czwartek, 6 kwietnia 2017

I Hate Fairyland vol. 2: Fluff My Life (Skottie Young)

UWAGA: Powyżej widzicie okładkę wydania zbiorczego. Poniższa recenzja powstała jednak w oparciu o wersję zeszytową.

Trochę czasu upłynęło od zakończenia pierwszego story-arcu na łamach serii ”I Hate Fairyland”. Ten przedstawił zakręconą, bezkompromisową oraz moim zdaniem całkiem zabawną historię Gertrudy, który od kilkunastu lat uwięziona jest w ciele dziecka w baśniowej krainie i naprawdę jest w stanie zrobić i zabić wszystko, byle tylko się z niej wydostać. To, co całkiem przyjemnie zadziałało we wspomnianym otwarciu tytułu, w drugim jego tomie musiało zostać w jakiś sposób rozwinięte, by utrzymać świeżość tytułu i zainteresowanie czytelnika. Skottie Young stanął więc przed zadaniem, które w jego karierze scenarzysty nie wychodziło mu jak dotąd szczególnie dobrze i uważam, że chociaż końcówka pierwszej zbiorczej odsłony serii ”I Hate Fairyland” dawała pewne nadzieje, to jednak tym razem także się nie obronił.

"Fluff My Life”, podobnie jak poprzedni tom serii, składa się z pięciu zeszytów. Końcówka pierwszego story-arcu umieściła Gertrudę na tronie baśniowej krainy i można było pomyśleć, że właśnie to będzie głównym wątkiem kolejnego. Nic bardziej mylnego. Osobiście uważałem, że na łamach dzisiaj omawianego komiksu Sottie Young musi odejść od dotychczas stosowanego zabiegu, polegającego na pokazywaniu kolejnych, krwawych bijatyk, połączonych ze sobą luźno zarysowaną fabułą i faktycznie tak też zrobił. Tu jednak nasze spojrzenia na ”I Hate Fairyland” mocno się rozjechały. Wydawało mi się, że dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie na karty komiksu bardziej wyrazistej i skoncentrowanej historii, przy jednoczesnym zachowaniu największych zalet komiksu, Young uznał z kolei, że lepszym wyjściem będzie uczynienie z serii ciągu krótkich historii, które tym razem w zasadzie nie mają wspólnego motywu. Efekt jest taki, że drugi tom ”I Hate Fairyland” zaczyna zjadać swój własny ogon, pomimo faktu bycia tytułem stosunkowo nadal świeżym.

Pierwsze tego oznaki widać już w zeszycie otwierającym ”Fluff My Life”, w którym Young kompletnie nie wykorzystał potencjału pomysłu, jakim zamknął pierwszy tom serii i po zaledwie jednym zeszycie wracamy do tego, czym komiks raczył nas dotychczas. Gertruda ”zwolniona” z posady królowej baśniowej krainy ponownie wyrusza w poszukiwania drogi do swojego prawdziwego domu, a seria ponownie staje się ciągiem krwawych rozpieruch, które nie tylko w żaden sposób nie zaskakują, ale też w pewnym momencie czytelnik ma wszelkie prawo zacząć odczuwać, że do niczego konstruktywnego one nie prowadzą. Ktoś z Was pewnie powie, że przecież ”I Hate Fairyland” nigdy nie uchodziło za tytuł szczególnie ambitny i nie powinienem mieć zbyt wysokich oczekiwań. Tutaj oczywiście się nie zgodzę. Nawet tytuł nie posiadający aspiracji do bycia czymkolwiek więcej niż komedią akcji nie może zapominać o tym, by małymi kroczkami chociaż robić postępy. Komiks musi utrzymywać uwagę i zainteresowanie, a z tym Young ma na łamach ”Fluff My Life” wyraźne. Praktycznie nie rozwija on swoich postaci, drugi plan nikogo nie interesuje bo i tak jest przeznaczony na przemiał, a gdy już okazyjnie pojawia się nieźle zapowiadający się pomysł, kilkanaście stron później zostaje on spuszczony w kiblu przez wcześniej przyjętą, niestety z rozdziału na rozdział coraz nudniejszą konwencję. Weźmy na przykład pojawienie się kolejnego przybysza z ”naszego świata”, a więc chłopca o imieniu Duncan. Gdy wydaje się, że ten ślamazarny i biegający w stroju smoka jegomość może być fajnym dodatkiem do obsady, wprowadzającym w świat Gertrudy nową dynamikę, ta już w kolejnym numerze przegrywa go w ramach Fairylandowego fight clubu, wątek na tym się kończy, a my znów wracamy do znanego nam już duetu Gert/Larry, który na łamach drugiego tomu ”I Hate Fairyland” nie zmienił się nijak w stosunku do początkowych numerów. Dokładnie, obie te postacie są dokładnie takie same i nie widać było nawet przez moment jakichkolwiek prób ich rozwoju. Dreptanie w miejscu oraz jeszcze bardziej niż w pierwszym tomie szczątkowa fabuła są zdecydowanie największymi wadami omawianego dzisiaj komiksu.

Są jednak też i zalety. Humor prezentowany na łamach ”I Hate Fairyland” przez Younga nadal momentami potrafi być obezwładniająco zabawny. Niejednokrotnie szczerze zaśmiałem się na widok konkretnej sceny czy dialogu, a przeuroczo zmiękczone przekleństwa (także i to z tytułu tomu) nadal totalnie przypadają mi do gustu. Ponadto zawsze lubiłem doszukiwać się odniesień do bardziej lub nieco mniej znanych popkulturowych tworów i zapewniam, że ”Fluff My Life” jest pod tym kątem prawdziwą kopalnią, a część ze smaczków jest naprawdę pomysłowa i ciekawie wykorzystana. Na wyszukiwaniu ich wszystkich można spędzić całkiem sporo czasu.

Nie mam także zupełnie nic do zarzucenia warstwie graficznej. Skottie Young i jego bardzo charakterystyczny styl spokojnie mógł części z Was już dawno się przejeść, lecz dla mnie nadal jest to wyborna uczta dla oczu. ”I Hate Fairyland” obfituje w sceny, w których naprawdę dużo rzeczy dzieje się na drugim planie poszczególnych plansz, a twórca dodatkowo raz za razem potrafi wpaść na bardzo niekonwencjonalne rozwiązanie. W jednym z rozdziałów Younga wspomógł Jeffrey ”Chamba” Cruz, który wspomniany już nieco wcześniej ”Fairylandowy fight club” udanie i bardzo klimatycznie przedstawił jako bijatykę niemal żywcem wyjętą z popularnych przed wieloma laty automatów do gier Zresztą to w sumie nic dziwnego, skoro budynek w którym toczyły się pojedynki był wizualnie właśnie taką maszyną.

Nie wiem niestety jak prezentuje się wydanie zbiorcze, lecz w zeszytach znajdowało się miejsce dla paru materiałów dodatkowych. Były to najczęściej pin-upy różnych autorów, ale pojawiło się także miejsce dla galerii cosplayerów. Przypuszczam, chociaż pewności nie mam, że wszystko to znajduje się w trejdzie. Jego cena to piętnaście dolarów i jeśli został opublikowany w takim samym standardzie jak premierowy zbiór, do kwoty tej nie można się przyczepić.

Czy warto jednak sięgnąć po drugi tom ”I Hate Fairyland”? Niestety nie jestem do końca przekonany. Tytuł ten nie jest tragiczny i wielu z Was zapewne odnajdzie w nim wiele dobrego. Dla mnie jednak jest to kolejny dowód na to, że Skottie Young nie jest zbyt dobrym scenarzystą. ”Fluff My Life” przede wszystkim boleśnie to obnaża, a dopiero potem stara się zaoferować coś w zamian. I nie każdemu może się to spodobać. 

"I Hate Fairyland vol. 2: Fluff My Life" do kupienia w sklepie ATOM Comics.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz