poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Rat Queens vol. 1: Sass and Sorcery (Kurtis J. Wiebe/Roc Upchurch)

Długo czekałem aż otrzymam ten komiks do domu. Nie tylko dlatego że generalnie większość oferty studia Shadowline do mnie mocno przemawia, ale także z powodu tego, że przeczytałem dwa pierwsze zeszyty i postanowiłem dalej nie psuć sobie zabawy, zaufałem twórcom komiksu oraz w ciemno zamówiłem pierwszy tom zbiorczy. Po drodze okazało się, że komiks ten został nominowany do nagrody Eisnera w kategorii „najlepsza nowa seria”, o czym zresztą napisałem już na blogu. To tylko spotęgowało moją ciekawość i niecierpliwość. Aż w końcu otrzymałem przesyłkę i przystąpiłem do lektury. Ku mojemu zdziwieniu, pomimo ogólnie dobrych przeczuć względem tytułu udało mi się znaleźć pewien mankament tej pozycji. Jesteście ciekawi jaki? Zapraszam do przeczytania recenzji „Rat Queens vol. 1: Sass and Sorcery”.

Twórcy serii określają ją jako komiksowe rpg i zdecydowanie mają rację. Główne bohaterki serii poznajemy w palisadzie, gdzie wraz z innymi grupami herosów otrzymują zadanie do wykonania. Na miejscu okazuje się, że tak naprawdę była to intryga, mająca na celu pozbawić życia wszystkich żądnych przygód mieszkańców miasta. Ale nie z nimi takie numery. Rat Queens wychodzą cało z opresji i wracają do palisady, by dowiedzieć się kto chciał je zabić i wymierzyć tej osobie sprawiedliwość. Dziewczyny po drodze wplączą się w jeszcze inne kłopoty i z całą pewnością nie będą mogły narzekać na brak nudy. Ku przerażeniu mieszkańców palisady oczywiście, którzy zdecydowanie woleliby nadal się nudzić.

Rat Queens vol. 1: Sass and Sorcery” zwraca uwagę czytelnika już na wstępie, gdy dowiadujemy się, iż pierwszoplanowa obsada komiksu składa się wyłącznie z kobiet. Twórcy obdarowali każdą z nich własnym, niepowtarzalnym charakterem, oczywiście wszystko z dużym przymrużeniem oka. Moją zdecydowaną faworytką jest kreacja Dee, która jest klerykiem-ateistą, co już samo w sobie brzmi jak absurd. Kurtis J. Wiebe zdołał jednak sprawić, że chociaż mamy do czynienia z czterema zupełnie odmiennymi od siebie charakterami, w zasadzie każdą z Rat Queens nie da się nie lubić. Chociaż komiks zawiera w sobie typowe elementy gry rpg, wszystko podlane jest sosem ze współczesnych zachowań, dzięki czemu komiks w USA doceniony został zarówno przez mężczyzn jak i kobiety. Najmocniej wybija się bardzo współczesny język, ale także i elementy zachowań niektórych bohaterek. Chociażby Violet, którą można nazwać hipsterką przedstawioną z pewnym przymrużeniem oka. Z jednej strony Królowe posiadają wszystkie cechy charakterystyczne dla kobiet, ale momentami trudno nie zauważyć u nich także typowych cech męskich bohaterów, chociażby przejawiające się zamiłowaniem do świętowania zwycięstw przy potężnym kuflu piwa. A w zasadzie przy kuflach, wielu, wielu kuflach.

Podoba mi się fakt, że w „Rat Queens vol. 1: Sass and Sorcery” żadna z dziewczyn nie może narzekać na pominięcie przez autora. Każda z nich ma swoje pięć minut, co pozwala lepiej poznać jej charakter i przeszłość. Jednocześnie Wiebe nie wyrzuca wszystkiego od razu i w kolejnych tomach z pewnością dowiemy się kolejnych, interesujących faktów. Wciąż nie wiadomo jak drużyna została zebrana, a z pewnością jest to materiał na kolejną, bardzo zabawną historią. Nie mogę pominąć postaci drugoplanowych. Tych w komiksie pojawia się całkiem sporo i Kurtis J. Wiebe zadbał o to, by większość z nich w jakiś sposób zapadła w pamięć. Tu wspomnę może o „starej pannie Bernadette”, która za każdym razem oburza się o ten zwrot argumentując, że ma dopiero 39 lat. Trochę mocniej z drugiego planu wychyla się Sawyer, który jako jedyny w całym komiksie jest postacią stworzoną „na poważnie”, lecz bynajmniej z tego powodu nie jest mniej interesujący.

Gdybym miał napisać w jednym zdaniu co jest największą siłą tego komiksu, napisałbym krótko: świetna mieszanka stylów. Na tylnej stronie okładki „Rat Queens vol. 1: Sass and Sorcery” znajduje się napis „fantasy comedy”, lecz można spokojnie dorzucić tu elementy dramatu czy komedii romantycznej. I wszystko to świetnie współgra ze sobą, dzięki czemu lekturę komiksu nie podzieliłem na dwa-trzy podejścia, jak mam to w zwyczaju, ale pochłonąłem go całego od razu, co moment uśmiechając się na widok kolejnych dowcipów. O tych trzeba wspomnieć chociażby w kilku słowach. Obawiałem się, że zaprezentowany na łamach komiksu humor może być dość ostry i wulgarny. Co prawda w komiksie co moment pojawiają się przekleństwa, przez co tom obdarzony jest ratingiem M na okładce, to jednak ani razu nie zostaje przekroczona granica dobrego smaku. Także i za to należy się autorom duży plus.

Jestem dość mocno przekonany, że „Rat Queens vol. 1: Sass and Sorcery” nie byłoby aż takim hitem w USA, gdyby nie świetnie dobrany do komiksu artysta. Roc Upchurch posiada styl, który z jednej strony nazwałbym kreskówkowym, lecz z drugiej nie umiem sobie wyobrazić artystę, który pokazałby przedstawiony na łamach tego komiksu świat bardziej realnie. Kiedyś spotkałem się z opinią, że „Rat Queens” dzięki niemu wygląda jak komiksowe wcielenie gry „World of Warcraft” i zdecydowanie muszę się z tym zgodzić. Upchurch moim zdaniem bardzo dobrze operuje mimiką postaci i bardzo dobrze sprawia się w scenach wymagających przedstawienia dynamiki. Jako że artysta ten sam dba o tusz i kolory, całość warstwy graficznej komiksu to jego wizja potrafi sprzedać ją czytelnikowi z bardzo dobrym efektem. Jedyny minus, jaki mam do warstwy graficznej, to średnio udana okładka tomu autorstwa Fiony Staples, gdzie zdecydowanie coś nie gra z proporcjami poszczególnych bohaterek – Betty wydaje się za wysoka, Hannah obdarzono dość grubymi udami (co po prostu nie zgadza się z jej wizerunkiem w samym komiksie), a Violet ogólnie bardzo mocno przytyła.

Rat Queens vol. 1: Sass and Sorcery” wydano w promocyjnej cenie dziesięciu dolarów i jak to zwykle bywa, zaoszczędzono na dodatkach. Tylna okładka komiksu sugeruje, że w środku znajdziemy bonusowy materiał, lecz porzućcie wszelką nadzieję – jest to bowiem kompletna galeria okładek, a także cztery strony z bardzo, bardzo krótkim przedstawieniem ekipy Rat Queens. Zauważyłem, że zniknęły bonusowe, dwustronicowe historyjki z dwóch pierwszych zeszytów, za to znalazło się miejsce na reklamę komiksów studia Shadowline. Teraz może wspomnę o jedynym minusie komiksu, o którym napisałem na początku tekstu. Egzemplarz „Rat Queens vol. 1: Sass and Sorcery”, który otrzymałem jest kiepsko wykonany. Okładka odgięła mi się podczas pierwszego czytania i to z obu stron, a papier użyty w środku komiksu jest cienki i pofalowany, przez co po wyjęciu komiksu z folii sprawia on wrażenie zawilgoconego. Być może jest to wada tylko mojego egzemplarza, ale jeśli nie, to wydawnictwu Image należy się duża bura.

Jest to jednak tylko jedna wada tego komiksu. Zarówno od strony fabularnej jak i graficznej mamy do czynienia z niesamowicie wciągającą oraz zabawną historią, którą polecam każdemu i wystawiam jak najbardziej zasłużoną piątkę.

2 komentarze:

  1. Ja jestem bardzo zadowolony z tej serii. Dawno żaden komiks tak mnie nie bawił. Połączenie stylów i motywów jest faktycznie genialnie wyważone :-)

    Co do okładki tomu, to jest to variant cover pierwszego zeszytu, narysowany przez Fionę Staples (c'mon, przecież widać to po kresce i charakterystycznych, rozmytych tłach bez grama tuszu ;p).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wobec tego moim zarzutem wobec komiksu jest też to, że pani Staples nie wymieniono wśród twórców :P

      Usuń