niedziela, 7 grudnia 2014

The Wicked and the Divine vol. 1: The Faust Act (Kieron Gillen/Jamie McKelvie)

Są takie serie, których pierwsze numery kupuję w zeszytach na spróbowanie i dopiero wtedy podejmuję decyzję o dalszym inwestowaniu w nią. Od czasu do czasu pojawiają się jednak też takie zapowiedzi, które z miejsca trafiają na listę zakupów w formie wydania zbiorczego. Jedną z takich właśnie pozycji było ”The Wicked and the Divine” duetu Kieron Gillen/Jamie McKelvie. Zawsze istnieje jednak ryzyko, że nasz wybór okaże się nietrafiony. W przypadku dzisiaj recenzowanego komiksu tak nie było, ale nie ukrywam, że nie dostałem takiej historii, jakiej się początkowo spodziewałem.

Co dziewięćdziesiąt lat dwunastka bogów pojawia się na Ziemi jako młodzi i uzdolnieni ludzie. Tak dzieje się i teraz. Bóstwa szybko staja się gwiazdami światowej rozrywki, rozdają dziesiątki autografów oraz udzielają setki wywiadów. Jest jednak pewien problem – mogą oni żyć tylko przez dwa lata i ani dnia dłużej. Laura to typowa nastolatka ubóstwiająca te istoty i pragnąca stać się jednym z nich. Splot niekorzystnych wydarzeń sprawi, że stanie się ona ważnym pionkiem w rozgrywce między siłami, których ogromu jeszcze nie poznała.

Pierwszy tom ”The Wicked and the Divine” trafił na moją listę zakupów właściwie w momencie ogłoszenia wydania tego komiksu przez Image. Duet twórców przyzwyczaił mnie już do tego, że zawsze stworzą oryginalną i bardzo dobrze narysowaną historię, niezależnie od wydawnictwa dla którego to robią. Jak już wspomniałem w akapicie otwierającym dzisiejszą recenzję, efekt końcowy nie jest do końca taki, jakiego się spodziewałem. Co dokładnie mam więc do zarzucenia komiksowi?

Nie mogę w żaden sposób przyczepić się do głównego wątku fabularnego. Kolejne strony premierowego zbioru ”The Wicked and the Divine” ukazują nam kolejne boskie postacie, żyjące jak supergwiazdy. Kieron Gillen bez większych kłopotów przekazuje nam szczegóły dotyczące charakterów poszczególnych bóstw, przy okazji sprawnie prowadząc fabułę. Scenarzystę trzeba pochwalić, ponieważ udało mu się uniknąć powielania własnych pomysłów. Każde jedno z nadludzkich postaci jest unikalne i charakterystyczne, a przy tym posiada sporo charyzmy. Najwięcej oczywiście przypadło Luci, czyli żeńskiej reinkarnacji Lucyfera. To właśnie ona, mówiąc mało parlamentarnie, trzyma całą historię za jaja. Można pomyśleć, że tak wyświechtana już postać nie może być świeża, zwłaszcza po znakomitym ”Lucifer” Mike’a Carey’a, a jednak Gillenowi udało się sprawić, że praktycznie przez cały tom nie mamy pojęcia, czy kobieta jest szczera zarówno z Laurą, jak i z nami samymi.

Już końcówka pierwszego rozdziału wbija w fotel i sprawia, że z dużym zaciekawieniem wertujemy kolejne strony zbioru. Dzięki temu z większą uwagą wychwytujemy liczne i niezwykle trafne nawiązania do dzisiejszej popkultury, które momentami bezceremonialnie wyśmiewają zachowania typowe dla społeczności XXI wieku. Pod tym względem, ”The Wicked and the Divine” jest komiksem znakomitym i wbrew pozorom zmuszającym nieco do refleksji. Przyznacie, że nie każdy komiks potrafi to zrobić.

Jedyną, ale za to strasznie duża bolączką dzisiaj recenzowanego komiksu jest postać Laury, której oczami śledzimy wydarzenia przedstawione w ”The Wicked and the Divine”. Niestety, nastoletnia fanka bogów to postać zwyczajnie nudna. Nie mogę odmówić scenarzyście, że przedstawił nam wiarygodnie fanatyczną wręcz wielbicielkę ulubieńców tłumów, lecz nie zmienia to faktu, że Laura nie ma charyzmy, która sprawia, że czytelnik interesuje się jej losem. Dziewczyna znika z pola widzenia za każdym razem, gdy Kieron Gillen wprowadza na karty komiksu kolejną boską postać. Brak siły przebicia oraz oryginalności nie przystoi głównej bohaterce, ponieważ efektem są poważne przestoje w fabule. Pod tym względem, recenzowany dziś komiks kuleje.

Nie zawodzi Jamie McKelvie. Jego charakterystyczna kreska zdecydowanie nie przypadnie każdemu do gustu. Jeśli nie lubicie tego artysty, zachęcam Was do sięgnięcia po ”The Wicked and the Divine”, ponieważ nie pamiętam, by gdziekolwiek tak dobrze układała się jego współpraca z kolorystą. McKelvie i Wilson dają popis swoich umiejętności, momentami jednak nie w pełni wolny od typowych minusów rysownika, który niezbyt chętnie przykłada się na przykład do drugiego planu. Momentami pasuje to do opowiadanej historii, ale czasami aż prosi się o jedną-dwie dodatkowe kreski.

To co zaskoczyło mnie na plus, to fakt umieszczenia całkiem sporej liczby dodatków do tomu, którego cena okładkowa to zaledwie dziesięć dolarów. W Image normą jest raczej brak bonusów w takowych wydaniach, a tymczasem pierwszy tom ”The Wicked and the Divine” zawiera w sobie kompletną galerię variant roverów, a także przedruki publikowanego w Internecie poradnika ”Jak zamówić pierwszy numer komiksu?”, dwustronicową zapowiedź serii, pierwszy oficjalny teaser oraz rysunek, który w niepełnej okazałości pojawia się na jednej ze stron komiksu. W sumie jest tego osiemnaście stron i uważam to za bardzo miły dodatek.

Premierowa odsłona ”The Wicked and the Divine” to ciekawa bardzo historia opowiedziana z perspektywy zupełnie nieinteresującej postaci. W komiksie przeważają plusy, jednak nie są one na tyle mocne, by kompletnie przykryć jeden, ale za to poważny minus. Uważam że mocna czwórka będzie odpowiednia oceną dla tego komiksu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz