „Spawn”, twardo- i miękkookładkowe wznowienia archiwalnych komiksów z udziałem tej postaci, a także okazyjne zbiory spin-offów. Zdecydowanie dziwi brak trejdów zbierających nowe przygody Jima Downinga. Jednak jedynie czas pokaże, czy McFarlane powiedział już swoje ostatnie słowo.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Historia Image Comics część piąta: Top Cow Productions



Kolejny rozdział historii wydawnictwa Image rozpocznę od przytoczenia anegdoty. Jako że dziś skupię się na studiu Top Cow Productions, trzeba odwołać się do żelaznej logiki. Jak już wspomniałem przy okazji poprzednich odsłon, ta część wydawnictwa Image została założona w 1992 roku przez Marca Silvestriego. Od razu też napiszę, że w tym samym roku ukazało się „Cyber Force v1 #1”, które dało prawdziwy początek studiu Top Cow. Tyle tylko, że zeszyt ten został wydany przez... studio WildStorm.
Zastanawiacie się pewnie dlaczego tak się stało, prawda? Powód jest bardzo prozaiczny. Spośród wszystkich ojców-założycieli wydawnictwa Image, to właśnie Marc Silvestri był tym, który nie miał zielonego pojęcia o biznesie. Rysownik cieszył się opinią niezwykle pomysłowego i utalentowanego twórcy, co jednak nie zmieniało nic w kwestii tego, że wypełnianie faktur i innych dokumentów zdecydowanie go przerastało. Silvestri koniecznie chciał posiadać własny zakątek w wydawnictwie Image, dlatego na początek połączył siły ze swoim dobrym przyjacielem Jimem Lee i u jego boku uczył się podstaw prowadzenia własnego biznesu. Najwyraźniej poszło mu to całkiem nieźle, ponieważ Top Cow Productions istnieje do dziś, a więc liczy sobie już dwadzieścia jeden wiosen. Powiązania z WildStormem Jima Lee widać było dość wyraźnie już na samym początku istnienia studia Silvestriego. Chociaż dotknęła go także inna przypadłość typowa raczej dla jego kolegi po fachu.

Naturalnie chodzi o opóźnienia. Pierwsza seria, albo raczej miniseria, „Cyber Force” liczyła zaledwie cztery numery, a mimo to Silvestri opublikował je w 10 miesięcy. Dokładnie ten sam problem dotyczył początkowych zeszytów „WildC.A.T.S. v1” z rysunkami Jima Lee, więc naturalnym wręcz pomysłem okazało się... zrobienie crossoveru z udziałem tych dwóch serii. Historia nosi nazwę „Killer Instinct” i zawiera się w sześciu zeszytach, które powinny zostać opublikowane w ciągu trzech miesięcy. Silvestri nie wyrabia się w terminach i ostatecznie pomiędzy początkiem a końcem crossovera upływa tych miesięcy pięć. Zapamiętajcie więc aż do grobowej deski – to że klasyczne Image cierpiało na ogromne opóźnienia wydawnicze, to choroba zapoczątkowana przez Jima Lee oraz Marca Silvestriego, która następnie przelała się na znaczną część reszty twórców pracujących w tymże wydawnictwie.

Wróćmy jednak do Top Cow Productions. Gdy Silvestri nauczył się już podstaw biznesu, studio ruszyło z kopyta. Silvestri nigdy jednak nie planował budowy szerokiej oferty komiksowej i dlatego ograniczyła się ona do wspomnianego już kilka razy „Cyber Force v2”, premierowego „Codename: Strykeforce” oraz okazyjnych spin-offów tego drugiego. W zasadzie jedynie dwóch, jeśli mam być dokładny. Komiksy z Top Cow nie podbijały list sprzedaży, a z czasem czytelnikom zaczęły przeszkadzać nie tylko notoryczne opóźnienia, ale także niski poziom fabularny. Ostatecznie Silvestri odpuszcza rysowanie swojego pierwszego dzieła, kasuje na czternastym numerze „Codename: Strykeforce” i rozpoczyna prace nad tchnięciem drugiego życia we własne studio. Szansę na to upatruje w zatrudnieniu młodych, zdolnych twórców. Byli to David Finch, Joe Benitez oraz Michael Turner. Pierwszy z nich przejął obowiązki rysownika w „Cyber Force v2”, dwaj kolejni rozpoczęli prace nad seriami, dzięki którym Top Cow istnieje do dziś. Znacie je doskonale, ponieważ są to „Witchblade” oraz „The Darkness”.
Sara Pezzini debiutuje na kartach komiksów w 1995 roku. Prowokacyjny wygląd bohaterki, połączony z pracami niesamowicie utalentowanego Michaela Turnera i nienajgorszą fabułę Marca Silvestriego daje studiu pierwszy komiks, który rozchodzi się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy i wspina się na sam szczyt comiesięcznych list sprzedaży. Rok później, w dziesiątym numerze „Witchblade”, swój debiut zalicza Jackie Estakado. Już po kilku miesiącach i on otrzymuje swój tytuł, który także okazuje się najchętniej kupowanym komiksem miesiąca. Image Comics ma kolejne hity? Nie. Wszystko dzięki Robowi Liefeldowi.

Jak już wiecie z poprzednich odsłon Historii Image Comics, jegomość ten nie tylko był założycielem studia Extreme, niezależnego wydawnictwa Maximum Press, ale także redaktorem naczelnym całości Image Comics. Zachwycony talentem Michaela Turnera, Liefeld postanowił podebrać go z Top Cow i zaczął namawiać do zerwania umowy z Silvestrim. Rysownik nie tylko się nie zgodził, ale także poinformował swojego szefa o nieuczciwych praktykach ze strony twórcy „Youngblood”. Ten wściekł się tak bardzo, że w 1996 roku postanowił odłączyć studio Top Cow, wraz z dwoma najbardziej dochodowymi wówczas tytułami Image, ze struktur wydawnictwa. Rozbrat ten trwał jedynie kilka miesięcy, ponieważ ostatecznie to Liefeld zrezygnował z zajmowanej posady i odszedł, zabierając również wszystkich wymyślonych przez siebie bohaterów. Nikt szczególnie za nim nie płakał, ponieważ w zamian do Image wróciły te marki, które przynosiły znacznie większe zyski. Silvestri tak bardzo zadowolony był z lojalności Turnera, że pozwolił mu odejść z „Witchblade” i stworzyć autorski projekt. Tym okazał się kolejny hit wydawnictwa – rozpoczęty w 1998 roku „Fathom”, do którego w 2000 roku dołączyło jeszcze „Soulfire”. Komiksy te ukazywały się aż do 2002 roku, gdy Turner postanowił odejść z Top Cow i założyć własne wydawnictwo – Aspen MLT.
Rok 1997 przynosi kolejną zaskakującą decyzję Silvestriego. Wtedy właśnie studio Top Cow nabywa prawa do komiksowej adaptacji gry „Tomb Raider”, tym samym jako pierwsze w historii Image zaczynając publikować tytuł nie będący autorskim pomysłem jednego z twórców. Co jeszcze ciekawsze, Lara Croft staje się częścią uniwersum studia i na porządku dziennym są jej spotkania z Witchblade, The Darkness, Magdaleną czy Aphrodite IX. Seria odnosi sukces, znów windując wyniki sprzedaży studia i dożywa aż 50 numerów. Ostatni numer ukazuje się w 2005 roku, a dwa lata później umowa pomiędzy Eidos i Top Cow wygasa. W 2014 roku Lara Croft powróci na karty komiksów, lecz tym razem już dzięki wydawnictwu Dark Horse.

„Fathom” nie jest jedynym autorskim hitem studia w 1998 roku. Swój własny imprint otrzymuje także Joe Michael Straczynski i zaczyna wydawać „Rising Stars”. O studiu Joe’s Comics powstanie jednak osobna notka.

Top Cow było także zdecydowanie najbardziej aktywnym studiem Image Comics na polu filmów i animacji. Niestety, nie mogę tu teraz o tym napisać, ponieważ na ten temat także powstanie osobny wpis.

Początek XXI wieku przyniósł duży kryzys dla studia założonego przez Marca Silvestriego. W 2001 roku Straczynski rozpoczął współpracę z Marvel Comics, jednocześnie stopniowo zamykał swoje projekty dla Joe’s Comics. W tym samym roku ze względu na słabą sprzedaż zamknięty zostaje pierwszy wolumin „The Darkness”. W 2002 roku Michael Turner odchodzi i zakłada własne wydawnictwo, pozbawiając Top Cow dwóch mocno dochodowych marek. Silvestri dowiaduje się także, że w 2005 roku końca dobiegnie „Tomb Raider”, a swoje ostatnie tchnienie wyda imprint Straczynskiego. Twórca stara się postawić wszystko na jedną kartę i próbuje odświeżyć uniwersum studia. To udaje się tylko częściowo, ponieważ nowa marka „Hunter-Killer” nie odnosi sukcesu i szybko zostaje skasowana. Ten sam los czeka drugi wolumin „The Darkness”. Na szczęście jedna decyzja okazuje się być bardzo trafna.
Jest nią zatrudnienie w 2004 roku Rona Marza, który przejmuje pisanie scenariuszy serii „Witchblade”. Twórca ten nie tylko odrestaurował zakurzoną już nieco bohaterkę, ale także w ciągu kolejnych lat rozbudował uniwersum Top Cow o kolejne pozycje (zalążek fabuły trzeciej serii „The Darkness”, drugi wolumin „Magdaleny”, cykl „Artifacts”, miniserie „Angelus”, „First Born” oraz „Broken Trinity”) i śmiem zaryzykować stwierdzenie, że tym samym ocalił je od solidnego restartu lub wręcz całkowitego zamknięcia. Marz do dziś decyduje o tym, co dzieje się w głównym uniwersum Top Cow i robi to tak mocno, że niezbyt pasujące do mistycznego wyglądu świata marki „Cyber Force” oraz „Aphrodite IX” przeniesie zostały do alternatywnych przyszłości.

Rok 2006 przynosi umowę studia Top Cow z Marvel Comics, które polega na okresowej wymianie pracujących dla obu edytorów twórców. Okres ten przypada na lata 2007-2008 i de facto kończy się tym, że kilku spośród rysowników pracujących dla studia tworzy raczej drugoligowe miniserie dla Domu Pomysłów. Wyjątkiem jest jedynie udział Silvestriego w głośnym crossoverze „X-Men: Messiah Complex”, którego narysował pierwszą część. Późniejsze prace założyciela Top Cow dla Marvela nie wynikały już z zawartego porozumienia.

Następnego roku Silvestri ogłasza, że jego studio jako pierwsze spośród oddziałów Image Comics zacznie publikować cyfrowe wersje swoich komiksów. Oprócz nowości, do dystrybucji trafiają wkrótce całe serie „Tomb Raider”, „The Darkness v1” oraz pierwszych 50 numerów „Witchblade”. Także w 2007 rusza inicjatywa Pilot Season. Założenia są ambitne – każdego roku Top Cow publikuje pięć one-shotów. Ten z nich, który wygra w późniejszym głosowaniu czytelników, zostaje przekształcony w miniserię. Rzeczywistość jest jednak brutalna, ponieważ czytelnicy muszą czekać na publikacje tych tytułów po dwa-trzy lata. W chwili gdy piszę te słowa jest końcówka 2013 roku, a na wydanie wciąż czeka zwycięzca sprzed trzech lat.
W 2011 roku pojawia się zaniepokojenie coraz niższymi wynikami sprzedaży topowych. Silvestri i Marz decydują się wówczas na restart uniwersum. Nie przynosi to spodziewanych efektów, ponieważ z czasem kolejna kasacja dotyka „The Darkness v3”. Także kompletny reboot marki „Cyber Force” nie można uznać za sukces. Pierwsze pięć numerów czytelnicy mogli otrzymać za darmo w sklepach komiksowych, lecz cykl nie tylko dotykały potężne opóźnienia, ale także przedstawiona historia nie należałą do zbyt ciekawych. Efekt? Szósty numer z żałośnie niskimi wynikami sprzedaży. Nic dobrego nie można także powiedzieć o współpracy z firmą Heroes and Villains Entertaiment, która dostarczyła studiu dwie miniserie o poziomie na wysokości wypracowań z wczesnego gimnazjum.

Obecnie zdaje się, że studio Top Cow musi poszukać kolejnych sposobów na przyciągnięcie nowych czytelników, ponieważ liczby są nieubłagane i jeśli w najbliższym czasie nic się nie zmieni, być może przyjdzie nam dowiedzieć się zamknięciu studia liczącego sobie już ponad 21 lat.

wtorek, 12 listopada 2013

Historia Image Comics część czwarta: Extreme Studios i inne wymysły Roba Liefelda



Dzisiejszy wpis poświęcony zostanie nie tyle jednemu studiu Image Comics, co osobie ją reprezentującej. Rob Liefeld to postać, obok której nie można przejść obojętnie. Uznawany za jednego z najgorszych rysowników w historii, konsekwentnie zdawał się wierzyć w swoją wielkość nie tylko jako komiksiarza, ale także jako biznesmena. Dzisiejszy wpis udowodni wam, że w obu tych zakątkach swojego życia, Liefeld był, a w zasadzie jest, tak samo nieefektywny. Zacznijmy jednak od samego początku.
Wspominałem o tym już w pierwszej części „Historii Image Comics”, ale na wszelki wypadek powtórzę. Rob Liefeld wraz z Toddem McFarlane był uważany za lidera grupy buntowników, którzy żądali od Marvel Comics większej swobody twórczej oraz praw autorskich po kreowanych przez siebie postaci. Już wtedy rysownik pokazał, jak wysokie ma o sobie mniemanie, ponieważ spośród wszystkich, którzy odeszli z Marvela, to on miał najmniejszy dorobek. Składał się on w zasadzie z prac nad dwoma tytułami, których większość jedynie rysował. Niemniej sukces, jaki odniósł przy „X-Force vol. 1” wystarczył, by uznać go gwiazdę komiksowego rynku. Sam Liefeld myśli do dziś, że nią jest, ale o tym trochę później.

Po odejściu z Marvela i współzałożeniu Image Comics, Liefeld z wielką pompą otwiera studio Extreme i zabiera się do pracy. Ostatecznie jego „Youngblood #1” jest pierwszym w historii komiksem z wielkim „i” na okładce, a także pierwszym w pełni niezależnym komiksem, który zameldował się na szczycie comiesięcznych list sprzedaży. Sukces? Tak, ale jak Liefeld przyznaje po latach, nawet on nie był zadowolony ze swojego komiksu, ponieważ powstawał on naprędce i z pewnymi problemami, ale twórca koniecznie chciał być „tym pierwszym”. Obiecał on, że wznowienie „Youngblood #1” zostanie napisane na nowo, lecz nie dotrzymał on swojego słowa, ponieważ... takowe nigdy się nie ukazało.

Przed chwilą napisałem, że sukces został odniesiony i Extreme Studios jako pierwsze mocno rozwinęło swoją ofertę. Gdy pozostali twórcy powoli, lecz konsekwentnie starali się rozwijać swoje oferty, Liefeld już uwierzył że potrafi sprzedać wszystko. Oprócz kolejnych numerów „Youngblood”, w katalogu jego studia szybko pojawiały się zapowiedzi kolejnych tytułów. Były to między innymi „Prophet”, „Glory”, „Brigade” czy „Badrock”. O ile oferta wczesnego Image charakteryzowała się tym, że komiksy nie stały na najwyższym poziomie opowiadanej historii, o tyle przedstawiciele studia Extreme w większości przypadków ocierali się o fabularne dno. Nic w tym dziwnego, skoro za scenariusze odpowiadał albo sam Liefeld, albo wyłowieni przez niego, totalnie anonimowi twórcy, o których słuch dziś już zaginął. Słupki sprzedaży wciąż jednak były dość wysokie, a reszta założycieli wydawnictwa nominowała go na naczelnego, co jedynie utwierdzało Liefelda w przekonaniu, że jest wielki. Dlaczego więc będąc taką gwiazdą, koniecznie trzymać się jedynie Image?
Przełom lat 1993/1994 przyniósł światu narodziny Maximum Press. Było to nowe, niezależne wydawnictwo, założone przez Roba Liefelda. Tam publikował on komiksy, które nie pasowały do uniwersum Image. Swój dom znalazły tam między innymi „Avengelyne”, „Warchild” czy licencjonowany „Battlestar Galactica”. Oczywiście krok ten nie podobał się reszcie włodarzy wydawnictwa Image, lecz nie to stało się powodem wyrzucenia Liefelda z Image.

Ok, napisałem wyrzucenia, chociaż oficjalnie twórca sam odszedł z wydawnictwa. Swoją rezygnację złożył na kwadrans przed podjęciem decyzji o usunięciu go ze struktur Image Comics. Stało się to w 1996, a powodem były nieczyste praktyki stosowane przez Liefelda. Mianowicie próbował on odkupywać niektórych twórców z innych studiów, robiąc to zupełnie incognito. Wpadł podczas prób przekonania Michaela Turnera, by opuścił Top Cow i przeszedł do Extreme Studios. Michael Silvestri tak mocno wściekł się z tego powodu, że odłączył swoje studio od Image. Reszta założycieli wydawnictwa Image zgodził się, że Liefeld przekroczył swoje uprawnienia jako naczelny i postanowili go usunąć.

Liefeld mógł poczuć się, jakby dostał w twarz. Być może nawet go to otrzeźwiło, ponieważ zaczął działać z sensem. Połączył on Extreme Studios oraz Maximum Press i utworzył Awesome Entertainment. Skromna nazwa, prawda? Będąc kompletnie niezależnym, Liefeld kontynuował prace nad tytułami znanymi z poprzednich dwóch wydawnictw, lecz tym razem nie stawiał na anonimowych twórców. Przekonał on Jepha Loeba i Alana Moore’a, by współpracowali wraz z nim. Tylko dzięki tej dwójce, Awesome utrzymało się kilka lat na rynku.
Końcówka poprzedniego stulecia była katastrofalna dla rynku komiksowego. Upadły wydawnictwa Malibu czy Valiant, bliski swojego końca był Marvel, ogromne straty generowało DC, a Image Comics pomału traciło swój rozpęd i dodatkowo wplątało się w pewne problemy z zamówieniami na swoje komiksy. Liefeld uparcie twierdził, że jest na rynku miejsce dla nowego gracza i powoływał się na przykład wydawnictwa Dark Horse, które przez te ciężkie czasy przeszło praktycznie bez zawirowań. Na wszelki wypadek zatrudnił dwóch uznanych twórców, którzy mieli zapewnić mu wysoką sprzedaż. Alan Moore zajął się największymi markami Liefelda, a więc „Youngblood”, „Glory” i przede wszystkim „Supreme”. Jeph Loeb z kolei pisał scenariusze do serii „Coven” i „Lionheart”, a sam Liefeld zakupił prawa do postaci Fighting Americana i planował z nią serię. Co więc poszło nie tak?

Pazerność i przesadna pewność siebie, proszę państwa. Komiksy wydawnictwa Awesome nie sprzedawały się źle. Wykończyły je koszty produkcji i... koszta sądowe. Liefeld uznawał bowiem, że wydanie komiksu w jedenastu wariantach okładkowych (!!!) to coś całkowicie normalnego, natomiast Marvel Comics uznało, że Fighting American to nic innego, nieco przerobiony Kapitan Ameryka. Sklepy komiksowe w końcu przestały zamawiać poszczególne warianty coverów, co dobiło „Youngblood” i „Glory”, Jeph Loeb po zakończeniu własnych serii przyjął ofertę DC Comics i odszedł, a Rob Liefeld został zablokowany przez sąd i nie mógł wydać w planowanej formie Fighting Americana. W latach 1999-2000 Awesome Comics wydało jedynie 13 komiksów (w tym jeden handbook i jeden reprint), aż w końcu Liefeld ogłosił wyczekiwane zakończenie istnienia swojego wydawnictwa.

Myślicie że czegoś go to nauczyło? Skądże znowu. Bardzo szybko Liefeld zakłada Arcade Comics, gdzie chce raz jeszcze przywrócić światu markę „Youngblood”. Twórca zaplanował trzy projekty z tymi bohaterami i przyciągnął do współpracy głośne nazwiska. Efekt? Ukazały się jeden zeszyt serii „Bloodsport” (scen. Mark Millar), dwa numery cyklu „Genesis” (scen. Kurt Busiek, rys. Eric Walker) oraz jedna odsłona „Imperial” (scen. Robert Kirkman). Żaden z nich nie został dokończony, a Arcade Comics zniknęło z komiksowej mapy USA.

W lipcu 2007 roku Image Comics ogłasza, że Rob Liefeld powraca w szeregi wydawnictwa, które współtworzył. Nie zajmuje on w wydawnictwie żadnej poważnej roli, lecz kolejny raz próbuje odświeżyć nieco swoje własne dzieła. W pierwszej kolejności stawia na... tak, tak, zgadliście. „Youngblood #1” ukazuje się w styczniu 2008 roku i po raz pierwszy w historii Liefeld nie przyłożył ręki do procesu produkcji komiksu. Przynajmniej początkowo, ponieważ szybko zmienił zdanie i samodzielnie stworzył #9 – ostatni zeszyt cyklu. Kolejne lata przynoszą nowe woluminy „Avengelyne” oraz „Brigade”, które trwają odpowiednio osiem i... jeden numer. Rok 2011 miał wszystko zmienić, gdy Robert Kirkman zaprosił Liefelda do współtworzenia serii „Infinite” dla studia Skybound. Wskutek „twórczych różnic”, cykl przetrwał jedynie dwa numery. Dodajmy jeszcze, że w międzyczasie twórca nawiązywał współpracę z Marvelem i DC, które także kończyły się odejściem z hukiem.
Wreszcie w 2012 roku Image, zupełnie nie wiedzieć dlaczego, postanawia dać Liefeldowi kolejną szansę i ogłasza zmartwychwstanie studia Extreme. Oficjalnie, istnieje ono do dziś, ale... przyjrzyjmy się temu nieco bliżej.

Rob Liefeld w 2012 roku ogłasza, że sumuje numeracje swoich największych hitów i oddaje je w ręce zdolnych twórców. Oto jak ułożyły się ich losy.

Bloodstrike: Tytuł startuje od numeru 26, chociaż #24-25 nigdy się nie ukazały. Scenarzysta Tim Seeley kontynuuje wątki z poprzednich serii, lecz cykl notuje najsłabsze wyniki spośród wszystkich ze studia Extreme i po ośmiu numerach następuje kasacja. Zakończenie można określić jako pół-otwarte.
Supreme: Legendarny tytuł Alana Moore’a kontynuuje Erik Larsen, korzystając ze skryptów legendarnego scenarzysty. Komiks startuje od #63 i wytrzymuje sześć zeszytów, po których Larsen znów poświęca całą swoją uwagę serii „The Savage Dragon”. #68 ukazał się w styczniu 2013 roku i po kilku miesiącach otrzymuje off-panelową kasację. Zakończenie jest jak najbardziej otwarte.
Youngblood: Chyba nikogo nie dziwi, że i ten tytuł otrzymał swoją szansę w nowym studiu Extreme. Seria rusza od numeru 71, chociaż znów nie wiadomo skąd wzięła się ta liczba (powinna wynosić 68). Za scenariusz odpowiedzialny zostaje debiutant John McLaughlin, który wytrzymuje na stanowisku zaledwie sześć zeszytów, po czym zastępuje go Liefeld. Od tego czasu ukazują się jedynie dwa numery, z czego ostatni w lipcu 2013 roku. Seria wciąż jednak widoczna jest na stronie Image Comics jako aktualna, więc nie można powiedzieć o jej kasacji.
Glory: Najbardziej niedoceniona seria odrestaurowanego studia Extreme. Joe Keatinge rusza od zeszytu #23 i całkowicie odmienia główną bohaterkę. Krytycy biją brawo za odwagę i przestawioną fabułę, czytelnicy kręcą nosem. Ostatecznie tytuł kończy się po dwunastu numerach, spójnym i jednoznacznym zakończeniem.
Prophet: I wreszcie największy hit nowego studia Extreme. Scenarzysta Brandon Graham tak mocno odcina się od poprzednich odsłon przygód tego bohatera, że tworzy z serii kandydata do nagrody Eisnera. Cykl rusza od numeru 21, a zapowiedziany na styczeń 2014 roku „Prophet #45” będzie jednocześnie ostatnim zeszytem. Zapewne także z konkretnym zakończeniem.

Jak więc widać odrestaurowanie studia Extreme nie okazało się sukcesem. Czy jest więc kolejnym gwoździem do trumny Roba Liefelda? Chyba nie, skoro twórca niedawno zbierał na Kickstarterze pieniądze na nową odsłonę serii „Brigade”.

Od Was zależy które studio zostanie bohaterem części piątej. Do wyboru macie Top Cow Productions oraz Todd McFarlane Productions. Piszcie komentarze :)

niedziela, 10 listopada 2013

Historia Image Comics część trzecia: Highbrow Entertainment oraz Shadowline

Co prawda dziś na „historyczną” rozkładówkę biorę nie jedno, ale aż dwa studia Image Comics, to jednak dzisiejszy wpis będzie najkrótszy spośród wszystkich, które opisują funkcjonowanie wydawnictwa. Dlaczego? Ponieważ zarówno Highbrow Entertainment jak i Shadowline nie przeżywały niemal żadnych wstrząsów ani nie wywoływały skandali, po prostu przez całe lata robiły swoje, co zresztą zaraz Wam udowodnię.

Highbrow Entertainment

Studio założone przez Erika Larsena jest teraz bodaj najspokojniejszym „zakątkiem” Image. Twórca ten planował stworzyć całą swoją część uniwersum wydawnictwa, co początkowo nawet mu się udawało. Larsen przyniósł ze sobą do Image postacie, które stworzył dla krótko istniejącego Megatron Comics, którymi byli Savage Dragon oraz Vanguard. Po dość dużym sukcesie miniserii z tym pierwszym, Highbrow oficjalnie ruszyło z kopyta. W ofercie studia znalazły się wydawany do dziś „The Savage Dragon”, a także serie „Vanguard”, „Freak Force”, „Star” czy „Super Patriot”. Początkowo wydawało się, że każde z nich zdobędzie sporą popularność i na dłużej zadomowi się w ofercie Image, lecz z czasem wyniki sprzedaży okazały się nieubłagalne. To właśnie komiksy ze studia Highbrow były tymi, które najmocniej ucierpiały na obcięciu ilości zamówień przez poszczególne sklepy komiksowe, o czym pisałem w pierwszej części „Historii Image”. Po 1996 roku Larsen tylko dwa razy zdecydował się na opublikowanie coś poza kolejnymi przygodami Dragona, ale bohaterowie wszystkich spośród wyżej wymienionych serii nie zostali zapomniani. Każde z nich do dziś okazyjnie pojawia się w kolejnych numerach „The Savage Dragon”. Vanguard był nawet częścią planowanego na 2006 rok przez Roba Liefelda odrestaurowania „Youngblood”, lecz krótki żywot tej serii poskutkował powrotem do gościnnych występów w opus magnum Larsena.

Sam twórca wsławił się tym, jako pierwszy spośród założycieli Image Comics opowiedział się przeciwko ścisłemu, komiksowemu uniwersum. Stało się to po tym, gdyż nie był zadowolony ze sposobu w jaki powstał komiks WildC.A.T.S. v1 #14, na łamach którego gościnnie pojawili się Freak Force oraz Savage Dragon.

Studio Highbrow próbowało uszczknąć coś z tortu animacji, jaki pewnego dnia pojawił się w siedzibie Image Comics. Niestety, podobnie jak animacje poświęcone Spawnowi i WildCats, tak i serial o Savage Dragonie nie utrzymał się zbyt długo na antenie. Ostatecznie w 1995 roku powstało jedynie 26 odcinków.

Aż do 2004 roku Erik Larsen po cichu funkcjonował sobie na boku wydawnictwa Image, tworząc jedynie kolejne przygody swojego zielonoskórego bohatera. Wtedy też został nominowany na naczelnego Image Comics. Także i po awansie trudno mówić o jakimś znaczącym wkładzie twórcy w rozwój wydawnictwa. Nie powstrzymał on powolnych spadków wyników sprzedaży i chyba najmocniej zapamiętany zostanie za to, że pozwolił wrócić do Image pierwszemu buntownikowi – Robowi Liefeldowi. Nie mogąc pogodzić obowiązków naczelnego z tworzeniem „The Savage Dragon”, Larsen zrezygnował z posady, co okazało się świetną decyzją. Jego następca – Eric Stephenson, znów uczynił z Image trzecią siłę na rynku.

Pod koniec 2013 roku Highbrow Entertainment wydaje jedynie kolejne numery „The Savage Dragon”, który pomału zbliża się do 200 numeru. Larsen próbował jeszcze reanimować „Supreme” dla studia Extreme, ale o tym dowiecie się więcej z kolejnych wpisów. 
Shadowline

Jak już mogliście dowiedzieć się z poprzednich wpisów, Shadowline jest studiem założonym przez Jima Valentino. Oficjalnie powstało ono w grudniu 1992 roku, gdy małe, lecz znane do dziś logo, pojawiło się na wewnętrznej stornie okładki komiksu „Shadowhawk #3”. Właśnie ten tytuł miał być najważniejszą pozycją studia, oczywiście tworzoną przez samego Valentino. Jakieś musiało być zdziwienie twórcy, gdy okazało się, że jedne z najgorszych wyników sprzedaży spośród oferty Image, a deklarowana niemal od samego początku niechęć do jednego, wspólnego uniwersum tylko ten stan pogłębiały. „Shadowhawk” w krótkim odstępie czasu zaliczył trzy krótkie serie (łącznie osiemnaście numerów), po czym odszedł w zapomnienie.

Valentino publikował także prace innych twórców. Ale nie oszukujmy się – były one w większości kiepskie. W końcu przyszedł rok 1997, gdy twórca wymyślił sposób na ratowanie swojego tworu. Oficjalnie ogłoszono, że od tego czasu Shadowline przestaje istnieć, a w jego miejscu pojawi się „Non-line” – zarządzana przez Valentino linia, nie będąca osobnym studiem, która publikować będzie wybrane komiksy zdolnych twórców, a i gdzie od czasu do czasu sam twórca coś napisze i narysuje. Ogłoszono także, że zakończono istnienie uniwersum studia i odtąd każda pozycja istnieje „sama dla siebie”, bez powiązań z innymi tytułami. „Non-line” nie odniosło spektakularnego sukcesu, ale decyzja ta pozwoliła jednemu z założycieli Image przetrwać we względnym spokoju.

Jim Valentino jednak nie był zbyt zadowolony z tego, co osiągnął w wydawnictwie. Gdy w 1999 roku nominowano go na naczelnego, „Non-line” jako osobny twór de facto przestało istnieć. Owszem, wciąż ukazywały się komiksy „bez studia”, lecz nie było jednej osoby sprawującej nad nimi pieczę. Spekuluje się nawet, że Valentino został naczelnym, by ponownie poczuć się ważnym w Image, skoro większość jego kolegów-współzałożycieli odnieśli zdecydowanie większe sukcesy. Miał on ogromnego pecha, ponieważ na samym początku to właśnie jemu przyszło posprzątać po odejściu Jima Lee, gdy ten przeniósł cały WildStorm do DC Comics. Cała kadencja twórcy polegała na tym, by ustabilizować pozycję wydawnictwa po tym zdarzeniu, które przy okazji rozwaliło wspólne uniwersum Image. Efekt rządów Valentino jest widoczny do dziś, ponieważ to właśnie za jego czasów wydawnictwo przebranżowiło się i otwarło na autorskie projekty młodych, zdolnych twórców. W 2004 roku, Jim zostaje zastąpiony przez Erika Larsena.

W tym też okresie dwudzieste urodziny obchodził Normalman – jeden z herosów stworzonych przez Valentino. Specjalny komiks z jego udziałem był jednocześnie odrodzeniem się Shadowline. W 2005 roku pojawia się pierwszy zeszyt, który znów posiada charakterystyczne logo na okładce. Jest nim nic innego jak „Shadowhawk vol. 2 #1”. Tradycji stało się zadość i seria ta nie przetrwała zbyt długo (15 numerów), lecz pociągnęła za sobą całą falę tytułów do scenariusza tego twórcy. Gdy ta przeszła, Shadowline skupiło się na publikacji 3-5 tytułów miesięcznie, za powstanie których rzadko kiedy odpowiada sam Valentino. Tak studio funkcjonuje do dziś, wydając między innymi takie hity jak „Peter Panzerfaust” czy „Rebel Blood”.

Warto jeszcze wspomnieć o Silverline – założonej przez Valentino linii wydającej od czasu do czasu powieści graficzne.

Na dziś to byłoby tyle. Dajcie znać o którym ze studiów chcielibyście przeczytać następnym razem. Do wyboru zostały Todd McFarlane Productions, Extreme Studios oraz Top Cow Productions.

środa, 6 listopada 2013

Historia Image Comics część druga: WildStorm

Drugi dubel dziś. Tekst ten powstał na potrzeby mojego jednorazowego zlecenia dla KZetu. Wersja tu opublikowana jest delikatnie zmieniona i zaktualizowana w listopadzie 2019 roku.

Jest druga połowa września 2010 roku, gdy Dan DiDio, szef wydawnictwa DC Comics, ogłasza, że wraz z końcem roku przestaje istnieć WildStorm Productions. Tym samym kończy się historia imprintu, który przeżył dokładnie 18 lat i wydał pod swoim szyldem wiele ciekawych komiksów. A to, że te niemal dwie dekady obfitowały w wiele dobrych tytułów i udanych inicjatyw, postaram się udowodnić opowiadając historię Wildstormu.

Lata w Image

Omawiane wydawnictwo zostaje zamknięte przez szefa DC, ale do życia powołano go wraz z uruchomieniem pięciu innych studiów, wchodzących w skład Image Comics – nowego gracza na komiksowym rynku. Za jego powstanie odpowiedzialny jest zwłaszcza jeden człowiek: Jim Lee – wówczas świetny rysownik, który do dziś dzierży rekord sprzedanych egzemplarzy pojedynczego komiksu. Skłócony z poprzednim szefostwem, Lee przyjął ofertę Todda McFarlane’a oraz kilku innych uznanych twórców i rozpoczął pracę polegającą na stworzeniem nowych postaci, które mogłyby konkurować z tytułami wydawanymi przez amerykańską wydawniczą „wielką dwójkę”. Jim Lee ochoczo zabrał się do pracy, a ponieważ miał także talent do wyszukiwania młodych i uzdolnionych komiksowych twórców, jego ekipa zaczęła się rozrastać. W końcu Lee nawiązał bliską współpracę z takimi osobami jak Brandon Choi, Scott Campbell czy niedoszły właściciel własnego studia w Image – Whilce Portacio. To właśnie oni stoją za wielkim sukcesem, który wkrótce potem odniosły tytuły z Wildstormu.

Za oficjalny początek życia Wildstormu należy uznać rok 1992, gdy na półki sklepowe trafiły pierwsze numery „WildC.A.T.S. v1” i „Gen13 v1”. Były to pierwsze, ale jednocześnie najważniejsze wyniki współpracy Jima Lee i Brandona Choia. Oba te tytuły odniosły sukces, ale także oba wywołały spory szum. Kontrowersje dotyczyły przede wszystkim zawartych w komiksach postaci kobiecych. Rysowane przez Jima Lee bohaterki „WildC.A.T.S.” charakteryzowały się tym, iż były możliwie minimalnie odziane i prezentowane były w pozach, które eksponowały najbardziej ich „atuty”. Niemal te same oskarżenia dotykały serię „Gen13”, lecz tu sprawa była znacznie poważniejsza. Tytuł ten opowiadał o grupie kilkunastolatków obdarzonych supermocami, a tymczasem kolejni rysownicy uparcie odbierali im kolejne części garderoby. Oberwało się również Choiowi, który napisał do jednego z zeszytów dość „mocną” jak na ówczesny komiks dla nastolatków, scenę miłosną pomiędzy dwoma dziewczynami.

wtorek, 5 listopada 2013

Historia Image Comics część pierwsza


Na początku było... wydawnictwo Marvel Comics. Rzecz dzieje się w 1991 roku. Do biura Terry’ego Stewarda – ówczesnego prezydenta tego wydawnictwa, przychodzi grupka twórców niezadowolonych z tego, w jaki sposób są traktowani przez Dom Pomysłów. W większości rysownicy mają pretensje o to, że ich prace traktowane są jako taśmowy wyrób, nie mają żadnego wpływu na proces twórczy, a także nie posiadają praw autorskich na stworzone przez siebie postacie. Grupa domagała się zasadniczych zmian w funkcjonowaniu Marvela, lecz uzyskali odpowiedź odmowną. Na czele grupy stali Todd McFarlane oraz Rob Liefeld. Po tym jak odmówiono spełnienia ich żądań, ci dwaj panowie odeszli z Domu Pomysłów, zabierając ze sobą jeszcze Jima Lee, Erika Larsena, Marca Silvestriego, Jima Valentino, Whilce’a Portacio oraz Chrisa Claremonta. Na początku 1992 roku, ósemka „uciekinierów” ogłosiła stworzenie wydawnictwa Image Comics.

Już na samym początku ujawniono jasne zasady działania wydawnictwa. Przede wszystkim, Image nie miało najmniejszego zamiaru ingerować w prace poszczególnych twórców, ani także posiadać praw autorskich na którąkolwiek z wymyślonych przez nich postaci. Drugą zasadą był brak ingerencji wewnętrznych, co oznaczało np. że Jim Lee nie mógł mieć wpływu na to, co działo się na łamach serii tworzonej przez Jima Valentino i na odwrót. Jedyną „częścią” wydawnictwa będącą jego własnością okazało się znane już od dwudziestu lat logo, stworzone przez Hanka Kanalza.
Od początku głównym założeniem twórców Image Comics było stworzenie osobnego studia dla każdego z nich. Chris Claremont wycofał się z tej umowy i pozostał freelancerem, natomiast Whilce Portacio przeżywał zawirowania rodzinne i z braku dostatecznej ilości wolnego czasu także nie zdecydował się na stworzenie swojego studia. Tak więc w 1992 roku Image Comics podzieliło się na sześć części:

Extreme Studios – Założone przez Roba Liefelda. Tu publikowano takie tytuły jak „Youngblood”, „Prophet” czy „Supreme”.
Highbrow Entertainment – Którego twórcą był Erik Larsen, twórca „The Savage Dragon” oraz „Freak Force”.
Shadowline – Stworzone przez Jima Valentino. Na początku największym hitem studia była seria „Shadowhawk”.
Todd McFarlane Productions – Tu raczej nie trzeba pisać kto był założycielem, prawda? W tym studiu powstał „Spawn”.
Top Cow Productions – „Dziecko” Marca Silvestriego i dom takich serii jak „Witchblade” czy „The Darkness”
Wildstorm Productions – Gdzie swój dom znalazły wszystkie pomysły Jima Lee, na czele z „WildC.A.T.S.” oraz „StormWatch”.

Tu może wspomnę, że o każdym z wymienionych wyżej studiów, a także o tych które powstały w późniejszym okresie, napiszę osobną notkę. Niewykluczone że więcej niż jedną.

Wróćmy jednak do Image Comics. Na samym początku swojego funkcjonowania, nowy gracz na rynku podczepił się pod wydawnictwo Malibu Comics i korzystał z jego kanałów dystrybucji, marketingu oraz administracji. Trwało to jedynie do 1993, ponieważ Image stało się szybko poważnym graczem na rynku i mogło się już ostatecznie usamodzielnić. Jak do tego doszło? Niemal każdy z opublikowanych przez nowe wydawnictwo komiksów stawał się wydawniczym hitem. Tak było z historycznie pierwszą pozycją od Image – „Youngblood #1”, a także z każdym kolejnym komiksem. Przykładowo, „Spawn #1” sprzedał się w wysokości 1.7 miliona egzemplarzy, co do dziś jest rekordem wśród komiksów spoza Marvela i DC. Część spośród ojców założycieli uznało, że warto stworzyć coś na kształt uniwersum Image i, przy zachowaniu swobody twórczej, niektóre serie zaczęły się przenikać. Dzięki temu czytelnicy mogli być świadkami team-upu Spawna z Youngblood czy WildC.A.T.S. z Savage Dragonem. Erik Larsen oraz Jim Valentino obawiali się, że doprowadzi to do przekształcenia Image w korporację podobną do tej, którą z hukiem opuścili i z czasem zaczęli się wycofywać ze wspólnego uniwersum.
Jednak Image nie było tylko wydawcą dość specyficznych komiksów z napakowanymi do granic rozsądku superbohaterami. Wyżej wspomniane zasady działania firmy zaczęły stopniowo przyciągać kolejnych twórców, którzy chcieli stworzyć coś całkowicie po swojemu. I tak wkrótce Image zaczęło publikować takie tytuły jak „The Maxx” Sama Kietha, „Pitt” Dale’a Keowna czy „Astro City” Kurta Busieka oraz Alexa Rossa.

Pierwsze kłopoty Image Comics pojawiły się w połowie lat 90-tych, gdy sklepy komiksowe dość mocno okroiły ilość zamawianych u wydawcy komiksów. Wszystko ze względu na dość niekorzystne dla nich zasad współpracy z Image, przez które na koniec sklepy zostawały z ogromną ilością komiksów Image, których nikt nie chciał kupować. To zabolało poszczególne studia, zwłaszcza pod względem finansowym. Rozwiązaniem okazało się zatrudnienie Larry’ego Mardera, który nawiązał nowe kontakty z poszczególnymi dostawcami komiksów i ustalił zasady jasne, klarowne oraz korzystne dla obu stron. Po jakimś czasie zamówienia na komiksy od Image znów zaczęły wzrastać, zupełnie nowe serie pokroju „Witchblade” czy „Gen13” stawały się wydawniczymi hitami, a Image Comics wyprzedziło upadające już Malibu Comics oraz Valiant Comics i stało się trzecią siłą na rynku.

Niestety, gdzie kucharek sześć tam... spore kłopoty. Sukces najwyraźniej podzielił założycieli Image, ponieważ zaczęły pojawiać się pomiędzy nimi spięcia. Rob Liefeld został naczelnym całości wydawnictwa i zaczął wykorzystywać swoją pozycję do promowania Maximum Press – autorskiego edytora komiksowego, którego nie włączył w struktury Image. Jako pierwszy zaprotestował Marc Silvestri, któremu nie podobały się próby podkupienia Michaela Turnera, których dopuścił się Liefeld i postanowił odłączyć Top Cow od wydawnictwa. To zadziałało na wyobraźnię reszty założycieli i po wielu naradach w 1996 roku postanowiono wyrzucić twórcę „Youngblood” z Image Comics. Ten zabrał ze sobą całość studia Extreme, połączył z Maximum Press i przekształcił w wydawnictwo Awesome Comics. Silvestri w reakcji na te wydarzenie powrócił z Top Cow w struktury Image. Gdy wydawało się, że nastały spokojniejsze czasy, w 1998 roku prawdziwą bombę zrzucił Jim Lee gdy postanowił sprzedać WildStorm wydawnictwu DC. W tym momencie nastąpił faktyczny koniec „uniwersum Image”, co przyniosło sporo kłopotów poszczególnym twórcom. Już odejście Liefelda sprawiło, że Todd McFarlane musiał dość poważnie zmienić origin Spawna, lecz zniknięcie WildStormu wpłynęło na takie serie jak „Cyber Force”, „Hunter Killer”, a także ponownie na miesięcznik, którego bohaterem był Al Simmons.
Wraz z odejściem Lee, poszczególne studia zmieniły nieco taktykę wydawniczą. Komiksy z Top Cow stały się praktycznie osobnym uniwersum, podobnie jak wspomniane już prace McFarlane’a. Erik Larsen skupił się wyłącznie na „The Savage Dragon”, co zresztą robi do dziś, a Shadowline zostało zamknięte. W 1999 roku z pracy odszedł Larry Marder, a zastąpił go Jim Valentino. Od tego czasu Image postanowiło zdywersyfikować swoją ofertę i skupić się na publikowaniu komiksów określanych jako „non-studio”, oczywiście nie zabraniając poszczególnym twórcom publikować pod własnym szyldem. Valentino ustąpił w 2004 roku, zastąpiony przez Erika Larsena. Ten nie wsławił się niczym, ponieważ kontynuował dzieło swojego poprzednika. Nie był to najlepszy okres dla Image, które osiągało coraz gorsze wyniki sprzedaży i musiało rywalizować z Dark Horse Comics oraz IDW Publishing o miano trzeciej siły na rynku. Wiele zmieniło się w 2008 roku.

Wtedy też w Image pojawił się Eric Stephenson. Nie tylko namówił on Jima Valentino do wskrzeszenia Shadowline, ale także znacząco zwiększył rolę w wydawnictwie młodego zdolnego Roberta Kirkmana, który dał Image hity pokroju „The Walking Dead” oraz „Invincible”. Znów wzrosła rola poszczególnych studiów, lecz komiksy „non-studio” nie straciły na swojej ważności. Dziś można śmiało powiedzieć, że aktualna oferta Image to w połowie pozycje studyjne, a w połowie komiksy wydawane pod wspólnym szyldem. W połowie 2010 roku Kirkman zakłada własny imprint Skybound, a w 2012 roku John Michael Straczynski reaktywuje Joe’s Comics. Wcześniej była to mała część Top Cow, dziś pełnoprawne studio Image.

Wspomnieć należy także, że w 2007 roku do Image wraca Rob Liefeld. Próbuje on reanimować markę „Youngblood”, a w 2012 roku ze średnim skutkiem przywraca do życia studio Extreme.

Pomimo tego, rok 2012 ogólnie był pasmem sukcesów wydawnictwa. Z okazji dwudziestolecia istnienia Image, nie tylko przyciągnięto masę uznanych twórców, ale także ruszono ze sporą ilością nowych pozycji. Wśród nich „Saga”, „The Manhattan Project” czy „Fatale”. Image odzyskało pozycję trzeciej siły na rynku, a rok 2013 pokazał, że na tym wydawnictwo nie ma zamiaru poprzestać.