poniedziałek, 5 września 2016

Descender vol. 2: Machine Moon

UWAGA: Powyżej widzicie okładkę kwietniowego wydania zbiorczego. Poniższy tekst powstał jednak w oparciu o wersje zeszytowe.

Pierwszy tom serii ”Descender” oceniłem bardzo wysoko, jednocześnie zaznaczając, że jestem ogromnym fanem twórczości zarówno Jaffa Lemire jak i Dustina Nguyena. Nie dziwi Was pewnie fakt, że wiele oczekiwałem po kontynuacji tego bardzo dobrego, otwierającego story-arcu. ”Machine Moon” nie do końca jednak spełniło moje zachcianki, lecz czy oznacza to, że mamy do czynienia ze słabym komiksem?

TIM-21 i jego towarzysze kontynuują swoją podróż przez wszechświat, który nienawidzi wszystkie androidy. Po kilku niespodziewanych zwrotach akcji, trafiają oni do pewnego ukrytego miejsca, które wydaje się być ostatnim, gdzie maszyny mogą żyć we względnym spokoju. Lecz czy ten swoisty raj nie okaże się z czasem kolejną pułapką? W międzyczasie, do polowania na małego androida dołączają kolejni łowcy. Wśród nich jest ktoś, kogo poznaliśmy już w pierwszym tomie i ma wiele wspólnego z TIM-21.

Drugi tom serii ”Descender” znacząco rozszerza świat, który było dane nam poznać w początkowym story-arcu. Lemire obiecał wprowadzenie nowych postaci oraz miejsc, które będą miały znaczącą rolę w głównej fabule i wywiązał się z tego zadania całkiem satysfakcjonująco. Dodanie kilku osób, których tożsamości nie będę zdradzać ze względu na spoilery, początkowo rozruszały niektóre wątki oraz sprawiły, że inne wydają się być teraz nawet ciekawsze, niż miało to miejsce do tej pory. Niestety, dość szybko można odczuć, że pomimo tego, iż ”Machine Moon” składa się z jednego zeszytu mniej niż tom pierwszy, Jeff Lemire miał pewne problemy z utrzymaniem odpowiedniej dynamiki snutej historii. Podczas lektury kolejnych zeszytów drugiego story-arcu, w przeciwieństwie do początkowych rozdziałów, kilkukrotnie zawiało nudą, a pewne sceny wydawały się nieco na siłę przeciągnięte, byle tylko dopchnąć objętość danego rozdziału do 22 stron. To jednak jest właściwie jedyny zarzut, jaki mam do omawianego dzisiaj komiksu.

Jednocześnie jednak ”Machine Moon” konsekwentnie rozwija poszczególnych bohaterów, może za wyjątkiem nieco zepchniętych na drugi plan Tullisa czy Drillera. Pewnym zmianom ulegają zarówno doktor Quon, Telsa jak i wreszcie sam TIM-21, a wszystko to ukazane jest w sposób naturalny, momentami zaskakujący, ale z pewnością konsekwentny i pasujący do opowiadanej historii. Wciąż trudno nie zaangażować się przy tym ostatnim. Android, który mentalnie wciąż jest dzieckiem, kolejny raz boleśnie przekonuje się, jak brutalny jest otaczający go świat. Zarazem jednak nie przestaje być uroczą namiastką optymizmu i radości, tak nietypowych uczuć w rzeczywistości, w której przyszło mu funkcjonować. TIM-21 jest niezmiennie tym jasnym światełkiem nadziei, któremu aż chce się kibicować, a skrywane w jego programie tajemnice przez to wydają się być jeszcze ciekawsze, chociaż akurat w tym tomie nie jest to najważniejszy wątek. Jeff Lemire podtrzymał swoją dobrą formę pod tym względem i ponownie udowodnił, że tak jak Greg Rucka uchodzi za mistrza pisania przekonywujących postaci kobiecych, tak w tworzeniu młodocianych, niezwykle intrygujących postaci, praktycznie nie ma sobie równych. Oczywiście nie licząc recenzowanej niedawno wtopy, jaką okazała się miniseria ”Plutona” ;)

Komiks zilustrowany został oczywiście przez tegorocznego zdobywcę nagrody Eisnera w kategorii ”best painter” – Dustina Nguyena i niezmiennie jest prawdziwą ucztą dla oczu. Artysta udowodnił, że na nagrodę tę całkowicie zasłużył, tworząc bardzo klimatyczne i – przede wszystkim – prześliczne plansze. Początkowo odrobinę przeszkadzało mi co prawda bardzo surowy (puste, białe przestrzenie, niewielka ilość detali) wygląd azylu dla androidów, lecz po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że właściwie trudno byłoby to przedstawić w bardziej przekonywujący sposób. Nguyen świetnie, klimatycznie i ze sporym wyczuciem maluje swoje szkice. Obecnie trudno wskazać jakiegokolwiek artystę, który swoimi pracami mógłby przeszkodzić Dustinowi w zdominowaniu wspomnianej, Eisnerowskiej kategorii na kilka długich lat. Jednocześnie podczas odświeżania sobie story-arcu ”Machine Moon” naszła mnie myśl, że w obecnej dobie naprawdę sporej popularności wszelakich kolorowanek, ”Descender” idealnie mógłby wpasować się w ten trend.

Ze względu na miejscowe, lecz dość wyraźne problemy z utrzymaniem odpowiedniego tempa prowadzonej historii, drugi tom serii ”Descender” nie jestem w stanie ocenić aż tak wysoko, jak premierowy tom. Co prawda to wciąż jest zajmująca, ciekawa historia ze sporą dawką niewykorzystanego jeszcze potencjału, a dodatkowo stanowiąca prawdziwą ucztę dla oczu, oczywiście za sprawą doskonałych ilustracji autorstwa Dustina Nguyena, lecz pierwszy tom podobał mi się odrobinę bardziej. Na szczęście mogę już zdradzić, że jak dotąd trzeci story-arc prezentuje się wybornie. ”Machine Moon” podsumuję zatem jako solidne 4/6 i liczę, że przy trzecim tomie będę mógł ponownie wystawić wyższą ocenę. 

"Descender vol. 2: Machine Moon" do kupienia w ATOM Comics

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz