Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brian haberlin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brian haberlin. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 stycznia 2021

Hine i Haberlin adaptują twórczość Juliusza Verne'a

Brian Haberlin wykazuje ostatnio ogromną aktywność w Image Comics. Na kwiecień zapowiedziano bowiem kolejny projekt z jego udziałem i tym razem będzie to miniseria oparta na prozie Juliusza Verne'a. Nieco więcej szczegółów poniżej.

"Jules Verne's: Lighthouse" liczyć będzie pięć numerów z czego pierwszy z nich będzie powiększonej objętości. Miniseria ukaże się w ramach studia Shadowline i opowiadać będzie o grupie kosmicznych wyrzutków próbujących przetrwać w bezgranicznym kosmosie. Ich problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś odkrywa ich miejsce zamieszkania, a na jaw zaczynają wychodzić dość niespodziewane rewelacje. Opowiadanie Verne'a w oryginale osadzone było na Ziemi i wrzuciło bohaterów na tajemniczą wyspę. 

W dalszej części posta znajdziecie udostępnione plansze z pierwszego numeru miniserii. "Jules Verne's: Lighthouse" trafi do sprzedaży 14 kwietnia.

środa, 10 lipca 2019

Trzy szybkie newsy: Snyder, Fraction oraz "The Marked"

W tym poście na szybko przelecimy przez trzy newsy, których treści są tak ubogie, że szkoda mi czasu i sił na rozbijanie je na osobne posty.
Scott Snyder ogłosił na swoim Twitterze, że podczas tegorocznego San Diego Comic Conu ujawniony zostanie jego nowy projekt dla Image Comics. Wiadomo na razie iż współscenarzystą będzie Charles Soule, rysować ma Giuseppe Camuncoli, a całość skupi się na USA, które jako kraj kompletnie zamknęły się na resztę świata. Po 30 latach jednak ulega to zmianie i reszta świata wysyła na miejsce ekspedycję, która dowie się jak wiele rzeczy uległo zmianom.

Nieco więcej TUTAJ.
--------------------------------------
David Hine i Brian Haberlin, a więc autorzy czerwcowej premiery "Sonata", ponownie łączą siły i efektem tego będzie komiks "The Marked". Opowie on o grupie influencerów, którzy tak naprawdę stoją na straży porządku w naszym świecie, wykorzystując do tego magię zaklętą we własnych tatuażach.

Premiera w październiku. Nazwisko rysownika/rysowniczki widać poniżej, strona Image niestety nie pofatygowała się aby ujawnić też jego/jej imię.

Nieco więcej TUTAJ.
--------------------------------------
Natomiast na listopad zapowiedziano start serii powieści graficznych autorstwa Matta Fractiona i Elsy Charretier. Ich tytuł to, nomen omen, "November". Pierwsza odsłona skupi się na ukazaniu losów trzech kobiet żyjących wśród członków kryminalnego podziemia. Pewnego dnia odkrywają, że odpowiedzialny za ich nędzny żywot jest jeden mężczyzna i postanawiają się zemścić.

Nieco więcej TUTAJ.

poniedziałek, 31 lipca 2017

SDCC 2017: Średniowieczny Spawn powraca!

Zdarzają się czasem takie dziwne sytuacje, gdy podczas dużych imprez pokroju San Diego Comic Conu, w magiczny sposób wszystkim umykają jakieś newsy. O tym, o czym napiszę poniżej, wszystkim przypomniało się właściwie dopiero w dniu wczorajszym. Tymczasem otrzymaliśmy zapowiedź projektu, w którym wrócą średniowieczne wersje Spawna oraz Witchblade.
Pod koniec tego roku pojawi się kolejna miniseria z udziałem wspomnianych przed chwilą bohaterów. Ma być to kontynuacja komiksu z 1996 (o którym to i owo napisałem TUTAJ), a odpowiedzialni za niego będą dwaj weterani, znani z początkowych lat istnienia wydawnictwa Image, a konkretnie Brian Haberlin oraz Brian Holguin.

Mnie przede wszystkim ciekawi to, jak twórcy rozwiążą pewien mały problem. Mianowicie w finale miniserii sprzed ponad dwudziestu lat doszło do czegoś, co dość jednoznacznie wykluczało kontynuację i związana z tym była należąca obecnie do Marvela Angela. Czyżby reboot? Tego dowiemy się za kilka miesięcy.

Źródło: CBR

poniedziałek, 17 lipca 2017

Z archiwum Image #43

Whilce Portacio spokojnie mógłby wydać kiedyś swoją autobiografię i byłaby to równie ciekawa lektura co dramatyczna. Życie tego twórcy to istna huśtawka. Najpierw zdobył ogromną popularność pracując dla Marvela, gdzie jego styl rysunków bardzo szybko wrył się w pamięć całej rzeczy czytelników, następnie wraz z innymi autorami odszedł z Domu Pomysłów, by założyć wydawnictwo Image. Plany były ogromne, na czele z założeniem własnego studia, lecz pewne tragiczne wydarzenie sprawiło, iż wszystko wzięło w łeb. Między 1992 i 1994 Portacio skupiał się na swojej rodzinie, o czym pisałem swego czasu przy okazji podsumowania pierwszego numeru ”Wetworks”. Gdy rozkręcił ten projekt, na moment wrócił do Marvela, by wreszcie zaproponować czytelnikom kolejnego bohatera, którego wymyślił. I tak właśnie powstało The Darkn…tfu, wróć! Tak powstało ”Stone” :)

sobota, 21 listopada 2015

Twórcy postaci Witchblade o powstawaniu serii

W najbliższą środę studio Top Cow opublikuje ostatni już numer serii "Witchblade". Co prawda tytuł ten zadebiutował w trzecim roku istnienia wydawnictwa Image, do dziś jest uważany - razem ze "Spawnem" oraz "Savage Dragonem" - za ostatnich przedstawicieli pierwszej fali tytułów od tego wydawnictwa. Z racji tego, że seria dobiegnie końca, twórcy postaci Sary Pezzini postanowili opowiedzieć o niej nieco serwisowi Newsarama.
Twórcy zaznaczają, że od samego początku chcieli stworzyć serię utrzymaną w stylu popularnych wówczas cykli "Lady Death" czy "Shi". Oznaczało to kobietę w roli głównej oraz sporą dawkę mistycyzmu w fabule. Długo szukali inspiracji, ponieważ chcieli, by "Witchblade" zdecydowanie odróżniało się od dziesiątek pozycji Marvela czy DC. Jest jednak coś, co zaczerpnięto chociażby ze Spider-Mana. Otóż Silvestri chciał, by w serii było dużo wątków obyczajowych. Mieliśmy więc nie tylko śledzić walkę głównej bohaterki ze złem, lecz także jej zmagania z codziennymi problemami.

Jak się okazuje, nazwa "Witchblade" bardzo nie podobała się Silvestriemu, lecz został do niej przekonany przez Haberlina. Okazało się, że ten drugi miał rację i tytuł przyjął się znakomicie.

Ron Marz z kolei przyznał, że przyszedł do Top Cow pisać przygody Sary Pezzini, ponieważ uważał iż to właśnie ta bohaterka niknie nieco przy popularności "The Darkness", a w jego ocenie jest znacznie ciekawsza. Wiedział, że zaproponowane przez niego zmiany są ryzykowne - tu może wspomnę, że to Marz był orędownikiem "ubrania" Witchblade w coś, co zakrywa niemal całe ciało - ale czuł ogromną satysfakcję, gdy okazało się że jego historie zbierają bardzo wysokie oceny.

Na koniec jeszcze jednak postanowię odnieść się do tego, czego w danym wywiadzie niestety nie ma. Otóż Marc Silvestrii oraz Brian Haberlin rozwodzą się nad powodami sukcesu stworzonej przez nich postaci, niestety niemal kompletnie ignorując wkład ludzi, bez których "Witchblade" prawdopodobnie nigdy nie osiągnęłaby tak dużego sukcesu - nieżyjącego już Michaela Turnera (ledwo w wywiadzie wspomniany) oraz Davida Wohla (niewymienionego zupełnie). Nie jest to może aż tak szokujące, wszak obaj ci panowie odeszli z Top Cow wraz ze swoimi postaciami i założyli wydawnictwo Aspen MLT, lecz mimo to ignorancja Silvestriego i Haberlina powoduje niesmak.

Źródło: Newsarama

wtorek, 16 września 2014

Spawn: Godslayer vol. 1 (Brian Holguin/Jay Anacleto/Brian Haberlin)

Być może nie podzielicie mojego zdania, ale bardzo, naprawdę bardzo nie lubię mieszania w originach postaci komiksowych. Tymczasem taki trend jest bardzo modny w Marvelu czy DC, a żeby daleko nie szukać podam przykład niedawnych rewelacji z jednej z serii z Iron Manem, gdzie główny bohater dowiaduje się że... ha! No coś tam odkrywa :) Czasami zmiany te stają się wymuszone. Wyrokami sądowymi przykładowo. Pamiętacie pewnie, że nieraz wspominałem o zatargu między Neilem Gaimanem i Toddem McFarlane. Jednym z jego efektów było także wycofanie z istnienia postaci Mediewal Spawna, która bardzo fajnie dopełniała rozbudowaną już mitologię serii. Aż do 2008 roku trzeba było czekać na wypełnienie tej pustki, ponieważ właśnie w tym roku ukazał się one-shot ”Spawn: Godslayer vol. 1”, nad którym dziś się skupię.

Na samym początku muszę zaznaczyć to co mi się podobało w warstwie fabularnej komiksu. ”Spawn: Godslayer vol. 1” nie jest osadzony w oficjalnym i obecnie bardzo poszarpanym timeline, lecz daje nim historię w alternatywnym świecie. Jednocześnie niejako przywraca postać Spawna osadzonego w okresie magii i miecza, ale także nie miesza jeszcze mocniej w kontinuum, chociaż McFarlane mógł bez mrugnięcia okiem to zrobić. W końcu to jego marka i on decyduje co może z nią zrobić. No ale wróćmy do warstwy fabularnej. ”Spawn: Godslayer vol. 1” przedstawia nam miejsce noszące nazwę Endra-La. Jego mieszkańcy przypominają klasyczny lud średniowiecznego świata z domieszką magii. Nie ma w nim podziału na Niebo i Piekło, a wszelacy Bogowie to ludzie, którzy zarządzają konkretnymi królestwami. Pewnego dnia do Endra-La zaczyna zbliżać się nieznana postać, której nie sposób zatrzymać. Jest nią Spawn – Rzeźnik Bogów.

W przeciwieństwie do opisywanego jakiś czas temu ”Spawn: Architects of Fear vol. 1”, ten komiks w znacznym stopniu przypadł mi do gustu. Generalnie jest to lektura niezobowiązująca i w sumie krótka, ale mimo wszystko nie powiedziałbym że niepotrzebna. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu Todd McFarlane właściwie nie brał udziału przy powstawaniu historii ze Spawnem i to od razu czuć. Dlaczego? Ponieważ ”Spawn: Godslayer vol. 1” zdecydowanie wyróżnia się sposobem opowiadanej historii. Nie dajcie się zwieść pozorom, sam tytułowy bohater gra tu raczej drugoplanową rolę, która polega na chodzeniu i niszczeniu. Ten komiks przede wszystkim ukazuje mieszkańców Endra-La, którzy stają w obliczu zagłady z ręki niepowstrzymanej siły, a także opowiada o uczuciu dwójki ludzi, które do tych zniszczeń doprowadziło.

Początek ”Spawn: Godslayer vol. 1” jest jeszcze typowy. Widzimy bowiem miasto pełne przepychu i zdeprawowania oraz niejako instynktownie trzymamy kciuki za to, by Spawn z tego świata załatwił wszystkich możliwie w jak najbardziej bolesny sposób. Mniej więcej w połowie scenarzysta Brian Holguin sprawia, że sytuacja się odwraca. Wtedy też poznajemy przeszłość zarówno tytułowego bohatera jak i ”bogini” opiekującej się atakowanym miastem, a kolejne wydarzenia doprowadziły do tego, że zacząłem trzymać kciuki za to, by chociaż garstka mieszkańców wyspy przetrwałą. Scenarzyści jednoznacznie odróżnili tego Spawna od chociażby Ala Simmonsa, robiąc z niego postać niemal jednoznacznie złą i podporządkowaną piekielnym mocom. Było to dość zaskakujące i chociaż wydaje się, że w ”Spawn: Godslayer vol. 1” dało to niezły rezultat, to już próba wycofania się z tego w kontynuacji tego one-shotu sprawiła, że seria szybko została skasowana.

Wadą opisywanego dziś komiksu jest to, że twórcy musieli zamknąć się w 64 stronach i mieli mnóstwo miejsca na rozpisanie fajnej historii, a tak naprawdę momentami czuć straszne dłużyzny. Właśnie we wspomnianej wyżej połowie komiksu kończy się jakiekolwiek podłoże fabularne i rozpoczyna regularna masakra. Wydaje mi się, że służy ona głównie temu, by pokazać kunszt rysownika Jaya Anacleto, co stanowi podobieństwo do przywołanego już ”Spawn: Architects of Fear vol. 1”. Tyle tylko, że w przypadku tamtego komiks była to zaleta, bo rysunki sprawiały iż chciało się przedzierać przez cienką fabułę, tu jest już na odwrót. Nie zrozumcie mnie źle, Anacleto to kolejny piekielnie uzdolniony artysta, który pokazał się ze świetnej strony podczas tworzenia ilustracji do ”Spawn: Godslayer vol. 1”, ale równie dobrze spisywał się w momentach, gdy Holguin bardziej starał się przy scenariuszu. Gdy dano mu wolną rękę przy rysowaniu jednej, wielkiej rozwałki, prace Anacleto nie stały się nagle lepsze. Dlatego też zaryzykuje stwierdzenie, że gdyby Holguinowi bardziej się chciało i w pewnym momencie nie odpuściłby on zawiązywania całkiem niezłej fabuły, to i końcowa ocena tego komiksu byłaby z cała pewnością wyższa.

W komiksie znalazło się miejsce dla ośmiu stron dodatków, które w rzeczywistości są po prostu galerią szkiców wzbogaconą o fajnie przedstawiony proces powstawania najbardziej charakterystycznych plansz. Spodobała mi się taka drobnostka jak to, że te cztery kartki są wydrukowane na innej jakości papierze, zdecydowanie bardziej pasującym do tego typu bonusów. Plus dla wydawcy za umieszczenie materiałów dodatkowych, minus za to, że było ich tak niedużo. Niewielki, ale jednak :)

”Spawn: Godslayer vol. 1” kosztował mnie niecałe 25zł i uważam, że nie wyrzuciłem pieniędzy w błoto. Widać wyraźnie, że komiksu mógłby być zdecydowanie lepszy, ale jako że sam całkiem niedawno wylewałem pomyje na znacznie gorszy one-shot ze Spawnem, to jednak cieszę się, że w tym przypadku jest nieco pomysłowości. Dla fanów postaci rzecz obowiązkowa, reszta może lecz nie musi. 3.5/6