piątek, 30 maja 2014

Top 5 #16 - Twórcy, których chętnie widziałbym w Image

Długo myślałem nad kolejnym pomysłem na nową odsłonę tej rubryki. Ale w końcu udało mi się i dziś przedstawię swoją wish-listę twórców, których z chęcią zobaczyłbym pracujących dla Image Comics. Są to zarówno scenarzyści jak i rysownicy, a podejrzewam że każde z tych nazwisk przynajmniej raz obiło Wam się o uszy. Serio, naprawdę każde :) Jeśli jakimś cudem nie, to oczywiście dopisze od siebie parę zdań i czekam na Wasze typy. Odliczanie czas zacząć.
5- Andrea Sorrentino
Rysownik ten jak dotąd 99% swoich prac opublikował pod szyldem DC Comics, gdzie wyrobił sobie nazwisko przede wszystkim na obecnej serii „Green Arrow”, ale wcześniej zaskoczył nie mniej udanymi rysunkami do takich tytułów jak „I, Vampire” oraz „God of War” – swojej debiutanckiej pracy. Artysta ten posiada dość charakterystyczny, bogaty styl i jestem przekonany, że gdyby dostał więcej swobody, którą w końcu gwarantuje Image Comics, mógłby stworzyć zdecydowanie najlepsze dzieło w swojej dotychczasowej karierze. Oczywiście pod warunkiem, że otrzyma godny scenariusz, a nie taką rąbaninę jak w komiksie, którym debiutował na rynku USA.
4- Geoff Johns
Być może mało kto z Was wie o tym, że twórca ten miał w swojej karierze bardzo krótki epizod w Image, który zamyka się w trzech komiksach: jednym zeszycie „Witchblade” oraz dwuczęściowej miniserii „Noble Causes: Extended Family”. Było to w roku 2003, gdy scenarzysta był już po pracy dla Marvela, ale jeszcze przed zatrudnieniem w DC Comics i miał czas na trochę pracy poza „wielką dwójką”. Johns to jednak wciąż scenarzysta, który mimo tych kilku wyjątków cały czas siedzi w komiksach pisanych na zlecenie, pod czujnym okiem edytorów i mimo to stworzył kilka klasyków. Nic więc dziwnego, że jestem ciekaw co by było, gdyby dać mu nieco totalnej swobody i to nie takiej spod znaku Vertigo, które już dawno przestało być imprintem godnym legendy, jaka za nim idzie.
3- Joshua Dysart
Kolejne nazwisko w dzisiejszej wyliczance, które można znaleźć na komiksie z logo Image na okładce. Trzeba jednak cofnąć się do roku 2000 i sięgnąć po ośmioczęściową serię „Violent Messiahs”, która to z kolei jest kontynuacją pewnego one-shotu opublikowanego przez wydawnictwo Hurricane, zresztą dziś już nieistniejącego. Jeśli tytuł ten nic Wam nie mówi to nic się nie stało – ze świecą można szukać kogoś, kto dziś pamiętałby o tym komiksie. Od tego czasu Dysart zrobił dwie serie, które bardzo dobrze mi się czytało. Pierwszą z nich był czwarty wolumin „Unknown Soldier” dla DC Vertigo, a drugą – wciąż publikowany przez Valiant „Harbinger”. To właśnie te dwa komiksy dość nieoczekiwanie umieściły twórcę tego na najniższym stopniu podium dzisiejszej odsłony „Top 5”.
2- Brian Bolland
Tu to już takie moje pobożne życzenie, ponieważ obecnie artysta ten ogranicza się już właściwie tylko do tworzenia okładek i to w dodatku serii pokroju „Dial H” dla DC. Jego talent jest nie do przecenienia, zresztą całkiem niedawno zachwyciła się nim także moja druga, lepsza, mądrzejsza i ładniejsza połówka, czytając wznowienie „Zabójczego Żartu” :D W każdym bądź razie obecność tego pana na liście jest uzasadniona, lecz marzenie zobaczenia jakiegoś jego komiksu w Image najprawdopodobniej już na zawsze nim pozostanie.
1- Jeff Lemire
“Superboy”, „Animal Man”, „Green Arrow”, „Sweet Tooth”, „Underwater Welder” – to wszystko tytuły komiksów, za które najbardziej cenię zwycięzcę dzisiejszej wyliczanki. I kolejne nazwisko, które przewinęło się przez Image Comics, ale tylko jako autor scenariusza do dwóch krótkich historyjek umieszczonych w antologiach z 2011. w przypadku tego pana, szansa na publikację jakiegoś swojego komiksu w Image jest znacznie większa, chociażby z powodu tego, że Scott Snyder pozwolenie na to dostał i swojego kroku raczej nie żałuje. Natomiast dla mnie Lemire jest lepszym twórcą od człowieka odpowiedzialnego między innymi za „Severed”.

Co w kontynuacji "Umbral"?

Antony Johnston to twórca najbardziej znany z "Wasteland" publikowanego przez wydawnictwo Oni Press. Jakiś czas temu przeniósł się on także i do Image, gdzie obecnie pisze scenariusze do dwóch tytułów. Tym znacznie bardziej "medialnym" jest zdecydowanie "The Fuse", które ma pewne problemy z ukazywaniem się w terminie. Co innego "Umbral", którego pierwsze wydanie zbiorcze właśnie pojawiło się w sklepach. Co w przyszłości twórca planuje dla Rascal? Tego dowiecie się z tego wpisu.
Rozpoczynający się w lipcu drugi story-arc ma być już bardziej historią grupową. Pierwsze sześć numerów, które doceniła krytyka, stanowiły bardziej rozstawienie pionków na szachownicy. Teraz "Umbral" ruszy z kopyta, lecz nie oznacza to zachowania statusu quo. Johnston uważa, że coś takiego w jego komiksie nie istnieje i będzie starać się raz za razem zaskakiwać czytelników nieoczekiwanymi, ale w gruncie rzeczy logicznymi, zwrotami akcji.

Naturalnie to Rascal będzie główną bohaterką dalszych numerów. Skupimy się na tym, jak dziewczyna reaguje na zmiany w świecie, w którym się wychowała. Nie będzie to dla niej łatwe, a w nadchodzących numerach wydarzy się jeszcze kilka rzeczy, które jej wątłą już wiarę w innych jeszcze mocniej mocniej podkopie. Punktem wyjścia będzie scena z końcówki szóstego zeszytu, gdy dziewczyna pierwszy raz skorzystała z ciemnych mocy, co chociaż było niezbędne, niezwykle ją zdruzgotało.

"Umbral" stanowi ciekawy mix językowy. W komiksie pojawiają się zarówno wstawki współczesne, które normalnie funkcjonują obok słów używanych w średniowieczu. Dodatkowo Johnston wymyślił język, którym posługują się tytułowe stworzenia. Scenarzysta uważa, że to typowa cecha dla niemal każdego jego komiksu i jest stworzone pod kątem czytelnika. Jako że dotychczas nikt nie narzekał na prowadzony przez niego sposób narracji czy nietypowe dialogi, twórca nie zamierza zmieniać czegoś, co w jego mniemaniu całkiem nieźle funkcjonuje.

Johnston podkreśla, że chociaż chce nieco pokomplikować fabułę w drugiej historii, to jednak wszyscy najważniejsi gracze pojawili się już na kartach komiksu.

Zauważono, że każdy komiks ze scenariuszem Johnstona osadzony jest w świecie, który jest stworzony niemal od podstaw przez samego twórcę. Zapytany o to odpowiedział, że z reguły tworzy on pewne schematy w których chce osadzić swoją historię i dopiero potem dobudowuje do nich cały świat. Tak miało też miejsce w przypadku "Umbral".

Od siebie tylko dodam, że "Umbral" znam, kupuję i jestem bardzo zadowolony.

czwartek, 29 maja 2014

Krótko i na temat: "Saga" oraz "Five Ghosts"

Dziś mam mało wolnego czasu, więc umieszczam tylko jedną, krótka notkę. W przeciągu kilkunastu ostatnich godzin pojawiły się dwa wywiady, których udzielili Brian K. Vaughan oraz Frank Barbiere. Dotyczyły one wielu tematów i komiksów, lecz wśród nich znalazły się informacje na temat tytułów z Image Comics i właśnie o nich krótko napiszę.
Vaughan odniósł się do sceny z początku #19 numeru "Sagi". Podobny wątek miał zostać wykorzystany już w pierwszym zeszycie tej serii, lecz scenarzysta zmienił zamiary. Twórcy zależy na tym, by mimo ogólnej otoczki sci-fi pokazywać relacje między poszczególnymi bohaterami jak najbardziej naturalnie, a jednocześnie przełamywać pewne granice.

Od siebie dodam tylko, że zdziwił mnie brak jakichś potężnych kontrowersji wobec wspomnianej sceny, ponieważ "palone na stosie" dwie strony z dwunastego numeru "Sagi" wydawały mi się nawet nieco mniej kontrowersyjne. Ale co ja tam się znam :)

Z kolei Frank Barbiere oficjalnie potwierdził, że "Five Ghosts" powróci we wrześniu z nową historią. Sam twórca stwierdził także, że wciąż nie wiadomo czy uda mu się dociągnąć tę serię do numeru 25, lecz bardzo by tego chciał. Czyżby słabe wyniki sprzedaży powodowały planowanie przyspieszonego końca serii?

wtorek, 27 maja 2014

Nowhere Men vol. 1: Fates Worse Than Death (Eric Stephenson/Nate Bellegarde)

W zasadzie nie można logicznie wyjaśnić sposobu dobierania sobie przeze mnie komiksów do kupowania. Niektóre nabywam bo lubię konkretną postać lub też jednego z twórców. Posiadam też parę klasyków, bo „muszę je mieć”, obok których znaleźć można kilka komiksów kupionych „bo lubię <tu wstaw nazwę danego wydawnictwa>”. „Nowhere Men vol. 1: Fates Worse Than Death” należy do jeszcze innego zbioru. Ten nazywam „kupione, bo Eisnery”. I chociaż nie jestem w stanie powiedzieć Wam czy i ile dzisiaj opisywany komiks zdobędzie nagród, już teraz mogę zdradzić iż nieco żałuję równowartości dziesięciu dolarów, lecz być może nie do końca z powodów, których możecie się spodziewać.

Nowhere Men vol. 1: Fates Worse Than Death” opowiada historię czterech niezwykle uzdolnionych naukowców, którzy zakładają firmę World Corp i dzięki niej zmieniają świat, wprowadzając na rynek coraz to ciekawsze wynalazki. Mijają lata. Jeden z nich zaginął bez śladu, kolejny odwrócił się od przyjaciół, a pozostałej dwójce lat przybywa, czego nie można powiedzieć o siłach. I właśnie wtedy będą musieli zmierzyć się z rezultatem swoich własnych eksperymentów, które zdecydowanie nie poszedł po ich myśli.

Pozwolę sobie zacytować Kubę G z bloga Pulp Warsaw, który stwierdził iż „”Nowhere Men” to chyba najfajniejszy z tych "pop-naukowych" komiksów teraz, sto razy bardziej jara mnie niż „The Manhattan Projects””. Napisał to w chwili, gdy dzisiaj opisywany komiks leżał już na mojej półce kilka dni i nie umiałem zabrać się za jego lekturę. Generalnie czasem nasze gusta potrafią się ze sobą zgodzić, więc w końcu znalazłem odrobinę czasu i zabrałem się za komiks, którego scenarzystą jest obecny redaktor naczelny Image Comics. Zanim przejdę do sedna recenzji, wyjaśnię może dlaczego kupiłem ten komiks, lecz nie umiałem się za niego zabrać. „Nowhere Men” znalazło się na moim celowniku w momencie, gdy ogłoszono nominacje do tegorocznych nagród Eisnera, a ponieważ jego cena to dziesięć dolarów, obciążenie budżetu za wielkie nie było. Gdy już otrzymałem ten tom do domu, przypomniałem sobie jak potężne opóźnienia dotykały ten tytuł, a zapowiedziane numery #7-10 koniec końców wyleciały z oferty Image i ślad po nich zaginął. Obawiałem się więc iż dostanę w swoje łapska pierwszy tom cyklu, z otwartym zakończeniem i nikłymi szansami na kontynuację. Niestety, zbyt mocno się nie pomyliłem.

I właśnie dlatego tez nieco żałuję kupna „Nowhere Men vol. 1: Fates Worse Than Death”. Chociaż historia zawarta w komiksie jest świetnie rozpisana, porywająca i obfitująca w zapadające w pamięć sceny, ostatecznie żegna nas otwartym zakończeniem i nie zakończonymi wątkami. Psuje to mocno końcową ocenę komiksu, który przez blisko 160 stron pokazywał, że faktycznie może śmiało konkurować z „The Manhattan Projects” w kategorii komiksów „pop-naukowych”, chociaż moim zdaniem seria autorstwa Jonathana Hickmana minimalnie jest lepsza. Eric Stephenson zaskarbił sobie za to moją sympatie głównie sposobem, w jaki otwarcie porównywał założycieli World Corp do Beatlesów. Robił to nie tylko wprost ich tak nazywając, lecz nawet ubierając wymyślonych przez siebie bohaterów w podobny sposób oraz obdarowując ich podobnymi cechami fizycznymi.

Paradoksalnie, to nie założyciele wielkiej organizacji byli dla mnie najciekawszym elementem „Nowhere Men vol. 1: Fates Worse Than Death”. Tym stała się dwunastka naukowców, którzy próbowali uciec z opanowanej przez tajemniczy wirus stacji kosmicznej. Gdy udaje im się trafić na Ziemię, każde z nich odkrywa u siebie niezwykłe zdolności. Ciekawość dalszych losów właśnie tej części obsady była dla mnie większa, niż zainteresowanie dalszymi losami „Beatlesów nauki”. Ci byli... właściwie bardzo typowi. Jeden przeraźliwie moralny, drugi skrywający tajemnice, trzeci nierozsądny i roztrzepany, a czwarty mściwy i zarozumiały. Na pierwszy rzut oka zupełnie do siebie nie pasują i tak samo można powiedzieć o większości komiksowych grup, z którymi mamy do czynienia. Ich dalsze losy są dość łatwe do przewidzenia, w przeciwieństwie do przywołanych już naukowców ze stacji kosmicznej. Gdy ich wątki stają się coraz bardziej interesujące, komiks dobiega końca. Teoretycznie w tej chwili powinienem napisać, że dzięki temu tylko z większą niecierpliwością czekać będę na kolejną odsłonę cyklu, lecz jak już wiemy, ta światła dziennego już nie zobaczy.

Za warstwę graficzną „Nowhere Men vol. 1: Fates Worse Than Death” odpowiada Nate Bellegarde, dla którego był to pierwszy tak duży projekt. Tu znów odniosę się do recenzowanego na blogu komiksu „The Manhattan Projects”, ponieważ w tamtym przypadku niecodzienna kreska Nicka Pitarry bardzo szybko przypadła mi do gustu. W przypadku dzisja opisywanego komiksu jest zgoła inaczej. Praktycznie przez cały tom nie umiałem przekonać się do artysty, który moim zdaniem zaliczył przez cały komiks tylko kilka naprawdę udanych plansz, a cały tom przyozdobił zupełnie odpychającą okładką, która z zamierzeniu miała chyba być... seksowna? Rock and rollowa? Sam niestety nie jestem pewien, a z całą pewnością nie mam zamiaru raz jeszcze dodatkowo na nią spoglądać, by się upewnić. Wiem na pewno, że zupełnie mi się nie podoba.

Co ciekawe, komiks ten jest pozbawiony wszelakich dodatków i jednocześnie... kilka ich posiada. Ale o co chodzi, pomyślicie? Otóż w wydaniu zbiorczym znalazło się wszystko to, co można było otrzymać w zeszytach, a umieszczano tam także wywiady z naukowcami, plakaty reklamowe i inne materiały powiązane z World Corp, a także i innymi bohaterami „Nowhere Men vol. 1: Fates Worse Than Death”. Zabrakło jedynie kompletnej galerii okładek, co od razu przypominało kolejne tomy „The Walking Dead”. No cóż, Image Comics przyzwyczaiło mnie już do tego, że w komiksach za dziesięć dolarów na materiały dodatkowe liczyć zbytnio nie można.

Żałuję, że wydałem swoje pieniądze na ten komiks, ale tylko dlatego, ponieważ obecnie na mojej półce znalazło się miejsce dla komiksu, który prawdopodobnie nigdy nie zostanie dokończony. To w zasadzie jedyny minus tej historii, która miała szansę stać się na dłużej jedną z ciekawszych pozycji w ofercie Image Comics. Czy wartą nominacji do Eisnerów nie jestem do końca pewien, ale z cała pewnością „Nowhere Men vol. 1: Fates Worse Than Death” to komiks przemyślany, interesujący i wciągający. No i niedokończony. Moja ocena to 4/6

Teasery promujące nową historię w "The Walking Dead"

Dziwna to praktyka, ponieważ teasery zapowiadające nową historię na łamach "The Walking Dead" ukazały się równo tydzień po wydaniu jej pierwszej części. Być może mają one za zadanie przekonać niezdecydowanych, którzy jeszcze nie sięgnęli po 127 numer serii. Uwaga na drobne spoilery.

poniedziałek, 26 maja 2014

Śladami herosów #5

W niedawno opublikowanej, pierwszej odsłonie „Z archiwum Image” wziąłem na tapetę komiks z postacią, która dziś stanie się głównym bohaterem dzisiejszej edycji kolejnej rubryki. Michael Cray, alias Deathblow, miał być swego czasu jedną z najpopularniejszych postaci uniwersum WildStorm. Nie wyszło to do końca i dziś heros ten tkwi w zapomnieniu, w odmętach nowego świata DC Comics. W swojej historii doczekał się jednak kilku komiksów, które dziś wymienię i pokrótce opiszę. Tak więc zaczynajmy.
SERIE REGULARNE
Deathblow vol. 1 (Image Comics, kwiecień 1993-sierpień 1996) – to właśnie fragment tej serii opisywałem w podlinkowanym powyżej artykule. Seria rozpoczęta przez trio Lee/Choi/Sale wyróżniała się na tle innych tytułów ze studia WildStorm, lecz wraz z odejściem większości ekipy, jej poziom drastycznie spadł, raz jeszcze udowadniając iż Brandon Choi scenarzystą był miernym, by nie rzec fatalnym. Liczby sprzedanych egzemplarzy spadały, aż w końcu serię zamknięto na 29 numerze, zabijając głównego bohatera.

Deathblow vol. 2 (DC WildStorm, grudzień 2006-kwiecień 2008) – tyle czasu zajęło studiu WildStorm opublikowanie zaledwie dziewięciu numerów serii, na której niemal wszyscy fani postaci Michaela Cray’a wieszają psy. Jest to zaskakujące, ponieważ za scenariusz zabrał się Brian Azzarello, lecz jego wizja ogłupionego, rozmawiającego z psami i walczącymi z atomowymi szczurami oraz dziećmi-agentami nie spodobała się czytelnikom. Dodatkowo seria cierpiała na potężne opóźnienia, za które odpowiadał Carlom D’Anda. Podobnie jak w przypadku pierwszego woluminu, tak i na koncu tego Deathblow umiera :)
MINISERIE I ONE-SHOTY
Batman/Deathblow: After the Fire (DC Comics, styczeń 2003) – jeden z trzech crossoverów Deatblowa z postaciami z innego uniwersum. Ten komiks, co ciekawe, okazał się kawałkiem bardzo dobrej historii, w której Michael Cray był równorzędnym partnerem dla Mrocznego Rycerza. Także i od tego komiksu zaczęła się wieloletnia współpraca Briana Azzarello oraz utalentowanego artysty Lee Bermejo. Komiks niedawno wznowiono i stosunkowo łatwo go dostać, a do jego lektury serdecznie Was zachęcam.

Deathblow/ Wolverine (Image Comics, wrzesień 1996-luty 1997) – drugi, a historycznie pierwszy, wspomniany już crossover okazał się znacząco gorszy od spotkania Cray’a z Brucem Wayne. Właściwie mamy tu do czynienia z pojedynkiem dwóch dzikusów, bez większego ładu i składu. Nic wartego większej uwagi.

Gen12 (Image Comics, luty-czerwiec 1998) – grupa herosów o nazwie Gen13 odziedziczyła swoje moce po rodzicach, z których większość należała do Team7. Ale nie wszyscy i właśnie dlatego miniseria ta nosi taki, a nie inny tytuł. W historii pojawiają się pierwszy Backlash, Grifter oraz właśnie Deathblow i podobnie jak wszystkie występy tej ekipy, tak i tutaj mamy do czynienia z jedną, naprawdę ogromną strzelaniną.

Team7 (Image Comics, październik 1994-luty 1995) – pierwsza miniseria z udziałem Team7 to już pierwsza duża rola Deathblowa, który jako jedyny pozbawiony mocy członek grupy nie chce z niej odchodzić, ponieważ jako zwykły heros byłby bezwartościowy. Przez to także dochodzi do starć z innymi członkami grupy. ostatecznie jednak miniseria ta to standardowa rąbanina wypełniona niemożliwie umięśnionymi facetami.

Team7: Objective – Hell (Image Comics, maj-lipiec 1995) – wstęp do crossoveru “WildStorm Rising” to kolejna przygoda grupy z Deathblowem na pierwszym planie. Naturalnie doprowadziło to tylko do kolejnego, trwającego tym razem tylko trzy zeszyty, konfliktu zbrojnego, podczas którego wiele naboi zostało wystrzelonych, a wiele sensu zaginęło w akcji.

Team7: Dead Reckoning (Image Comics, styczeń-kwiecień 1996) – ostatnia miniseria z tą ekipą w historii Image Comics nie wyróżnia się niczym szczególnym. Deathblow nadal odgrywa jedną z ważniejszych ról, a całość sprowadza się do rąbaniny, strzelaniny, testosteronu i napinania mięsni do granic wyobraźni rysownika.

Team X/Team7 (Image Comics, listopad 1996) – ostatni już crossover z udziałem bohaterów Image oraz Marvela. Ponownie swoje rękawice krzyżują Wolverine oraz Deathblow, lecz tym razem w towarzystwie swoich towarzyszy z wczesnych lat kariery. I ponownie nie jest to historia, która zapada w pamięć.

Team Zero (DC WildStorm, luty-lipiec 2006) – miniseria, która dość mocno namieszała w uniwersum WildStormu, głównie z tego powodu że ujawniono na jej łamach, iż Deathblow, Grifter oraz Backlash byli już żołnierzami podczas pierwszej wojny światowej. Trochę gryzło się to z ich originami, które pośpiesznie dostosowano do tej historii i tym samym ujawniono, że poprzednie rewelacje na temat Teamów od 1 do 6 nie do końca są zgodne z prawdą. Po latach historia właściwie została zapomniana, pewnie dlatego iż zbyt mocno kojarzyła się ze starym Image.

Wild Times: Deathblow (DC WildStorm, sierpień 1999) – na początku istnienia studia WildStorm w szeregach grupy DC Comics, pojawiło się kilka one-shotów z bohaterami imprintu, którzy na moment przenieśli się w realia dzikiego zachodu. Jeden z nich otrzymał także Deathblow, lecz komiks ten powinien być traktowany jedynie jako ciekawostka.
WAŻNIEJSZE WYSTĘPY
Darker Image #1 (Image Comics 1993) – jedyna w zasadzie antologia, która faktycznie miała jakiś wpływ na postać Deathblowa. To na łamach tego tytułu wyrusza on w pościg za człowiekiem, który zabił jego partnera. Od komiksu może nieco odrzucać warstwa graficzna, lecz mimo wszystko warto się z nim zapoznać, chociaż UWAGA: jest to tytuł nigdy nie dokończony.

Grifter vol. 3 #9-12 (DC Comics 2012) – istnienie tych czterech zeszytów zaznaczam jako „ważne” tylko ze względu na debiut Deathblowa w nowym uniwersum DC Comics. Jest to dzieło Roba Liefelda, więc sami rozumiecie jaki musi mieć to poziom fabularny. Sugeruję unikać tego komiksu szerokim łukiem, do czego zapewne nie musze Was zbytnio namawiać.

StormWatch P.H.D. #13-24 (DC WildStorm 2008-2009) – jako aftermatch po crossoverze WildStorm World End’s ponownie zmartwychwstały Deathblow dołączył do ekipy Jacksona Kinga. Seria nie cieszyła się zbyt dużym powodzeniem, a akurat stała na naprawdę przyzwoitym poziomie, chociaż sam Cray nie odgrywał w niej najważniejszej roli.

The Authority vol. 5 #18-29 (DC WildStorm 2009-2010) - pod sam koniec istnienia studia WildStorm, Deathblowa przerzucono ze StormWatch do składu Authority. Cray wraz z resztą ekipy przemierzali kosmos w poszukiwaniu miejsca, na którym mogły zamieszkać resztki ludzkości i tym samym dać nowy świt całej populacji. Ostatecznie ograniczało się to do wpadania w coraz to gorsze kłopoty, zakończone powrotem na zniszczoną Ziemię. Na uwagę w komiksie zasługiwały zwłaszcza interakcje Deathblowa z Grifterem.

WildCats vol. 5 #13-18 (DC WildStorm 2009) – kolejny komiks powiązany z crossoverem World End’s. Na jego łamach Dzikie Koty łączą siły z odtworzonym Team7, by wspólnie odnaleźć Maxa Faraday’a, być może ostatnią nadzieję ludzkości na przetrwanie. Warte zapamiętania głównie z powodu tego, iż to tutaj po raz pierwszy Deathblow wyjawia wszystkim istnienie swoich mocy.

WildStorm: After the Fall (DC WildStorm 2010) – zebrane w jednym miejscu krótkie historie publikowane jako dodatki do zeszytów z głównego nurtu. Ważne z tego powodu, że na jego łamach wyjaśniono wreszcie na czym polegają moce Deathblowa.

WildStorm Annual 2000 (DC WildStorm 2000) – końcowa część crossoveru “Devil’s Night” w którym trochę miejsca otrzymuje między innymi Michael Cray. Z czasem okazuje się, że on i jego towarzysze odegrali niemałą rolę w całym wydarzeniu.
MNIEJ WAŻNE WYSTĘPY
Backlash vol. 1 #14 (Image Comics 1995) – pojedynczy numerze wspólną akcją Deathblowa oraz Marca Slaytona z kontynuacją w jednym z numerów pierwszego woluminu solowej serii z przygodami Michaela Cray’a.

Brass #2 (Image Comics 1996) – na łamach tego komiksu tytułowy bohater spotyka Team7 i przeżywa z nimi wspólną przygdę.

DC/WildStorm: Dreamwar (DC Comics, czerwiec-listopad 2008) – miniseria, która doprowadziła do starcia między herosami z regularnego uniwersum DC oraz największych ikon WildStormu. jak większość tego typu historii, tak i ta skończyła się jednym, wielkim team-upem w celu pokonania tego złego. Tym okazał się pewien nastolatek, co i tak nie uratowało historii. Nie ma ona większego wpływu na któreś z uniwersów, a sam Deathblow odgrywa tu trzecioplanową rolę.

Gen-Active (DC WildStorm, maj 2000-wrzesień 2001) – na początku swojego istnienia w strukturach wydawnictwa DC, WildStorm opublikował antologię w której występowali herosi zawdzięczający swoje moce Gen-Factorowi. Deathblow pojawia się w numerach 3 oraz 4 i nie jest to nic wartego zapamiętania.

Wildstorm! (Image Comics, sierpień-grudzień 1995) – antologia skupiająca się na postaciach ze studia założonego przez Jima Lee. Deathblow w dwóch numerach dostał krótkie historyjki, właściwie nie warte zapamiętania.

WildStorm Presents #1 (DC WildStorm, listopad 2010) – gdy upadek studia WildStorm był już faktem, z czytelnikami postanowiono pożegnać się publikując jednoczęściową antologię. Bohaterem jednej z opowieści jest Deathblow i chociaż nie jest to przełomowa historia, to jednak nazwiska twórców zebranych na potrzeby tego komiksu są naprawdę interesujące.

WildStorm Winter Special (DC WildStorm, styczeń 2005) – ostatnia dziś opisywana pozycja to kolejna antologia, która zaprezentowała pojedyncze historie z poszczególnymi herosami uniwersum WildStorm. Jak niemal każda poprzednia, tak i ta nie jest warta zapamiętania.

niedziela, 25 maja 2014

Okładka tygodnia #21

Juz prawie zapomniałem o tym, że dziś jeszcze nie wrzuciłem najnowszej odsłony "Okładki tygodnia". Na szczęście nieocenione okazały się przypomnienia ustawione w telefonie i zamiast kierować się powoli w objęcia Morfeusza, spełniam swoją powinność. W tym miejscu znajdziecie komplet okładek komiksów wydanych w miniona środę, a poniżej już trzy wskazane przeze mnie.
3. Ghosted #10 - Matteo Scalera jakoś nie zachwycał mnie w "Dead Body Road", ale jak artysta ten narysuje jakąś okładkę, to z reguły jest na czym oko zawiesić. Tak jest w przypadku tego coveru, na którym mimo wszystko widać dość oklepany motyw. Jest jednak świetny szkic, bardzo fajnie nałożone i pasujące do rysunku kolory. Czego chcieć więcej?
2. Prophet #44 - Odpowiedzią na powyższe pytanie jest: dobry pomysł. Ten pojawia się zarówno w tej okładce, jak i na zwycięzcy dzisiejszej wyliczanki. Autor tego coveru ten pomysł ewidentnie miał i stwór złożony z części kosmicznej materii robi duże wrażenie. I na ile znam autorów komiksu, zwiastuje to kolejny świetny rozdział historii Johna Propheta.
1. Mind the Gap #17 - na komiks ten czekałem pięć długich miesięcy, lecz nie jest to powód, dla którego umieszczam okładkę tę na pierwszym miejscu. Po pierwsze, bardzo lubię styl rysowania Rodina Esquejo. Po drugie wreszcie, znów, jest tu bardzo fajny pomysł, czego nie można powiedzieć o większości z szesnastu okładek zdobiących poprzednie zeszyty.

sobota, 24 maja 2014

Najlepsze dzieło w ich karierze?

Już za niecały miesiąc w sklepach pojawi się pierwszy numer nowej serii duetu Gillen/McKelvie, o którym to już nieraz pisałem na blogu. Scenarzysta udzielił niedawno kolejnego wywiadu, po którym można mieć spore nadzieje na to, że szykuje się najlepsze dzieło w historii współpracy tych dwóch twórców. Ponadto w Internecie pojawił się zabawny komiks informujący o sposobie, w jaki można nabyć pierwszy numer "The Wicked and the Divine".
Kieron Gillen bez ogródek twierdzi, że chce by jego najnowszy komiks dla Image był wspaniały. Scenarzysta ma ambicję i uważa, iż seria ta może być najważniejszym wydarzeniem obecnego roku, a on chce zawrzeć w nim wszystko co najlepsze nie tylko w tego typu historiach. Gillen planuje także umieszczać mnóstwo odniesień do rzeczywistości.

"The Wicked and the Divine", podobnie jak inne niedawne projekty Gillena, czyli "Three" oraz "Uber", wymagały odpowiedniego researchu. Tym razem jednak nie musiał on być aż tak dokładny, ponieważ nowy projekt nie opiera się na postaciach historycznych, a na bohaterach mitów i podań. Z tych zaczerpnął jedynie imiona bogów oraz najważniejsze cechy ich charakterów. Celowo pominął mitologię grecką oraz nordycką, ponieważ te dość mocno kojarzą się z panteonem Marvela. Zresztą Gillen podkreśla, że najważniejsza w jego komiksie będzie ich kariera jako celebrytów. Nie będą oni jedynie piosenkarzami czy aktorami, a ludźmi sławnymi w wielu dziedzinach i śledzonych przez reporterów na każdym kroku.

Gillen podkreślił także, że tworząc postacie dwunastki bogów-celebrytów, opierał się na swoich idolach pokroju Davida Bowiego czy Prince'a, a nie obecnych sławach pokroju Paris Hilton czy Kanye Westa. Scenarzysta uważa, że te osoby nic sobą nie prezentują.

"The Wicked and the Divine" ma być kwintesencją wszystkiego, co Gillen nauczył się podczas pisania setek scenariuszy do komiksów. Podoba mu się twórcza swoboda, jaką oferuje Image Comics, dzięki czemu jego najnowsza seria nie powstaje w pośpiechu i każdy numer będzie wydany dopiero wtedy, gdy twórcy uznają że jest gotowy w stu procentach.

Zapytany o to, dlaczego to McKelvie jest artystą, z którym współpracuje najczęściej, Gillen wyjaśnił iż obaj mieszkają blisko siebie, bardzo się lubią i często się spotykają. Innymi słowy, są parą dobrych kumpli, którzy wspólnie zarabiają na tym, co lubią robić najbardziej. Scenarzysta śmieje się mówiąc, że przez "The Wicked and the Divine" praktycznie wprowadził się do domu McKelviego.

Na koniec link do wspomnianego na początku komiksu. Znajdziecie go klikając TUTAJ.

Gdy potwory zawładną magią

Poznajcie świat, w którym ludzkość stanęła na progu wyginięcia (zieeeeeeeeew... było), a Ziemię opanowały mordercze monstra (co, znowu?). Ostatni ocaleni tworzą broń, którą cofają w czasie, by zapobiegła masowej zagładzie (halo, ktoś się inspirował najnowszymi X-Menami z kina?). Z tego zbitku oklepanych motywów wyłania się zarys fabuły pierwszego numeru "Dark Engine". I tylko jedna rzecz wydaje się być w komiksie tym interesująca. Jaka?
Są nią jasne i wyraźne inspiracje stylem H.P. Lovecrafta. Począwszy od ogólnego klimatu opowieści, poprzez sposób prowadzenia narracji, a na sugestywnych rysunkach kończąc. Taki jest właśnie główny pomysł Ryana Burtona na sukces "Dark Engine". Scenarzysta nawet nie ukrywa, że fabuła jego komiksu do najbardziej odkrywczych zdecydowanie nie należy, lecz nie to ma być jego siłą.

Oprócz wspomnianego już klimatu, "Dark Engine" charakteryzować się ma wyrazistymi głównymi postaciami. Tę najważniejszą jest Sym - zmodyfikowana genetycznie kobieta, która wyszkolona została do zabijania potworów i obecnie to na jej barkach spoczywa los ludzkości. Jest ona mieszanką wszystkiego, co jest potrzebne do skutecznego zabijania oraz przetrwania w obcym świecie. Z kolei tytułowy "mroczny silnik" to organiczna rzecz, która zasila Sym, a bez której kobieta niechybnie szybko zginęłaby. Jest to dla niej zarówno błogosławieństwo, ponieważ daje jej ogromną siłę i inne niezwykłe zdolności, ale także przekleństwo - Sym nienawidzi tego, co się z nią dzieje przez wpływ maszyny.

Rysownik John Bivens przyznaje, że "Dark Engine" to największe wyzwanie w jego dotychczasowej karierze, ponieważ odtworzyć graficznie coś zbliżonego do klimatu typowego dla H.P. Lovecrafta jest niezwykle trudno. Ponadto scenariusze podsyłane przez Burtona posiadają mocno rozbudowany opis środowiska w którym dzieje się komiks i z reguły jest on bogaty w detale, zarówno nowoczesne jak i typowe raczej dla flory prehistorycznej. Mimo tego Bivens otrzymał wolną rękę jeśli chodzi o możliwość nanoszenia poprawek i własnych pomysłów.

Dla obu twórców "Dark Engine" to pierwsza praca z tak dużym wydawnictwem. Zaskoczyło ich to, że... nie dostali odgórnie żadnego edytora i do końca pracowali bez takowego.

Pierwszy numer "Dark Engine" pojawi się w sklepach 16 lipca.

środa, 21 maja 2014

Nie tylko komiks #3

Dzisiaj postanowiłem pójść nieco wbrew temu co zasugerowaliście i trzecia odsłona „Nie tylko komiks”  skupi się na telewizyjnym filmie „Witchblade”. Dlaczego? Ponieważ jakiś czas temu znalazłem swoją starą recenzję tego „dzieła”, którą nieco podrasowałem i postanowiłem mieć już z głowy. Uwierzcie mi, wspomnienie seansu tego filmu wciąż prześladuje mnie po nocach i bynajmniej nie jest to nic przyjemnego. Zresztą, zapraszam do lektury.
Telewizyjna odsłona „Witchblade” rozpoczyna się trwającym niemal dokładnie półtorej godziny filmem, będącym jednocześnie pilotem do przyszłego serialu. Wprowadza on nas w historię detektyw Sary Pezzini, która na małym ekranie dość mocno różni się od swojej komiksowej wersji. Od razu zdradzę, że według mnie nie są to przynajmniej zmiany na plus i już tutaj widać nieudolność twórców serialu, ale do tego wrócę jeszcze w dalszej części recenzji. Sama fabuła filmu przedstawia się następująco: detektyw Sara Pezzini i jej partner prowadzą śledztwo skierowane przeciwko niejakiemu Tony’emu Gallo. Mężczyzna ten nie tylko prowadzi szemrane i ciemne interesy w mieście, ale także jest winien śmierci ojca i siostry głównej bohaterki, co jednocześnie stało się powodem wstąpienia Sary w szeregi policji. Podczas jednego z nie do końca rutynowych, a już na pewno przepisowo zabronionych przesłuchań, Sara wdaje się w strzelaninę i wtedy też wchodzi w posiadanie niezwykłej bransolety – tytułowej Witchblade. Od tego momentu, detektyw Pezzini zaczyna posiadać kilka nadnaturalnych mocy, które z czasem wykorzysta w walce ze złem. Dodatkowym motywatorem jest śmierć jej partnera, co przy okazji było bodaj jedyną w miarę dynamiczną sceną filmu. Brzmi to wszystko zupełnie typowo i schematycznie, ale i tak blednie w porównaniu do tego, co sprawiło, że ostatecznie wystawię naprawdę słabą ocenę.

Jeśli się dokładnie przyjrzeć pilotowi „Witchblade”, to naprawdę wszystko w nim zostało wykonane źle. Z powodu mojej marudnej natury wspomnę tu nawet o takich mało istotnych detalach jak to, że przez trzy czwarte odcinka Sara porusza się wszędzie w dokładnie tych samych spodniach, podczas gdy fabuła filmu posuwa się przynajmniej o kilka dni do przodu. Twórcy postarali się, bym zapamiętał pilot serialu na długo i to bynajmniej nie z sentymentem. Wszystko zaczyna się od aktorów. Grająca główną rolę Yancy Butler ma tylko jedną, niewątpliwą zaletę – jest bardzo przyjemną dla oka panną. Reszta nie jest już tak satysfakcjonująca. Aktorka ma  pewien niedobry nawyk, a jest nim strasznie zła mimika. Niezależnie od tego czy ma ona pokazać strach, zadowolenie czy złość, ogranicza się to do odpowiedniego zgięcia dość sporych brwi, co daje w rezultacie nie najlepsze efekty. Ale na Yancy Butler przynajmniej spokojnie można popatrzeć. Jako jedyny swoją rolę całkiem nieźle odegrał David Chokachi jako Jake McCartey. Jest to o tyle dziwne, że aktor ten swoja karierę rozpoczynał w „Słonecznym Patrolu”, a tam bynajmniej ciężko szukać dobrych, aktorskich rzemieślników. Reszta obsady spisała się źle, lub bardzo źle. Cały film to półtoragodzinne rąbanie drewna, gdyż absolutnie żaden aktor nawet nie próbuje udawać, że kamera mu zwyczajnie przeszkadza. Nie wiem czy taki był zamysł twórców serialu, ale zbiorowy szczękościsk i kij wsadzony w miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę, to nie jest najlepszy pomysł na to, by zainteresować odbiorcę i na dłużej przykuć go przed ekrany monitora. Innymi słowy aktorsko jest bardzo źle, ale spróbuję usprawiedliwić odtwórców głównych ról w filmie, ponieważ... 
Twórcy pilota nie dali im zagrać nic ciekawego. Role Gallo czy Kennetha Ironsa zostały napisane tak, jakby za scenariusz i reżyserię zabrali się specjaliści od najbardziej oklepanych stereotypów. Wyobraźcie sobie najbardziej typowego, bogatego megalomaniaka jakiego potraficie, wrzućcie to do krzywego zwierciadła i BUM... macie Kennetha Ironsa. Gdy człowiek ten pojawił się na ekranie, wyobraziłem sobie scenę, w której twórcy scenariusza biorą encyklopedię, otwierają na haśle „przerost ego” i na podstawie zawartej tam definicji tworzą sylwetkę Kennetha Ironsa. Tylko nieco lepiej wypada wierny giermek tej postaci, a więc Ian Notthingam. Ten przynajmniej potrafił przez moment zaciekawić widza w momentach, gdy pojawiał się na ekranie. Sztuka ta nie udała się przecież nikomu więcej. Oczywiście efekt ten znika mniej więcej w połowie filmu, gdy dociera do nas że i ta postać nie oferuje sobą nic, poza możliwością stania się magnesem do dalszego oglądania dla damskiej części widowni. Dodatkowa bura należy się za dialogi między tą dwójką, od których momentami bolały uszy. Jest tu nuda, obrzydliwy manieryzm, jeszcze więcej nudy, sztuczność i deser w postaci kolejnej dawki nudy. Ale to nie wszystko.

Tytułowy artefakt, a więc bodajże najważniejszy element fabuły, na pojawienie się którego w pełnej krasie czekałem od samego początku seans, to nic innego jak... metalowa rękawica z bransoletką. I tyle. Jeśli ktokolwiek z Was zasiądzie do tegoż filmu z nadzieją, że Yancy Butler chociaż przez moment pojawi się w kostiumie znanym z komiksów o Witchblade, lub w czymś ten strój przypominającym, naprawdę srogo się zawiedzie. I to mnie właśnie boli, ponieważ film jest najsłabszy w tym elemencie, wobec którego ja,  a i zapewne większa ilość widzów wiązała spore nadzieje. Naprawdę ciężko jest określić zawód, jaki mnie spotkał. Sądzę nawet że wymyka się on wszelkim znanym mi skalom.

Pilot „Witchblade” oceniam jako bardzo słaby. Tymczasem serial spodobał się na tyle, że otrzymał jeszcze 22 epizody. I nawet jakieś nagrody. Za co? Nie mam pojęcia. Nie polecam także nikomu zasiadania do tego filmu. Można jeszcze wiązać jakieś minimalne nadzieje na to, że być może właściwy serial będzie nieco lepszy. Sądzę, że za jakiś czas w tej rubryce przeczytacie i na ten temat. Pilot otrzymuje ode mnie jak najbardziej zasłużoną dwóję. OMIJAĆ SZEROKIM ŁUKIEM.

W kolejnej odsłonie „Nie tylko komiks” obiecuję już trzymać się Waszych sugestii. Do wyboru macie: grę komputerową „The Darkness” (dotąd jeden głos), film animowany „Firebreather” (również jeden głos), a dziś dorzucam do tego filmową odsłonę „Spawna” z 1997 roku. Wybór należy do Was.

Zapowiedzi na sierpień 2014

Dosłownie przed chwilą pojawiły się kompletne i oficjalne zapowiedzi Image Comics na tegoroczny sierpień. Jak zwykle obfitują one w sporo ciekawych pozycji, lecz rzuca się w oczy bardzo mała ilość wydań zbiorczych, co jednocześnie powoduje iż moje zakupy znów wyglądać będą raczej mizernie. Z zapowiedziami zapoznać się możecie klikając TUTAJ.
Sierpień przyniesie siedem komiksów z numerem jeden na okładce, z czego jeden z nich ukazywac będzie się w trybie cotygodniowym. Zdecydowanie najciekawiej zapowiada się naturalnie premiera "The Fade Out" duetu Brubaker/Phillips. Pojawią się także premiery serii, o których mogliście już przeczytać na blogu - "Imperial" czy "Wayward". Sierpień to jednocześnie premiera jedynie pięciu wydań zbiorczych. W promocyjnej cenie dziesięciu dolarów pojawi się jedynie pierwszy tom "The Fuse". Fani twórczości Roberta Kirkmana z pewnością zainteresują się poniższą pozycją.
Jak już wspomniałem, kolejny miesiąc z rzędu moje zakupy prezentują się raczej mizernie. Do koszyka trafią jedynie "Protectors Inc. #8", "The Sidekick #9" oraz "Umbral #8".

Pierwsze szczegóły o "Wayward" Jima Zuba

Jakiś czas temu Image wypuściło kilka teaserów zapowiadających sierpniowe nowości w ofercie wydawniczej. Dziś wiemy już, że jednym z nich będzie "Wayward" według scenariusza Jima Zuba, twórcy zwariowanych przygód "Skullkickers". Czego można spodziewać się po jego najnowszym komiksie? Tego dowiecie się czytając dalszą część wpisu.
Seria "Wayward" opisywana jest jako "przygody Buffy dla nowej generacji". Fabuła skupiać się ma dziewczynie o imieniu Rori Lane, która mieszka w Tokio i coraz mocniej dostrzega, że wokół niej dzieją się dziwne rzeczy. Kolejne znaki utwierdzają ją w przekonaniu, że w całość zamieszane są siły nadprzyrodzone, które ewidentnie mają z nią coś wspólnego.

Zub zdradza, że "Wayward" to komiks, nad którym pracuje już kilka lat. Wraz ze Stevem Cummingsem chcieli stworzyć komiks akcji z elementami nadprzyrodzonymi. Główną bohaterką została młoda dziewczyna, co jest oczywistym nawiązaniem do wciąż popularnych przygód Buffy, łowczyni wampirów. Koncepcję "Wayward" stworzył wspomniany przed chwilą rysownik, a wszystko zaczęło się w 2010 roku. Okładka pierwszego numeru powstała właśnie w tym okresie.

Rori Lane to pół-Irlandka, pół-Japonka. Dziewczyna dorastała w tym pierwszym kraju, lecz obecnie mieszka w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie potrafi ona odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a dodatkowo mocno przeżywa rozstanie jej rodziców. Właśnie w tym momencie rozpocznie się akcja komiksu "Wayward", który to będzie czerpać garściami z Japońskich mitów, podań i legend, ponieważ Jim Zub nie ukrywa, że jest ich wielkim wielbicielem. Oczywiście integralnym elementem fabuły będą losy Rori w szkole i codziennym funkcjonowaniu.

Główną obsadę stanowić będą cztery osoby. Rori, dwoje Japończyków i jeszcze ktoś. Zub nie chce na razie zbyt wiele zdradzać. Ujawnił za to, że Cummings na potrzeby komiksu zmienił nieco swój styl, by jak najbardziej wiarygodnie przedstawić Japonię. Nie oznacza to jednak, że komiks odznaczać ma się mangowym stylem, chociaż artysta kilka elementów z niego zapożyczy.

Pierwszy numer "Wayward" pojawi się w sklepach 27 sierpnia.

Diggle przejmuje stery w "Thief of Thieves"

Początkowy pomysł był nieco inny. Jedna z najnowszych serii autorstwa Roberta Kirkmana miała być pisana przez niego przy współpracy innego twórcy, który miał zmieniać się co kolejną historię. W końcu jednak nadmiar pracy zmusił założyciela studia Skybound do korekty planów i w ten sposób "Thief of Thieves" stał się serią, którą Kirkman oddał całkowicie. Jego następcą został Andy Diggle, który wydaje się być idealną osobą do tej roboty.
Początkowo Diggle miał być scenarzystą jedynie historii z trzeciego story-arcu. Na jego łamach miało dojść do połączenia wszystkich dotychczasowych wątków. Z zadania tego scenarzysta wywiązał się na tyle dobrze, że Kirkman nawet nie chciał nanosić żadnych poprawek. Działając w porozumieniu ze scenarzystą drugiej historii w serii - Jamesem Asmusem - Diggle wprowadził do tytułu więcej wskazówek na temat głównego przeciwnika Redmonta. Z czasem okazało się, że Kirkman nie może poświęcać tej serii tyle czasu co dotychczas i w końcu postanowiono, że Diggle poprowadzi ją samodzielnie.

Scenarzysta podkreśla, że w "Thief of Thieves" zajdzie kilka zmian. Komiks będzie nieco mroczniejszy i brutalniejszy, przy okazji nie zabraknie udziału Roberta Kirkmana w jej powstawaniu. Twórca ten co prawda ostatecznie zrezygnował z promowanego przez siebie "pokoju twórców", lecz Diggle nie przestał konsultować z nim swoich pomysłów.

Shawn Martinbrought będzie mieć powody do narzekań, ponieważ Andy Diggle zawsze pisze pełne skrypty, do minimum ograniczając swobodę rysownika. Dotychczas artysta ten nie miał takiej okazji podczas prac nad "Thief of Thieves", lecz jak podkreślają obaj twórcy, nie ma problemów z przestawieniem się na inny tryb pracy. Być może z czasem Diggle trochę popuści i zwróci rysownikowi nieco swobody. Przy okazji scenarzysta podkreślił, że według planów ma zostać przy "Thief of Thieves" na dłuższy okres czasu.

Na koniec Diggle został zapytany o serie komiksowe jakie aktualnie czyta. Wymienił: "Lazarus", "Southern Bastards", "The Fuse", "The Woods" (Boom! Studios) oraz "The Bunker" (Oni Press).

poniedziałek, 19 maja 2014

Steven T. Seagle wraca do Image

Nie będę wyjaśniał kim jest Steven T. Seagle, bo po prostu musieliście, podkreślam MUSIELIŚCIE kiedyś trafić na przynajmniej jedną z jego wielu prac dla Marvela czy DC. Możecie za to nie wiedzieć, że ten doświadczony i uznany scenarzysta dołożył swoją cegiełkę do historii początków istnienia Image, ponieważ napisał dla studia WildStorm między innymi kilka numerów serii "StormWatch", a także "Grifter" oraz "Warblade". I jak wszyscy mu podobni, stworzył zwyczajny szajs. Czy tym razem będzie inaczej?
Wydaje się, że tym razem Seagle zapisze się w historii Image Comics w lepszy sposób, ponieważ zarys fabuły jego najnowszego komiksu wydaje się co najmniej interesująca. "Imperial" opowiadać ma o jedynym superbohaterze na świecie, którego kariera powoli dobiega już końca. Heros postanawia wyszkolić swojego następce i wybiera niejakiego Marka, który od szkolenia zdecydowanie bardziej woli dbać o przygotowania do swojego własnego ślubu. W efekcie dojdzie do wielu zabawnych wydarzeń, oczywiście z dużym niebezpieczeństwem w tle.

Dla Seagle'a jest to powrót nie tylko do wydawnictwa Image, ale także do pisania scenariuszy do komiksów o tematyce superhero. Twórca zapowiada, że "Imperial" ma być lekką i zabawną historią, którą w skrócie określa jako "bromance". Pomysł na komiks pojawił się niespodziewanie i równie szybko w głowie scenarzysty pojawiła się koncepcja całej serii. Gdy już postanowiono że "Imperial" powstanie, Seagle wybrał na posadę rysownika Marka Dos Santosa (niedawno wspominane "Red City"), którego zna już od lat, lecz dopiero teraz uznał, że artysta ten rozwinął się na tyle, by podołać zadaniu.

Seagle chce w "Imperial" główny nacisk położyć na wątku humorystycznym. W centrum wydarzeń jest tu Mark, który z jednej nie chce zawieść swojego przyjaciela, za którego uważa starszego bohatera i próbuje podołać zadaniu. Lecz jak ma uczyć się latania, skoro cały czas ustala szczegóły własnego ślubu? W końcu Mark znajdzie się w sytuacji, w której nie będzie w stanie pogodzić obu ogromnych zadań, które postawił przed nim los. Doprowadzi to do wielu zabawnych historii i zbiegów okoliczności.

Sam Imperial przedstawiony zostanie jako gość, który raczej nie jest herosem o jakim wszyscy marzyli. Ma on sprawiać wrażenie, jakby sam nie do końca wiedział o co chodzi w byciu superbohaterem. Seagle zapowiada, że o postaci tej dowiemy się jedynie tyle, iż jest jedynym trykociarzem na świecie, jego przeszłość ma pozostać tajemnicą.

Duża rolę odegrać ma także Katie - narzeczona Marka. Kobieta zauważy, że im bliżej ich ślubu, tym dziwniej zachowuje się jej ukochany. Ponieważ ostatnie, co może przyjść jej do głowy to fakt, że szkoli się na superbohatera, zacznie podejrzewać go o szereg innych występków. Naturalnie także i ten aspekt fabuły doprowadzić ma do wywołania śmiechu u czytelników.

Seagle widzi w głowie zakończenie "Imperial", lecz nie chce zdradzać kiedy je planuje. Woli by czytelnicy cieszyli się każdym kolejnym numerem jego serii, a nie odliczali czas do jej końca.

Szafa znów recenzuje komiks z Image

Całkiem niedawno pojawiła się kolejna odsłona "Szafy z Komiksami" i ponownie na warsztacie znalazł się komiks pochodzący z Image Comics. Tym razem jest to pierwszy tom "Revival". Jaką ocenę otrzymał? Tego dowiecie się z poniższego linku.

Gra planszowa "Chew"

Na horyzoncie pojawiła się kolaboracja wydawnictw Image i IDW. Wszystko za sprawą ogłoszoną niedawno grą karcianą "Chew", opartą oczywiście na popularnym komiksie. Premierę zapowiedziano na początek 2015 roku, a także potwierdzono, że duet Layman/Guillory odpowiadał za warstwę fabularną oraz służył radą w procesie powstawania gry. Poniżej znajdziecie planowany wygląd pudełka gry.
Biorąc pod uwagę planowany film animowany, wydaje się że "Chew" ma realną szansę zostać kolejna marką wydawnictwa Image, które zdobędzie duża popularność poza komiksowym światkiem. Serdecznie życzę tego twórcom.

niedziela, 18 maja 2014

Nie jestem zbyt wylewny, czyli krótka rozmowa z Markiem Oleksickim

Dawno nie było na blogu okazji do umieszczenia wywiadu. Na szczęście udało mi się skontaktować z Markiem Oleksickim, który pomimo swojego zapracowania zgodził się odpowiedzieć na kilka zadanych przeze mnie pytań. Na początku zostałem uprzedzony, że nasz utalentowany rysownik nie jest zbyt wylewny i niestety okazało się to prawdą. Tak czy inaczej, zapraszam do lektury.
Krzysztof Tymczyński: Jak to się stało, że zdecydowałeś się na karierę rysownika komiksów?
Marek Oleksicki: Rysowałem od małego. Skończyłem Liceum plastyczne, później ASP w Warszawie. Rysowanie i komiksy towarzyszyły mi od początku. Nie tworzę tylko i wyłącznie komiksów, robię też inne rzeczy. Komiks czy ilustracja to jeden z wielu sposobów wyrazu artystycznego.

W jaki sposób określiłbyś swój styl?
Hmm... Nie potrafię.

Czy masz swoich ulubionych rysowników?
Jest kilku rysowników których lubię : Jean Giraud, R. M, Guera , Toppi, Eduardo Risso...

Twoim debiutem był "Odmieniec" wydany przez Mandragorę. Jak doszło do realizacji tego komiksu?
Miałem pomysł na komiks, zrobiłem kilka plansz, spisałem scenariusz pierwszej opowieści i wysłałem pakiet do Przemka Wróbla - naczelnego Mandragory i tak się zaczęło.

Odbiorcy "Odmieńca" często narzekali na podobieństwa do "Hellboy'a". Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?
Cóż, Mignola wywarł duży wpływ na mnie w tamtym czasie i to widać w „Odmieńcu”. Chciałem po prostu zrobić „mignolowy” komiks. Więc był to taki fanowski komiks pod wpływem twórczości Mike'a Mignoli.

Czy od początku zakładałeś, że dość szybko spróbujesz swoich sił zagranicą?
Oczywiście na początku chciałem robić komiksy za granicą dla dużego wydawcy, pewnie tak jak każdy rysownik komiksowy.
Jak wygląda droga, którą musi pokonać na zachodzie młody, niedoświadczony jeszcze artysta?
Mnie wydawca Avatar Press znalazł w sieci. Zobaczył mój blog „rrrrysss” i zaproponował pracę nad komiksem z Warrenem Ellisem. Na początku miał to być Robin Hood w wersji Ellisa. Zrobiłem kilka szkiców koncepcyjnych. Ale scenarzysta porzucił wtedy ten pomysł. Później pojawiła się propozycja pracy nad adaptacją horroru George R.R. Martina „Skin Trade”. Zrobiłem 2 plansze i kilka projektów postaci. W międzyczasie wrócił Warren Ellis z pomysłem na „Frankenstein's Womb” i ruszyły nad nim prace. Do „Skin Trade” próbowałem wrócić ale nie dałem rady. Moja współpraca z Avatar Press się zakończyła.

Czy udało Ci się poznać Ellisa osobiście?
Warrena Ellisa nie poznałem osobiście. Nie miałem z nim nawet kontaktu mailowego. Wydawca (William Christensen) nie wykazywał chęci nawiązania bezpośredniego kontaktu między Ellisem a mną. Podobno Warren Ellis był bardzo zapracowany, ciągnął kilka scenariuszy naraz i nie miał czasu na omawianie każdego indywidualnie.

Jestem ciekaw czy dysponujesz informacjami na temat poziomu sprzedaży "Frankenstein Womb" w USA i na świecie (w tym i w Polsce)? Jeśli tak, to czy są to zadowalające Cię wyniki?
Nie mam takich informacji. Kontakt z Avatar Press był dość ograniczony. Ciężko było wyciągnąć jakieś informacje.

Jeśli dobrze odrobiłem pracę domową, kolejny krok w Twojej karierze to Boom! Studios. Tu rysujesz jeden zeszyt "28 Days Later" oraz okładek do komiksów opartych na licencji "Planety Małp". Może to przewrotne pytanie, ale czemu tylko tyle udało się zrealizować w tym wydawnictwie?
Jesteśmy nadal w kontakcie. Tak jak pisałem nie zajmuję się tylko komiksem, nie jestem też zawsze dostępny. Wydawca potrzebuje często rysownika gotowego od zaraz i terminy są krótkie. Miałem robić „Nola”, był tez w planie „Suicide Risk” ale nie wyszło z terminami. Ja tez nie mam dużego ciśnienia żeby za wszelką cenę rysować tylko komiksy u tego lub innego wydawcy.

Jak wiesz, prowadzę blog poświęcony Image Comics, więc w końcu muszę o to zapytać. "The Darkness: Close Your Eyes" oraz jeden z numerów serii "Zero", oba do scenariusza Alesa Kota. Jak udało Ci się nawiązać współpracę z tym scenarzystą?
Ales skontaktował się ze mną po przeczytaniu „Frankenstein's Womb”. Zaproponował mi współpracę przy kilku autorskich projektach. Powstało kilka plansz. Przy drugim powstały niecałe dwa zeszyty ale musieliśmy zrezygnować z projektu. Z powodu problemu z prawami do wykorzystania postaci autentycznych jako głównych bohaterów. W końcu pojawiła się okazja pracy przy "The Darkness" i w między czasie Ales stał się rozchwytywanym scenarzystą. Powstała seria „Zero” i dostałem obietnicę współpracy przy jednym z zeszytów. Z tego co mi wiadomo każdą z części rysuje inny artysta.

Czy odczuwasz jakąś różnicę pracując nad komiksami dla Image w porównaniu z projektami z Boom! czy Avatar Press?
Różnice są w kontaktach z wydawcami. Ważne były i są także różnice w kwestiach finansowych.

Aktualnie marka "The Darkness" jest w uśpieniu - comiesięczny ongoing został skasowany i zastąpiony cyklem one-shotów. Czy rysowana przez Ciebie historia prowadzi do otwarcia nowej serii?
Nie mam pojęcia co dalej będzie, ale podejrzewam ze „Close Your Eses” jest jakimś elementem restartu serii. O tym że seria jest w uśpieniu dowiedziałem się po narysowaniu tego komiksu..

Obecnie w Image pracują Szymon Kudrański oraz Piotr Kowalski. Czy jest szansa, abyś stał się trzecim Polakiem regularnie rysującym dla tego wydawnictwa?
Wszystko zależy od wydawcy, jestem otwarty na współpracę. Ale nie chcę być przywiązany do jakiegoś wydawcy na stałe.
Załóżmy przez moment, że dostajesz dwie oferty pracy. Jedna z nich pochodzi z Marvela lub DC, a druga - na identycznych warunkach - od wydawnictwa stawiającego na projekty autorskie, jak na przykład Image. Którą byś wybrał?
W tym momencie zależałoby to od warunków współpracy, finansowych oraz termin realizacji projektu. Generalnie wolałbym projekty autorskie, lubię pracować z Alesem, on realizuje swoje autorskie wizje. Nie lubię komiksów superbohaterskich ale nie znaczy to że nie chciałbym jakiegoś narysować.

Czy jest jakaś postać z którą komiks chciałbyś narysować? Albo scenarzysta z którym marzy Ci się współpraca?
Chciałbym bardzo narysować komiks do scenariusza Jasona Aarona. Najlepiej coś w stylu „Scalped” lub „Southern Bastards”. Może Brian Azzarello...

W Polsce serwisy poświęcone komiksom solidarnie nie wspominają zbyt mocno o pracach Polaków za granicą. Przyznaję, że i ja dołożyłem do tego trzy grosze, ponieważ zupełnie umknęła mi zapowiedź "The Darkness: Close Your Eyes". Jak sądzisz, jaki jest powód tego, że nie cieszymy się zbyt mocno z międzynarodowych sukcesów naszych rysowników?
Takie informacje umykają. Chyba żeby pojawiły się na głównej stronie Daily Mail – Polish artist did it Again with Warren Ellis! Może wtedy byłoby głośno:) Być może polskie serwisy są zbyt hermetyczne, może skupiają się bardziej na polskiej scenie. Trudno mi oceniać gdyż rzadko zaglądam na serwisy komiksowe.

Ostatnie pytanie: czy chciałbyś kiedyś zrealizować w USA komiks do własnego scenariusza?
Dawno nie pisałem scenariusza. Nie czuję się w tym pewnie. Na pewno chciałbym coś zrobić z wyżej wymienionymi scenarzystami oraz dokładam do tego Bartosza Sztybora z którym bardzo dobrze mi się pracuje i który ma kilka pomysłów na autorski eksportowy scenariusz. Nadal współpracuję z Alesem Kotem.

Witchblade: Redemption vol. 4 (Ron Marz/Stjepan Sejic)

Naprawdę dużo wody upłynęło w każdej możliwej rzece, ale w końcu udało się – dotarłem do końca swojej przygody z recenzowanie cyklu „Witchblade: Redemption”, który w znakomitej większości oceniłem wysoko. Jak więc wypadają finałowe, jak wówczas uważano, przygody Witchblade pisane przez Rona Marza?

Pod koniec trzeciej odsłony tego cyklu do fabuły wprowadzono postać detektywa Phippsa, który dzięki swojemu śledztwu dowiaduje się, że Sara Pezzini oraz Witchblade to jedna i ta sama osoba. Rozpoczyna on procedury mające na celu usunąć kobietę ze struktur policji oraz postawienie jej wielu zarzutów. Na jego nieszczęście, wplątuje się on w sam środek starcia bohaterki z sumeryjskim bożkiem o imieniu Diamat. Gdy jego życie zawiśnie na włosku, to właśnie osoba, którą chce zamknąć w więzieniu okaże się jego ostatnią nadzieją na przetrwanie. Tom zamyka jubileuszowy, 150 numer regularnej serii z przygodami Sary Pezzini.

Finałowa odsłona „Witchblade: Redemption” od samego początku niestety nie zaskakuje fabułą. Powiedzieć że jest oklepana, to tak jakby nie powiedzieć nic. Wszystko idzie według oklepanego motywu, w którym jedna osoba tak zażarcie chce zniszczyć drugą, że w końcu wpada w potężne tarapaty. Oficer Phipps, chociaż przez większość tomu jest jedynie postacią drugoplanową, konsekwentnie nie stara się nawet opuścić tego schematu, co doprowadza do przewidywalnego finału tomu. Na szczęście to co dzieje się wcześniej, jest o niebo lepsze.

Ron Marz już wcześniej zapowiedział, że „Witchblade #150” będzie końcem jego pierwszego runu. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że po zaledwie dwóch latach powróci. Od samego początku dzisiaj opisywanego tomu widać, że z jednej strony wpada w pewne schematy, to jednak z drugiej chce on zakończyć swoją przygodę z tytułem w sposób wybuchowy. Stąd też zapewne wykopanie mnóstwa postaci z przeszłości bohaterki, jak chociażby znów wspominanie o Jake’u McCarthym czy przypomnienie syna Kennetha Ironsa. W komiksie pojawia się także Angelus wraz ze swoją partnerką, trzy grosze dorzuca Patrick Gleason, a to nie wszystko. Naturalnie główną przeciwniczką Witchblade staje się postać kobieca, wspomaga gigantycznym... zresztą, przeczytajcie sami. W pewnym momencie można pomyśleć, że w historii robi się tłoczno, lecz nic z tego. „Witchblade: Redemption” jest świetnym przykładem na to, jak Ron Marz bardzo dobrze prowadzi wiele postaci jednocześnie. Każdy ma tu swoje pięć minut, nic nie sprawia wrażenia wymuszonego, ani też żadna z postaci nie powinna poczuć się pominięta. Wszystko byłoby naprawdę w jak najlepszym porządku, gdyby nie ten podły schematyzm, który co moment powraca wraz z postacią detektywa Phippsa.

I być może właśnie dlatego, ostatni rozdział komiksu zaprezentowany w „Witchblade: Redemption” zupełnie mi się nie spodobał. Był to jubileuszowy, sto pięćdziesiąty zeszyt serii i można było spodziewać się w nim historii przełomowej, swoistej wisienki na torcie w wykonaniu Rona Marza. Być może część z Was się ze mną nie zgodzi, ale tego w tym numerze nie ma. Całość służy raczej przypomnieniu czytelnikom początku kariery postaci, co scenarzysta przykrył niebywale mało wiarygodnymi wątpliwościami detektyw Pezzini co do tego, czy być nadal nosicielka artefaktu. To co przekonało ją do podjęcia końcowej decyzji, niemal zupełnie mi się nie spodobało. Od strony fabularnej zabrakło emocji, napięcia, numer jest świetnie narysowany, ale nawet Stjepan Sejic nie daje rady odwrócić uwagi od tego, że jubileusz po prostu zawodzi pod względem fabularnym. Nawet mając na uwadze finał trzeciego tomu „Artifacts”, który kompletnie przebudował uniwersum Top Cow, Ron Marz mógł wysilić się znacznie mocniej.

Jak już wspomniałem wyżej, w czwartym tomie „Witchblade: Redemption” nie zawiódł artysta. Stjepan Sejic zajął się ilustrowaniem całości przedstawionej historii i jak to ma w zwyczaju, momentami potrafi zachwycić odbiorcę. Szczególnie dobrze podziwia się jego dwustronicowe plansze, na których potrafi umieścić tyle rzeczy jednocześnie, że czytelnik nie wie do końca na co patrzeć w pierwszej kolejności. Możliwość podziwiania jego prac jest tym cenniejsza, że obecnie artysta ten eksperymentuje ze swoim stylem, co osobiście uważam za zmianę na minus, niestety.

Jak zwykle Top Cow nie zawodzi jeśli chodzi o dodatki. Tom rozpoczyna pewna ciekawostka, ponieważ na drugiej i trzeciej stronie znajduje się spis treści, który zawiera błędy. Dziwi fakt takiego przeoczenia. Następnie mamy krótki wstęp Marca Silvestriego, który jak każdy z jego poprzedników chwali sześcioletnią pracę Marza nad postacią Sary Pezzini. Już po lekturze komiksu przechodzimy do liczącej czternaście storn galerii okładek, w której znalazły się wszystkie warianty do jubileuszowego, 150 numeru serii. ale to nie koniec. Dalej otrzymujemy materiały bonusowe, w których znajdziemy opinie o Ronie Marzu autorstwa osób, które z nim współpracowały przy „Witchblade”, komplet okładek serii zmieszczone na czterech stronach i wreszcie to, co spodobało mi się zdecydowanie najbardziej – oficjalny timeline dotąd przedstawionych losów detektyw Pezzini, nie tylko z łamów serii ongoing. Naturalnie, to nie koniec dodatków, czym Top Cow zawsze zaskarbiał sobie moją sympatię.

Podsumowując, czwarty i zarazem ostatni tom „Witchblade: Redemption” określiłbym jako fajny i rozrywkowy komiks, który w pewnym momencie wpada w niezbyt miły dla czytelnika schemat, czego apogeum widzimy w najważniejszym, ostatnim i jubileuszowym zeszycie zbioru. Z tego też powodu nie mogę ocenić tego komiksu wyżej, niż na trójkę z plusem.

Twórcy "Revival" opuszczają Wausau

Przez pierwsze dwadzieścia numerów serii "Revival", jej twórcy skupili się na mieszkańcach miasteczka Wausau, którzy powrócili do życia jako normalni ludzie, a nie krwiożercze zombie. Nadszedł w końcu czas na to, by opuścić niezbyt gościnne progi tego małego miasteczka, by pokazać efekty tego wydarzenia w większej perspektywie. Akcja komiksu częściowo przeniesie się do Nowego Jorku i z tego powodu twórcy serii udzielili niedługiego wywiadu.
Twórcy od samego początku planowali w jakimś stopniu wyjść poza granice Wausau. Uda się to dzięki misji oficer Dany Cypress, która uda się do Nowego Jorku by zbadać sprawę osoby, mogącej być takim samym przypadkiem jak wskrzeszeni ludzie z jej rodzinnej miejscowości. Obaj podkreślają jednak, że ich celem jest pokazanie, jak bohaterka nie lubi wielkich miast, a także jak nowojorczycy są przerażeni faktem, że ktoś mógł wrócić z martwych. Tim Seeley sam wyprowadził się z Wausau do Nowego Jorku w wieku 21 lat i długo nie mógł przekonać się do nowych realiów.

Na łamach dwudziestego pierwszego numeru "Revival" twórcy chcą pokazać wszystkie najważniejsze i najbardziej znane części miasta. Da to możliwość obejrzenia typowej reakcji osób z mniejszych miejscowości, które przybywają do tego kolosa. Jednocześnie, oficer Cypress jako specjalistka do spraw osób, które powróciły z grobu będzie miała okazję wykazać się w sprawie, która przerosła całe rzesze policjantów.

Tim Seeley zdradził, że wprowadzeni niedawno do komiksu oficerowie FBI nie są parodią Muldera i Scully z "The X-Files" i z czasem staną się ważnym elementem fabuły "Revival". Podobnie ma się rzecz z Rhodey'em - jedynym ze zmartwychwstałych, który cieszy się z możliwości ponownego kroczenia wśród żywych. Udało mu się nawet rozśmieszyć empatyczną Em i to wydarzenie będzie miało duże konsekwencje w przyszłości.

W kolejnych odsłonach serii nie powinno pojawić się zbyt wiele informacji na temat przyczyn zmartwychwstania mieszkańców Wausau. Na razie nic nie wskazuje na to, by "Revival" miał nie dożyć zaplanowanych 60 numerów, więc jest jeszcze mnóstwo czasu na wyjaśnianie wszystkich tajemnic.

"Revival" jest hitem wydawniczym w sklepach w Wausau. Twórcy są jednak zadowoleni, że ich komiks trafia do czytelników w wielu krajach. Obaj obiecują, że postarają się nie zawieść swoich fanów i wciąż dostarczać im komiks stojący na najwyższym poziomie.

Moje #16

W ostatnich tygodnia moja kolekcja komiksów Image nie poszerzyła się znacząco. Z tego co widzę, z powodu mojego stopniowego odchodzenia od kupowania zeszytów. kolejne odsłony rubryki "Moje" znacząco bardziej rozbudowane już nie będą. Ale jako że chwalić się lubię, kończyć z nią nie mam zamiaru. Ostatnio moją kolekcję uzupełniły:

Protectors Inc. #6 oraz Umbral #6: w obu przypadkach są to końcówki pierwszych story-arców i tylko w przypadku tego drugiego tytułu mogę śmiało napisać, że są to dobrze wydane pieniądze.
Lazarus #8 oraz Ten Grand #9 - tu z kolei dobry poziom zostaje zachowany, co może mnie tylko cieszyć. Seria Rucki i Larka jak zwykle z interesującą tylną stroną okładki.
Nowhere Men vol. 1 - zakup wywołany nominacjami do nagrody Eisnera. Zapewne już wkrótce pojawi się recenzja.
Pamiętajcie, że cały czas możecie wysyłać zdjęcia swojej kolekcji komiksów Image. Teraz jednak macie na to dwa sposoby. Fotki wysyłajcie na ktymczynski@interia.pl lub za pośrednictwem Facebooka.

Okładka tygodnia #20

Po weekendowych zajęciach wracam wreszcie do nadrabiania wpisowych zaległości. Zacznę oczywiście od kolejnej odsłony "Okładki tygodnia", która to dziś dobija już do dwudziestej odsłony. Inna sprawa, że tym razem wybór trzech najlepszych okładek był utrudniony, ponieważ w minioną środę Image wydało stosunkowo niewiele komiksów.
Starlight #3 (cover B - Francavilla) - prace tego artysty kojarzą mi się niemal wyłącznie z komiksami utrzymanymi w stylistyce noir, gdzie pan Francesco sprawdza się idealnie. Nowa seria Marka Millara teoretycznie więc zupełnie nie powinna mu leżeć, ale szybko okazało się, że byłem w błędzie. Francavilla znów dał radę i stworzył okładkę, która z powodzeniem mogłaby być plakatem filmowym.
Shutter #2 (cover A - Del Luca) - o ile historia przedstawiona w dotychczas opublikowanych numerach tej serii jakoś mnie nie zachwyciła, o tyle okładki są całkiem przyjemne. Główny wariant drugiego numeru przykuł moją uwagę głównie dzięki fajnej mieszance kolorów, a także z powodu trzech tajemniczych postaci, które na niej się pojawiają. Cover zdecydowanie zachęcił mnie do sięgnięcia po komiks, więc idealnie wywiązał się ze swojego zadania.
Mice Templar IV: Legends #10 (cover A - Oeming) - Nie pierwszy raz okładka z tego cyklu ląduje w tym zestawieniu, lecz po raz kolejny właściwie tylko dzięki wyjątkowo słabej konkurencji. Bardzo pasują mi "mysze" rysunki Oeminga, które połączone z ciekawym sposobem kolorowania sprawiają, że trudno się do tej okładki nie uśmiechnąć. Moim zdaniem jest to zdecydowanie najlepszy cover z minionego tygodnia.

czwartek, 15 maja 2014

Image Comics Journal na Facebooku

Nie cierpię Facebooka, ale jednocześnie nie mogę nie docenić pewnych, chociaż raczej niewielu, zalet tego portalu. Jedną z nich jest szansa na zwiększenie grona odbiorców bloga, na czym bardzo mi zależy. Dlatego też musicie mi w tym pomóc. Klikajcie poniższy link, polubcie, polećcie znajomym i niech ta nasza karuzela pokręci się nieco szybciej :)

Jason Latour zaskoczony tak pozytywnym odbiorem "Southern Bastards"

Nie zrozumcie źle tytułu tego postu - rysownik był przekonany, że komiks zostanie dobrze przyjęty. No, przynajmniej na południu. No, może nie był do końca taki pewien. No dobra, facet jest totalnie zaskoczony. Najwyraźniej informacja o tym dotarła także nieco dalej, ponieważ zaraz zgłosił się serwis Newsarama, by na temat tego zdziwienia przeprowadzić wywiad.
Jak było powtarzane przy każdej możliwej okazji, obaj twórcy "Southern Bastards" pochodzą z południowej części Stanów Zjednoczonych, dlatego też chcieli stworzyć jak najwierniejsze odzwierciedlenie rejonu swojego dzieciństwa. Jak twierdzi Latour w wywiadzie, obaj nieco obawiali się tego, czy pierwszy numer ich komiksu spodoba się komuś więcej, niż osobom z południa. Tymczasem komiks rozszedł się w ilości blisko 40 tysięcy egzemplarzy, a także zebrał pozytywne opinie na wielu serwisach komiksowych, w tym także na takich, na których komiksy oceniają sami czytelnicy.

Przy okazji rysownik podzielił się kilkoma szczegółami na temat swojej pracy przy "Southern Bastards". Jak się okazuje, miasteczko w którym osadzona jest akcja komiksu jest wzorowana w głównej mierze na pewnej miejscowości z południa, gdzie mieszkali dziadkowie artysty. Latour stwierdził przy okazji, że chociaż lubi komiksy superhero, a praca dla Marvela lub DC z pewnością jest atrakcyjna finansowo, to jednak zdecydowanie najlepiej czuje się on przy projektach autorskich, gdzie w pełni może wykorzystać własne umiejętności.

Artysta wraz z Jasonem Aaronem ustalił, że kolor ma odgrywać ważną rolę w "Southern Bastards". Dlatego też sceny o różnej wymowie utrzymane będą w innych konwencjach. Z kolei wygląd większości postaci to autorska wizja Latoura. Jedynym wyjątkiem jest Coach Boss - tu Jason Aaron miał bardzo konkretną wizję, chociaż przez moment wydawało się, że uda się ją zmienić.

Jason Latour uważa, że południe Stanów Zjednoczonych jest uważane za nieatrakcyjne zartówno w komiksie jak i innych mediach. "Southern Bastards" powstało z myślą, by chociaż odrobinę zmienić ten stan rzeczy. W kolejnych numerach z pewnością pojawiać będą się odniesienia do panujących tam zwyczajów. Niektóre z nich z pewnością okażą się ciekawe dla czytelników.