czwartek, 4 sierpnia 2016

Paper Girls vol. 1 (Brian K. Vaughan/Cliff Chiang)

UWAGA: Powyżej widzicie okładkę kwietniowego wydania zbiorczego. Poniższy tekst powstał jednak w oparciu o wersje zeszytowe. 

Po wieloletniej dominacji ”Sagi”, rozdanie tegorocznych nagród Eisnera tytuł ten zakończył bez żadnego wyróżnienia, lecz Brian K. Vaughan i tak nie miał prawa narzekać. ”Paper Girls”, jego najnowszy tytuł dla Image Comics zdobył dwie statuetki: za najlepszą nową serię oraz dla najlepszego rysownika. Jako, że już od jakiegoś czasu dostępne jest wydanie zbiorcze pierwszego story-arcu, przyjrzyjmy się czy nagrody te są uzasadnione?
 
Jest rok 1988. Dwunastoletnia Erin i jej trzy przyjaciółki jak zwykle udają trochę dorobić, rozwożąc gazety po okolicy, w której mieszkają. Jednakże tego dnia niemal nic nie wydaje się być takie jak zazwyczaj. Ludzie mówiący dziwnym językiem, ubrani w nietypowe skafandry czy wreszcie dinozauropodobne stworzenia unoszące się w powietrzu – tak, to zdecydowanie oznacza, że dzieje się coś niepokojącego. Dziewczynki dostają się przypadkiem z sam środek międzywymiarowej potyczki, której ceną będzie los naszego świata i... ich dzieciństwa.

Na premierę ”Paper Girls” czekałem z ogromną niecierpliwością już od momentu pierwszych zapowiedzi tego komiksu. Na papierze wszystko wskazywało na to, że Brian K. Vaughan ma w swoim ręku kolejnego pewniaka na hit nie tylko sprzedażowy. Jakież było moje zdziwienie, gdy po otrzymaniu premierowego numeru tej serii, zaprezentowana historia jakoś szczególnie mocno nie porwała. Czyżbym miał doczekać się drugiego w niedługim okresie czasu komiksu Vaughana, który tak naprawdę niczym szczególnym się nie wyróżnił? Szczęśliwie, kolejne numery były już dawno w następnych zamówieniach i te już zupełnie odmieniły niezbyt korzystne, pierwsze wrażenie. Początkowy rozdział ”Paper Girls” stoi bliżej premiery ”We Stand on Guard” niż ”Sagi”. Ten drugi tytuł całkowicie zauroczył mnie już od pierwszych stron, przez co stałem się absolutnie maniakalnym fanem, zaś miniseria rysowana przez Steve’a Skroce była po prostu ok. Tyle tylko, że po Brianie K. Vaughanie oczekujemy zawsze czegoś więcej niż ”ok”, stąd moje początkowe obawy. Niemniej jak już wspomniałem, następne numery całkowicie odmieniły początkową opinię.

Pierwszy zeszyt wprowadził nas w realia świata wykreowanego przez Vaughana, lecz zrobił to bez większych fajerwerków i dość niespiesznym, by nie powiedzieć powolnym tempie. Zostały tam już zarysowane zalążki głównej intrygi, które jakoś nie intrygowały. Od drugiego numeru tempo opowiadanej historii zdecydowanie przyspiesza i nie zwalnia już do samego końca pierwszego story-arcu, zaś Vaughan zaczyna pokazywać to, za co go absolutnie uwielbiam. Chociaż sama historia skupia się na międzywymiarowym konflikcie, w centrum którego znalazły się główne bohaterki, to jednak bardzo szybko dostrzegamy, iż scenarzysta zastosował tutaj chwyt bardzo podobny jak w ”Sadze”. Tam, pomimo ogromnej wojny i wielowątkowej fabuły, najważniejsza opowieść to ta o rodzinie, której miłość i przetrwanie raz za razem wystawiana jest na ciężkie próby. ”Paper Girls” z kolei szybko okazuje się być historią o przyjaźni i dorastaniu, które rzuca przed nami problemy, o jakich nigdy byśmy nie pomyśleli. Każda z głównych bohaterek serii to postać z krwi i kości. Dziewczynki mają jasno zarysowane charaktery, każda znacznie się od siebie różni, lecz łączy je nie tylko przyjaźń, ale także stawianie czoła stosunkowo przyziemnym problemom. Jasne, dziejący się w tle konflikt jest niezwykle istotny, lecz po przeczytaniu pierwszych pięciu zeszytów ”Paper Girls”, nie interesowało mnie to nawet w połowie tak, jak losy dziewczynek. Wydaje mi się, że pomimo tego, iż w obsadzie brakuje chłopców, to jednak każdy czytelnik znajdzie w Erin lub jednej z jej towarzyszek cząstkę siebie i podczas lektury poczuje chociaż odrobinę nostalgii. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie świetna kreacja każdej z dziewczynek, lecz nie jest to nic szczególnie zaskakującego. Brian K. Vaughan niejednokrotnie pokazywał już, że mało kto dorównuje mu pod względem tworzenia od ręki postaci, z którymi naprawdę chciałoby się zaprzyjaźnić.

Komiks oczywiście kończy się całkiem mocnym cliffhangerem, a ponieważ wciąż czytam ”Paper Girls” w zeszytach, to mogę napisać że warto czekać na drugi tom komiksu. Ten już od pierwszych stron trzyma bardzo wysoki poziom.

Cliffa Chianga wielbię praktycznie od samego początku jego pracy nad ”Wonder Woman” do scenariusza Briana Azzarello. Niewiele wyobraźni trzeba, by domyślić się jak bardzo ucieszyłem się na wieść o jego zaangażowaniu w ”Paper Girls”. Jeszcze jakiś czas temu obawiałem się, że pisząc ten tekst zbyt mocno będę się rozpływać nad pracami tego artysty, lecz Eisner jakiego otrzymał niedawno trochę sprawę mi ułatwia. Absolutnie uwielbiam lekki, nieco kreskówkowy styl tego Chianga, który w dzisiaj recenzowanym komiksie nie tylko pokazał pełnię swoich niebagatelnych umiejętności, ale także fenomenalnie współpracuje z Mattem Wilsonem, który odpowiedzialny jest za kolory. Począwszy od niesamowicie klimatycznych okładek poszczególnych numerów, które za każdym razem są podwójną ilustracją utrzymaną w dwóch-trzech, za każdym razem innych barwach (tu troszkę ubolewam, że okładka wydania zbiorczego nie do końca utrzymała ten trend), na środku komiksu kończąc, ”Paper Girls” jest ucztą dla oczu. Zdecydowanie wartą zebranego niedawno wyróżnienia. Nie wyczekujcie jednak niesamowicie szczegółowych, bogatych w detale ilustracji. Chiang najlepiej odnajduje się w momentach, gdy zyskuje więcej swobody. I właśnie to widać w omawianym komiksie, ponieważ artysta ten po prostu fenomenalnie kadruje, prowadząc czytelnika po przedstawianym świecie w sposób nadzwyczaj lekki. Jego ilustracje są bardzo czytelne, chociaż duża w tym też zasługa wspomnianego przed chwilą kolorysty. Matt Wilson kolejny raz pokazał, że doskonale odnajduje się w swojej robocie, zaś ”Paper Girls” jest kolejnym, po ”The Wicked + The Divine”, komiksem, na którym odcisnął wyraźnie zauważalne piętno. To on lub ewentualnie Elizabeth Breitweiser, powinni zbierać najwyższe laury za swoją pracę.

Zaś jeśli chodzi o Eisnera przyznanego w kategorii ”Najlepsza nowa seria”, to może Was zdziwię, ale chociaż ”Paper Girls” w większości chwalę, to jednak wcale nie kręciłbym nosem, gdyby kategorię tę wygrało ”Monstress”, ”Bitch Planet” czy ”Harrow County” z Dark Horse.

Zeszytowe wydania tego komiksu zawierały nie tylko bardzo nietypową rubrykę listową, ale także składający się z kilku części plakat, który później można było połączyć w całość. Niestety nie wiem jak wyglądają dodatki w wydaniu zbiorczym, ani nawet czy w ogóle jakieś są, lecz nie jest to szczególnie istotne. Pierwszy wolumin ”Paper Girls” ukazał się bowiem w specjalnej cenie dziesięciu dolarów i jeśli naprawdę fajnie skonstruowana fabuła oraz świetne rysunki jeszcze Was nie przekonały, to tu macie kolejny argument.

Paper Girls” pod wieloma względami może kojarzyć się z ”Sagą”, lecz brakuje tu tych nieraz irytujących momentów, których celem było przełamanie kolejnego tabu. To żaden minus, ponieważ dzięki temu historia absolutnie może przypaść do gustu także nieco młodszym czytelnikom. Mocno trzymam kciuki za to, by któryś z polskich wydawców zainteresował się tym komiksem, który pomimo tylko poprawnego, pierwszego rozdziału, koniec końców i tak ocenię na 5/6 

"Paper Girls vol. 1" do kupienia w ATOM Comics

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz