Jeśli przyjrzycie się bliżej pierwszym komiksom
publikowanym przez wydawnictwo Image, z pewnością zauważycie, że znakomita
większość z nich jest przeładowana testosteronem. Spawn, Savage Dragon i
ShadowHawk to faceci, zaś panie w ich seriach stanowiły raczej drugi plan.
Grupa Youngblood pełna była najróżniejszych postaci, ale tak na dobrą sprawę
tylko faceci z tej ekipy potrafili jakoś na dłużej zapaść w pamięć,
przynajmniej do pojawienia się w składzie Glory. Tak na dobrą sprawę, tylko
Marc Silvestri wiedział, że warto dać paniom znacznie bardziej wyrazistą rolę,
dzięki czemu w ”Cyber Force” od
samego początku Cyblade, Velocity czy Ballistic zapadały w pamięć nie tylko
dzięki względom wizualnym. No i jest jeszcze WildStorm, które podchodziło do
sprawy najczęściej bardzo źle. Dziś, z okazji Dnia Kobiet, przyjrzymy się nieco
bliżej jednej z pan wykreowanych przez Jima Lee i Brandona Choia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ron marz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ron marz. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 8 marca 2018
poniedziałek, 28 listopada 2016
Top 5 #59 - Komiksy z Image, których nie ma, a być powinny!
Na pomysł dzisiejszej odsłony "Top 5" wpadłem podczas pisania niedawnej recenzji trzeciego tomu "Low". Wspomniałem tam bowiem, że chciałbym kiedyś zobaczyć wydany przez Image artbook z pracami Grega Tocchiniego i... to było to! W rozwinięciu posta znajdziecie pięć nieistniejących wydań komiksowych, które moim zdaniem po prostu powinny powstać. W komentarzach podajcie swoje typy, jestem bardzo ciekaw tego, co możecie tam wymyślić. Aha, specjalnie nie wspominałem o raczej dość oczywistym dokańczaniu pozawieszanych serii.
sobota, 21 listopada 2015
Twórcy postaci Witchblade o powstawaniu serii
W najbliższą środę studio Top Cow opublikuje ostatni już numer serii "Witchblade". Co prawda tytuł ten zadebiutował w trzecim roku istnienia wydawnictwa Image, do dziś jest uważany - razem ze "Spawnem" oraz "Savage Dragonem" - za ostatnich przedstawicieli pierwszej fali tytułów od tego wydawnictwa. Z racji tego, że seria dobiegnie końca, twórcy postaci Sary Pezzini postanowili opowiedzieć o niej nieco serwisowi Newsarama.
Twórcy zaznaczają, że od samego początku chcieli stworzyć serię utrzymaną w stylu popularnych wówczas cykli "Lady Death" czy "Shi". Oznaczało to kobietę w roli głównej oraz sporą dawkę mistycyzmu w fabule. Długo szukali inspiracji, ponieważ chcieli, by "Witchblade" zdecydowanie odróżniało się od dziesiątek pozycji Marvela czy DC. Jest jednak coś, co zaczerpnięto chociażby ze Spider-Mana. Otóż Silvestri chciał, by w serii było dużo wątków obyczajowych. Mieliśmy więc nie tylko śledzić walkę głównej bohaterki ze złem, lecz także jej zmagania z codziennymi problemami.
Jak się okazuje, nazwa "Witchblade" bardzo nie podobała się Silvestriemu, lecz został do niej przekonany przez Haberlina. Okazało się, że ten drugi miał rację i tytuł przyjął się znakomicie.
Ron Marz z kolei przyznał, że przyszedł do Top Cow pisać przygody Sary Pezzini, ponieważ uważał iż to właśnie ta bohaterka niknie nieco przy popularności "The Darkness", a w jego ocenie jest znacznie ciekawsza. Wiedział, że zaproponowane przez niego zmiany są ryzykowne - tu może wspomnę, że to Marz był orędownikiem "ubrania" Witchblade w coś, co zakrywa niemal całe ciało - ale czuł ogromną satysfakcję, gdy okazało się że jego historie zbierają bardzo wysokie oceny.
Na koniec jeszcze jednak postanowię odnieść się do tego, czego w danym wywiadzie niestety nie ma. Otóż Marc Silvestrii oraz Brian Haberlin rozwodzą się nad powodami sukcesu stworzonej przez nich postaci, niestety niemal kompletnie ignorując wkład ludzi, bez których "Witchblade" prawdopodobnie nigdy nie osiągnęłaby tak dużego sukcesu - nieżyjącego już Michaela Turnera (ledwo w wywiadzie wspomniany) oraz Davida Wohla (niewymienionego zupełnie). Nie jest to może aż tak szokujące, wszak obaj ci panowie odeszli z Top Cow wraz ze swoimi postaciami i założyli wydawnictwo Aspen MLT, lecz mimo to ignorancja Silvestriego i Haberlina powoduje niesmak.
Źródło: Newsarama
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
SDCC 2014: Panel Top Cow
To już ostatni news w tegorocznego San Diego Comic Conu, a przynajmniej tak sądzę. Wpis ten będzie poświęcony studiu Top Cow, które pomimo moich obaw wcale nie wydaje się powoli odchodzić w zapomnienie. Na własnym panelu ogłoszono bowiem kilka ciekawych pomysłów oraz jeden, bardzo konkretny projekt - Top Cow Discover.
Pod tą nazwą kryje się zupełnie nowy imprint studia, skierowany dla debiutantów. Projekt ten jest jest niejako spadkobiercą programu "Talent Hunters" i w jego ramach wydawane mają być komiksy autorstwa młodych, debiutujących twórców, którzy nierzadko nie mają odpowiedniej ilości środków na samodzielną publikację komiksu. Kandydaci do publikacji zbierani będą do końca września tego roku, a pierwsze komiksu ukażą się w lutym 2015 roku. Będą wśród nich na pewno takie tytuły jak "The Tithe" nieznanych autorów oraz "The Daily Gorb". Ten drugi tytuł to nie komiks, lecz szkicownik autorstwa Marca Silvestriego. Ma być to jedyny tytuł autorstwa kogoś tak doświadczonego w ofercie Top Cow Discover.
Ponadto na panelu ogłoszono kilka nowych projektów. Pierwszym z nich jest "Genius" Marca Bernardina opowiadający o największym geniuszu militarnym naszego pokolenia.W lutym przyszłego roku powróci "Magdalena", ponownie autorstwa Rona Marza. 2015 rok to także czas debiutów takich tytułów jak "American Legends", które opowiadać ma o przygodach Lewisa i Clark, lecz seria ta nie będzie mieć nic wspólnego z "Manifest Destiny" z Image Skybound.
Zdradzono również, że z okazji dwudziestolecia istnienia serii "Wichblade", fani bohaterki dostaną w swoje ręce crossover pomiędzy tą serią a "The Darkness". Jest to o tyle intrygująca informacja, że ten drugi tytuł obecnie nie jest publikowany. Czyżby jednocześnie zapowiedziano powrót solowej serii Jackiego Estacado? Tego dowiemy się w ciągu kilku najbliższych miesięcy.
Pod tą nazwą kryje się zupełnie nowy imprint studia, skierowany dla debiutantów. Projekt ten jest jest niejako spadkobiercą programu "Talent Hunters" i w jego ramach wydawane mają być komiksy autorstwa młodych, debiutujących twórców, którzy nierzadko nie mają odpowiedniej ilości środków na samodzielną publikację komiksu. Kandydaci do publikacji zbierani będą do końca września tego roku, a pierwsze komiksu ukażą się w lutym 2015 roku. Będą wśród nich na pewno takie tytuły jak "The Tithe" nieznanych autorów oraz "The Daily Gorb". Ten drugi tytuł to nie komiks, lecz szkicownik autorstwa Marca Silvestriego. Ma być to jedyny tytuł autorstwa kogoś tak doświadczonego w ofercie Top Cow Discover.
Ponadto na panelu ogłoszono kilka nowych projektów. Pierwszym z nich jest "Genius" Marca Bernardina opowiadający o największym geniuszu militarnym naszego pokolenia.W lutym przyszłego roku powróci "Magdalena", ponownie autorstwa Rona Marza. 2015 rok to także czas debiutów takich tytułów jak "American Legends", które opowiadać ma o przygodach Lewisa i Clark, lecz seria ta nie będzie mieć nic wspólnego z "Manifest Destiny" z Image Skybound.
Zdradzono również, że z okazji dwudziestolecia istnienia serii "Wichblade", fani bohaterki dostaną w swoje ręce crossover pomiędzy tą serią a "The Darkness". Jest to o tyle intrygująca informacja, że ten drugi tytuł obecnie nie jest publikowany. Czyżby jednocześnie zapowiedziano powrót solowej serii Jackiego Estacado? Tego dowiemy się w ciągu kilku najbliższych miesięcy.
niedziela, 15 czerwca 2014
Artifacts vol. 3 (Ron Marz/Jeremy Haun/Dale Keown)
Mniej
więcej miesiąc temu zakończyłem recenzowanie cyklu „Witchblade: Redemption”,
a dziś pojawi się ostatnia, przynajmniej na dłuższy czas opinia o komiksie spod
szyldu Top Cow. Jak widać po powyższej okładce, dziś na tapetę wezmę trzeci tom
„Artifacts”, który zmienił uniwersum tego studia na zawsze! Znaczy
się... komiks ten ukazał się w lutym 2012 roku i wprowadzone w nim zmiany
obowiązują do dziś. Patrząc na to co w swoich ventach wyczynia „wielka dwójka”,
a zwłaszcza Marvel, te dwa lata obowiązywania istotnych zmian to całkiem spory
kawał czasu, a jakoś nie zanosi się na to, by Top Cow powróciło do starego ładu
i porządku.
Po
pokonaniu Aphrodite IV Witchblade oraz The Darkness wyruszają za człowiekiem,
który porwał ich córkę. Szybko okazuje się, że dziewczynka jest kluczem do
zniszczenia świata... lub też jego ocalenia. Decyzję podjąć będą musieli
właśnie Sara oraz Jackie. W międzyczasie reszta posiadaczy artefaktów chce
uwolnić porwanych Magdalenę oraz Finna, a także powstrzymać przybocznych ich
głównego przeciwnika. Naturalnie, wkrótce wszyscy znajdą się w jednym miejscu i
o jednym czasie.
„Artifacts
vol. 3” początkowo miał być wielkim pożegnaniem Rona Marza z uniwersum Top
Cow. Scenarzysta ten zakończył już przygodę z solowymi przygodami Sary Pezzini,
natomiast dzisiaj opisywany cykl planowany był na trzynaście zeszytów i
początkowo nikt nie przypuszczał, że jego ogromna popularność sprawi, że tytuł
przerodzi się w regularny ongoing, zresztą publikowany do dziś. Marz nie od
dziś uważany jest za głównego architekta tego świata, ponieważ to właśnie za
jego warty wprowadzono mnóstwo wątków, które na długo ukształtowały wszystkie
serie z uniwersum Top Cow, nawet „The Darkness”, a tytuł ten wówczas
pisał Phil Hester. „Artifacts vol. 3” jawił się jako ukoronowanie
większego planu, jaki twórca stopniowo wprowadzał w życie. Niestety, naprawdę
ciężko jest mi napisać o komiksie tym inaczej, jak „nierówny”.
Pierwsze
cztery zeszyty, które składają się na opisywany dziś tom, to niestety nic
innego jak standardowa, eventowa robota. Po wydarzeniach z drugiego tomu
scenarzysta rozstawia wszystkie pionki, by w końcu przystąpić do finałowej
batalii. I słowo to jest jak najbardziej uzasadnione, ponieważ przez większość
czasu widzimy jedynie kolejne potyczki pomiędzy poszczególnymi posiadaczami
artefaktów. Paradoksalnie jednak, to właśnie sceny bez mordobicia sprawiły mi
największy zawód. Konkretnie dwie z nich. Pierwsza to szybkie pozbycie się z
łamów tytułu grupy Cyber Force. Już przy recenzji poprzedniego tomu cyklu narzekałem
na to, że Marz nawet nie krył się z tym, iż nie lubi tej ekipy herosów. Teraz
tylko to udowodnił, dając im dwie strony „czasu antenowego”, gdzie wcielili się
w rolę ekipy sprzątającej, na co sobie zwyczajnie nie zasłużyli. To akurat
miało miejsce już po scenie, która zawiodła mnie najbardziej. Była to scena
seksu pomiędzy Sarą i panem Estacado, która w trzy strony zniszczyła w fatalnym
stylu całą świetną relację pomiędzy detektyw Pezzini i Patrickiem Gleasonem.
Nomen omen budowanej przez kilka lat przez tego samego Rona Marza, który
spuścił to w kiblu robią z Witchblade idiotkę lecącą na jeden prosty tekst.
Gdy
przebrniemy przez cztery zeszyty, które najzwyczajniej w świecie zawodzą,
dostajemy rozdział trzynasty. Ten z kolei sprawił, że musiałem zbierać swoją
szczękę z podłogi. To właśnie na jego łamach Witchblade oraz The Darkness muszą
podjąć decyzję kto ma przetrwać: ich córka czy świat w którym żyją. Ronowi
Marzowi udaje się tutaj raz za razem zaskakiwać, co robi dość prostym zabiegiem
odwrócenia ról. Nie chcę pisać tu dokładnie o co chodzi, ale jeśli któreś z Was
zdecyduje się sięgnąć po ten komiks, na pewno będzie wiedzieć co mam na myśli. W
każdym bądź razie scenarzysta doprowadza do przewrócenia uniwersum Top Cow do
góry nogami i to w sposób, który ma sens. Tu znowu odniosę się do Marvela i DC.
Oba te wydawnictwa co moment produkują crossovery, które „zmieniają wszystko na
zawsze”, a w rzeczywistości dzieje się tam niewiele. Ron Marz zagrał wielkim na
nosie, tworząc crossover liczący trzynaście numerów, bez setek tie-inów, a
którego konsekwencje poniosła cała linia wydawnicza. I na dodatek, nic tu nie
jest wymuszone, a czytelnik zdziwić może się tylko tym, jak bardzo przemyślany
był to krok. I za to należą się brawa twórcy „Artifacts vol. 3”.
Nie wiem
czy był to celowy zabieg wydawnictwa, ale cztery pierwsze zeszyty zbioru (a
więc te fabularnie słabsze) rysuje Jeremy Haun, a ostatni (czyli ten naprawdę
udany) to dzieło Dale’a Keowna. Naturalnie jest to kwestia indywidualnego gustu
każdego czytelnika, ale ja uważam że spośród wszystkich artystów udzielających
się przy cyklu „Artifacts”, to właśnie ta dwójka spisała się
zdecydowanie najlepiej. Chyba nie tylko ja tak uważam, bo dla Hauna po
stworzeniu wspomnianych czterech zeszytów otworzyły się drzwi najpierw do
dalszej współpracy z Top Cow, a później już do DC Comics, gdzie rezyduje do
dziś. Dale Keown to z kolei artysta z dużym oraz uznanym dorobkiem i można
nieco żałować, że otrzymał tylko jeden zeszyt do zilustrowania. Rysownik ten na
pewno godnie zastąpiłby zaledwie średniego Broussarda znanego z pracy nad „Artifacts
vol. 1”. Mogę śmiało napisać, że dzisiaj recenzowany komiks posiada
zdecydowanie najlepszą warstwę graficzną z całej serii, a obaj artyści
posiadają wyrazisty i przyjemny dla oka styl.
Jak zwykle
nie mogę narzekać na ilość dodatków, które Top Cow upchało do komiksu. Zestaw
ten otwiera wymienienie wszystkich rysowników, linkerów oraz ludzi
odpowiedzialnych za kolory w tym cyklu, wraz z krótkimi notkami. Kolejne cztery
strony to pokazanie całości planu Curatora – głównego złego serii. To właśnie
tutaj doskonale widać, jak mocno rozbudowany był plan Rona Marza zarówno na tę
serię, jak i inne tytuły spod szyldu Top Cow Universe. Następnie nasze oczy
nacieszyć się mogą dwiema strona szkiców Dale’a Keowna, by już po chwili
dowiedzieć się gdzie dokładnie debiutował każdy z trzynastu artefaktów, które
są podporą świata wykreowanego przez Marca Silvestriego i udoskonalonego przez
Rona Marza. Mało Wam? Pewnie ucieszy Was więc jeszcze licząca 23 strony galeria
okładek, a jeśli wciąż Wam mało to „Artifacts vol. 3” zamyka
pięciostronicowa historia, która znalazła się na początku każdego komiksu,
który otwierał nowy rozdział w historii uniwersum Top Cow. Uff... naprawdę tego
sporo, jest i co poczytać i na co popatrzeć. Jeśli chodzi o ilość dodatków, to
z pewnością będę tęsknić za komiksami z tego studia.
„Artifacts
vol. 3” to komiks ważny i przełomowy, lecz wyraźnie zaszkodziło mu to, co
złe w każdym crossoverze. Postaci w pewnym momencie było już tak dużo, że
większość z nich po prostu straciła jakikolwiek charakter i ograniczyła się do
prania po pysku każdego, kogo napotka na drodze. Mimo wszystko i tak historię
zaprezentowaną w tym tomie stawiam ponad większość tego, co znam z Marvela czy
DC. I właśnie za to oraz za stojącą na przyjemnie wysokim poziomie warstwę
graficzną dam 3.5/6
niedziela, 18 maja 2014
Witchblade: Redemption vol. 4 (Ron Marz/Stjepan Sejic)
Naprawdę
dużo wody upłynęło w każdej możliwej rzece, ale w końcu udało się – dotarłem do
końca swojej przygody z recenzowanie cyklu „Witchblade: Redemption”,
który w znakomitej większości oceniłem wysoko. Jak więc wypadają finałowe, jak
wówczas uważano, przygody Witchblade pisane przez Rona Marza?
Pod koniec
trzeciej odsłony tego cyklu do fabuły wprowadzono postać detektywa Phippsa,
który dzięki swojemu śledztwu dowiaduje się, że Sara Pezzini oraz Witchblade to
jedna i ta sama osoba. Rozpoczyna on procedury mające na celu usunąć kobietę ze
struktur policji oraz postawienie jej wielu zarzutów. Na jego nieszczęście, wplątuje
się on w sam środek starcia bohaterki z sumeryjskim bożkiem o imieniu Diamat.
Gdy jego życie zawiśnie na włosku, to właśnie osoba, którą chce zamknąć w
więzieniu okaże się jego ostatnią nadzieją na przetrwanie. Tom zamyka
jubileuszowy, 150 numer regularnej serii z przygodami Sary Pezzini.
Finałowa
odsłona „Witchblade: Redemption” od samego początku niestety nie
zaskakuje fabułą. Powiedzieć że jest oklepana, to tak jakby nie powiedzieć nic.
Wszystko idzie według oklepanego motywu, w którym jedna osoba tak zażarcie chce
zniszczyć drugą, że w końcu wpada w potężne tarapaty. Oficer Phipps, chociaż
przez większość tomu jest jedynie postacią drugoplanową, konsekwentnie nie
stara się nawet opuścić tego schematu, co doprowadza do przewidywalnego finału
tomu. Na szczęście to co dzieje się wcześniej, jest o niebo lepsze.
Ron Marz
już wcześniej zapowiedział, że „Witchblade #150” będzie końcem jego pierwszego
runu. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że po zaledwie dwóch latach powróci.
Od samego początku dzisiaj opisywanego tomu widać, że z jednej strony wpada w
pewne schematy, to jednak z drugiej chce on zakończyć swoją przygodę z tytułem
w sposób wybuchowy. Stąd też zapewne wykopanie mnóstwa postaci z przeszłości
bohaterki, jak chociażby znów wspominanie o Jake’u McCarthym czy przypomnienie
syna Kennetha Ironsa. W komiksie pojawia się także Angelus wraz ze swoją
partnerką, trzy grosze dorzuca Patrick Gleason, a to nie wszystko. Naturalnie
główną przeciwniczką Witchblade staje się postać kobieca, wspomaga
gigantycznym... zresztą, przeczytajcie sami. W pewnym momencie można pomyśleć,
że w historii robi się tłoczno, lecz nic z tego. „Witchblade: Redemption”
jest świetnym przykładem na to, jak Ron Marz bardzo dobrze prowadzi wiele
postaci jednocześnie. Każdy ma tu swoje pięć minut, nic nie sprawia wrażenia
wymuszonego, ani też żadna z postaci nie powinna poczuć się pominięta. Wszystko
byłoby naprawdę w jak najlepszym porządku, gdyby nie ten podły schematyzm,
który co moment powraca wraz z postacią detektywa Phippsa.
I być może
właśnie dlatego, ostatni rozdział komiksu zaprezentowany w „Witchblade:
Redemption” zupełnie mi się nie spodobał. Był to jubileuszowy, sto
pięćdziesiąty zeszyt serii i można było spodziewać się w nim historii
przełomowej, swoistej wisienki na torcie w wykonaniu Rona Marza. Być może część
z Was się ze mną nie zgodzi, ale tego w tym numerze nie ma. Całość służy raczej
przypomnieniu czytelnikom początku kariery postaci, co scenarzysta przykrył
niebywale mało wiarygodnymi wątpliwościami detektyw Pezzini co do tego, czy być
nadal nosicielka artefaktu. To co przekonało ją do podjęcia końcowej decyzji, niemal
zupełnie mi się nie spodobało. Od strony fabularnej zabrakło emocji, napięcia,
numer jest świetnie narysowany, ale nawet Stjepan Sejic nie daje rady odwrócić
uwagi od tego, że jubileusz po prostu zawodzi pod względem fabularnym. Nawet
mając na uwadze finał trzeciego tomu „Artifacts”, który kompletnie
przebudował uniwersum Top Cow, Ron Marz mógł wysilić się znacznie mocniej.
Jak już
wspomniałem wyżej, w czwartym tomie „Witchblade: Redemption” nie zawiódł
artysta. Stjepan Sejic zajął się ilustrowaniem całości przedstawionej historii
i jak to ma w zwyczaju, momentami potrafi zachwycić odbiorcę. Szczególnie
dobrze podziwia się jego dwustronicowe plansze, na których potrafi umieścić
tyle rzeczy jednocześnie, że czytelnik nie wie do końca na co patrzeć w
pierwszej kolejności. Możliwość podziwiania jego prac jest tym cenniejsza, że
obecnie artysta ten eksperymentuje ze swoim stylem, co osobiście uważam za
zmianę na minus, niestety.
Jak zwykle
Top Cow nie zawodzi jeśli chodzi o dodatki. Tom rozpoczyna pewna ciekawostka,
ponieważ na drugiej i trzeciej stronie znajduje się spis treści, który zawiera
błędy. Dziwi fakt takiego przeoczenia. Następnie mamy krótki wstęp Marca
Silvestriego, który jak każdy z jego poprzedników chwali sześcioletnią pracę
Marza nad postacią Sary Pezzini. Już po lekturze komiksu przechodzimy do
liczącej czternaście storn galerii okładek, w której znalazły się wszystkie
warianty do jubileuszowego, 150 numeru serii. ale to nie koniec. Dalej otrzymujemy
materiały bonusowe, w których znajdziemy opinie o Ronie Marzu autorstwa osób,
które z nim współpracowały przy „Witchblade”, komplet okładek serii
zmieszczone na czterech stronach i wreszcie to, co spodobało mi się zdecydowanie
najbardziej – oficjalny timeline dotąd przedstawionych losów detektyw Pezzini,
nie tylko z łamów serii ongoing. Naturalnie, to nie koniec dodatków, czym Top
Cow zawsze zaskarbiał sobie moją sympatię.
Podsumowując,
czwarty i zarazem ostatni tom „Witchblade: Redemption” określiłbym jako
fajny i rozrywkowy komiks, który w pewnym momencie wpada w niezbyt miły dla
czytelnika schemat, czego apogeum widzimy w najważniejszym, ostatnim i
jubileuszowym zeszycie zbioru. Z tego też powodu nie mogę ocenić tego komiksu
wyżej, niż na trójkę z plusem.
czwartek, 24 kwietnia 2014
Witchblade: Redemption vol. 3 (Ron Marz/Stjepan Sejic/Matthew Dow Smith i inni)
Gdy zastanawiałem się nad tym, jaki komiks ze swojej półki
zrecenzować w dzisiejszym tekście, z niespodziewaną pomocą przyszła mi kolejna
afera dotycząca seksistowskiego pokazywania postaci kobiecych w komiksach,
która w niewielkim stopniu przelała się także na forum Avalonu. Nie czas to i
miejsce na opisywanie szczegółów tej sprawy, ważny obecnie jest tylko fakt, że
dzięki dyskusji o tym czy biust Wonder Girl wygląda na bardziej prawdziwy czy
sztuczny, przypomniałem sobie, że już od dłuższego czasu zalegam z recenzjami
cyklu „Witchblade: Redemption”. Jako że w zeszłym miesiącu odświeżyłem
nieco także zaległe „Artifacts”, dziś padło na drugi tytuł ze studia Top
Cow, który swego czasu kupowałem.
Dziś odejdę trochę od standardowej kolejności moich tekstów.
W tym akapicie powinienem napisać parę słów o fabule przedstawionej na łamach
trzeciego tomu „Witchblade: Redemption”. Jednak jako iż jest to kilka
niezależnych od siebie historii, tym razem postąpię inaczej i opiszę komiks
krok po kroku. Zacznę od kilku zdań wstępu napisanego przez Jima Valentino. Z
reguły tego typu dodatki czytam z niezbyt dużą ochotą, ponieważ wszystkie
głównie dotyczą tego, by jeszcze mocniej zachęcić czytelnika do lektury.
Osobiście uważam, że skoro już kupiłem ten komiks, to po to, aby go przeczytać
i nie potrzebuję dodatkowych zachęt. Wstęp twórcy postaci Shadowhawka, chociaż
dość krótki, spodobał mi się z jednego powodu – znajduje się w nim ciekawa
informacja o Wonder Woman, o której wcześniej nie wiedziałem i jest ona tylko
kolejnym przykładem na to, jak mocno porąbana jest kwestia praw autorskich w DC
i Marvelu. Cała reszta tekstu to standardowe zachwyty nad trzymanym w rękach
komiksem, więc można spokojnie go pominąć.
Pierwsza historia przedstawiona na łamach trzeciego tomu „Witchblade:
Redemption” to nie do końca solowa przygoda Patricka Gleasona – partnera
Sary Pezzini zarówno w pracy jak i po jej zakończeniu. Tym razem bez wsparcia
nosicielki Witchblade musi on sobie poradzić z pewnym nadnaturalnym
zagrożeniem. Dwuzeszytowa opowieść ma za zadanie przekonać nas, że detektyw
Gleason nie daje sobie w kaszę dmuchać i to z pewnością się udało. Scenariusz
historii nie jest zbyt skomplikowany, a także nie zaskakuje praktycznie w
żadnym miejscu. Całość jest jednak utrzymana w bardzo przyjemnym, mrocznym
stylu, momentami przypominającym wręcz dzieła z uniwersum „Hellboy’a”. Ogromna
w tym zasługa rysownika Matthew Dow Smitha, który bardzo wyraźnie inspirował
się pracami Mike’a Mignoli, momentami wręcz kopiując styl tego niesamowitego
rysownika. Nie mam nic przeciwko takiemu zabiegowi, ponieważ dzięki niemu
historia tylko zyskała i te czterdzieści kilka stron z całą pewnością mogę
określić jako bardzo przyjemną lekturę.
Następny rozdział tej odsłony „Witchblade: Redemption”
to debiut na kartach komiksu porucznika Phippsa. Początkowo nie wiemy dla kogo
to robi, lecz policjant szuka haka na detektyw Pezzini. Udaje mu się dotrzeć do
listu autorstwa Jake’a McCarthy’ego – byłego partnera Sary, w którym opisuje on
historię ich znajomości. Zeszyt ten wydany został w ramach obchodzenia
piętnastej rocznicy istnienia serii i nie można powiedzieć o nim nic innego,
jak tylko to, iż przypomina on origin bohaterki i najważniejsze fakty z
początków jej działalności. Dla nowych czytelników to nie lada gratka, lecz ci,
którzy wydarzenia te znają i pamiętają, mogliby trochę ponarzekać na zbędność
tego fragmentu „Witchblade: Redemption”. Ja bynajmniej nie mam najmniejszego
zamiaru tego robić, ponieważ rozdział fenomenalnie zilustrował uwielbiany
przeze mnie Stjepan Sejic i totalnie nieobiektywnie muszę napisać, że kilka
kadrów wyszło mu po prostu fenomenalnie.
Podobny w wymowie jest także kolejny zeszyt. Jego główną
bohaterką jest dziewczyna, która dzięki sprawnemu śledztwu jest niemal pewna,
że Sara Pezzini i Witchblade to ta sama osoba. Odnajduje ona panią detektyw, by
porozmawiać o jej motywacjach i inspiracjach. Tu znów historia daje spore pole
do popisu dla Sejica, który jak zwykle wywiązuje się ze swojego zadania
fenomenalnie. Tym razem jednak i scenariusz Marza zasługuje na wyróżnienie,
ponieważ w fajny i przystępny sposób przypomina on czytelnikowi dlaczego
detektyw Pezzini walczy ze złem. Wydaje mi się, że nawet osoby śledzące od
samego początku losy nosicielki Witchblade znajdą tu coś dla siebie i w
przeciwieństwie do wyżej opisywanego rozdziału, o tym nie mogę powiedzieć, by
był zbędny.
Kolejne osiem stron, to krótka historia ponownie poświęcona
postaci Patricka Gleasona, tym razem dotycząca początków jego kariery. Jej
autorami są Filip Sablik (scenariusz) oraz John Tyler Christopher (rysunki) i
jeśli jakikolwiek fragment trzeciego tomu „Witchblade: Redemption” mogę
określić jako zbędny, to właśnie te kilka stron. Historyjka jest nieciekawa,
nic nie wnosząca i w dodatku nie najlepiej narysowana.
Ostatni komiksowy fragment komiksu to annual przedstawiający
czytelnikowi kolejna inkarnację Witchblade, tym razem umieszczoną w targanym
wojennymi działaniami Stalingradzie. Niestety, jest to kolejna część tej
odsłony cyklu, która nieszczególnie mocno przypadła mi do gustu. Przez te
półtorej dekady istnienia serii z przygodami Sary Pezzini poznaliśmy już kilka
wcześniejszych nosicielek artefaktu i za każdym razem oznaczało to krwawą
siekaninę, za którą jakoś szczególnie mocno nie przepadam. Nie inaczej jest i
tym razem, chociaż dla wyrównania szal muszę pochwalić Tony’ego Shasteena za
bardzo przyjemną warstwę graficzną. Artysta ten świetnie odnalazł się w
wojennych klimatach i nadał historii odpowiedni klimat. Pokuszę się o
stwierdzenie, że spisał się on zdecydowanie lepiej niż Marz, który także w annualu
odpowiadał za scenariusz.
Zeszyt ten zawierał także liczące dwanaście stron
opowiadanie, przyozdobione ilustracjami wspomnianego już dziś Matthew Dow Smitha.
Dodatek ten traktuję raczej jako ciekawostkę, raczej rzadko spotykaną w
komiksach. Historyjka jest krótka i zwięzła, ani zła ani też szczególnie
porywająca. Resztę trzeciego tomu „Witchblade: Redemption” stanowi
galeria okładek, wśród których znalazło się kilka naprawdę udanych.
Komiks ten jest ciekawą, lecz nie przełomową lekturą. Czuć wyraźnie,
że wszystko co jest w nim umieszczone stanowi podbudowę pod historię, która
znajdzie się w tomie czwartym, gdzie umieszczono między innymi jubileuszowy „Witchblade
#150”. Niemal każdy z rozdziałów tego tomu przyozdobiono bardzo dobrymi
rysunkami, nierzadko lepszymi nawet od scenariusza Rona Marza. Sądzę iż mocna
czwórka to dobra ocena dla tego komiksu.
piątek, 14 marca 2014
Artifacts vol. 2 (Ron Marz/Whilce Portacio)
Tegoroczny
marzec to dobry czas dla recenzji na blogu. Obiecałem sobie robić ich po trzy
miesięcznie, tymczasem ta jest już czwarta, a wygląda na to, że w tym miesiącu
będzie ich w sumie sześć. Nawet nie licząc wychodzących każdego miesiąca
nowości, które mnie interesują, mam listę tytułów których recenzowanie zajmie
mi naprawdę długi czas, więc każde jej skrócenie to dobra wiadomość. Dziś więc
w ramach nadrabiania potężnych zaległości ponownie przenosimy się do uniwersum
Top Cow, by nieco bliżej przyjrzeć się drugiemu tomowi „Artifacts” –
komiksowi, którego recenzję pierwszej odsłony napisałem chyba...
ze dwa lata temu, jeszcze na potrzeby mojej nieistniejącej już strony
internetowej.
Jeśli ktoś
z Was nie pamięta lub zupełnie nie zna tytułu „Artifacts”, spieszę z
wyjaśnieniami. Seria ta początkowo planowana była na trzynaście numerów i
opowiadała o uprowadzeniu przez tajemniczę Aphrodite IV Hope Pezzini – córki
posiadaczki Witchblade oraz Jackiego Estacado, a więc nosiciela The Darkness. W
poszukiwania dziewczynki angażują się także kolejni posiadacze któregoś z
trzynastu znanych artefaktów i antagonistka doskonale widzi, że z każdą chwilą
są oni coraz bliżej zlokalizowania miejsca jej pobytu. By zyskać nieco na
czasie, Aphrodite IV postanawia włączyć do konfliktu kogoś nie związanego z
mistycznymi artefaktami i przy pomocy oszustwa angażuje do walki członków Cyber
Force.
Podczas
lektury drugiego tomu „Artifacts” trudno nie odnieść wrażenia, że jest
on nieco wysilony. Twórcy tak mocno chcieli, albo wręcz dostali odgórne
polecenie, pokazać całość uniwersum Top Cow, że zdecydowano się wepchnąć do
komiksu nieco zapomnianą wówczas grupę Cyber Force. Problem z nią jest taki, że
od czasu wydzielenia świata stworzonego przez Marca Silvestriego od reszty
uniwersum Image, na grupę tę zupełnie nie było pomysłu. Ron Marz przez lata
konsekwentnie rozbudowywał mistyczną część Top Cow, natomiast ta bardziej
technologiczna, a więc reprezentowana przez Cyber Force oraz Hunter-Killer,
popadała w coraz większe zapomnienie. „Artifacts vol. 2” pokazuje
dobitnie, że nie stało się tak przypadkowo. Ripclaw i spółka pojawiają się w
komiksie, lecz ich rola sprowadza się do pokazowego łubudu. Od razu widać jak
mocno są oni oderwani od reszty uniwersum, a dodatkowo nawet Ronowi Marzowi nie
udaje się pokazać ich w taki sposób, by zainteresować czytelnika przygodami tej
grupy. nic dziwnego, że kilka lat później doczekali się całkowitego rebootu.
Przy okazji kompletnie nieudanego.
Drugi tom „Artifacts”
fabularnie jest wyraźnie słabszy od pierwszego. W zasadzie służy on tylko
rozstawieniu pionków na szachownicy przed ostateczną rozgrywką i stanowi
zapychacz, który dodatkowo otrzymał misję wyeksponowania bogactwa uniwersum Top
Cow. Mimo wszystko znajduje się w komiksie tym kilka scen wartych uwagi, jak
chociażby sprawnie zrealizowana demonstracja mocy Michaela Finnegana – moim
zdaniem jednego z najbardziej niedocenionych bohaterów uniwersum, ponieważ
wyraźnie zasługiwał on na większy projekt, niż taki, jakim była słabiutka
miniseria „Broken Trinity: Pandora’s Box”. Posiadacz nie jednego, ale aż
dwóch artefaktów to moim zdaniem solidny materiał na własną solową serię i Ron
Marz w „Artifacts vol. 2” tylko
utwierdził mnie w tym przekonaniu, ponieważ sceny z Finnem są jednymi z
najlepszych w tym komiksie.
Problematyczna
wydaje się bardzo warstwa graficzna drugiego tomu „Artifacts”. Każdy z
trzech początkowych tomów ilustruje inny artysta i w dzisiaj opisywanym tomie
odpowiedzialny za rysunki jest Whilce Portacio – jeden z założycieli
wydawnictwa Image, który ze względu na ciągłe problemy osobiste nigdy nie
osiągnął tyle, co inni buntownicy z Marvela. Znana jest historia jego choroby,
która sprawiła iż praktycznie na nowo uczył się rysować i w tomie tym bardzo
mocno to widać. Z jednej strony nie mogę nie zauważyć, że dla Portacio była to
najlepsza jakościowo praca od lat, natomiast z drugiej – wciąż nie jest to ten
Wilce, którego pamiętamy chociażby z wydanych lata temu komiksów od TM-Semica.
Jedno jest pewne, obok jego rysunków w tym tomie nie można przejść obojętnie i
odnoszę wrażenie, że większości z Was raczej nie przypadłyby one do gustu.
Podobnie jest z okładką komiksu, którą stworzył Phil Noto. Lubię prace tego
artysty, lecz tym razem zdecydowanie nie przekonał mnie on do siebie. Wystarczy
napisać, że każda z trzech kobiet, które widać na rysunku Noto obdarował
identyczną twarzą. Żeby jednak nie zwalać cała winę na niego – okładka jest też
fatalnie pokolorowana.
Miło mi że
wreszcie mogę napisać więcej o dodatkach, ponieważ jak to Top Cow ma w
zwyczaju, tak i w „Artifacts vol. 2”znaleźć ich można mnóstwo. Wszystko otwiera
zbiór krótkich notek o bohaterach występujących w serii. Jest tego aż
czternaście stron i miło mi, że opisy zawierają także bohaterów Cyber Force
oraz mniej znanych posiadaczy artefaktów. Następnie przechodzimy w galerię okładek
i tu znów miłe zaskoczenie, ponieważ pojawiły się w niej specjalne warianty
festiwalowe, a całość liczy aż dwadzieścia stron. Sądzicie że to koniec? Nigdy
w życiu. Dokładnie tyle samo miejsca co galeria zajmuje bonusowa historia „Top
Cow Holliday Special”, w której widzimy większość postaci z tego uniwersum.
Jest to całkiem przyjemna historyjka z przyzwoitymi rysunkami i jako dodatek
sprawdza się wyśmienicie. I wreszcie ostatnich siedem stron dodatków to
zapowiedź trzeciego tomu „Artifacts”, którego recenzją zajmę się może
nieco szybciej niż za dwa lata. Podsumowując, dodatków znalazło się łącznie 61
stron dodatków, co stanowi jedną trzecią całości tomu. To robi wrażenie.
Jaką więc
wystawić ocenę komiksowi, który nie powala ani fabuła ani też rysunkami, za to
jest skonstruowany tak, że jako fan jestem całkowicie usatysfakcjonowany
materiałami dodatkowymi? Za te ostatnie drugi tom „Artifacts” otrzymuje
ode mnie trójkę z plusem.
środa, 25 grudnia 2013
Angelus vol. 1 (Ron Marz/Stjepan Sejic)
Dawno nie
było czegoś z Top Cow, a skoro dziś pierwszy dzień świąt, to czemu by nie
napisać parę słów o aniołach? Po wcześniejszych recenzjach dwóch tomów przygód
Sary Pezzini oraz jednym opowiadającym o całej trzynastce posiadaczy
artefaktów, czas na poświęcenie odrobiny uwagi dla miniserii, która w przyjemny
sposób uzupełnia wymienione wcześniej tytuły. Jednocześnie cierpiała ona na
spore opóźnienia wydawnicze, a ponieważ stała na przyzwoitym poziomie,
niecierpliwość większości fanów sięgała zenitu. Panie i panowie – czas na
recenzję „Angelus” duetu Ron Marz oraz Stjepan Sejic.
W komiksie
tym w rolę tytułowej bohaterki wciela się Danielle Baptiste, która posiadła moc
niebiańskiej wojowniczki niedługo po tym, jak utraciła swoją połowę Witchblade.
Bohaterka ta zdobyła serca czytelników na tyle mocno, że studio Top Cow chciało
uszczknąć z niej coś jeszcze. Okazało się, że duet odpowiedzialny za
comiesięczną serię z przygodami Sary Pezzini ma pomysł na dalsze przygody
kobiety i to oni zajęli się miniserią, jednocześnie pracując nadal nad „Witchblade”.
Z tego też powodu „Angelus” cierpiało na solidne opóźnienia, ponieważ
Stjepan Sejic nie wyrabiał się z terminami, a sam tytuł spotykały także inne
problemy. Sama miniseria nie powala oryginalnością czy złożonością fabuły.
Przedstawia ona początki Danielle w roli anielicy. Oczywiście nie odnajduje się
ona w niej najlepiej, komplikuje się jej życie prywatne, a inne anioły oczekują
od niej silnego i zdecydowanego przywództwa. W końcu niektóre z nich uznają, że
Dani nie jest godna noszenia miana Angelus i zawiązują przeciw niej spisek.
Ponadto, kobieta wciąż jest zobowiązana polować na Jackiego Estacado –
nosiciela The Darkness.
Zdecydowanie
rozczarują się te osoby, które po „Angelus” oczekiwały znaczącego
rozwinięcia uniwersum Top Cow. Ron Marz od samego początku obraca się w tym, co
już od dawna o tej mocy wiemy, dodając jedynie kilka postaci drugoplanowych. Całość
przedstawionej historii jest lekkostrawna dla wytrwałego fana tego komiksowego
świata i niestety może okazać się dość zawiła dla osoby, dla której „Angelus”
jest pierwszym z nim kontaktem. Faktem jest, że pierwsze kilka stron tłumaczy
założenia mocy tego artefaktu, jednak robi o dość pobieżnie. Dużo więcej o
Angelus można dowiedzieć się chociażby z przywoływanej już dziś serii „Witchblade”.
To jednak nie jest jedyny wyraźny minus tego komiksu.
Chociaż
postać Danielle nic nie traci ze swojego uroku, przez większość komiksu jest
strasznie irytująca. Na tyle, że momentami sam zastanawiałem się jakim cudem
okazała się ona być godna noszenia tak potężnego artefaktu. Tu znów Ron Marz
nie robi niczego niezwykłego, ponieważ w pewnym momencie Dani niejako pstryka
placami i z miejsca okazuje się być kandydatką na jedną z najlepszych anielic w
historii. Ot, tak po prostu – dziewczyna odkrywa w sobie niebywałe powołanie,
po blisko stu stronach irytowania czytelnika. Ale to nie koniec minusów...
Postacie
drugoplanowe leża i kwiczą praktycznie w stu procentach. Zawsze dziwiłem się
dlaczego Marz nigdy nie wziął się także za pisanie przygód The Darkness. Po
lekturze „Angelus” już wiem jaki jest tego powód – po prostu nie
potrafi. Jackie jest w tym komiksie nudny, jednowymiarowy i po prostu nijaki.
Jednak i tak nie jest najgorszym elementem komiksu. Tym jest postać anielicy
Sabine – głównej przeciwniczki Danielle w tym komiksie. Ron Marz zbudował ją na
podstawie zlepku schematów tak oklepanych, że wręcz powinno zakazać się ich
używania. Z drugiej jednak strony scenarzyście udało się tak napisać Sabine, że
w sumie nie wiem czy była bardziej zarozumiała czy zazdrosna. Na pewno była
nudna i nie potrafiła rozpalić we mnie chociażby iskierki nadziei na to, że
może stanowić dla Dani jakiekolwiek poważniejsze zagrożenie. Na tym minusy „Angelus”
się kończą, plusów zbyt wielu znowu nie ma, ale...
Przypuszczam
że gdyby Stjepan Sejic narysował instrukcję korzystania z wiertarki, to też bym
się zachwycał. Chociaż w dużej mierze „Angelus” miało opóźnienia przez
niego, kolejne stronnice komiksu dają multum powodów, by artystę tego
usprawiedliwić. Począwszy od stylowej, klimatycznej okładki, aż po samo
zakończenie komiksu, „Angelus” to kolejny popis tego niezwykle
utalentowanego grafika. Jego charakterystyczny styl świetnie pasuje do
anielskich klimatów. Sejic doskonale tworzy wizerunki zarówno seksownych
anielic, ich pomocników, wszelkiej maści stworów, a także ma bardzo ciekaw
wyczucie kompozycji oraz doboru kolorów. Jednym zdaniem, nie potrafię w żaden
sposób się przyczepić do jego prac.
„Angelus”
jest wyjątkowo ubogi jeśli chodzi o dodatki, przynajmniej jak na standardy Top
Cow. W tomie znajdziemy kompletną galerie okładek, krótki wstęp autorstwa
pisarki Angeli Robinson oraz kilkustronicowy preview pierwszego tomu „Artifacts”.
Nie jest to mało, ale z doświadczenia własnego wiem, że studio to stać na
znacznie więcej w tej kategorii, której uparcie się trzymam w każdej ze swoich
recenzji.
„Angelus”
jest miłym uzupełnieniem uniwersum Top Cow, ale zdecydowanie nie jest to
lektura obowiązkowa, ani także szczególnie godna polecenia. Warstwa graficzna
to jedyne, co trzymało mnie pod zdrowych zmysłach podczas lektury, ponieważ
scenariusz był niestety bardzo kiepski. Wystawiam nieco naciąganą tróję z
minusem.
poniedziałek, 18 listopada 2013
Witchblade: Redemption vol. 2 (Ron Marz/Stjepan Sejic)
To już przedostatni dubel :)
Pierwszy tom WITCHBLADE: REDEMPTION oceniłem na czwórkę, zarzucając mu nieprzystępność dla zupełnie nowego czytelnika. Przypomnę, że zamieszczone tam historie dzieją się już po „War of the Witchblades”, które zebrano i wydano jako WITCHBLADE vol. 8. Cena w wysokości pięciu dolarów zachęcała jednak do sięgnięcia po ten komiks, który koniec końców okazywał się naprawdę niezłym czytadłem. WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 cierpi na bardzo podobny problem. Po pierwsze dzieje się równolegle do pierwszego tomu zbiorczego ARTIFACTS (który też kiedyś zrecenzuje, obiecuję) i to czuć. Jednocześnie, zaprezentowane na łamach WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 historie sprawiają, że nie tylko zupełnie mi to nie przeszkadzało, a wręcz żałowałem, że komiks tak szybko się zakończył.
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 nie składa się z jednej, ciągłej historii. W zasadzie jest to zbiór kilku krótkich opowiastek. Spróbuję więc opisać pokrótce każdą z nich, ponieważ momentami różnią się one od siebie stylem, ale także i poziomem. Zbiór otwiera jednoczęściowe „The Demon Within”, na łamach którego Sara Pezzini spotyka na swojej drodze Necromancer – kolejną kobiecą bohaterkę uniwersum Top Cow. Obie muszą połączyć siły i stawić czoła demonom, które starają się zaatakować Nowy Jork. Na ich czele stoi nemezis Abigail Alstine, czyli stwór o imieniu Mali. To już kolejna historia, po tej z końcówki WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1, na łamach której widzimy nie najlepiej wykonany team-up Witchblade z inną bohaterką świata Top Cow. Ron Marz, scenarzysta całości zbioru, chciał prawdopodobnie przypomnieć czytelnikom o istnieniu Necromancer, która odegra swoją rolę w serii ARTIFACTS. Niestety, wykonane zostało to w schematyczny i znany już z każdej strony sposób. W zasadzie jedyną różnicą od 90% innych team-upów jest to, że obie bohaterki nie walczą ze sobą na łamach tego zeszytu.
O ile pierwszy rozdział WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 uważam po prostu za historię słabą, o tyle kolejny powinienem opisać jako... dziwny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, ponieważ dopiero po zapoznaniu się z pierwszym numerem kilkukrotnie już wspomnianej serii ARTIFACTS, nabiera on nowego znaczenia. „Faerie Tale” jest bowiem dokładnie tym, co zawarto w tytule – baśnią. W zasadzie nie jest to nawet komiks, tylko ilustrowana przez Stjepana Sejica prosta, niezbyt zajmująca historyjka. Całość okazuje się być bajką, jaką dla córki Sary – małej Hope, napisała jej ciotka Julie Pezzini. „Faerie Tale” pokazuje nam nie tylko, jak kobieta widziała dalsze losy swojej siostry, ale także możemy przekonać się, że pobyt Julie w więzieniu naprawdę ją zmienił i stała się dobrą, wzbudzającą sympatię osobą. Julie ginie miesiąc później w ARTIFACTS #1 i właśnie to zmienia zupełnie wydźwięk tego zeszytu, który okazuje się pożegnaniem z postacią młodszej siostry detektyw Pezzini. Dopiero teraz musze przyznać, że zamiast dziwacznego zapychacza, Ron Marz dał nam okazję do bardzo oryginalnego, ostatniego spotkania z Julie, która de facto na łamach „Faerie Tale” osobiście się nie pojawia. Nie zrozumcie mnie źle – to wciąż jest co najwyżej dobry zeszyt, ale sam pomysł okazał się ciekawy i oryginalny.
Trzeci rozdział WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 to narysowana przez Michaela Gaydosa („Alias” dla Marvela) historia „Remembrance”. Na jej łamach dane jest nam zobaczyć, jak Sara radzi sobie z wydarzeniami przedstawionymi w pierwszych numerach serii ARTIFACTS. Tu znowu nie do końca udało się Ronowi Marzowi wyjść poza schematy dotyczące tego typu komiksów, których zwłaszcza w Marvelu i DC jest naprawdę dużo. Jedyne co naprawdę zaskakuje, to decyzja pani psycholog mniej więcej z połowy historii. Następnie jesteśmy już świadkami bólu z powodu straty siostry. „Remembrance” w niczym nie ustępuje pierwszej historii zawartej w WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 – zeszyt ten nie jest zły, lecz z pewnością nie można określić go jako szalenie ciekawy.
Moim zdaniem, spośród całego zbioru WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 najlepiej prezentuje się dwuczęściowe „Paper Monsters”, na łamach którego wracamy do tego, z czego run Rona Marza zasłynął – wciągających i dobrze napisanych historii z pogranicza horroru i sensacji. Tym razem Sara oraz detektyw Gleason muszą zmierzyć się z... kilkuletnim chłopcem, który w niewiadomy sposób potrafi ożywiać swoje rysunki. Problem tkwi w tym, że najbardziej lubi on malować potwory. Pewną rolę odegra też siostra chłopaka. Tu Ron Marz pokazał w czym tkwi siła pisanych przez niego przygód Sary Pezzini. Mamy więc akcję, ciekawe dialogi i zaskakujące zwroty akcji. Szkoda, że trzeba było przedrzeć się przez całe WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2, żeby wreszcie otrzymać historię stojącą na naprawdę niezłym poziomie.
Cztery z pięciu rozdziałów WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 narysował Stjepan Sejic, którego prace po prostu wielbię. Artysta ten ma niepowtarzalny styl, wynikający pewnie ze stylu jego pracy. Sejic bowiem nie rysuje, lecz maluje poszczególne kadry za pomocą kilku programów graficznych. Oznacza to, że do zera ograniczony jest udział ołówka i tuszu, a ponadto nikt nie musi kolorować jego prac. Niemniej, efekt jest po prostu wspaniały. Jeden z zeszytów narysował Michael Gaydos, przedstawiciel starej szkoły. Podobnie jak w przypadku Marvelowskiego „Alias”, tak i tu rysownik postanowił narysować poszczególne postacie jako zupełnie zwyczajnie, bez charakterystycznego dla Sary Pezzini ogromnego seksapilu. Przez to oglądało się cały zeszyt naprawdę nieźle i nie przeszkadzało to w odbiorze historii.
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 to kolejny popis wydawnictwa Top Cow, przynajmniej jeśli chodzi o zawarte w nim dodatki. Komiks otwiera przyzwoity wstęp Erika Larsena, lecz potem jest tylko lepiej. Po „Paper Monsters” możemy zapoznać się z kompletną galerią okładek numerów, które składały się na opisywany zbiór. Jest wśród nich kilka bardzo miłych dla oka ilustracji. Najważniejszą częścią dodatków jest jednak bez wątpienia kompletny scenariusz do „Remembrance” wraz ze szkicami Gaydosa. Dodatek ten rzuca nieco światła na pracę, jaką wykonują twórcy podczas powstawania kolejnych numerów poszczególnych serii.
Osobiście uważam, że WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 to komiks przyzwoity, lecz zdecydowanie nie przebił pierwszą odsłonę cyklu. Jednak w zalewie superbohaterskiej tandety, jaką serwują najwięksi tego rynku, warto dać szansę Sarze Pezzini i przeczytać stojące na niezłym poziomie, świetnie narysowane historie. WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 otrzymuje ode mnie czwórkę z minusem.
Pierwszy tom WITCHBLADE: REDEMPTION oceniłem na czwórkę, zarzucając mu nieprzystępność dla zupełnie nowego czytelnika. Przypomnę, że zamieszczone tam historie dzieją się już po „War of the Witchblades”, które zebrano i wydano jako WITCHBLADE vol. 8. Cena w wysokości pięciu dolarów zachęcała jednak do sięgnięcia po ten komiks, który koniec końców okazywał się naprawdę niezłym czytadłem. WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 cierpi na bardzo podobny problem. Po pierwsze dzieje się równolegle do pierwszego tomu zbiorczego ARTIFACTS (który też kiedyś zrecenzuje, obiecuję) i to czuć. Jednocześnie, zaprezentowane na łamach WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 historie sprawiają, że nie tylko zupełnie mi to nie przeszkadzało, a wręcz żałowałem, że komiks tak szybko się zakończył.
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 nie składa się z jednej, ciągłej historii. W zasadzie jest to zbiór kilku krótkich opowiastek. Spróbuję więc opisać pokrótce każdą z nich, ponieważ momentami różnią się one od siebie stylem, ale także i poziomem. Zbiór otwiera jednoczęściowe „The Demon Within”, na łamach którego Sara Pezzini spotyka na swojej drodze Necromancer – kolejną kobiecą bohaterkę uniwersum Top Cow. Obie muszą połączyć siły i stawić czoła demonom, które starają się zaatakować Nowy Jork. Na ich czele stoi nemezis Abigail Alstine, czyli stwór o imieniu Mali. To już kolejna historia, po tej z końcówki WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1, na łamach której widzimy nie najlepiej wykonany team-up Witchblade z inną bohaterką świata Top Cow. Ron Marz, scenarzysta całości zbioru, chciał prawdopodobnie przypomnieć czytelnikom o istnieniu Necromancer, która odegra swoją rolę w serii ARTIFACTS. Niestety, wykonane zostało to w schematyczny i znany już z każdej strony sposób. W zasadzie jedyną różnicą od 90% innych team-upów jest to, że obie bohaterki nie walczą ze sobą na łamach tego zeszytu.
O ile pierwszy rozdział WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 uważam po prostu za historię słabą, o tyle kolejny powinienem opisać jako... dziwny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, ponieważ dopiero po zapoznaniu się z pierwszym numerem kilkukrotnie już wspomnianej serii ARTIFACTS, nabiera on nowego znaczenia. „Faerie Tale” jest bowiem dokładnie tym, co zawarto w tytule – baśnią. W zasadzie nie jest to nawet komiks, tylko ilustrowana przez Stjepana Sejica prosta, niezbyt zajmująca historyjka. Całość okazuje się być bajką, jaką dla córki Sary – małej Hope, napisała jej ciotka Julie Pezzini. „Faerie Tale” pokazuje nam nie tylko, jak kobieta widziała dalsze losy swojej siostry, ale także możemy przekonać się, że pobyt Julie w więzieniu naprawdę ją zmienił i stała się dobrą, wzbudzającą sympatię osobą. Julie ginie miesiąc później w ARTIFACTS #1 i właśnie to zmienia zupełnie wydźwięk tego zeszytu, który okazuje się pożegnaniem z postacią młodszej siostry detektyw Pezzini. Dopiero teraz musze przyznać, że zamiast dziwacznego zapychacza, Ron Marz dał nam okazję do bardzo oryginalnego, ostatniego spotkania z Julie, która de facto na łamach „Faerie Tale” osobiście się nie pojawia. Nie zrozumcie mnie źle – to wciąż jest co najwyżej dobry zeszyt, ale sam pomysł okazał się ciekawy i oryginalny.
Trzeci rozdział WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 to narysowana przez Michaela Gaydosa („Alias” dla Marvela) historia „Remembrance”. Na jej łamach dane jest nam zobaczyć, jak Sara radzi sobie z wydarzeniami przedstawionymi w pierwszych numerach serii ARTIFACTS. Tu znowu nie do końca udało się Ronowi Marzowi wyjść poza schematy dotyczące tego typu komiksów, których zwłaszcza w Marvelu i DC jest naprawdę dużo. Jedyne co naprawdę zaskakuje, to decyzja pani psycholog mniej więcej z połowy historii. Następnie jesteśmy już świadkami bólu z powodu straty siostry. „Remembrance” w niczym nie ustępuje pierwszej historii zawartej w WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 – zeszyt ten nie jest zły, lecz z pewnością nie można określić go jako szalenie ciekawy.
Moim zdaniem, spośród całego zbioru WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 najlepiej prezentuje się dwuczęściowe „Paper Monsters”, na łamach którego wracamy do tego, z czego run Rona Marza zasłynął – wciągających i dobrze napisanych historii z pogranicza horroru i sensacji. Tym razem Sara oraz detektyw Gleason muszą zmierzyć się z... kilkuletnim chłopcem, który w niewiadomy sposób potrafi ożywiać swoje rysunki. Problem tkwi w tym, że najbardziej lubi on malować potwory. Pewną rolę odegra też siostra chłopaka. Tu Ron Marz pokazał w czym tkwi siła pisanych przez niego przygód Sary Pezzini. Mamy więc akcję, ciekawe dialogi i zaskakujące zwroty akcji. Szkoda, że trzeba było przedrzeć się przez całe WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2, żeby wreszcie otrzymać historię stojącą na naprawdę niezłym poziomie.
Cztery z pięciu rozdziałów WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 narysował Stjepan Sejic, którego prace po prostu wielbię. Artysta ten ma niepowtarzalny styl, wynikający pewnie ze stylu jego pracy. Sejic bowiem nie rysuje, lecz maluje poszczególne kadry za pomocą kilku programów graficznych. Oznacza to, że do zera ograniczony jest udział ołówka i tuszu, a ponadto nikt nie musi kolorować jego prac. Niemniej, efekt jest po prostu wspaniały. Jeden z zeszytów narysował Michael Gaydos, przedstawiciel starej szkoły. Podobnie jak w przypadku Marvelowskiego „Alias”, tak i tu rysownik postanowił narysować poszczególne postacie jako zupełnie zwyczajnie, bez charakterystycznego dla Sary Pezzini ogromnego seksapilu. Przez to oglądało się cały zeszyt naprawdę nieźle i nie przeszkadzało to w odbiorze historii.
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 to kolejny popis wydawnictwa Top Cow, przynajmniej jeśli chodzi o zawarte w nim dodatki. Komiks otwiera przyzwoity wstęp Erika Larsena, lecz potem jest tylko lepiej. Po „Paper Monsters” możemy zapoznać się z kompletną galerią okładek numerów, które składały się na opisywany zbiór. Jest wśród nich kilka bardzo miłych dla oka ilustracji. Najważniejszą częścią dodatków jest jednak bez wątpienia kompletny scenariusz do „Remembrance” wraz ze szkicami Gaydosa. Dodatek ten rzuca nieco światła na pracę, jaką wykonują twórcy podczas powstawania kolejnych numerów poszczególnych serii.
Osobiście uważam, że WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 to komiks przyzwoity, lecz zdecydowanie nie przebił pierwszą odsłonę cyklu. Jednak w zalewie superbohaterskiej tandety, jaką serwują najwięksi tego rynku, warto dać szansę Sarze Pezzini i przeczytać stojące na niezłym poziomie, świetnie narysowane historie. WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 otrzymuje ode mnie czwórkę z minusem.
środa, 13 listopada 2013
Broken Trinity vol. 1 (Ron Marz/Stjepan Sejic)
I znów dubel. Zostały mi już tylko trzy.
BROKEN TRINITY to krótki crossover, na łamach którego zachwiana zostaje równowaga pomiędzy tytułową trójcą, na którą składają się Witchblade, Darkness oraz Angelus. Całą tę trójkę spotyka podczas ważnych zmian w ich życiu. Sara Pezzini oddała połowę swojego artefaktu Dani Baptiste, by móc w spokoju wychowywać córkę. Jackie Estacado utracił większość swoich zdolności i zamiast łowcą, stał się zwierzyną. Z kolei Celestine Wright nie używa mocy Angelus i ukrywa się przed swoimi anielskimi towarzyszkami. Jednakże gdy w mieście pojawi się Glorianna Silver – kolekcjonerka artefaktów, cała trójka raz jeszcze będzie musiała stanąć ramię w ramię. I to wbrew swej woli. Wszystko przez to, że kobieta zapoluje na niejakiego Finna – wynajętego przez Jackiego mężczyznę, który miał z ukrycia ochraniać Sarę i jej córkę, a przy okazji także nosiciela jednego z artefaktów.
Zaczynając czytać BROKEN TRINITY popełniłem pewien błąd. Jak zapewne zauważyliście z powyższego opisu, crossover ten osadzony jest w miejscu, gdy zarówno Witchblade jak i Darkness są w jakiś sposób „naruszeni” wydarzeniami z własnych serii. Dodatkowo, kontynuowany jest tu wątek z innego crossovera: FIRST BORN. Już na samym początku więc widać, że nie jest to najlepsze miejsce na wskoczenie do uniwersum Top Cow dla kompletnego laika.
Jeśli jednak takowymi nie jesteście, to przed Wami szansa na przeczytanie bardzo zgrabnie napisanej historii. BROKEN TRINITY to kolejny etap zmieniania uniwersum Top Cow przez Rona Marza, choć zdecydowanie najwcześniejszy z dotąd opisanych na IndependentComics. Scenarzysta w swoim stylu dał za pomocą BROKEN TRINITY pstryczka w nos największym wydawnictwom i udowodnił, że do stworzenia niezłego, zwięzłego i zmieniającego wiele wydarzenia wystarczy trzyczęściowa miniseria i cztery pojedyncze one-shoty.
Pragnę tu od razu zaznaczyć, że BROKEN TRINITY ma wiele wad i nie jest idealne. Przede wszystkim wydarzenia z głównej miniserii dzieją się zdecydowanie zbyt szybko. Po krótkim wprowadzeniu otrzymujemy serię pojedynków i wybuchów, po których następuje jeszcze więcej pojedynków i wybuchów, aż nagle wszystko kończy się równie szybko jak zaczęło. Kuleje również warstwa graficzna, ale o tym wspomnę nieco później.
Plusem BROKEN TRINITY jest stopniowe, logiczne i ciekawe rozbudowanie uniwersum Top Cow. Ron Marz nie tylko wprowadza do mitologii tego świata Glacier Stone i Ember Stone, ale także rozbija tytułową trójcę. Nie zdradzę w jaki sposób, bowiem warto samemu to sprawdzić. Także one-shoty, będące jednocześnie tie-inami do BROKEN TRINITY prezentują się nieźle. Chociaż żaden z nich nie wprowadza za dużo do samego wydarzenia, to jednak ten poświęcony Angelus jest bardzo ciekawy i świetnie pokazuje majestat i siłę tej postaci, co nieczęsto bywało dobrze uchwycone na łamach innych serii, gdzie pojawiała się Angelus.
Co ciekawe, wątki obyczajowe przez cały czas lektury BROKEN TRINITY były mocnym dodatkiem. Ron Marz fajnie uchwycił relacje w trójkącie Sara-Jackie-Gleason, a Finna nie da się nie polubić już od pierwszego jego pojawienia się. Gdyby tylko wszystko trwało nieco dłużej i nie sprawiało wrażenia mocno wymuszonego, oceniłbym BROKEN TRINITY naprawdę wysoko.
Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to tak jak wspomniałem wcześniej, jest ona bardzo nierówna. Albo inaczej – wszyscy artyści bledli przy pracach Stjepana Sejica. BROKEN TRINITY ułożono tak, że po każdym rozdziale głównej miniserii pojawiał się jeden z one-shotów. Przez to co drugi zeszyt wchodzący w skład zbioru zabijał dobre wrażenie po popisach Chorwata. Jedynie Jorge Lucas – rysownik one-shotu poświęconego The Darkness nawiązał walkę, lecz w ostatecznym rozrachunku i on ją przegrał. Sejic jest po prostu poza zasięgiem.
Jak na standardy Top Cow, w BROKEN TRINITY jest zaskakująco mało dodatków. Krótki wstęp, standardowa galeria okładek i kilka konceptów postaci autorstwa Sejica to i tak więcej, niż oferują niektóre wydawnictwa, lecz w przypadku Top Cow liczyłem na znacznie więcej.
BROKEN TRINITY jest integralną częścią wielkiego planu Rona Marza na uniwersum Top Cow. Dla każdego jego fana jest to pozycja obowiązkowa, chociaż daleko jej do ideału, jaki sam Marz wyznaczył sobie na łamach kolejnych zbiorów WITCHBLADE. Nie polecałbym tej pozycji osobom, które chcą dopiero rozpocząć przygodę z tym światem. Ostatecznie BROKEN TRINITY otrzymuje ode mnie trójkę z dużym plusem.
BROKEN TRINITY to krótki crossover, na łamach którego zachwiana zostaje równowaga pomiędzy tytułową trójcą, na którą składają się Witchblade, Darkness oraz Angelus. Całą tę trójkę spotyka podczas ważnych zmian w ich życiu. Sara Pezzini oddała połowę swojego artefaktu Dani Baptiste, by móc w spokoju wychowywać córkę. Jackie Estacado utracił większość swoich zdolności i zamiast łowcą, stał się zwierzyną. Z kolei Celestine Wright nie używa mocy Angelus i ukrywa się przed swoimi anielskimi towarzyszkami. Jednakże gdy w mieście pojawi się Glorianna Silver – kolekcjonerka artefaktów, cała trójka raz jeszcze będzie musiała stanąć ramię w ramię. I to wbrew swej woli. Wszystko przez to, że kobieta zapoluje na niejakiego Finna – wynajętego przez Jackiego mężczyznę, który miał z ukrycia ochraniać Sarę i jej córkę, a przy okazji także nosiciela jednego z artefaktów.
Zaczynając czytać BROKEN TRINITY popełniłem pewien błąd. Jak zapewne zauważyliście z powyższego opisu, crossover ten osadzony jest w miejscu, gdy zarówno Witchblade jak i Darkness są w jakiś sposób „naruszeni” wydarzeniami z własnych serii. Dodatkowo, kontynuowany jest tu wątek z innego crossovera: FIRST BORN. Już na samym początku więc widać, że nie jest to najlepsze miejsce na wskoczenie do uniwersum Top Cow dla kompletnego laika.
Jeśli jednak takowymi nie jesteście, to przed Wami szansa na przeczytanie bardzo zgrabnie napisanej historii. BROKEN TRINITY to kolejny etap zmieniania uniwersum Top Cow przez Rona Marza, choć zdecydowanie najwcześniejszy z dotąd opisanych na IndependentComics. Scenarzysta w swoim stylu dał za pomocą BROKEN TRINITY pstryczka w nos największym wydawnictwom i udowodnił, że do stworzenia niezłego, zwięzłego i zmieniającego wiele wydarzenia wystarczy trzyczęściowa miniseria i cztery pojedyncze one-shoty.
Pragnę tu od razu zaznaczyć, że BROKEN TRINITY ma wiele wad i nie jest idealne. Przede wszystkim wydarzenia z głównej miniserii dzieją się zdecydowanie zbyt szybko. Po krótkim wprowadzeniu otrzymujemy serię pojedynków i wybuchów, po których następuje jeszcze więcej pojedynków i wybuchów, aż nagle wszystko kończy się równie szybko jak zaczęło. Kuleje również warstwa graficzna, ale o tym wspomnę nieco później.
Plusem BROKEN TRINITY jest stopniowe, logiczne i ciekawe rozbudowanie uniwersum Top Cow. Ron Marz nie tylko wprowadza do mitologii tego świata Glacier Stone i Ember Stone, ale także rozbija tytułową trójcę. Nie zdradzę w jaki sposób, bowiem warto samemu to sprawdzić. Także one-shoty, będące jednocześnie tie-inami do BROKEN TRINITY prezentują się nieźle. Chociaż żaden z nich nie wprowadza za dużo do samego wydarzenia, to jednak ten poświęcony Angelus jest bardzo ciekawy i świetnie pokazuje majestat i siłę tej postaci, co nieczęsto bywało dobrze uchwycone na łamach innych serii, gdzie pojawiała się Angelus.
Co ciekawe, wątki obyczajowe przez cały czas lektury BROKEN TRINITY były mocnym dodatkiem. Ron Marz fajnie uchwycił relacje w trójkącie Sara-Jackie-Gleason, a Finna nie da się nie polubić już od pierwszego jego pojawienia się. Gdyby tylko wszystko trwało nieco dłużej i nie sprawiało wrażenia mocno wymuszonego, oceniłbym BROKEN TRINITY naprawdę wysoko.
Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to tak jak wspomniałem wcześniej, jest ona bardzo nierówna. Albo inaczej – wszyscy artyści bledli przy pracach Stjepana Sejica. BROKEN TRINITY ułożono tak, że po każdym rozdziale głównej miniserii pojawiał się jeden z one-shotów. Przez to co drugi zeszyt wchodzący w skład zbioru zabijał dobre wrażenie po popisach Chorwata. Jedynie Jorge Lucas – rysownik one-shotu poświęconego The Darkness nawiązał walkę, lecz w ostatecznym rozrachunku i on ją przegrał. Sejic jest po prostu poza zasięgiem.
Jak na standardy Top Cow, w BROKEN TRINITY jest zaskakująco mało dodatków. Krótki wstęp, standardowa galeria okładek i kilka konceptów postaci autorstwa Sejica to i tak więcej, niż oferują niektóre wydawnictwa, lecz w przypadku Top Cow liczyłem na znacznie więcej.
BROKEN TRINITY jest integralną częścią wielkiego planu Rona Marza na uniwersum Top Cow. Dla każdego jego fana jest to pozycja obowiązkowa, chociaż daleko jej do ideału, jaki sam Marz wyznaczył sobie na łamach kolejnych zbiorów WITCHBLADE. Nie polecałbym tej pozycji osobom, które chcą dopiero rozpocząć przygodę z tym światem. Ostatecznie BROKEN TRINITY otrzymuje ode mnie trójkę z dużym plusem.
niedziela, 10 listopada 2013
Artifacts vol. 1 (Ron Marz/Michael Broussard)
Kolejna zdublowana recenzja. Na szczęście z każdą kolejną zbliżamy się do końca cyklu powtórek.
Ron Marz zdecydowanie odmienił oblicze uniwersum Top Cow. Jego pomysły na trwający blisko 7 lat run w WITCHBLADE tak przypadły do gustu szefostwu tego imprintu Image Comics, że z czasem dostawał on coraz więcej swobody, aż w końcu to on był jedynym architektem wszystkich ważniejszych wydarzeń. Nie zazdroszczę więc Philowi Hesterowi, który mniej więcej w tym samym czasie przejął stery w THE DARKNESS i co moment musiał dostosowywać się do kolejnych pomysłów Marza. Ten dla Jackiego Estacado planował zawsze duże role w swoich eventach. Jego FIRST BORN oraz BROKEN TRINITY to najlepsze tego przykłady. Teraz trzeba dołożyć do tego kolejny, ponieważ po ujawnieniu koncepcji trzynastu artefaktów, wydawnictwo musiało znaleźć dla nich jakieś miejsce, skoro solowa seria WITCHBLADE stała się już zbyt ciasna. Kilka miesięcy później, na półkach sklepowych ląduje ARTIFACTS vol. 1, zbierający pierwsze cztery zeszyty nowej serii, pisanej oczywiście przez Rona Marza.
Od tego momentu, seria ta staje się najważniejszym tytułem uniwersum Top Cow, a to, co działo się na stronach kolejnych numerów WITCHBLADE i THE DARKNESS, choć momentami bardzo ciekawe, w zasadzie nie za bardzo wiadomo było gdzie umieścić w chronologii. Ale co tam, Top Cow i Ron Marz znowu odnieśli sukces.
Koncepcja przedstawiona na łamach ARTIFACTS vol. 1 jest bardzo prosta i typowa dla świata superbohaterów. Nawet tak nietypowych, jak okręty flagowe tego uniwersum. Oto na początku otrzymujemy wstrząs, czyli jakieś naprawdę ważne i jednocześnie szokujące czytelnika wydarzenie, które stanowi dobry pretekst do zebrania się niemal wszystkich znanych nam herosów, którzy pomimo wspólnych niesnasek łączą siły dla większego dobra. Wszystko odbywa się więc w absolutnie typowy sposób, biegnąc po utartym schemacie dla rodzaju superhero. Pójdźmy dalej tym tropem. Dobrzy i źli mają mniej więcej wyrównane siły? Owszem. Co najmniej jedna ze znanych postaci dokonuje zdrady? Oczywiście. Otrzymujemy bardziej lub mniej spodziewany powrót po latach/miesiącach? Odhaczone. Czym więc ARTIFACTS vol. 1 różni się od innych, standardowych crossoverów, dzięki czemu można by polecić ten komiks?
Odpowiedź jest zaskakująco prosta, ponieważ w moich oczach ARTIFACTS vol. 1 broni się tym, że chociaż jest bardzo typowe, to nie stara się być niczym więcej i zamiast oferować wątpliwą zabawę pod postacią słabych crossoverów Marvela (biegnących schematem: więcej - więcej - jeszcze więcej, sens nieważny), po prostu jest mocno konsekwentny. Ron Marz otrzymał potężny kredyt zaufania i konsekwentnie dążył do rozbudowy uniwersum Top Cow. Na łamach serii ARTIFACTS mógł wreszcie popuścić wodze swojej fantazji i chociaż pojawiły się zgrzyty wobec innych tytułów uniwersum, w tym także z tym pisanym przez niego, zadanie wyszło mu całkiem nieźle.
ARTIFACTS vol. 1 to swoiste apogeum dla największych fanów uniwersum Top Cow. Nie tylko kontynuowane są tu najważniejsze wątki zasygnalizowane w WITCHBLADE czy nawet ANGELUS, ale także Sara Pezzini spotyka się z większością najważniejszych graczy w uniwersum Top Cow. Brakuje tylko Cyber Force oraz Hunter/Killer, ale oni akurat pojawią się w kolejnym tomie. Czy więc czytelnik, który nie zna większości runu Rona Marza i sięgnie po ARTIFACTS vol. 1 zawiedzie się? Podejrzewam że niestety tak. Jak już wspomniałem, historia ta to wciąż bardzo typowy crossover, niemal wcale nieprzystosowany dla zupełnie zielonego czytelnika.
Na szczęście to „niemal” jest tu kluczowe. Wyłamię się trochę z utartego schematu moich recenzji i teraz poświęcę parę słów na dodatki z ARTIFACTS vol. 1. Komiks ten liczy 160 stron, a zawiera tylko cztery zeszyty komiks. Łatwo więc obliczyć, że prawie połowa tomu to dodatki. Pierwszy z nich to wstęp Marca Silvestriego – do pominięcia. Dalej pojawia się kilkunastostronicowy wstęp do ARTIFACTS vol. 1, gdzie dość pobieżnie, ale jednak, wytłumaczono ideę 13 Artefaktów. Może właśnie ten dodatek może rozjaśnić świeżemu czytelnikowi, czego powinien się spodziewać po komiksie. Dodatkowo zilustrował to Stjepan Sejic – jeden z moich ulubieńców. Dalej znajdziemy standardową galerię okładek, kilka szkiców i pochodzący z zasobów serwisu CBR komentarz twórców, gdzie opisywali oni proces powstawania pierwszego numeru serii. Słowem, Top Cow po raz kolejny nie zawiodło.
ARTIFACTS vol. 1 narysował Michael Broussard. W tym tekście kolega Kazio zachwalał jego prace i ganił nieco inkerów. Ja niestety nie potrafię się z nim zgodzić. Uważam, że Broussard to artysta zaledwie średni i wydawnictwo mogło śmiało jeszcze bardziej przyłożyć się do szukania odpowiedniego kandydata. Broussard cierpi na to, co nazywam „przypadłością Whilce’a Portacio”, czyli zdecydowanie przesadza z rysowaniem kresek na ciałach poszczególnych bohaterów, przez co zamiast szczegółów, naszym oczom ukazuje się chaos. Inna sprawa, że faktycznie zarówno inkerzy jak i nawet kolorysta dużo napracowali się, by jego prace wyglądały na jeszcze słabsze. Mimo to podtrzymuje swoją opinię i sądzę, że ARTIFACTS vol. 1 zasługiwało na zdecydowanie lepszego artystę.
ARTIFACTS vol. 1 to komiks ważny, lecz w zasadzie tylko dla wiernych fanów uniwersum Top Cow. Ci zdecydowanie polubią ten komiks i wystawią mu wysoką ocenę. Problem rozpoczyna się, jeśli się takim fanem nie jest. W takim przypadku ARTIFACTS vol. 1 może się po prostu okazać kolejną, superbohaterską rozpierduchą. Osobiście nie należę do żadnej z tych grup i dlatego postanowiłem wystawić ARTIFACTS vol. 1 ocenę całkowicie neutralną – trójkę. Najlepiej będzie jak sami sięgniecie po ten komiks i ocenicie.
Ron Marz zdecydowanie odmienił oblicze uniwersum Top Cow. Jego pomysły na trwający blisko 7 lat run w WITCHBLADE tak przypadły do gustu szefostwu tego imprintu Image Comics, że z czasem dostawał on coraz więcej swobody, aż w końcu to on był jedynym architektem wszystkich ważniejszych wydarzeń. Nie zazdroszczę więc Philowi Hesterowi, który mniej więcej w tym samym czasie przejął stery w THE DARKNESS i co moment musiał dostosowywać się do kolejnych pomysłów Marza. Ten dla Jackiego Estacado planował zawsze duże role w swoich eventach. Jego FIRST BORN oraz BROKEN TRINITY to najlepsze tego przykłady. Teraz trzeba dołożyć do tego kolejny, ponieważ po ujawnieniu koncepcji trzynastu artefaktów, wydawnictwo musiało znaleźć dla nich jakieś miejsce, skoro solowa seria WITCHBLADE stała się już zbyt ciasna. Kilka miesięcy później, na półkach sklepowych ląduje ARTIFACTS vol. 1, zbierający pierwsze cztery zeszyty nowej serii, pisanej oczywiście przez Rona Marza.
Od tego momentu, seria ta staje się najważniejszym tytułem uniwersum Top Cow, a to, co działo się na stronach kolejnych numerów WITCHBLADE i THE DARKNESS, choć momentami bardzo ciekawe, w zasadzie nie za bardzo wiadomo było gdzie umieścić w chronologii. Ale co tam, Top Cow i Ron Marz znowu odnieśli sukces.
Koncepcja przedstawiona na łamach ARTIFACTS vol. 1 jest bardzo prosta i typowa dla świata superbohaterów. Nawet tak nietypowych, jak okręty flagowe tego uniwersum. Oto na początku otrzymujemy wstrząs, czyli jakieś naprawdę ważne i jednocześnie szokujące czytelnika wydarzenie, które stanowi dobry pretekst do zebrania się niemal wszystkich znanych nam herosów, którzy pomimo wspólnych niesnasek łączą siły dla większego dobra. Wszystko odbywa się więc w absolutnie typowy sposób, biegnąc po utartym schemacie dla rodzaju superhero. Pójdźmy dalej tym tropem. Dobrzy i źli mają mniej więcej wyrównane siły? Owszem. Co najmniej jedna ze znanych postaci dokonuje zdrady? Oczywiście. Otrzymujemy bardziej lub mniej spodziewany powrót po latach/miesiącach? Odhaczone. Czym więc ARTIFACTS vol. 1 różni się od innych, standardowych crossoverów, dzięki czemu można by polecić ten komiks?
Odpowiedź jest zaskakująco prosta, ponieważ w moich oczach ARTIFACTS vol. 1 broni się tym, że chociaż jest bardzo typowe, to nie stara się być niczym więcej i zamiast oferować wątpliwą zabawę pod postacią słabych crossoverów Marvela (biegnących schematem: więcej - więcej - jeszcze więcej, sens nieważny), po prostu jest mocno konsekwentny. Ron Marz otrzymał potężny kredyt zaufania i konsekwentnie dążył do rozbudowy uniwersum Top Cow. Na łamach serii ARTIFACTS mógł wreszcie popuścić wodze swojej fantazji i chociaż pojawiły się zgrzyty wobec innych tytułów uniwersum, w tym także z tym pisanym przez niego, zadanie wyszło mu całkiem nieźle.
ARTIFACTS vol. 1 to swoiste apogeum dla największych fanów uniwersum Top Cow. Nie tylko kontynuowane są tu najważniejsze wątki zasygnalizowane w WITCHBLADE czy nawet ANGELUS, ale także Sara Pezzini spotyka się z większością najważniejszych graczy w uniwersum Top Cow. Brakuje tylko Cyber Force oraz Hunter/Killer, ale oni akurat pojawią się w kolejnym tomie. Czy więc czytelnik, który nie zna większości runu Rona Marza i sięgnie po ARTIFACTS vol. 1 zawiedzie się? Podejrzewam że niestety tak. Jak już wspomniałem, historia ta to wciąż bardzo typowy crossover, niemal wcale nieprzystosowany dla zupełnie zielonego czytelnika.
Na szczęście to „niemal” jest tu kluczowe. Wyłamię się trochę z utartego schematu moich recenzji i teraz poświęcę parę słów na dodatki z ARTIFACTS vol. 1. Komiks ten liczy 160 stron, a zawiera tylko cztery zeszyty komiks. Łatwo więc obliczyć, że prawie połowa tomu to dodatki. Pierwszy z nich to wstęp Marca Silvestriego – do pominięcia. Dalej pojawia się kilkunastostronicowy wstęp do ARTIFACTS vol. 1, gdzie dość pobieżnie, ale jednak, wytłumaczono ideę 13 Artefaktów. Może właśnie ten dodatek może rozjaśnić świeżemu czytelnikowi, czego powinien się spodziewać po komiksie. Dodatkowo zilustrował to Stjepan Sejic – jeden z moich ulubieńców. Dalej znajdziemy standardową galerię okładek, kilka szkiców i pochodzący z zasobów serwisu CBR komentarz twórców, gdzie opisywali oni proces powstawania pierwszego numeru serii. Słowem, Top Cow po raz kolejny nie zawiodło.
ARTIFACTS vol. 1 narysował Michael Broussard. W tym tekście kolega Kazio zachwalał jego prace i ganił nieco inkerów. Ja niestety nie potrafię się z nim zgodzić. Uważam, że Broussard to artysta zaledwie średni i wydawnictwo mogło śmiało jeszcze bardziej przyłożyć się do szukania odpowiedniego kandydata. Broussard cierpi na to, co nazywam „przypadłością Whilce’a Portacio”, czyli zdecydowanie przesadza z rysowaniem kresek na ciałach poszczególnych bohaterów, przez co zamiast szczegółów, naszym oczom ukazuje się chaos. Inna sprawa, że faktycznie zarówno inkerzy jak i nawet kolorysta dużo napracowali się, by jego prace wyglądały na jeszcze słabsze. Mimo to podtrzymuje swoją opinię i sądzę, że ARTIFACTS vol. 1 zasługiwało na zdecydowanie lepszego artystę.
ARTIFACTS vol. 1 to komiks ważny, lecz w zasadzie tylko dla wiernych fanów uniwersum Top Cow. Ci zdecydowanie polubią ten komiks i wystawią mu wysoką ocenę. Problem rozpoczyna się, jeśli się takim fanem nie jest. W takim przypadku ARTIFACTS vol. 1 może się po prostu okazać kolejną, superbohaterską rozpierduchą. Osobiście nie należę do żadnej z tych grup i dlatego postanowiłem wystawić ARTIFACTS vol. 1 ocenę całkowicie neutralną – trójkę. Najlepiej będzie jak sami sięgniecie po ten komiks i ocenicie.
środa, 6 listopada 2013
Witchblade: Redemption vol. 1 (Ron Marz/Stjepan Sejic)
Kolejny dubel. Spokojnie, zostało ich już tylko siedem
Na początek mała anegdotka, związana z tym właśnie komiksem. Przeglądając ofertę jednego ze sklepów internetowych, sprowadzający komiksy z USA natknąłem się właśnie na WITCHBLADE: REDEMTION vol. 1 w cenie mniej więcej 18zł. Pomyślałem sobie: „o, najwyższa pora zacząć zbierać run Marza od samego początku, zwłaszcza w takiej okazyjnej cenie” i bez wahania zakupiłem owy komiks. Nawet nie wczytałem się w opis komiksu, ponieważ byłem święcie przekonany, że kupuję WITCHBLADE vol. 1. Mądry polak po szkodzie, jak mawia stare, sprawdzone powiedzenie. To jedno słówko, które gdzieś po drodze mi umknęło sprawiło, że zamiast początku runu Marza przy pisaniu przygód Sary Pezzini, trafiłem w sam jego środek.
Na szczęście opis zbioru, do którego wreszcie dotarłem i nawet go przeczytałem, wysuwał twierdzenie, że jest to „idealny moment na rozpoczęcie śledzenia przygód ikony wydawnictwa Top Cow”. Od razu pragnę was poinformować – nie, nie jest. Akcja WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 rozpoczyna się tuż po zakończeniu historii „War of the Witchblades” (oryginalne zeszyty #125-130) i przynajmniej przez pierwsze dwadzieścia stron mocno to czuć. Dodam zresztą, że wydawca pokusił się o umieszczenie na początku zbioru dwustronicowego przypomnienia/uświadomienia rzeczy, które powinniśmy wiedzieć siadając do lektury komiksu. To chyba samo w sobie najlepiej świadczy o tym, że osoby zupełnie nie znające historii Sary Pezzini, mogą czuć się trochę zagubieni. Na szczęście im dalej w las, tym już tylko lepiej.
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 nie ma jednej, spójnej fabuły. Są to trzy krótsze historie, których w zasadzie nic ze sobą nie łączy. Przyjrzyjmy się im po kolei. Pierwsza z nich, to coś, co określiłbym bardziej jako „War of the Witchblades: Aftermatch”. Na łamach tej liczącej raptem 22 strony historii obserwujemy jak Sara Pezzini wraca do normalnego życia po ostatnich wydarzeniach, przedstawionych w WITCHBLADE vol. 8. Jak już zdążyłem wspomnieć, to właśnie ta część zbioru najmocniej udowadnia, że nie jest to najlepszy moment na wskoczenie w regularne śledzenie przygód posiadaczki artefaktu, ponieważ znajduje się tu mnóstwo odwołań do wspomnianego zbioru. Pojawia się nawet postać nowej Angelus i scena, w której ona występuje ma charakter bardzo symboliczny, ponieważ kończy pewną erę w życiu obu bohaterek. Jak więc w pełni zrozumieć ma ją zupełnie świeży czytelnik? Tego niestety nie zdradzono.
Kolejne dwa zeszyty, z których składa się zbiór, to już historia od której WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 tak naprawdę powinno się zacząć. Opowiada ona o śledztwie Sary i Patricka Gleasona – zawodowo i prywatnie partnera detektyw Pezzini, dotyczącym dzieci, które zaginęły w jednym z okolicznych lasów. W samym jego środku znajduje się pewien zniszczony most, który okaże się być kluczem do odpowiedzi na pytanie: co stało się z zagubionymi? Nie jest to historia szczególnie oryginalna, ale dzięki temu, że scenarzysta bardzo fajnie ukazał relację pomiędzy Sarą a Patrickiem i zepchnął nieco Witchblade na drugi plan, czyta się ją lekko, łatwo i co najważniejsze przyjemnie. Ogólnie podkreślić muszę fakt, że osobiście najbardziej podobały mi się właśnie te fragmenty WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1, w których sam artefakt pozostawał w ukryciu. Być może rację miał Ron Marz, gdy w jednym z wywiadów stwierdził, iż seria WITCHBLADE jest tak popularna, bo oprócz seksownej superbohaterki, Sara Pezzini ma także ciekawy i skomplikowany charakter, czego nie można powiedzieć o sporej rzeczy innych heroin.
Najwięcej Witchblade w Witchblade zawiera druga połowa zbioru, na którą składa się historia „Almost Human”. Na jej łamach Sara krzyżuje swoje drogi z inną znaną bohaterką wydawnictwa Top Cow – Aphrodite IV. Jednocześnie jest to ta część WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1, która najmniej przypadła mi do gustu. Być może wynika to z faktu, że jest to bardzo typowy team-up, jakich w amerykańskich komiksach można spotkać naprawdę ogromną ilość. Bohaterki najpierw walczą ze sobą, potem znajdują nić porozumienia i wspólnego wroga, przeciw któremu łączą siły. Zieeeew, to już wszystko było. Mnóstwo akcji, wybuchów zderzyło się tu z zerową ilością oryginalności i pewnym zawodem. Jako fan runu Rona Marza w serii o przygodach Sary Pezzini wiem, że tego scenarzystę stać na znacznie więcej.
W powyższych akapitach jest naprawdę sporo narzekania. Mimo wszystko nie ocenię WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 nisko, ponieważ jest coś, co rekompensuje mi całe niezadowolenie związane ze scenariuszem. Są to naturalnie nie-sa-mo-wi-te!! rysunki Stjepana Sejica. To co wyczynia ten facet po prostu nie można inaczej określić. Owszem, zawsze znajdą się zarzuty, że w jego ilustracjach jest zbyt dużo obróbki komputerowej, ale mi zupełnie to nie przeszkadza. Dzięki temu właśnie rysunki Sejica są niepowtarzalne. Oryginalny styl, świetnie dobierane barwy, naprawdę nie ma najmniejszego powodu, do którego można się o cokolwiek przyczepić.
Na plus WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 zaliczyć trzeba także kolejne dwie rzeczy: niską, bo wynoszącą zaledwie pięć dolarów, cenę oraz spora liczbę dodatków. Oprócz standardu w postaci galerii okładek do poszczególnych zeszytów, dodano także krótki preview zbioru DARKNESS: ACCURSED vol. 1 oraz kilkanaście stron, na łamach których kilku twórców opisywało proces powstawania niektórych wariantów okładek. Był to bardzo miły i ciekawy dodatek. Oby w kolejnych zbiorach Top Cow także potrafiło czyś zaskoczyć.
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 polecam przede wszystkim fanom postaci Sary Pezzini. Nowi czytelnicy będą mieli tu spory problem z tym, by wstrzelić się w fabularną ciągłość przygód Witchblade. Warto jednak zadać sobie pytanie: czy wydatek rzędu 20 złotych na ten komiks naprawdę jest tak straszny, by nawet nie spróbować? Ode mnie mocna czwórka.
Na początek mała anegdotka, związana z tym właśnie komiksem. Przeglądając ofertę jednego ze sklepów internetowych, sprowadzający komiksy z USA natknąłem się właśnie na WITCHBLADE: REDEMTION vol. 1 w cenie mniej więcej 18zł. Pomyślałem sobie: „o, najwyższa pora zacząć zbierać run Marza od samego początku, zwłaszcza w takiej okazyjnej cenie” i bez wahania zakupiłem owy komiks. Nawet nie wczytałem się w opis komiksu, ponieważ byłem święcie przekonany, że kupuję WITCHBLADE vol. 1. Mądry polak po szkodzie, jak mawia stare, sprawdzone powiedzenie. To jedno słówko, które gdzieś po drodze mi umknęło sprawiło, że zamiast początku runu Marza przy pisaniu przygód Sary Pezzini, trafiłem w sam jego środek.
Na szczęście opis zbioru, do którego wreszcie dotarłem i nawet go przeczytałem, wysuwał twierdzenie, że jest to „idealny moment na rozpoczęcie śledzenia przygód ikony wydawnictwa Top Cow”. Od razu pragnę was poinformować – nie, nie jest. Akcja WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 rozpoczyna się tuż po zakończeniu historii „War of the Witchblades” (oryginalne zeszyty #125-130) i przynajmniej przez pierwsze dwadzieścia stron mocno to czuć. Dodam zresztą, że wydawca pokusił się o umieszczenie na początku zbioru dwustronicowego przypomnienia/uświadomienia rzeczy, które powinniśmy wiedzieć siadając do lektury komiksu. To chyba samo w sobie najlepiej świadczy o tym, że osoby zupełnie nie znające historii Sary Pezzini, mogą czuć się trochę zagubieni. Na szczęście im dalej w las, tym już tylko lepiej.
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 nie ma jednej, spójnej fabuły. Są to trzy krótsze historie, których w zasadzie nic ze sobą nie łączy. Przyjrzyjmy się im po kolei. Pierwsza z nich, to coś, co określiłbym bardziej jako „War of the Witchblades: Aftermatch”. Na łamach tej liczącej raptem 22 strony historii obserwujemy jak Sara Pezzini wraca do normalnego życia po ostatnich wydarzeniach, przedstawionych w WITCHBLADE vol. 8. Jak już zdążyłem wspomnieć, to właśnie ta część zbioru najmocniej udowadnia, że nie jest to najlepszy moment na wskoczenie w regularne śledzenie przygód posiadaczki artefaktu, ponieważ znajduje się tu mnóstwo odwołań do wspomnianego zbioru. Pojawia się nawet postać nowej Angelus i scena, w której ona występuje ma charakter bardzo symboliczny, ponieważ kończy pewną erę w życiu obu bohaterek. Jak więc w pełni zrozumieć ma ją zupełnie świeży czytelnik? Tego niestety nie zdradzono.
Kolejne dwa zeszyty, z których składa się zbiór, to już historia od której WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 tak naprawdę powinno się zacząć. Opowiada ona o śledztwie Sary i Patricka Gleasona – zawodowo i prywatnie partnera detektyw Pezzini, dotyczącym dzieci, które zaginęły w jednym z okolicznych lasów. W samym jego środku znajduje się pewien zniszczony most, który okaże się być kluczem do odpowiedzi na pytanie: co stało się z zagubionymi? Nie jest to historia szczególnie oryginalna, ale dzięki temu, że scenarzysta bardzo fajnie ukazał relację pomiędzy Sarą a Patrickiem i zepchnął nieco Witchblade na drugi plan, czyta się ją lekko, łatwo i co najważniejsze przyjemnie. Ogólnie podkreślić muszę fakt, że osobiście najbardziej podobały mi się właśnie te fragmenty WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1, w których sam artefakt pozostawał w ukryciu. Być może rację miał Ron Marz, gdy w jednym z wywiadów stwierdził, iż seria WITCHBLADE jest tak popularna, bo oprócz seksownej superbohaterki, Sara Pezzini ma także ciekawy i skomplikowany charakter, czego nie można powiedzieć o sporej rzeczy innych heroin.
Najwięcej Witchblade w Witchblade zawiera druga połowa zbioru, na którą składa się historia „Almost Human”. Na jej łamach Sara krzyżuje swoje drogi z inną znaną bohaterką wydawnictwa Top Cow – Aphrodite IV. Jednocześnie jest to ta część WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1, która najmniej przypadła mi do gustu. Być może wynika to z faktu, że jest to bardzo typowy team-up, jakich w amerykańskich komiksach można spotkać naprawdę ogromną ilość. Bohaterki najpierw walczą ze sobą, potem znajdują nić porozumienia i wspólnego wroga, przeciw któremu łączą siły. Zieeeew, to już wszystko było. Mnóstwo akcji, wybuchów zderzyło się tu z zerową ilością oryginalności i pewnym zawodem. Jako fan runu Rona Marza w serii o przygodach Sary Pezzini wiem, że tego scenarzystę stać na znacznie więcej.
W powyższych akapitach jest naprawdę sporo narzekania. Mimo wszystko nie ocenię WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 nisko, ponieważ jest coś, co rekompensuje mi całe niezadowolenie związane ze scenariuszem. Są to naturalnie nie-sa-mo-wi-te!! rysunki Stjepana Sejica. To co wyczynia ten facet po prostu nie można inaczej określić. Owszem, zawsze znajdą się zarzuty, że w jego ilustracjach jest zbyt dużo obróbki komputerowej, ale mi zupełnie to nie przeszkadza. Dzięki temu właśnie rysunki Sejica są niepowtarzalne. Oryginalny styl, świetnie dobierane barwy, naprawdę nie ma najmniejszego powodu, do którego można się o cokolwiek przyczepić.
Na plus WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 zaliczyć trzeba także kolejne dwie rzeczy: niską, bo wynoszącą zaledwie pięć dolarów, cenę oraz spora liczbę dodatków. Oprócz standardu w postaci galerii okładek do poszczególnych zeszytów, dodano także krótki preview zbioru DARKNESS: ACCURSED vol. 1 oraz kilkanaście stron, na łamach których kilku twórców opisywało proces powstawania niektórych wariantów okładek. Był to bardzo miły i ciekawy dodatek. Oby w kolejnych zbiorach Top Cow także potrafiło czyś zaskoczyć.
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1 polecam przede wszystkim fanom postaci Sary Pezzini. Nowi czytelnicy będą mieli tu spory problem z tym, by wstrzelić się w fabularną ciągłość przygód Witchblade. Warto jednak zadać sobie pytanie: czy wydatek rzędu 20 złotych na ten komiks naprawdę jest tak straszny, by nawet nie spróbować? Ode mnie mocna czwórka.
sobota, 2 listopada 2013
Powrót króla, tylko królowa jakaś inna.
Niespełna dwa lata trwał rozbrat Rona Marza z serią Witchblade. W zeszłą środę ukazał się 170 numer flagowej serii imprintu Top Cow, którego scenarzystą znów jest człowiek odpowiedzialny za moim zdaniem najlepszy okres w dziejach tej bohaterki. Jednak wiele się zmieniło przez te niecałe 24 miesiące. Ba! Zmieniło się w zasadzie wszystko. Marz opuszczał Sarę w momencie, gdy wychowywała swoją córkę Hope, była policjantką, a jej życiowym partnerem był lubiany przez fanów Patrick Gleason. Dziś nie zostało z tego nic, a wszystko przez reboot uniwersum, którego architektem był... Ron Marz. Czego więc możemy spodziewać się po jego drugim runie w tej serii?
Scenarzystą poprzednich dziewiętnastu zeszytów serii Witchblade był Tim Seeley, który klimatem opowiadanej historii zupełnie odszedł od tego, co prezentował Marz podczas swojej pierwszej pracy nad Sarą Pezzini. Nowy-stary scenarzysta niby z uznaniem odnosi się do jego osiągnięć, ale jednocześnie zapowiada że będzie robić komiks zupełnie inny zarówno od swojego poprzednika, jak i od własnego pierwszego podejścia, gdy sprawnie rozbudował uniwersum Top Cow, dodając między innymi kolejne artefakty.
By nie rzucać słów na wiatr, przyznam się, że przeczytałem już Witchblade #170 i jak na razie Marz nie rzuca słów na wiatr. W komiksie zabrakło mistycznego klimatu znanego z pierwszego runu scenarzysty, ale także obyło się bez fabularnych idiotyzmów, którymi co rusz rzucał Seeley. Sarę Pezzini odnajdujemy w małym miasteczku położonym na północy USA, gdzie z dala od większej cywilizacji pracuje jako detektyw. Tym razem trafia na sprawę mordercy, pozbawiającego swoje ofiary głów. To co najciekawsze zostawiłem jednak na koniec - Sara nie nosi swojego artefaktu. Dlaczego? Tego dowiemy się w kolejnych numerach.
Wielokrotnie już dziś przypominany, pierwszy run Marza dał światu nie tylko kilka naprawdę solidnych historii, ale przede wszystkim niesamowitego Stjepana Sejica. Tym razem scenarzysta także współpracuje z debiutantką, lecz niestety nie wróżę jej zawrotnej kariery. Laura Braga "wynaleziona" została dzięki DeviantArtowi i chociaż jest zdecydowanie lepsza niż inni debiutujący w Top Cow artyści z ostatnich miesięcy, lecz moim zdaniem nie wybija się ponad przeciętność i rysunki na pewno nie są tym, co może utkwić w pamięci po przeczytaniu Witchblade #170. Ale to już możecie ocenić sami i wcale się nie zdziwię, jeśli się ze mną nie zgodzicie.
Scenarzystą poprzednich dziewiętnastu zeszytów serii Witchblade był Tim Seeley, który klimatem opowiadanej historii zupełnie odszedł od tego, co prezentował Marz podczas swojej pierwszej pracy nad Sarą Pezzini. Nowy-stary scenarzysta niby z uznaniem odnosi się do jego osiągnięć, ale jednocześnie zapowiada że będzie robić komiks zupełnie inny zarówno od swojego poprzednika, jak i od własnego pierwszego podejścia, gdy sprawnie rozbudował uniwersum Top Cow, dodając między innymi kolejne artefakty.
By nie rzucać słów na wiatr, przyznam się, że przeczytałem już Witchblade #170 i jak na razie Marz nie rzuca słów na wiatr. W komiksie zabrakło mistycznego klimatu znanego z pierwszego runu scenarzysty, ale także obyło się bez fabularnych idiotyzmów, którymi co rusz rzucał Seeley. Sarę Pezzini odnajdujemy w małym miasteczku położonym na północy USA, gdzie z dala od większej cywilizacji pracuje jako detektyw. Tym razem trafia na sprawę mordercy, pozbawiającego swoje ofiary głów. To co najciekawsze zostawiłem jednak na koniec - Sara nie nosi swojego artefaktu. Dlaczego? Tego dowiemy się w kolejnych numerach.
Wielokrotnie już dziś przypominany, pierwszy run Marza dał światu nie tylko kilka naprawdę solidnych historii, ale przede wszystkim niesamowitego Stjepana Sejica. Tym razem scenarzysta także współpracuje z debiutantką, lecz niestety nie wróżę jej zawrotnej kariery. Laura Braga "wynaleziona" została dzięki DeviantArtowi i chociaż jest zdecydowanie lepsza niż inni debiutujący w Top Cow artyści z ostatnich miesięcy, lecz moim zdaniem nie wybija się ponad przeciętność i rysunki na pewno nie są tym, co może utkwić w pamięci po przeczytaniu Witchblade #170. Ale to już możecie ocenić sami i wcale się nie zdziwię, jeśli się ze mną nie zgodzicie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













