środa, 26 lipca 2017

Moonshine vol. 1 (Brian Azzarello/Eduardo Risso)

UWAGA: Powyżej widzicie okładkę wydania zbiorczego, które ukazało się 14 czerwca 2017 roku. Recenzja powstała jednak w oparciu o wydanie zeszytowe.

Napis na okładce wydania zbiorczego, którą widzicie zresztą powyżej, głosi iż ”Moonshine” jest bliski ideału. Tymczasem jak na razie, jest to dla mnie najsłabsza pozycja w dorobku tego duetu. Zanim jednak zaczniecie wieszać na mnie psy, doczytajcie dalej, ponieważ nie oznacza to, że dalsza część tekstu będzie jednym wielkim marudzeniem. W zasadzie będzie wręcz przeciwnie.

"100 Naboi”, ”Flashpoint: Batman Knight of Vengeance”, ”Spaceman”, ”Brother Lono” – to są tytuły duetu Brian Azzarello/Eduardo Risso, z którymi miałem dotąd do czynienia. Nie znam “Batman: Broken City” (które zdaje się chyba nawet w Polsce wyszło lata temu), ale z tego co słyszałem tu i ówdzie, niewiele straciłem. Niemniej jeśli chodzi o cztery wymienione na początku tego akapitu komiksy, to jednak każdy z nich wywarł na mnie dużo większe wrażenie, niż pierwszy tom ”Moonshine”. Jednocześnie, do czego zaraz dojdę, cholernie dobrze bawiłem się czytając każdy z sześciu numerów składających się na pierwszy story-arc. Przy zachowaniu odpowiednich proporcji, zadziałał tutaj trochę coś, co nazwę ”czynnikiem Alana Moore’a”. Polega on na tym, że gdy dany twórca/twórcy nieustannie tworzą rzeczy rewelacyjne i bliskie perfekcji, ta ”zaledwie” bardzo dobra jawi się jako najsłabsza ze wszystkich, nawet jeśli swoim poziomem zjada na śniadanie 80% oferty wydawnictw z USA. I tak właśnie mam z ”Moonshine”.

O czym właściwie jest ten komiks? Cofamy się do czasów prohibicji, gdy kwitł handel bimbrem i innymi nielegalnie wytwarzanymi alkoholami. Lou Pirlo – miejscowy gangster niższego szczebla, popadający w coraz większy alkoholizm, otrzymuje pozornie prostą robotę. Ma on przekonać do zawarcia umowy handlowej Hirama Holta – twórcę zdecydowanie najlepszej księżycówki (ang. moonshine, inaczej po prostu bimber) we Wschodniej Virgini. Oczywiście nic nie może iść zbyt łatwo, gdy okazuje się, że mężczyzna jest równie przebiegły i bezwzględny do lokalni gangsterzy, nie ma wielkiej ochoty na żaden handel, zaś jego rodzina skrywa naprawdę mroczny sekret, który ujawnia się zwłaszcza przy pełniach księżyca. Chyba domyślacie się o co może chodzić?

Azzarello i Risso wracają tutaj do klimatów, w których już niegdyś cudownie się odnaleźli, lecz nie oferują powtórki z rozrywki. Chociaż opis może sugerować, że dostaniemy coś mocno zbliżonego do ”100 Naboi”, tylko z dodatkowym smaczkiem w postaci wątków grozy, bardzo szybko można w trakcie lektury zauważyć, że zwłaszcza Azzarello stara się jak może, by skojarzenia z najsłynniejszym do dziś dziełem jego i Risso zniknęły. Tam, przynajmniej dla mnie, główną siłą opowieści były stosunkowo prosto wykreowane postacie, które postawione w niezwykłych okolicznościach ukazywały mroczne zakamarki ludzkiej duszy. ”Moonshine” z kolei bardzo mocno stawia na budowę niepowtarzalnego klimatu snutej opowieści, w początkowych przynajmniej zeszytach nie starając się jakoś szczególnie mocno wgłębiać się w psychologię postaci. Owszem, otrzymujemy sporo informacji na temat głównych bohaterów komiksu, ale nie jest to w mojej ocenie nic szczególnie oryginalnego. Azzarello jednak udaje się, mam nadzieję oraz wrażenie iż robi to celowo, odwracać naszą uwagę od tego szkopułu i daje tyle pozytywnych aspektów w fabule, że ta jedna rzecz w zasadzie wcale nie razi.

Bardzo przypadł mi do gustu fakt, że głównym bohaterem ”Moonshine” jest niezbyt rozgarnięty tchórz, który bardzo łatwo daje sobą manipulować. Podejmuje on jedną nieprzemyślaną decyzję za drugą i chociaż jak napisałem wcześniej, nie jest to zbyt oryginalna postać, to z szaloną przyjemnością wyczekiwałem momentów, w których na jaw wychodziło, iż znów dał się komuś wyrolować. Raczej oczywistym krokiem w rozwoju Lou będzie zapewne ponowne robienie z niego mężczyzny z jajami, a przekonanie to wzmacnia końcowy cliffhanger, lecz mam nadzieję, iż nie będzie to proces zbyt szybki.

Trudno oczywiście nie wspomnieć o tej części komiksu, która skupia się na elementach grozy. Bardzo przypadło mi do gustu w ”Moonshine” to, że obaj twórcy znaleźli bardzo fajny pomost pomiędzy komiksowym horrorem, a klimatem gangsterskim w czasach prohibicji. Omawiany dziś tytuł ogólnie jest dość mroczny, lecz czytelnik nie czuje nagłego szarpnięcia i uderzenia w twarz przy przejściu z jednej tematyki do drugiej. Zarówno Azzarello jak i Risso wykonali kawał solidnej roboty, dzięki czemu zupełnie nie odnosiłem wrażenia, że obecność wilkołaków w opowieści o gangsterach (lub też jak kto woli, na odwrót) jest jakaś nienaturalna. Nie jest to łatwa sztuka, sam miałem do czynienia z wieloma komiksami, gdzie połączenie dwóch na pierwszy rzut oka zupełnie nie pasujących do siebie klimatów, w końcowym rezultacie wyszło bardzo sztucznie.

Tutaj jednak ukłony zdecydowanie bardziej w stronę rysownika Eduardo Risso. Już wspomniałem nieco wcześniej, że ”Moonshine” szybko odznaczyło się niepowtarzalnym klimatem. Teraz dopisać muszę, że uważam tak przede wszystkim dzięki staraniom tego uznanego artysty. Styl rysowania Risso to dla mnie coś niesamowitego – operuje on na pierwszy rzut oka dość prostą kreską, często unika lub mocno ogranicza drugi plan, zaś używana przez niego w ”Moonshine” paleta barw nie jest szczególnie rozbudowana, a jednak kolejny raz pokazał on się z tak dobrej strony, że dziś trudno mi chociażby pomyśleć, że taki lub taki rysownik spisałby się przy tym tytule lepiej. Wszystko tu ze sobą świetnie współgra, bardzo podoba mi się operowanie cieniem oraz kolorami przez Risso, zaś okładki poszczególnych zeszytów to już w ogóle cud, miód i księżycówka :)

Czego zatem zabrakło do wystawienia najwyższych możliwych not? Chyba tylko tego, że twórcom nie udało się sprawić, bym na kolejne numery czekał jak na szpilkach. ”Moonshine” wróci na sklepowe półki i bardzo mnie to cieszy, wypatruję już zapowiedzi, lecz są tytuły, którymi jaram się bardziej.

Przypuszczam, że w liczącym 144 strony wydaniu zbiorczym nie znajdziecie innych dodatków niż właśnie wspomniane rovery, lecz oczywiście mogę się mylić. ”Moonshine vol. 1” dostępny jest w cenie dziesięciu dolarów, a te wydania z reguły bonusowych materiałów mają nieznaczne ilości.

Czy warto kupić omawiany dziś komiks? Jeśli szukacie fajnego horroru – warto. Jeśli rozglądacie się za niezłą historią gangsterską – warto. Jeżeli jesteście fanami duetu Azzarello/Risso – nie ma nad czym się zastanawiać. Premierowy tom ”Moonshine” to dla mnie najsłabsza rzecz we wspólnym dorobku tej dwójki, ale tylko dlatego, bo troszeczkę zabrakło jej do ideału. Zaś za takie komiksy uważam inne znane mi dzieła wspomnianego duetu.

---------------------------------------------------------------------------

"Moonshine vol. 1" do kupienia w ATOM Comics

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz