To już przedostatni dubel :)
Pierwszy tom WITCHBLADE: REDEMPTION oceniłem na czwórkę, zarzucając
mu nieprzystępność dla zupełnie nowego czytelnika. Przypomnę, że
zamieszczone tam historie dzieją się już po „War of the Witchblades”,
które zebrano i wydano jako WITCHBLADE vol. 8. Cena w wysokości pięciu
dolarów zachęcała jednak do sięgnięcia po ten komiks, który koniec
końców okazywał się naprawdę niezłym czytadłem. WITCHBLADE: REDEMPTION
vol. 2 cierpi na bardzo podobny problem. Po pierwsze dzieje się
równolegle do pierwszego tomu zbiorczego ARTIFACTS (który też kiedyś
zrecenzuje, obiecuję) i to czuć. Jednocześnie, zaprezentowane na łamach
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 historie sprawiają, że nie tylko zupełnie
mi to nie przeszkadzało, a wręcz żałowałem, że komiks tak szybko się
zakończył.
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 nie składa się z jednej,
ciągłej historii. W zasadzie jest to zbiór kilku krótkich opowiastek.
Spróbuję więc opisać pokrótce każdą z nich, ponieważ momentami różnią
się one od siebie stylem, ale także i poziomem. Zbiór otwiera
jednoczęściowe „The Demon Within”, na łamach którego Sara Pezzini
spotyka na swojej drodze Necromancer – kolejną kobiecą bohaterkę
uniwersum Top Cow. Obie muszą połączyć siły i stawić czoła demonom,
które starają się zaatakować Nowy Jork. Na ich czele stoi nemezis
Abigail Alstine, czyli stwór o imieniu Mali. To już kolejna historia, po
tej z końcówki WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 1, na łamach której widzimy
nie najlepiej wykonany team-up Witchblade z inną bohaterką świata Top
Cow. Ron Marz, scenarzysta całości zbioru, chciał prawdopodobnie
przypomnieć czytelnikom o istnieniu Necromancer, która odegra swoją rolę
w serii ARTIFACTS. Niestety, wykonane zostało to w schematyczny i znany
już z każdej strony sposób. W zasadzie jedyną różnicą od 90% innych
team-upów jest to, że obie bohaterki nie walczą ze sobą na łamach tego
zeszytu.
O ile pierwszy rozdział WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2
uważam po prostu za historię słabą, o tyle kolejny powinienem opisać
jako... dziwny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, ponieważ dopiero po
zapoznaniu się z pierwszym numerem kilkukrotnie już wspomnianej serii
ARTIFACTS, nabiera on nowego znaczenia. „Faerie Tale” jest bowiem
dokładnie tym, co zawarto w tytule – baśnią. W zasadzie nie jest to
nawet komiks, tylko ilustrowana przez Stjepana Sejica prosta, niezbyt
zajmująca historyjka. Całość okazuje się być bajką, jaką dla córki Sary –
małej Hope, napisała jej ciotka Julie Pezzini. „Faerie Tale” pokazuje
nam nie tylko, jak kobieta widziała dalsze losy swojej siostry, ale
także możemy przekonać się, że pobyt Julie w więzieniu naprawdę ją
zmienił i stała się dobrą, wzbudzającą sympatię osobą. Julie ginie
miesiąc później w ARTIFACTS #1 i właśnie to zmienia zupełnie wydźwięk
tego zeszytu, który okazuje się pożegnaniem z postacią młodszej siostry
detektyw Pezzini. Dopiero teraz musze przyznać, że zamiast dziwacznego
zapychacza, Ron Marz dał nam okazję do bardzo oryginalnego, ostatniego
spotkania z Julie, która de facto na łamach „Faerie Tale” osobiście się
nie pojawia. Nie zrozumcie mnie źle – to wciąż jest co najwyżej dobry
zeszyt, ale sam pomysł okazał się ciekawy i oryginalny.
Trzeci
rozdział WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 to narysowana przez Michaela
Gaydosa („Alias” dla Marvela) historia „Remembrance”. Na jej łamach dane
jest nam zobaczyć, jak Sara radzi sobie z wydarzeniami przedstawionymi w
pierwszych numerach serii ARTIFACTS. Tu znowu nie do końca udało się
Ronowi Marzowi wyjść poza schematy dotyczące tego typu komiksów, których
zwłaszcza w Marvelu i DC jest naprawdę dużo. Jedyne co naprawdę
zaskakuje, to decyzja pani psycholog mniej więcej z połowy historii.
Następnie jesteśmy już świadkami bólu z powodu straty siostry.
„Remembrance” w niczym nie ustępuje pierwszej historii zawartej w
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 – zeszyt ten nie jest zły, lecz z
pewnością nie można określić go jako szalenie ciekawy.
Moim
zdaniem, spośród całego zbioru WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 najlepiej
prezentuje się dwuczęściowe „Paper Monsters”, na łamach którego wracamy
do tego, z czego run Rona Marza zasłynął – wciągających i dobrze
napisanych historii z pogranicza horroru i sensacji. Tym razem Sara oraz
detektyw Gleason muszą zmierzyć się z... kilkuletnim chłopcem, który w
niewiadomy sposób potrafi ożywiać swoje rysunki. Problem tkwi w tym, że
najbardziej lubi on malować potwory. Pewną rolę odegra też siostra
chłopaka. Tu Ron Marz pokazał w czym tkwi siła pisanych przez niego
przygód Sary Pezzini. Mamy więc akcję, ciekawe dialogi i zaskakujące
zwroty akcji. Szkoda, że trzeba było przedrzeć się przez całe
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2, żeby wreszcie otrzymać historię stojącą
na naprawdę niezłym poziomie.
Cztery z pięciu rozdziałów
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 narysował Stjepan Sejic, którego prace po
prostu wielbię. Artysta ten ma niepowtarzalny styl, wynikający pewnie ze
stylu jego pracy. Sejic bowiem nie rysuje, lecz maluje poszczególne
kadry za pomocą kilku programów graficznych. Oznacza to, że do zera
ograniczony jest udział ołówka i tuszu, a ponadto nikt nie musi
kolorować jego prac. Niemniej, efekt jest po prostu wspaniały. Jeden z
zeszytów narysował Michael Gaydos, przedstawiciel starej szkoły.
Podobnie jak w przypadku Marvelowskiego „Alias”, tak i tu rysownik
postanowił narysować poszczególne postacie jako zupełnie zwyczajnie, bez
charakterystycznego dla Sary Pezzini ogromnego seksapilu. Przez to
oglądało się cały zeszyt naprawdę nieźle i nie przeszkadzało to w
odbiorze historii.
WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 to kolejny popis
wydawnictwa Top Cow, przynajmniej jeśli chodzi o zawarte w nim dodatki.
Komiks otwiera przyzwoity wstęp Erika Larsena, lecz potem jest tylko
lepiej. Po „Paper Monsters” możemy zapoznać się z kompletną galerią
okładek numerów, które składały się na opisywany zbiór. Jest wśród nich
kilka bardzo miłych dla oka ilustracji. Najważniejszą częścią dodatków
jest jednak bez wątpienia kompletny scenariusz do „Remembrance” wraz ze
szkicami Gaydosa. Dodatek ten rzuca nieco światła na pracę, jaką
wykonują twórcy podczas powstawania kolejnych numerów poszczególnych
serii.
Osobiście uważam, że WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2 to
komiks przyzwoity, lecz zdecydowanie nie przebił pierwszą odsłonę cyklu.
Jednak w zalewie superbohaterskiej tandety, jaką serwują najwięksi tego
rynku, warto dać szansę Sarze Pezzini i przeczytać stojące na niezłym
poziomie, świetnie narysowane historie. WITCHBLADE: REDEMPTION vol. 2
otrzymuje ode mnie czwórkę z minusem.
poniedziałek, 18 listopada 2013
piątek, 15 listopada 2013
Moje #1
Gdy blog startował, miałem w głowie zarys pewnych stałych rubryk, które będą się na nim ukazywać. Dziś start pierwszej z nich, a także zapowiedź drugiej. Koniecznie przeczytajcie ten post do końca!
"Moje" będzie czymś na kształt...hm, powiedzmy że fotobloga. Co jakiś czas bowiem będę tu umieszczać zdjęcia komiksów wydawnictwa Image, pochodzących z moich prywatnych zbiorów. Tak żeby nie było, że umieszczam na blogu recenzje komiksów, których nigdy w rękach nie miałem :D Dziś rozpocznę od czterech zdjęć komiksów, które otrzymałem wczoraj od Macieja K. - bardzo aktywnego Allegrowicza. Wszystkie są meeegastare i należą do studia WildStorm.
"Moje" będzie czymś na kształt...hm, powiedzmy że fotobloga. Co jakiś czas bowiem będę tu umieszczać zdjęcia komiksów wydawnictwa Image, pochodzących z moich prywatnych zbiorów. Tak żeby nie było, że umieszczam na blogu recenzje komiksów, których nigdy w rękach nie miałem :D Dziś rozpocznę od czterech zdjęć komiksów, które otrzymałem wczoraj od Macieja K. - bardzo aktywnego Allegrowicza. Wszystkie są meeegastare i należą do studia WildStorm.
Backlash #1 oraz Team One: WildCats #2 - zwłaszcza pojawienie się w moich zbiorach tego drugiego cieszy niezmiernie, ponieważ znów jestem o jeden zeszyt bliżej zebrania wszystkich komiksów z nazwą WildCats w tytule. Zostało mi około 30.
Cztery numery serii StormWatch v1. Nie dam sobie głowy uciąć, bo musiałbym to dokładniej przeliczyć, ale tym samym mam już mniej więcej 40% całego woluminu.
Dwa numery Wetworks v1, konkretnie #3 i #5. Dzięki tym zakupom mam kompletne pierwsze piętnaście zeszytów cyklu. Mam nadzieję, że wkrótce dojdą do nich kolejne.
I na deser aż sześć zeszytów serii DV8. Pierwszy jeszcze z logo Image, kolejne już wydane przez DC WildStorm. Są to moje pierwsze trofea z tego cyklu, ale zapewne nie ostatnie
Kolejna odsłona rubryki "Moje" pojawi się już wkrótce, ponieważ z niecierpliwością wyczekuję przyjścia paczki ze sklepu Atom Comics, której zawartość to w 70% produkty Image Comics.
UWAGA, UWAGA!!!
Druga rubryka o której wspomniałem na początku tego wpisu, może powstać dzięki Wam. Jej roboczy tytuł to oczywiście "Wasze" i chciałbym na jej łamach publikować zdjęcia komiksów Image, które znajdują się w Waszych kolekcjach. Tak więc nawet jeśli macie jedynie stare Spawny od TM-Semica, to i tak cykajcie zdjęcia, a następnie wyślijcie je na ktymczynski@interia.pl. Opublikuję tu absolutnie wszystko, oczywiście w ramach zdrowego rozsądku :P
Zapowiedzi Image na luty 2014
Właśnie dziś ukazały się zapowiedzi Image Comics na luty przyszłego roku. Oczywiście jeszcze nie pokręciło mnie na tyle, by je wszystkie tłumaczyć i umieszczać w tym poście, ale mogę umieścić tu do nich link.
Rzućmy jednak okiem do tego, co proponuje Image na przyszłoroczny luty. Przede wszystkim startują cztery serie oraz dwie miniserie. Na podstawie samych zapowiedzi stwierdzić można, że najwięcej spodziewać się możemy po "The Fuse" Anthony'ego Johnstona, który chyba na dobre zadomowił się w wydawnictwie Image. Oprócz tego Jonathan Ross powraca do wydawnictwa wraz z pierwszym numerem "Revenger", a John Michael Straczynski dokłada kolejną pozycję do oferty Joe's Comics. Tym razem jest to "Apocalypse Al", które pierwotnie miało być publikowane online przez MTV Geek.
Wśród dziesięciu zapowiedzianych wydań zbiorczych ciężko wskazać coś, czego bym nie polecił. Zwróćcie swoją uwagę zwłaszcza na trzecie tomy "Peter Panzerfaust" oraz "Prophet", a także na drugą odsłonę "East of West".
Jeśli chodzi o ofertę zeszytową, to rzuca się w oczy brak kolejnych numerów "Chew", "East of West", "Jupiter's Legacy", "Rat Queens" oraz "Saga".
Kupicie coś spośród zaprezentowanej oferty? Jeśli tak, to pochwalcie się w komentarzach.
Rzućmy jednak okiem do tego, co proponuje Image na przyszłoroczny luty. Przede wszystkim startują cztery serie oraz dwie miniserie. Na podstawie samych zapowiedzi stwierdzić można, że najwięcej spodziewać się możemy po "The Fuse" Anthony'ego Johnstona, który chyba na dobre zadomowił się w wydawnictwie Image. Oprócz tego Jonathan Ross powraca do wydawnictwa wraz z pierwszym numerem "Revenger", a John Michael Straczynski dokłada kolejną pozycję do oferty Joe's Comics. Tym razem jest to "Apocalypse Al", które pierwotnie miało być publikowane online przez MTV Geek.
Wśród dziesięciu zapowiedzianych wydań zbiorczych ciężko wskazać coś, czego bym nie polecił. Zwróćcie swoją uwagę zwłaszcza na trzecie tomy "Peter Panzerfaust" oraz "Prophet", a także na drugą odsłonę "East of West".
Jeśli chodzi o ofertę zeszytową, to rzuca się w oczy brak kolejnych numerów "Chew", "East of West", "Jupiter's Legacy", "Rat Queens" oraz "Saga".
Kupicie coś spośród zaprezentowanej oferty? Jeśli tak, to pochwalcie się w komentarzach.
Kolejna miniseria staje się ongoingiem. Tym razem padło na...
"Ghosted" Joshuy Williamsona. Wydawana przez studio Skybound pozycja opowiada o losach Jacksona Wintersa. Znany złodziej zostaje uwolniony z więzienia dzięki pomocy tajemniczego nieznajomego. Jegomość ów oświadcza mężczyźnie, że jeśli wykona dla niego pewne zadanie, znów stanie się wolnym człowiekiem. Problem tylko w tym, że Winters będzie musiał ukraść... ducha!
Całkiem niedawno ukazał się piąty numer "Ghosted", który oryginalnie miał zamykać cykl. Chociaż tytuł ten nie okazał się hitem wydawniczym, Robert Kirkman pozwolił na kontynuację i przemianę w ongoing. "Ghosted #6" ukaże się w lutym przyszłego roku i zyska nowego rysownika, którym został Davide Gianfelice. Williamson obiecuje jednak, że Goran Sandzuka wróci jeszcze na łamy serii, chociaż nie doprecyzował w jakiej roli.
Generalnie ciężko jest mi napisać, o czym będzie kolejna historia w "Ghosted", ponieważ nie chciałbym strzelić jakiegoś głupiego spoilera. Napiszę więc tylko, że rozbita pod koniec piątego numeru drużyna ponownie zostanie zebrana, lecz nie wszyscy wrócą w takiej postaci, jaką pamiętają czytelnicy. Winters wciąż będzie chciał uniknąć powrotu do więzienia, ale jednocześnie coraz odważniej ma przeciwstawiać się swojemu tajemniczemu pracodawcy. Druga historia kręcić ma się wokół tematu opętań. Scenarzysta zapewnia, że nie będzie bawić się konwencją i opowieść na pewno spodoba się fanom "Egzorcysty". Z pewnością pojawi się kilka nowych postaci.
Joshua Williamson przyznał, że pracuje jednocześnie nad kolejnymi dwoma autorskimi komiksami. Czyżby więc był on kolejnym twórcą, który definitywnie odwrócił się od DC i Marvela?
Całkiem niedawno ukazał się piąty numer "Ghosted", który oryginalnie miał zamykać cykl. Chociaż tytuł ten nie okazał się hitem wydawniczym, Robert Kirkman pozwolił na kontynuację i przemianę w ongoing. "Ghosted #6" ukaże się w lutym przyszłego roku i zyska nowego rysownika, którym został Davide Gianfelice. Williamson obiecuje jednak, że Goran Sandzuka wróci jeszcze na łamy serii, chociaż nie doprecyzował w jakiej roli.
Generalnie ciężko jest mi napisać, o czym będzie kolejna historia w "Ghosted", ponieważ nie chciałbym strzelić jakiegoś głupiego spoilera. Napiszę więc tylko, że rozbita pod koniec piątego numeru drużyna ponownie zostanie zebrana, lecz nie wszyscy wrócą w takiej postaci, jaką pamiętają czytelnicy. Winters wciąż będzie chciał uniknąć powrotu do więzienia, ale jednocześnie coraz odważniej ma przeciwstawiać się swojemu tajemniczemu pracodawcy. Druga historia kręcić ma się wokół tematu opętań. Scenarzysta zapewnia, że nie będzie bawić się konwencją i opowieść na pewno spodoba się fanom "Egzorcysty". Z pewnością pojawi się kilka nowych postaci.
Joshua Williamson przyznał, że pracuje jednocześnie nad kolejnymi dwoma autorskimi komiksami. Czyżby więc był on kolejnym twórcą, który definitywnie odwrócił się od DC i Marvela?
Haunt vol. 2 (Robert Kirkman/Greg Capullo)
Koniec dubli za dwie recenzje.
Pierwszy zbiór przygód HAUNTA oceniłem bardzo nisko, dlatego też do lektury drugiej ich odsłon zasiadałem z niemałą obawą. Wciąż bowiem uważałem, że główny bohater serii to nic innego jak zwyczajna zrzynka z pomysłów na inne postacie. Tymczasem zeszyty, które weszły w skład HAUNT vol. 2 nie tylko zebrały bardzo dobre oceny na zagranicznych portalach, ale także do ich rysowania zatrudniono Grega Capullo. To były aż dwa powody ku temu, by jednak przyjrzeć się temu wydawnictwu. O dwa więcej, niż przy okazji pierwszego zbioru.
HAUNT vol. 2 rozpoczyna się od pojedynczej historii, na łamach której widzimy streszczenie całego poprzedniego zbioru, tyle tylko, że widziane oczami Mirage – jednej z drugoplanowych postaci. Następnie przechodzimy do sześciu rozdziałów, które są już kontynuacją losów braci Kilgore – krwawą, dynamiczną, ale jak się okazuje, faktycznie nieco lepsze od poprzedniej odsłony. Przypomnę jeszcze, że seria HAUNT opowiada o dwóch braciach – Kurcie i Danielu. Gdy ten pierwszy ginie, jego dusza zadomawia się w ciele brata. Wspólnie tworzą ektoplazmatyczną istotę o pseudonimie Haunt, która jest ich największą bronią w krucjacie, którą niedługo potem rozpoczęli. Zemsta będzie krwawa, a my będziemy tego świadkami.
Nie ukrywam, że gdy rozpoczynałem swoją przygodę z drugim tomem zbiorczym serii HAUNT, byłem już z góry nastawiony na „nie”. Tymczasem okazuje się, że znalazłem kilka momentów, w których naprawdę nie żałowałem pieniędzy wydanych na ten komiks. Oczywiście wciąż nie ośmielę się nazwać HAUNT vol. 2 pozycją godną polecenia, ale już na pewno zdatną do czytania. Ale opiszmy to po kolei.
Zacznę może od warstwy graficznej, ponieważ tu będę najmniej obiektywny. Uwielbiam prace Grega Capullo i jestem przekonany, że gdyby narysował pojedynczy numer serii ARCHIE to też bym się nim zachwycał. Styl, jaki artysta ten wypracował latami pracując dla Image przy SPAWNIE, znacznie bardziej pasował do klimatu historii, w jakiej porusza się HAUNT. Co prawda Capullo już w pierwszym tomie udzielał się dość mocno, jednak dopiero teraz stał się pełnoprawnym rysownikiem, zastępując nieco zagubionego Ryana Ottley’a (INVINCIBLE – także dla Image). Różnica jest dostrzegalna gołym okiem, chociaż tak naprawdę uważam że dopiero po swoim przejściu do DC, Capullo ponownie rozwinął skrzydła. Artysta ten podniósł wartość warstwy graficznej w HAUNT, ale nie było o to szczególnie trudno.
Tymczasem przejdźmy do warstwy scenariuszowej, za którą odpowiadał Robert Kirkman. Wciąż upierać będę się, że to najsłabszy komiks tego scenarzysty od ładnych paru lat (zaznaczam: nie czytałem INFINITE), lecz HAUNT vol. 2 i tak można określić mianem solidnego średniaka. Zawdzięcamy to głównie temu, że... zbiór posiada znacznie większą ilość stron od swojego poprzednika. Znalazło się tu znacznie więcej miejsca na rozwinięcie obu braci, ale także nadano nieco charakteru postaciom dotąd drugoplanowym. Ponieważ zrobiono to całkiem umiejętnie, ocena nieco podskoczyła. Dużo świeżości wniosła zwłaszcza Mirage, która znacząco namieszała i rozruszała nieco niemrawą początkowo serię.
Z drugie znowu strony, wciąż czekam na to, by cokolwiek zrobiono z postacią żony zmarłego Kurta. Jej występy to wciąż notoryczne płakanie, użalanie się nad sobą i wpadanie w przerażenie, gdy odkrywa kolejne sekrety z życia swojej zmarłej połówki. Nuda, nuda, przeraźliwa nuda, no i w końcu ileż można?
Podobnie jak w przypadku pierwszego zbiorku, każde słowo poświęcone materiałom dodatkowym w HAUNT vol. 2 to marnotrawienie czasu i miejsca, ponieważ takowych zupełnie w komiksie nie ma. No, chyba że za dodatek uznamy reklamę serii HAUNT oraz zachęcenie do kupna poprzedniego zbioru. Swoją drogą sądzę, że jeśli ktoś sięgnął po drugą jego część, to najpewniej ma także w swoich zasobach pierwszą. No ale kto tam jest w stanie dokładnie stwierdzić, co siedzi w głowie przeciętnego Amerykanina.
Podsumowując, HAUNT vol. 2 jest z pewnością komiksem lepszym od swojego poprzednika, jednak wciąż jest to pozycja zaledwie średnia. Polecam ją osobom, które należą do grona fanów Roberta Kirkmana, a także tym, którym podobał się specyficzny klimat SPAWNA z rysunkami Grega Capullo. Reszta może poczuć się zdecydowanie zawiedziona. Jeśli więc jeszcze nie poddaliście się po lekturze pierwszej odsłony HAUNTA, polecam dokładnie i dwukrotnie, a najlepiej trzykrotnie zastanowić się nad tym, czy nie lepiej wydać Wasze ciężko zarobione pieniądze na coś tak średniego. Jest kilkanaście znacznie lepszych komiksów w tej cenie, które warto zakupić i dołączyć do Waszych kolekcji.
Pierwszy zbiór przygód HAUNTA oceniłem bardzo nisko, dlatego też do lektury drugiej ich odsłon zasiadałem z niemałą obawą. Wciąż bowiem uważałem, że główny bohater serii to nic innego jak zwyczajna zrzynka z pomysłów na inne postacie. Tymczasem zeszyty, które weszły w skład HAUNT vol. 2 nie tylko zebrały bardzo dobre oceny na zagranicznych portalach, ale także do ich rysowania zatrudniono Grega Capullo. To były aż dwa powody ku temu, by jednak przyjrzeć się temu wydawnictwu. O dwa więcej, niż przy okazji pierwszego zbioru.
HAUNT vol. 2 rozpoczyna się od pojedynczej historii, na łamach której widzimy streszczenie całego poprzedniego zbioru, tyle tylko, że widziane oczami Mirage – jednej z drugoplanowych postaci. Następnie przechodzimy do sześciu rozdziałów, które są już kontynuacją losów braci Kilgore – krwawą, dynamiczną, ale jak się okazuje, faktycznie nieco lepsze od poprzedniej odsłony. Przypomnę jeszcze, że seria HAUNT opowiada o dwóch braciach – Kurcie i Danielu. Gdy ten pierwszy ginie, jego dusza zadomawia się w ciele brata. Wspólnie tworzą ektoplazmatyczną istotę o pseudonimie Haunt, która jest ich największą bronią w krucjacie, którą niedługo potem rozpoczęli. Zemsta będzie krwawa, a my będziemy tego świadkami.
Nie ukrywam, że gdy rozpoczynałem swoją przygodę z drugim tomem zbiorczym serii HAUNT, byłem już z góry nastawiony na „nie”. Tymczasem okazuje się, że znalazłem kilka momentów, w których naprawdę nie żałowałem pieniędzy wydanych na ten komiks. Oczywiście wciąż nie ośmielę się nazwać HAUNT vol. 2 pozycją godną polecenia, ale już na pewno zdatną do czytania. Ale opiszmy to po kolei.
Zacznę może od warstwy graficznej, ponieważ tu będę najmniej obiektywny. Uwielbiam prace Grega Capullo i jestem przekonany, że gdyby narysował pojedynczy numer serii ARCHIE to też bym się nim zachwycał. Styl, jaki artysta ten wypracował latami pracując dla Image przy SPAWNIE, znacznie bardziej pasował do klimatu historii, w jakiej porusza się HAUNT. Co prawda Capullo już w pierwszym tomie udzielał się dość mocno, jednak dopiero teraz stał się pełnoprawnym rysownikiem, zastępując nieco zagubionego Ryana Ottley’a (INVINCIBLE – także dla Image). Różnica jest dostrzegalna gołym okiem, chociaż tak naprawdę uważam że dopiero po swoim przejściu do DC, Capullo ponownie rozwinął skrzydła. Artysta ten podniósł wartość warstwy graficznej w HAUNT, ale nie było o to szczególnie trudno.
Tymczasem przejdźmy do warstwy scenariuszowej, za którą odpowiadał Robert Kirkman. Wciąż upierać będę się, że to najsłabszy komiks tego scenarzysty od ładnych paru lat (zaznaczam: nie czytałem INFINITE), lecz HAUNT vol. 2 i tak można określić mianem solidnego średniaka. Zawdzięcamy to głównie temu, że... zbiór posiada znacznie większą ilość stron od swojego poprzednika. Znalazło się tu znacznie więcej miejsca na rozwinięcie obu braci, ale także nadano nieco charakteru postaciom dotąd drugoplanowym. Ponieważ zrobiono to całkiem umiejętnie, ocena nieco podskoczyła. Dużo świeżości wniosła zwłaszcza Mirage, która znacząco namieszała i rozruszała nieco niemrawą początkowo serię.
Z drugie znowu strony, wciąż czekam na to, by cokolwiek zrobiono z postacią żony zmarłego Kurta. Jej występy to wciąż notoryczne płakanie, użalanie się nad sobą i wpadanie w przerażenie, gdy odkrywa kolejne sekrety z życia swojej zmarłej połówki. Nuda, nuda, przeraźliwa nuda, no i w końcu ileż można?
Podobnie jak w przypadku pierwszego zbiorku, każde słowo poświęcone materiałom dodatkowym w HAUNT vol. 2 to marnotrawienie czasu i miejsca, ponieważ takowych zupełnie w komiksie nie ma. No, chyba że za dodatek uznamy reklamę serii HAUNT oraz zachęcenie do kupna poprzedniego zbioru. Swoją drogą sądzę, że jeśli ktoś sięgnął po drugą jego część, to najpewniej ma także w swoich zasobach pierwszą. No ale kto tam jest w stanie dokładnie stwierdzić, co siedzi w głowie przeciętnego Amerykanina.
Podsumowując, HAUNT vol. 2 jest z pewnością komiksem lepszym od swojego poprzednika, jednak wciąż jest to pozycja zaledwie średnia. Polecam ją osobom, które należą do grona fanów Roberta Kirkmana, a także tym, którym podobał się specyficzny klimat SPAWNA z rysunkami Grega Capullo. Reszta może poczuć się zdecydowanie zawiedziona. Jeśli więc jeszcze nie poddaliście się po lekturze pierwszej odsłony HAUNTA, polecam dokładnie i dwukrotnie, a najlepiej trzykrotnie zastanowić się nad tym, czy nie lepiej wydać Wasze ciężko zarobione pieniądze na coś tak średniego. Jest kilkanaście znacznie lepszych komiksów w tej cenie, które warto zakupić i dołączyć do Waszych kolekcji.
środa, 13 listopada 2013
Żywe Trupy górą, czyli całkiem świeże listy sprzedaży z października
W tym miesiącu listy sprzedaży ukazują się jedynie dwa dni po tym, jak ujawnił je serwis ICv2. Nie będę ukrywał, że tym razem są one nieco zaskakujące, ponieważ dzięki mniejszej konkurencji ze strony Marvela i DC i jubileuszowi marki "The Walking Dead", Image zalicza najlepsze wyniki w tym roku. Nie będę przeciągał tego tekstu dalszym pierdzieleniem i już przechodzę do cyferek. Zasady ponownie jak poprzednim razem - pierwsze miejsce na liście i dla porównania dziesięć najlepszych pozycji od Image Comics.
Zeszyty, październik 2013:
1. The Walking Dead #115 (Image Comics) - 310 584 sztuk
(...)
30. Saga #15 - 54 816
36. Preatty Deadly #1 - 45 833
41. Velvet #1 - 41 897
45. The Walking Dead: Tyreese Special - 40 572
50. The Walking Dead #1 10th Anniversary Edition - 39 780
108. Lazarus #4 - 23 701
119. Sex Criminals #2 - 22 510
132. Rocket Girl #1 - 20 287
157. The Manhattan Projects #15 - 16 842
Co prawda jubileuszowy numer "The Walking Dead" zdecydowanie zwyciężył na liście sprzedaży zeszytów, ale za miesiąc najprawdopodobniej wróci do swojego standardowego poziomu zbliżonego do 70 tysięcy kopii. Ponadto w listopadzie nie ukażą się żadne specjale z "Żywymi Trupami", a także trzeba spodziewać się sporych spadków praktycznie każdej z trzech październikowych "jedynek". O tym jednak przekonamy się za miesiąc. Na razie trzeba cieszyć się z faktu, że październikowa najlepsza dziesiątka pozycji z Image sprzedała się na poziomie dystrybucyjnym niemal dwukrotnie lepiej niż we wrześniu.
Wydania zbiorcze, październik 2013:
1. Batman vol. 3: Death of the Family HC (DC Comics) - 12 374 sztuk
(...)
8. Lazarus vol. 1: Family - 5 484
9. Saga vol. 1 - 5 316
10. Saga vol. 2 - 4 743
15. The Walking Dead vol. 1: Days Gone Bye - 3 842
34. Mara vol. 1 - 2 236
37. The Walking Dead vol. 18: What Comes After - 2 118
40. The Walking Dead 100 Project - 2 033
42. East of West vol. 1: The Promise - 2 017
43. The Walking Dead vol. 2: Miles Behind Us - 2 010
62. The Walking Dead vol. 3: Safety Behind Bars - 1 480
Sytuacja wraca do normy i połowa z dziesięciu najlepiej sprzedających się wydań zbiorczych od Image to kolejne odsłony "The Walking Dead". Oprócz tego solidne wyniki notują najbardziej promowane pozycje wydawnictwa oraz, dość niespodziewanie, niezbyt udana "Mara" Briana Wooda. Na uwagę zasługuje nieco większa niż we wrześniu ilość zamówień obu tomów "Sagi", które tylko niewiele przegrały z pierwszym "Lazarusem" Grega Rucki.
Udział Image Comics w ilości sprzedanych przez Diamond komiksów wynosi 10,85%, natomiast udział w wypracowanych zyskał wyniósł 9,26%. Są to dla wydawnictwa najlepsze wyniki w tym roku, dzięki czemu oczywiście zajęło ono trzecie miejsce za Marvelem i DC, potężnie dystansując konkurencję.
Zeszyty, październik 2013:
1. The Walking Dead #115 (Image Comics) - 310 584 sztuk
(...)
30. Saga #15 - 54 816
36. Preatty Deadly #1 - 45 833
41. Velvet #1 - 41 897
45. The Walking Dead: Tyreese Special - 40 572
50. The Walking Dead #1 10th Anniversary Edition - 39 780
108. Lazarus #4 - 23 701
119. Sex Criminals #2 - 22 510
132. Rocket Girl #1 - 20 287
157. The Manhattan Projects #15 - 16 842
Co prawda jubileuszowy numer "The Walking Dead" zdecydowanie zwyciężył na liście sprzedaży zeszytów, ale za miesiąc najprawdopodobniej wróci do swojego standardowego poziomu zbliżonego do 70 tysięcy kopii. Ponadto w listopadzie nie ukażą się żadne specjale z "Żywymi Trupami", a także trzeba spodziewać się sporych spadków praktycznie każdej z trzech październikowych "jedynek". O tym jednak przekonamy się za miesiąc. Na razie trzeba cieszyć się z faktu, że październikowa najlepsza dziesiątka pozycji z Image sprzedała się na poziomie dystrybucyjnym niemal dwukrotnie lepiej niż we wrześniu.
Wydania zbiorcze, październik 2013:
1. Batman vol. 3: Death of the Family HC (DC Comics) - 12 374 sztuk
(...)
8. Lazarus vol. 1: Family - 5 484
9. Saga vol. 1 - 5 316
10. Saga vol. 2 - 4 743
15. The Walking Dead vol. 1: Days Gone Bye - 3 842
34. Mara vol. 1 - 2 236
37. The Walking Dead vol. 18: What Comes After - 2 118
40. The Walking Dead 100 Project - 2 033
42. East of West vol. 1: The Promise - 2 017
43. The Walking Dead vol. 2: Miles Behind Us - 2 010
62. The Walking Dead vol. 3: Safety Behind Bars - 1 480
Sytuacja wraca do normy i połowa z dziesięciu najlepiej sprzedających się wydań zbiorczych od Image to kolejne odsłony "The Walking Dead". Oprócz tego solidne wyniki notują najbardziej promowane pozycje wydawnictwa oraz, dość niespodziewanie, niezbyt udana "Mara" Briana Wooda. Na uwagę zasługuje nieco większa niż we wrześniu ilość zamówień obu tomów "Sagi", które tylko niewiele przegrały z pierwszym "Lazarusem" Grega Rucki.
Udział Image Comics w ilości sprzedanych przez Diamond komiksów wynosi 10,85%, natomiast udział w wypracowanych zyskał wyniósł 9,26%. Są to dla wydawnictwa najlepsze wyniki w tym roku, dzięki czemu oczywiście zajęło ono trzecie miejsce za Marvelem i DC, potężnie dystansując konkurencję.
Twórcy świetnego Rebel Blood znów łączą siły
Na początek trochę prywaty. Wspomniane w tytule posta "Rebel Blood" to moim zdaniem jeden z najlepszych komiksów wydanych przez Image Comics w 2012 roku. Obiecuję tu i teraz, że kiedyś napiszę recenzję tej miniserii i umieszczę na blogu. Faktem jest za to, że od kiedy przeczytałem wspomniany tytuł, praktycznie w ciemno biorę wszystko co rysuje Riley Rossmo. I tak jak nie zawiodłem się na "Debris", pierwszej historii w "Bedlam" oraz antologii "Dia de los Muertos", tak i optymizmem napawa mnie to, co przeczytałem o "Drumhellar".
Przede wszystkim przy tytule tym, Rossmo ponownie współpracuje z Alexem Linkiem - scenarzystą "Rebel Blood". Tradycyjnie też ich prace publikuje Image Shadowline, obecnie chyba mój ulubiony zakątek wydawnictwa. I wreszcie - fabuła "Drumhellar" brzmi tak absurdalnie, że... spodziewam się naprawdę niezłego kawałku komiksu.
Trzymajcie się mocno, ponieważ spróbuję przełożyć na polski zarys fabuły "Drumhellar". Otóż komiks ten opowiada detektywie specjalizującym się w badaniu nadprzyrodzonych przypadków. Prywatnie jest on regularnie nawiedzany przez szamańskie wizje, które ukazują mu kierunek, w którym powinno podążać jego życie. Te niespodziewanie sugerują, że powinien spróbować ułożyć sobie życie ze swoją eks-dziewczyną. Tyle tylko, że jest ona wilkołakiem ukrywającym się w małym, przemysłowym miasteczku.
Tyle wiemy z zapowiedzi. Pierwszy numer "Drumhellar" ukazał się na sklepowych półkach dziś i niestety nie mogę podzielić się z Wami wrażeniami. Napiszę za to, co ujawnili w wywiadzie twórcy. Przede wszystkim ciężko określić który z nich tak naprawdę jest scenarzystą, ponieważ o ile Link stworzył fabułę, o tyle Rossmo zajął się wykreowaniem świata i poszczególnych bohaterów. Przedstawiana przez nich historia powinna zamknąć się w około 10-12 numerach, z których całkowicie gotowe są już pierwsze dwa z nich. Na potrzeby "Drumhellar", Rossmo dużo czytał o ludzkiej podświadomości i wszystkie wizje głównego bohatera oparł na opisach faktycznych zdarzeń. Dzięki temu po raz kolejny mógł poszerzyć swój warsztat o nowe elementy.
Skoro już o nim wspomniałem, dodam też ciekawostkę. Główny bohater serii nazywać będzie się... Drum Hellar. Czy to przypadek? Będziecie mogli dowiedzieć się tego sięgając po ten komiks, do czego serdecznie zachęcam.
Przede wszystkim przy tytule tym, Rossmo ponownie współpracuje z Alexem Linkiem - scenarzystą "Rebel Blood". Tradycyjnie też ich prace publikuje Image Shadowline, obecnie chyba mój ulubiony zakątek wydawnictwa. I wreszcie - fabuła "Drumhellar" brzmi tak absurdalnie, że... spodziewam się naprawdę niezłego kawałku komiksu.
Trzymajcie się mocno, ponieważ spróbuję przełożyć na polski zarys fabuły "Drumhellar". Otóż komiks ten opowiada detektywie specjalizującym się w badaniu nadprzyrodzonych przypadków. Prywatnie jest on regularnie nawiedzany przez szamańskie wizje, które ukazują mu kierunek, w którym powinno podążać jego życie. Te niespodziewanie sugerują, że powinien spróbować ułożyć sobie życie ze swoją eks-dziewczyną. Tyle tylko, że jest ona wilkołakiem ukrywającym się w małym, przemysłowym miasteczku.
Tyle wiemy z zapowiedzi. Pierwszy numer "Drumhellar" ukazał się na sklepowych półkach dziś i niestety nie mogę podzielić się z Wami wrażeniami. Napiszę za to, co ujawnili w wywiadzie twórcy. Przede wszystkim ciężko określić który z nich tak naprawdę jest scenarzystą, ponieważ o ile Link stworzył fabułę, o tyle Rossmo zajął się wykreowaniem świata i poszczególnych bohaterów. Przedstawiana przez nich historia powinna zamknąć się w około 10-12 numerach, z których całkowicie gotowe są już pierwsze dwa z nich. Na potrzeby "Drumhellar", Rossmo dużo czytał o ludzkiej podświadomości i wszystkie wizje głównego bohatera oparł na opisach faktycznych zdarzeń. Dzięki temu po raz kolejny mógł poszerzyć swój warsztat o nowe elementy.
Skoro już o nim wspomniałem, dodam też ciekawostkę. Główny bohater serii nazywać będzie się... Drum Hellar. Czy to przypadek? Będziecie mogli dowiedzieć się tego sięgając po ten komiks, do czego serdecznie zachęcam.
Broken Trinity vol. 1 (Ron Marz/Stjepan Sejic)
I znów dubel. Zostały mi już tylko trzy.
BROKEN TRINITY to krótki crossover, na łamach którego zachwiana zostaje równowaga pomiędzy tytułową trójcą, na którą składają się Witchblade, Darkness oraz Angelus. Całą tę trójkę spotyka podczas ważnych zmian w ich życiu. Sara Pezzini oddała połowę swojego artefaktu Dani Baptiste, by móc w spokoju wychowywać córkę. Jackie Estacado utracił większość swoich zdolności i zamiast łowcą, stał się zwierzyną. Z kolei Celestine Wright nie używa mocy Angelus i ukrywa się przed swoimi anielskimi towarzyszkami. Jednakże gdy w mieście pojawi się Glorianna Silver – kolekcjonerka artefaktów, cała trójka raz jeszcze będzie musiała stanąć ramię w ramię. I to wbrew swej woli. Wszystko przez to, że kobieta zapoluje na niejakiego Finna – wynajętego przez Jackiego mężczyznę, który miał z ukrycia ochraniać Sarę i jej córkę, a przy okazji także nosiciela jednego z artefaktów.
Zaczynając czytać BROKEN TRINITY popełniłem pewien błąd. Jak zapewne zauważyliście z powyższego opisu, crossover ten osadzony jest w miejscu, gdy zarówno Witchblade jak i Darkness są w jakiś sposób „naruszeni” wydarzeniami z własnych serii. Dodatkowo, kontynuowany jest tu wątek z innego crossovera: FIRST BORN. Już na samym początku więc widać, że nie jest to najlepsze miejsce na wskoczenie do uniwersum Top Cow dla kompletnego laika.
Jeśli jednak takowymi nie jesteście, to przed Wami szansa na przeczytanie bardzo zgrabnie napisanej historii. BROKEN TRINITY to kolejny etap zmieniania uniwersum Top Cow przez Rona Marza, choć zdecydowanie najwcześniejszy z dotąd opisanych na IndependentComics. Scenarzysta w swoim stylu dał za pomocą BROKEN TRINITY pstryczka w nos największym wydawnictwom i udowodnił, że do stworzenia niezłego, zwięzłego i zmieniającego wiele wydarzenia wystarczy trzyczęściowa miniseria i cztery pojedyncze one-shoty.
Pragnę tu od razu zaznaczyć, że BROKEN TRINITY ma wiele wad i nie jest idealne. Przede wszystkim wydarzenia z głównej miniserii dzieją się zdecydowanie zbyt szybko. Po krótkim wprowadzeniu otrzymujemy serię pojedynków i wybuchów, po których następuje jeszcze więcej pojedynków i wybuchów, aż nagle wszystko kończy się równie szybko jak zaczęło. Kuleje również warstwa graficzna, ale o tym wspomnę nieco później.
Plusem BROKEN TRINITY jest stopniowe, logiczne i ciekawe rozbudowanie uniwersum Top Cow. Ron Marz nie tylko wprowadza do mitologii tego świata Glacier Stone i Ember Stone, ale także rozbija tytułową trójcę. Nie zdradzę w jaki sposób, bowiem warto samemu to sprawdzić. Także one-shoty, będące jednocześnie tie-inami do BROKEN TRINITY prezentują się nieźle. Chociaż żaden z nich nie wprowadza za dużo do samego wydarzenia, to jednak ten poświęcony Angelus jest bardzo ciekawy i świetnie pokazuje majestat i siłę tej postaci, co nieczęsto bywało dobrze uchwycone na łamach innych serii, gdzie pojawiała się Angelus.
Co ciekawe, wątki obyczajowe przez cały czas lektury BROKEN TRINITY były mocnym dodatkiem. Ron Marz fajnie uchwycił relacje w trójkącie Sara-Jackie-Gleason, a Finna nie da się nie polubić już od pierwszego jego pojawienia się. Gdyby tylko wszystko trwało nieco dłużej i nie sprawiało wrażenia mocno wymuszonego, oceniłbym BROKEN TRINITY naprawdę wysoko.
Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to tak jak wspomniałem wcześniej, jest ona bardzo nierówna. Albo inaczej – wszyscy artyści bledli przy pracach Stjepana Sejica. BROKEN TRINITY ułożono tak, że po każdym rozdziale głównej miniserii pojawiał się jeden z one-shotów. Przez to co drugi zeszyt wchodzący w skład zbioru zabijał dobre wrażenie po popisach Chorwata. Jedynie Jorge Lucas – rysownik one-shotu poświęconego The Darkness nawiązał walkę, lecz w ostatecznym rozrachunku i on ją przegrał. Sejic jest po prostu poza zasięgiem.
Jak na standardy Top Cow, w BROKEN TRINITY jest zaskakująco mało dodatków. Krótki wstęp, standardowa galeria okładek i kilka konceptów postaci autorstwa Sejica to i tak więcej, niż oferują niektóre wydawnictwa, lecz w przypadku Top Cow liczyłem na znacznie więcej.
BROKEN TRINITY jest integralną częścią wielkiego planu Rona Marza na uniwersum Top Cow. Dla każdego jego fana jest to pozycja obowiązkowa, chociaż daleko jej do ideału, jaki sam Marz wyznaczył sobie na łamach kolejnych zbiorów WITCHBLADE. Nie polecałbym tej pozycji osobom, które chcą dopiero rozpocząć przygodę z tym światem. Ostatecznie BROKEN TRINITY otrzymuje ode mnie trójkę z dużym plusem.
BROKEN TRINITY to krótki crossover, na łamach którego zachwiana zostaje równowaga pomiędzy tytułową trójcą, na którą składają się Witchblade, Darkness oraz Angelus. Całą tę trójkę spotyka podczas ważnych zmian w ich życiu. Sara Pezzini oddała połowę swojego artefaktu Dani Baptiste, by móc w spokoju wychowywać córkę. Jackie Estacado utracił większość swoich zdolności i zamiast łowcą, stał się zwierzyną. Z kolei Celestine Wright nie używa mocy Angelus i ukrywa się przed swoimi anielskimi towarzyszkami. Jednakże gdy w mieście pojawi się Glorianna Silver – kolekcjonerka artefaktów, cała trójka raz jeszcze będzie musiała stanąć ramię w ramię. I to wbrew swej woli. Wszystko przez to, że kobieta zapoluje na niejakiego Finna – wynajętego przez Jackiego mężczyznę, który miał z ukrycia ochraniać Sarę i jej córkę, a przy okazji także nosiciela jednego z artefaktów.
Zaczynając czytać BROKEN TRINITY popełniłem pewien błąd. Jak zapewne zauważyliście z powyższego opisu, crossover ten osadzony jest w miejscu, gdy zarówno Witchblade jak i Darkness są w jakiś sposób „naruszeni” wydarzeniami z własnych serii. Dodatkowo, kontynuowany jest tu wątek z innego crossovera: FIRST BORN. Już na samym początku więc widać, że nie jest to najlepsze miejsce na wskoczenie do uniwersum Top Cow dla kompletnego laika.
Jeśli jednak takowymi nie jesteście, to przed Wami szansa na przeczytanie bardzo zgrabnie napisanej historii. BROKEN TRINITY to kolejny etap zmieniania uniwersum Top Cow przez Rona Marza, choć zdecydowanie najwcześniejszy z dotąd opisanych na IndependentComics. Scenarzysta w swoim stylu dał za pomocą BROKEN TRINITY pstryczka w nos największym wydawnictwom i udowodnił, że do stworzenia niezłego, zwięzłego i zmieniającego wiele wydarzenia wystarczy trzyczęściowa miniseria i cztery pojedyncze one-shoty.
Pragnę tu od razu zaznaczyć, że BROKEN TRINITY ma wiele wad i nie jest idealne. Przede wszystkim wydarzenia z głównej miniserii dzieją się zdecydowanie zbyt szybko. Po krótkim wprowadzeniu otrzymujemy serię pojedynków i wybuchów, po których następuje jeszcze więcej pojedynków i wybuchów, aż nagle wszystko kończy się równie szybko jak zaczęło. Kuleje również warstwa graficzna, ale o tym wspomnę nieco później.
Plusem BROKEN TRINITY jest stopniowe, logiczne i ciekawe rozbudowanie uniwersum Top Cow. Ron Marz nie tylko wprowadza do mitologii tego świata Glacier Stone i Ember Stone, ale także rozbija tytułową trójcę. Nie zdradzę w jaki sposób, bowiem warto samemu to sprawdzić. Także one-shoty, będące jednocześnie tie-inami do BROKEN TRINITY prezentują się nieźle. Chociaż żaden z nich nie wprowadza za dużo do samego wydarzenia, to jednak ten poświęcony Angelus jest bardzo ciekawy i świetnie pokazuje majestat i siłę tej postaci, co nieczęsto bywało dobrze uchwycone na łamach innych serii, gdzie pojawiała się Angelus.
Co ciekawe, wątki obyczajowe przez cały czas lektury BROKEN TRINITY były mocnym dodatkiem. Ron Marz fajnie uchwycił relacje w trójkącie Sara-Jackie-Gleason, a Finna nie da się nie polubić już od pierwszego jego pojawienia się. Gdyby tylko wszystko trwało nieco dłużej i nie sprawiało wrażenia mocno wymuszonego, oceniłbym BROKEN TRINITY naprawdę wysoko.
Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to tak jak wspomniałem wcześniej, jest ona bardzo nierówna. Albo inaczej – wszyscy artyści bledli przy pracach Stjepana Sejica. BROKEN TRINITY ułożono tak, że po każdym rozdziale głównej miniserii pojawiał się jeden z one-shotów. Przez to co drugi zeszyt wchodzący w skład zbioru zabijał dobre wrażenie po popisach Chorwata. Jedynie Jorge Lucas – rysownik one-shotu poświęconego The Darkness nawiązał walkę, lecz w ostatecznym rozrachunku i on ją przegrał. Sejic jest po prostu poza zasięgiem.
Jak na standardy Top Cow, w BROKEN TRINITY jest zaskakująco mało dodatków. Krótki wstęp, standardowa galeria okładek i kilka konceptów postaci autorstwa Sejica to i tak więcej, niż oferują niektóre wydawnictwa, lecz w przypadku Top Cow liczyłem na znacznie więcej.
BROKEN TRINITY jest integralną częścią wielkiego planu Rona Marza na uniwersum Top Cow. Dla każdego jego fana jest to pozycja obowiązkowa, chociaż daleko jej do ideału, jaki sam Marz wyznaczył sobie na łamach kolejnych zbiorów WITCHBLADE. Nie polecałbym tej pozycji osobom, które chcą dopiero rozpocząć przygodę z tym światem. Ostatecznie BROKEN TRINITY otrzymuje ode mnie trójkę z dużym plusem.
wtorek, 12 listopada 2013
Historia Image Comics część czwarta: Extreme Studios i inne wymysły Roba Liefelda
Dzisiejszy
wpis poświęcony zostanie nie tyle jednemu studiu Image Comics, co osobie ją
reprezentującej. Rob Liefeld to postać, obok której nie można przejść
obojętnie. Uznawany za jednego z najgorszych rysowników w historii,
konsekwentnie zdawał się wierzyć w swoją wielkość nie tylko jako komiksiarza,
ale także jako biznesmena. Dzisiejszy wpis udowodni wam, że w obu tych
zakątkach swojego życia, Liefeld był, a w zasadzie jest, tak samo nieefektywny.
Zacznijmy jednak od samego początku.
Wspominałem
o tym już w pierwszej części „Historii Image Comics”, ale na wszelki wypadek
powtórzę. Rob Liefeld wraz z Toddem McFarlane był uważany za lidera grupy
buntowników, którzy żądali od Marvel Comics większej swobody twórczej oraz praw
autorskich po kreowanych przez siebie postaci. Już wtedy rysownik pokazał, jak
wysokie ma o sobie mniemanie, ponieważ spośród wszystkich, którzy odeszli z
Marvela, to on miał najmniejszy dorobek. Składał się on w zasadzie z prac nad
dwoma tytułami, których większość jedynie rysował. Niemniej sukces, jaki
odniósł przy „X-Force vol. 1” wystarczył, by uznać go gwiazdę komiksowego
rynku. Sam Liefeld myśli do dziś, że nią jest, ale o tym trochę później.
Po odejściu
z Marvela i współzałożeniu Image Comics, Liefeld z wielką pompą otwiera studio Extreme
i zabiera się do pracy. Ostatecznie jego „Youngblood #1” jest pierwszym w
historii komiksem z wielkim „i” na okładce, a także pierwszym w pełni
niezależnym komiksem, który zameldował się na szczycie comiesięcznych list
sprzedaży. Sukces? Tak, ale jak Liefeld przyznaje po latach, nawet on nie był
zadowolony ze swojego komiksu, ponieważ powstawał on naprędce i z pewnymi
problemami, ale twórca koniecznie chciał być „tym pierwszym”. Obiecał on, że
wznowienie „Youngblood #1” zostanie napisane na nowo, lecz nie dotrzymał on
swojego słowa, ponieważ... takowe nigdy się nie ukazało.
Przed
chwilą napisałem, że sukces został odniesiony i Extreme Studios jako pierwsze
mocno rozwinęło swoją ofertę. Gdy pozostali twórcy powoli, lecz konsekwentnie
starali się rozwijać swoje oferty, Liefeld już uwierzył że potrafi sprzedać
wszystko. Oprócz kolejnych numerów „Youngblood”, w katalogu jego studia szybko
pojawiały się zapowiedzi kolejnych tytułów. Były to między innymi „Prophet”,
„Glory”, „Brigade” czy „Badrock”. O ile oferta wczesnego Image charakteryzowała
się tym, że komiksy nie stały na najwyższym poziomie opowiadanej historii, o
tyle przedstawiciele studia Extreme w większości przypadków ocierali się o fabularne
dno. Nic w tym dziwnego, skoro za scenariusze odpowiadał albo sam Liefeld, albo
wyłowieni przez niego, totalnie anonimowi twórcy, o których słuch dziś już
zaginął. Słupki sprzedaży wciąż jednak były dość wysokie, a reszta założycieli
wydawnictwa nominowała go na naczelnego, co jedynie utwierdzało Liefelda w przekonaniu,
że jest wielki. Dlaczego więc będąc taką gwiazdą, koniecznie trzymać się
jedynie Image?
Przełom lat
1993/1994 przyniósł światu narodziny Maximum Press. Było to nowe, niezależne
wydawnictwo, założone przez Roba Liefelda. Tam publikował on komiksy, które nie
pasowały do uniwersum Image. Swój dom znalazły tam między innymi „Avengelyne”,
„Warchild” czy licencjonowany „Battlestar Galactica”. Oczywiście krok ten nie
podobał się reszcie włodarzy wydawnictwa Image, lecz nie to stało się powodem
wyrzucenia Liefelda z Image.
Ok,
napisałem wyrzucenia, chociaż oficjalnie twórca sam odszedł z wydawnictwa.
Swoją rezygnację złożył na kwadrans przed podjęciem decyzji o usunięciu go ze
struktur Image Comics. Stało się to w 1996, a powodem były nieczyste praktyki
stosowane przez Liefelda. Mianowicie próbował on odkupywać niektórych twórców z
innych studiów, robiąc to zupełnie incognito. Wpadł podczas prób przekonania
Michaela Turnera, by opuścił Top Cow i przeszedł do Extreme Studios. Michael
Silvestri tak mocno wściekł się z tego powodu, że odłączył swoje studio od
Image. Reszta założycieli wydawnictwa Image zgodził się, że Liefeld przekroczył
swoje uprawnienia jako naczelny i postanowili go usunąć.
Liefeld
mógł poczuć się, jakby dostał w twarz. Być może nawet go to otrzeźwiło,
ponieważ zaczął działać z sensem. Połączył on Extreme Studios oraz Maximum
Press i utworzył Awesome Entertainment. Skromna nazwa, prawda? Będąc kompletnie
niezależnym, Liefeld kontynuował prace nad tytułami znanymi z poprzednich dwóch
wydawnictw, lecz tym razem nie stawiał na anonimowych twórców. Przekonał on
Jepha Loeba i Alana Moore’a, by współpracowali wraz z nim. Tylko dzięki tej
dwójce, Awesome utrzymało się kilka lat na rynku.
Końcówka
poprzedniego stulecia była katastrofalna dla rynku komiksowego. Upadły
wydawnictwa Malibu czy Valiant, bliski swojego końca był Marvel, ogromne straty
generowało DC, a Image Comics pomału traciło swój rozpęd i dodatkowo wplątało
się w pewne problemy z zamówieniami na swoje komiksy. Liefeld uparcie twierdził,
że jest na rynku miejsce dla nowego gracza i powoływał się na przykład
wydawnictwa Dark Horse, które przez te ciężkie czasy przeszło praktycznie bez
zawirowań. Na wszelki wypadek zatrudnił dwóch uznanych twórców, którzy mieli
zapewnić mu wysoką sprzedaż. Alan Moore zajął się największymi markami
Liefelda, a więc „Youngblood”, „Glory” i przede wszystkim „Supreme”. Jeph Loeb
z kolei pisał scenariusze do serii „Coven” i „Lionheart”, a sam Liefeld zakupił
prawa do postaci Fighting Americana i planował z nią serię. Co więc poszło nie
tak?
Pazerność i
przesadna pewność siebie, proszę państwa. Komiksy wydawnictwa Awesome nie
sprzedawały się źle. Wykończyły je koszty produkcji i... koszta sądowe. Liefeld
uznawał bowiem, że wydanie komiksu w jedenastu wariantach okładkowych (!!!) to
coś całkowicie normalnego, natomiast Marvel Comics uznało, że Fighting American
to nic innego, nieco przerobiony Kapitan Ameryka. Sklepy komiksowe w końcu
przestały zamawiać poszczególne warianty coverów, co dobiło „Youngblood” i „Glory”,
Jeph Loeb po zakończeniu własnych serii przyjął ofertę DC Comics i odszedł, a
Rob Liefeld został zablokowany przez sąd i nie mógł wydać w planowanej formie
Fighting Americana. W latach 1999-2000 Awesome Comics wydało jedynie 13
komiksów (w tym jeden handbook i jeden reprint), aż w końcu Liefeld ogłosił
wyczekiwane zakończenie istnienia swojego wydawnictwa.
Myślicie że
czegoś go to nauczyło? Skądże znowu. Bardzo szybko Liefeld zakłada Arcade
Comics, gdzie chce raz jeszcze przywrócić światu markę „Youngblood”. Twórca
zaplanował trzy projekty z tymi bohaterami i przyciągnął do współpracy głośne
nazwiska. Efekt? Ukazały się jeden zeszyt serii „Bloodsport” (scen. Mark
Millar), dwa numery cyklu „Genesis” (scen. Kurt Busiek, rys. Eric Walker) oraz
jedna odsłona „Imperial” (scen. Robert Kirkman). Żaden z nich nie został
dokończony, a Arcade Comics zniknęło z komiksowej mapy USA.
W lipcu
2007 roku Image Comics ogłasza, że Rob Liefeld powraca w szeregi wydawnictwa,
które współtworzył. Nie zajmuje on w wydawnictwie żadnej poważnej roli, lecz
kolejny raz próbuje odświeżyć nieco swoje własne dzieła. W pierwszej kolejności
stawia na... tak, tak, zgadliście. „Youngblood #1” ukazuje się w styczniu 2008
roku i po raz pierwszy w historii Liefeld nie przyłożył ręki do procesu
produkcji komiksu. Przynajmniej początkowo, ponieważ szybko zmienił zdanie i
samodzielnie stworzył #9 – ostatni zeszyt cyklu. Kolejne lata przynoszą nowe
woluminy „Avengelyne” oraz „Brigade”, które trwają odpowiednio osiem i... jeden
numer. Rok 2011 miał wszystko zmienić, gdy Robert Kirkman zaprosił Liefelda do
współtworzenia serii „Infinite” dla studia Skybound. Wskutek „twórczych
różnic”, cykl przetrwał jedynie dwa numery. Dodajmy jeszcze, że w międzyczasie
twórca nawiązywał współpracę z Marvelem i DC, które także kończyły się
odejściem z hukiem.
Wreszcie w
2012 roku Image, zupełnie nie wiedzieć dlaczego, postanawia dać Liefeldowi
kolejną szansę i ogłasza zmartwychwstanie studia Extreme. Oficjalnie, istnieje
ono do dziś, ale... przyjrzyjmy się temu nieco bliżej.
Rob Liefeld
w 2012 roku ogłasza, że sumuje numeracje swoich największych hitów i oddaje je
w ręce zdolnych twórców. Oto jak ułożyły się ich losy.
Bloodstrike:
Tytuł startuje od
numeru 26, chociaż #24-25 nigdy się nie ukazały. Scenarzysta Tim Seeley
kontynuuje wątki z poprzednich serii, lecz cykl notuje najsłabsze wyniki
spośród wszystkich ze studia Extreme i po ośmiu numerach następuje kasacja.
Zakończenie można określić jako pół-otwarte.
Supreme:
Legendarny tytuł
Alana Moore’a kontynuuje Erik Larsen, korzystając ze skryptów legendarnego
scenarzysty. Komiks startuje od #63 i wytrzymuje sześć zeszytów, po których
Larsen znów poświęca całą swoją uwagę serii „The Savage Dragon”. #68 ukazał się
w styczniu 2013 roku i po kilku miesiącach otrzymuje off-panelową kasację.
Zakończenie jest jak najbardziej otwarte.
Youngblood:
Chyba nikogo nie
dziwi, że i ten tytuł otrzymał swoją szansę w nowym studiu Extreme. Seria rusza
od numeru 71, chociaż znów nie wiadomo skąd wzięła się ta liczba (powinna
wynosić 68). Za scenariusz odpowiedzialny zostaje debiutant John McLaughlin,
który wytrzymuje na stanowisku zaledwie sześć zeszytów, po czym zastępuje go
Liefeld. Od tego czasu ukazują się jedynie dwa numery, z czego ostatni w lipcu
2013 roku. Seria wciąż jednak widoczna jest na stronie Image Comics jako
aktualna, więc nie można powiedzieć o jej kasacji.
Glory: Najbardziej niedoceniona seria
odrestaurowanego studia Extreme. Joe Keatinge rusza od zeszytu #23 i całkowicie
odmienia główną bohaterkę. Krytycy biją brawo za odwagę i przestawioną fabułę,
czytelnicy kręcą nosem. Ostatecznie tytuł kończy się po dwunastu numerach,
spójnym i jednoznacznym zakończeniem.
Prophet:
I wreszcie
największy hit nowego studia Extreme. Scenarzysta Brandon Graham tak mocno
odcina się od poprzednich odsłon przygód tego bohatera, że tworzy z serii
kandydata do nagrody Eisnera. Cykl rusza od numeru 21, a zapowiedziany na
styczeń 2014 roku „Prophet #45” będzie jednocześnie ostatnim zeszytem. Zapewne
także z konkretnym zakończeniem.
Jak więc
widać odrestaurowanie studia Extreme nie okazało się sukcesem. Czy jest więc
kolejnym gwoździem do trumny Roba Liefelda? Chyba nie, skoro twórca niedawno
zbierał na Kickstarterze pieniądze na nową odsłonę serii „Brigade”.
Od Was zależy które studio zostanie bohaterem części piątej. Do wyboru macie Top Cow Productions oraz Todd McFarlane Productions. Piszcie komentarze :)
Od Was zależy które studio zostanie bohaterem części piątej. Do wyboru macie Top Cow Productions oraz Todd McFarlane Productions. Piszcie komentarze :)
Serialowy Outcast ląduje w Cinemax. Valiant protestuje, Kirkman się nie przejmuje.
Robert Kirkman obecnie tworzy scenariusze do czterech regularnych serii dla Image Comics, a w przyszłym roku dojdzie mu kolejna. Wraz z rysownikiem Paulem Azacetą, założyciel studia Skybound stworzy "Outcast" - osadzony w apokaliptycznej przyszłości horror. Dodatkowo, Kirkman bardzo szybko sprzedał prawa do adaptacji tego komiksu na serial, prawdopodobnie stacji AMC. Tyle przynajmniej dowiedzieliśmy się mniej więcej miesiąc temu. Dziś sprawa wygląda już na nieco bardziej skomplikowaną.
Po pierwsze, nazwa komiksu/serialu. Niedawno odrodzone wydawnictwo Valiant zagroziło pozwaniem Kirkmana do sądu, ponieważ posiada prawa do nazwy "Outcast" jako tytułu komiksu. Nikogo praktycznie nie interesuje to, że chodzi o one-shot sprzed 20 lat, którego praktycznie nikt nie pamięta, a i bohatera komiksu próżno szukać w ofercie Valiant. Ważne, że wszelkie prawa zastrzeżone są i zdaniem wydawcy, Kirkman ma to uszanować. Tyle tylko, że ten jak dotąd nie odniósł się do tych oskarżeń i każda kolejna informacja o planowanym komiksie lub serialu opatrzona jest nazwą "Outcast"
Tu należy dodać ciekawostkę - już raz szefowie Valiant pieklili się o nazwę "Outcast", tylko że w stosunku do Boom! Studios. Ci wykręcili się tak, że zmienili tytuł planowanego przez siebie tytułu na "Valen the Outcast" i było po sprawie.
Dziś z kolei dowiadujemy się, że serial na podstawie komiksu, który jeszcze się nie ukazał, nie wyląduje w AMC jak dotychczas spekulowano. Stacja ta jest domem dla aktorskiej odsłony "The Walking Dead", a także planuje przenieść na mały ekran "Thief of Thieves". Tymczasem Kirkman zaskoczył wszystkich i podpisał umowę ze stacją Cinemax. Nie wydaje się, by przez to ucierpiały jego kontakty z AMC, ponieważ scenarzysta ma już na tyle mocną pozycję na medialnym rynku, że nie musi kurczowo trzymać się jednej stacji. Lecz z drugiej strony, doskonale wie on, czego może spodziewać się po tej stacji, a Cinemax jak dotąd nie stworzyło serialu, który stał się wielkim hitem.
Po pierwsze, nazwa komiksu/serialu. Niedawno odrodzone wydawnictwo Valiant zagroziło pozwaniem Kirkmana do sądu, ponieważ posiada prawa do nazwy "Outcast" jako tytułu komiksu. Nikogo praktycznie nie interesuje to, że chodzi o one-shot sprzed 20 lat, którego praktycznie nikt nie pamięta, a i bohatera komiksu próżno szukać w ofercie Valiant. Ważne, że wszelkie prawa zastrzeżone są i zdaniem wydawcy, Kirkman ma to uszanować. Tyle tylko, że ten jak dotąd nie odniósł się do tych oskarżeń i każda kolejna informacja o planowanym komiksie lub serialu opatrzona jest nazwą "Outcast"
Tu należy dodać ciekawostkę - już raz szefowie Valiant pieklili się o nazwę "Outcast", tylko że w stosunku do Boom! Studios. Ci wykręcili się tak, że zmienili tytuł planowanego przez siebie tytułu na "Valen the Outcast" i było po sprawie.
Dziś z kolei dowiadujemy się, że serial na podstawie komiksu, który jeszcze się nie ukazał, nie wyląduje w AMC jak dotychczas spekulowano. Stacja ta jest domem dla aktorskiej odsłony "The Walking Dead", a także planuje przenieść na mały ekran "Thief of Thieves". Tymczasem Kirkman zaskoczył wszystkich i podpisał umowę ze stacją Cinemax. Nie wydaje się, by przez to ucierpiały jego kontakty z AMC, ponieważ scenarzysta ma już na tyle mocną pozycję na medialnym rynku, że nie musi kurczowo trzymać się jednej stacji. Lecz z drugiej strony, doskonale wie on, czego może spodziewać się po tej stacji, a Cinemax jak dotąd nie stworzyło serialu, który stał się wielkim hitem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


.jpg)
.jpg)
.jpg)











