środa, 26 października 2016

Nie tylko komiks #32

Będę o tym pewnie pisać za jakiś czas w jednej z kolejnych odsłon, ale premierowy epizod siódmego sezonu ”The Walking Dead” wbił mnie w fotel i myślę, że spokojnie można nazwać go jednym z dwóch-trzech najlepszych jak dotąd odsłon tego serialu. Odcinek rozruszał mnie na tyle, że stwierdziłem ”a co mi tam?” i nadrobiłem zalegający już od dwóch tygodni finał drugiego sezonu ”Fear the Walking Dead”. I nie będę się tu bawić w zbędne ceregiele – ten serial to dno, kicha, żenada, zwykła sraka i poświęcenie jej tyle czasu jest prawdopodobnie równie przyjemne, co kopanie się prądem po jądrach oraz dodatkowe okładanie się po tym samym miejscu brzeszczotem przy jednoczesnym podcinaniu sobie żył kartką papieru. W tekście, oprócz mnóstwa hejtu, jest także spora dawka spoilerów.

Po półfinale sezonu ekipa głównych bohaterów nieco się rozdzieliła. Nick opuścił niejako przymusem jedną społeczność dość mocno przypominającą sektę, by za moment trafić do kolejnej, dowodzonej przez kolejnego guru. Travis i Chris, po tym jak temu drugiemu ewidentnie zaczęło odpier... odwalać, postanowili oddzielić się od reszty i poszukać nieco spokoju. Wkrótce jednak trafiają na trzech amerykańskich nastolatków, dla których zombie-apokalipsa to jedna, długa impreza. Reszta zaś odnajduje wielki, luksusowy hotel, który może stać się dla nich fortem i schronieniem. Tyle tylko, że w środku znajduje się nie tylko horda trupów, ale także kilka całkiem żywych osób.

Już w pierwszej połowie drugiego sezonu ”Fear the Walking Dead” było widać, że AMC mogło przykręcić nieco kurek z pieniędzmi, lecz nijak ma się to do tego, co zrobiono z kolejnymi siedmioma epizodami. Pod kątem fabularnym można odnieść wrażenie, że do pisania scenariuszy zatrudniono uczniów amerykańskich odpowiedników szkół podstawowych, a także uznano, że posady osób odpowiedzialnych za zachowanie jakichkolwiek pozorów sensu w tej produkcji to zbędne etaty, po czym je wycięto. Serial-matka bardzo często zaliczał większe lub mniejsze, fabularne dziury, lecz to co działo się tutaj, przypominało mi stan drogi między Katowicami i Czeladzią, gdzie niejeden autobus stracił miskę olejową.

Właśnie dzięki ”Fear the Walking Dead” możemy się dowiedzieć, że jednego dnia można wrzucić hordę zombie do pobliskiej zatoki, gdzie panują bardzo silne prądy, zaś kolejnego – w tym samym miejscu uczyć się podstaw surfingu. To właśnie ten serial informuje nas, że więź matki z synem jest tak silna, że po usłyszeniu słowa ”americano” Madison nie tylko od razu wie, że chodzi o Nicka, a nie na przykład o... kawę ;) Co więcej, kompletnie ignoruje ona fakt, że jest w pomieszczeniu pełnym uzbrojonych ludzi, którzy dla zabawy torturują innych i DOMAGA się od szefa tych złych informacji na temat syna. To właśnie w ”Fear the Walking Dead” możecie się przekonać, że człowiek po wstępnym szkoleniu medycznym może na luzie przeprowadzać skomplikowaną operację w warunkach polowych. To także ten serial pokazuje nam postacie, którzy zabijają się wzajemnie tylko dlatego, bo jeden z nich ranił się w nogę i logiczniejsze (!) jest go odstrzelić, niż poczekać kilka dni, aż się wyleczy. Siła wiary także czyni cuda, ponieważ w przedostatnim epizodzie widzimy około 20 osób szturmujących płot hotelu, których jest w stanie powstrzymać... hm... no właściwie to nawet nie wiem co, bo powtórny rzut oka na tę scenę sugeruje, że brama niczym zamknięta nie była. Warto także wspomnieć, że gdy wchodzisz na teren opuszczonego hotelu, to po sprawdzeniu czy w holu i barze są zombie, należy rozpocząć zwykłe chlanie. Tak przynajmniej zrobili Victor oraz Madison, zaś gdy w końcu otoczyły ich trupy (btw – niezamierzenie przekomiczna scena przy barze, screen wątpliwej jakości poniżej), w kilka sekund przeszli z fazy ”zalani w trzy dupy” do ”trzeźwi jak dzieci”.
Kogoś tu cholernie mocno suszy.

Oczywiście jest tego więcej. Gdziekolwiek by nie trafił Nick, okazuje się, że jego narkotykowa przeszłość jest w jakiś sposób ”użyteczna” i ponadto potrafi on wyniuchać innego ćpuna. Logiczne przecież jest, że jak ktoś w ponad trzydziestostopniowym upale poci się i drżą mu ręce, to jest to z narkotykowego głodu, a nie np. z odwodnienia, prawda? Jak zaś pozbyć się z serialu zdecydowanie najbardziej irytującej postaci, jaką bez wątpienia był Chris? Twórcy ”Fear the Walking Dead” uznali, że świetnym wyjściem będzie... jego zaśnięcie za kierownicą oraz finalne odstrzelenie rannego chłopaka przez ”kumpli, którzy go rozumieją” i pokazanie tego wszystkiego w formie retrospekcji :) Żenująca scena pokazująca żenujący zgon żenującej postaci. W sumie wszystko w klimacie.

A czy wspomniałem o Ofelii, która w pewnym momencie odłącza się od grupy i rozpoczyna samotna podróż w nieznane miejsce i w nieznanym celu, zaś całość jest pokazana w taki sposób, że chyba nikogo to nawet za szczególnie nie interesuje?

Wymieniłem tu tylko te rzeczy, które najbardziej mnie poirytowały. Zapewniam jednak, że głupot i nielogiczności było znacznie, znacznie więcej, zaś całość konsekwentnie pikowała swoim poziomem w dół. Gdyby chociaż reżyseria poszczególnych odcinków dawała jeszcze radę, nie byłoby tak źle. Niestety nawet to było po prostu żałosne i momentami miało się wrażenie tego, że śledzimy jakiś paradokument. W tym wszystkim szkoda mi było właściwie tylko trójki aktorów. Colman Domingo oraz Kim Dickens w pierwszym sezonie pokazywali niejednokrotnie, że nie brak im charyzmy oraz aktorskich umiejętności. Z tego powodu mocno ubolewam nad tym, że ich postacie szybko zostały spłaszczone do grubości kartki papieru. No i jest jeszcze Alicia Debnam-Carey oraz wątek jej bohaterki. Swoisty ewenement, ponieważ z jakiegoś powodu twórcom ”Fear the Walking Dead” udało się nie spieprzyć tej postaci, a nawet pogłębić jej charakter i utrzymywać w miarę ciekawą przez całość drugiego sezonu. I to chyba jedyny plus tych wszystkich odcinków.
 Alicia Debnam-Carey

Niestety druga połowa omawianego sezonu ”Fear the Walking Dead” była okrutnie straszna. Fabularne dno i całkowita nuda, aktorski koszmar, który w znakomitej większości zawdzięczamy reżyserom, wpadka na wpadce, szybki odpływ ponad 50% widzów i... totalnie nieciekawa zapowiedź trzeciego sezonu. Już powoli zaczynam modlić się, by w przyszłe wakacje pojawiło się kilka innych, ”pasujących” mi seriali. Jeśli tak się nie stanie, pewnie z jakiegoś powodu zrobię to, czego obecnie po prostu nie chcę i zmuszę się do obejrzenia kolejnych odsłon tego dna.

I ja wiem, że w tekście tym pominąłem wiele aspektów serialu, ale uwierzcie mi – drugi sezon ”Fear the Walking Dead” nie ma w sobie nic (za wyjątkiem Alicii), o czym można napisać pozytywnie.

Unikać możliwie jak najbardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz