czwartek, 16 marca 2017

Descender vol. 3: Singularities (Jeff Lemire/Dustin Nguyen)

UWAGA: Powyżej widzicie okładkę wydania zbiorczego. Poniższa recenzja powstała jednak w oparciu o wersję zeszytową. 

Materiał składający się na pierwszy tom zbiorczy serii ”Descender” bardzo mocno przypadł mi do gustu. Tak dużego i pozytywnego wrażenie nie zrobiła niestety odsłona druga. Tytuł ten jednak miał w sobie na tyle dużo pozytywów, by nawet przez myśl mi nie przeszło zaprzestanie zbierania kolejnych odsłon. Już jakiś czas temu zakończyła się publikacja trzeciego story-arcu i czekałem na odpowiedni moment, by w końcu móc coś o nim Wam napisać. Jeff Lemire i Dustin Nguyen ponownie bowiem zaskoczyli i otrzymujemy coś zupełnie odmiennego od obu poprzednich tomów. Tylko do którego z nich ”Singularities” ma bliżej?

Na trzeci tom zbiorczy serii ”Descender” składa się pięć zeszytów. To daje nam blisko 120 stron komiksowej historii i zapewne zdziwi Was stwierdzenie, iż główny wątek bardzo oszczędnie rusza się tu do przodu. Lemire tak rozplanował scenariusze poszczególnych numerów, by koniec końców okazało się, iż aktualne i te teoretycznie najbardziej interesujące nas wydarzenia przez te pięć odsłon posunęły się o jakiś… kwadrans. Jednocześnie nie mam zamiaru pisać tutaj, iż byłby to jakiś wielki minus. Ba, już teraz mogę napisać Wam, że chociaż ”Singularities” w bardzo małym stopniu przypomina pierwszy tom ”Descendera”, przyjemność jaką czerpałem z lektury była tym razem co najmniej porównywalna.

O czym w takim razie jest omawiany komiks? Lemire i Nguyen proponują czytelnikowi podróż w przeszłość. Po przedstawieniu najważniejszych postaci w premierowych odsłonach cyklu i dodaniu kolejnych na łamach ”Machine Moon”, każdy kolejny rozdział trzeciego wydania zbiorczego ”Descendera” poświęcony jest przeszłości któregoś z bohaterów serii. Otrzymujemy zatem historie poświęcone TIM-22, Telsie, Banditowi, Andy’emu oraz Effie i wreszcie Drillerowi. Każda z nich oferuje zupełnie nowe spojrzenie na owych bohaterów, nierzadko zupełnie zmieniając nasze opinie o nich. Co ważne, nie wszystkie wydają się być klonami samych siebie. Chociaż nadal mówimy tu o komiksie osadzonym w czasach, gdy ludzkość spotkała ogromna krzywda i postanowiła zniszczyć wszystkie roboty, to jednak Lemire’owi udało się żonglować tematyką kolejnych odsłon. Przykładowo, ta poświęcona TIM-22 opowiada przede wszystkim o desperackiej potrzebie bycia potrzebnym i kochanym, zaś rozdział z Drillerem to krótka historia o przyjaźni. Jak nietrudno się też domyśleć, rozdział z Banditem jest nieco luźniejszy i na swój sposób momentami nawet zabawny. To, co jest dla mnie niebywale ważne, to fakt, iż każda z tych niepowiązanych ze sobą historii przypadła mi do gustu.

Jeff Lemire już niejednokrotnie pokazywał, że jak mało kto potrafi pisać bardzo żywe postacie, nie uciekając się przy tym do nadzwyczaj skomplikowanych i przekombinowanych rozwiązań. ”Singularities” urzekło mnie właśnie tą prostotą opowiadanych opowieści. Jest tu mało zaskoczeń, większość zaprezentowanych wydarzeń nie jest zbyt trudno przewidzieć, lecz jako czytelnik i tak bardzo mocno angażowałem się w przedstawiane historie. Lemire na tyle dobrze rozpisywał kolejne zeszyty, by wywołać w czytelniku określone uczucia, a zarazem dodać znaczącą ilość głębi swoim bohaterom. Przede wszystkim jednak urzekające dla mnie było to, że głowni aktorzy kolejnych rozdziałów byli po prostu niebywale ludzcy, a ich problemy w pewien sposób mogę być naprawdę bardzo bliskie właściwie każdemu z nas. Już otwierający omawiany dziś tom zeszyt mocno zmienia wymowę końcówki ”Machine Moon”, zaś kolejne w niczym mu nie ustępują. Czasem dany zeszyt w niezwykle satysfakcjonujący sposób wyjaśnia lub dopowiada rzeczy związane z czymś, co uznawaliśmy dotąd za mało istotny detal, otwierając nam oczy na to, iż w istocie jest to klucz do zrozumienia danego bohatera. Jednocześnie scenarzysta dba o to, by poszczególne opowieści nie raziły jednostajnością, dzięki czemu wszystkie utrzymane były w odpowiednim tempie. Również balans między spokojniejszymi i bardziej dynamicznymi scenami jest bardzo dobrze wyważony. Na dobrą sprawę, nie mam absolutnie do czego się przyczepić przy ocenie warstwy scenariuszowej omawianego dzisiaj komiksu.

Nie inaczej jest w przypadku prac Dustina Nguyena. Artystę tego trzeba docenić już za świetne, celowo surowe okładki poszczególnych zeszytów składających się na zawartość ”Singularities”, zaś w środku kolejnych zeszytów jest równie dobrze. Oczywiście laureat (moim zdaniem totalnie zasłużonego) tegorocznego Eisnera jest kolejnym z tych artystów, którzy mimo wszystko lubią swoim stylem mocno podzielić odbiorców. Chociaż, prawdę mówiąc, nie znam jeszcze nikogo, kto kręciłby nosem na rysunki tego artysty. Trzeci tom ”Descendera” to moim zdaniem niezmiennie śliczne, akwarelowe obrazy. Nguyen jest absolutnym mistrzem tego stylu i co kilka stron kolejny raz udowadniał mi, że myliłem się sądząc, iż nie można zrobić tego lepiej. Totalnie nie umiem oderwać oczu od jego prac, jestem wielkim fanem i zapewne z tego powodu nie powinniście nawet podejrzewać mnie o cień obiektywności. Trzeci story-arc serii ”Descender” graficznie wymiata i basta.

Nie każdy twórca potrafi zrobić coś takiego, co udało się Lemire’owi na łamach ”Singularities”. Tak naprawdę, gdybyście nie kupili tego tomu, stracilibyście dosłownie kilka minut wydarzeń z głównej linii fabularnej. Nic, czego nie można byłoby później wywnioskować z kontekstu. Ale ponieważ zawarte w tomie historie są tak dobre i zarazem na tyle istotnie oraz satysfakcjonująco rozwijają one bohaterów serii, a całość narysowana jest tak, że każdy fan Dustina Nguyena będzie usatysfakcjonowany, to odpuścić trzeci tom zbiorczy ”Descendera” po prostu nie wypada.

"Descender vol. 3: Singularities" do kupienia w ATOM Comics

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz