Pokazywanie postów oznaczonych etykietą greg capullo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą greg capullo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 stycznia 2021

Greg Capullo ogłasza projekt dla Image

Greg Capullo ogłosił na swoim koncie na Instagramie, że po blisko dwudziestu latach przerwy dokończy on swój autorski projekt z Image Comics - "The Creech".

Nic Wam ten tytuł nie mówi? Spokojnie, ja też musiałem sobie przypomnieć o tym, że takowy projekt kiedyś ujrzał światło dzienne. "The Creech" to autorska miniseria Capullo, która na sklepowe półki trafiła w 1997 roku i zaliczyła trzy numery. Sprzedaż była na tyle zadowalająca, że autor w 2001 roku stworzył jej kontynuację i przy okazji ujawnił, że całość ma być trylogią. Dziś okazuje się, że o projekcie nie zapomniał, przedstawiając na Instagramie fragment scenariusza do finału.

Samo "The Creech" opowiadało historię sztucznie wyhodowanego organizmu, którego twórca odkrywa, iż rząd USA ma zamiar przerobić go na broń. By do tego nie dopuścić, naukowiec uwalnia swoje dzieło, lecz stwór, choć potężnej budowy ciała, okazuje się być kompletnie nieprzystosowany do życia.

Żadne konkretne daty publikacji nie zostały podane.

Źródło: 1

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Kolejne okładki do "Spawn #300" ujawnione. Plus zajawka ze środka komiksu.

Ujawnione zostały kolejne warianty okładkowe do trzysetnego numeru serii "Spawn". Nie ukrywam, że i ja ostatecznie się skusiłem na owy zeszyt oraz zamówiłem sobie niedawno na ATOM Comics pozycję oznaczoną jako "JUN190015 | SPAWN #300 CVR B B&W MCFARLANE". Tymczasem sprawdźmy, co zostało nam pokazane.

czwartek, 30 maja 2019

Reborn: Odrodzona #1 (Mark Millar/Greg Capullo/FCO Plascencia)

Z reguły staram się tego nie robić, ale tym razem odwołam się na początku do innej recenzji komiksu, którym dzisiaj się zajmę. Dominik Szcześniak w audycji radiowej ”Halo Komiks” podsumował ”Reborn: Odrodzona” słowami, z którymi zgadzam się niemal w stu procentach. Brzmiały one tak: ”Ładne rysunki – na plus. Beznadziejna okładka – na minus. Scenariusz – gdzieś pomiędzy”. Ja co prawda aż tak brutalny względem ilustracji z frontu komiksu nie będę, ale z całą resztą w zasadzie się zgadzam. I o tym więcej w dalszej części posta. Przy czym dzisiaj nie oszczędziłem sobie kilku spoilerów, więc jeśli jesteście na nie wyczuleni, to uwaga.

poniedziałek, 20 maja 2019

Spawn #300 - Snyder i Capullo na pokładzie!

Nieuchronnie zbliża się premiera 300 numeru serii "Spawn". Najwyższa pora na podgrzanie atmosfery, ponieważ pojawiły się pierwsze informacje na temat tego, jak zeszyt ten będzie wyglądać. szczegóły poniżej.
"Spawn #300" liczyć będzie 72 strony, cena okładkowa wyniesie 7,99$, zaś zeszyt dostępny będzie w dwunastu wariantach okładkowych. główną historię narysuje Greg Capullo, który na poważnie zaistniał na komiksowym rynku w USA właśnie dzięki rysowaniu tej serii. Wspomoże go sam McFarlane, który od zeszytu #301 ma wrócić do rysowania cyklu.

Innymi osobami, które zaliczą występy gościnne będą rysownicy Jerome Opena, J. Scott Campbell oraz oczywiście Jason Shawn Alexander - obecny rysownik serii. Co ciekawe, wymienia się także wśród gości Scotta Snydera, który ma mieć swoje trzy słowa dorzucone do scenariusza.

Wraz z numerem #301, "Spawn" stanie się najdłużej wydawanym komiksem autorskim na świecie!

Dołączycie do tego jubileuszu?

Źródło: Tripwire

piątek, 10 maja 2019

"Reborn: Odrodzona" już w maju od Muchy

Na piętnastego maja zaplanowało wydawnictwo Mucha Comics premierę kolejnego komiksu autorstwa Marka Millara. Tym razem będzie to "Reborn: Odrodzona". Poniżej opis i udostępnione przez wydawcę przykładowe plansze.

niedziela, 16 października 2016

"Reborn" jako książka?

Serwis Bleeding Cool wyłapał wczoraj newsa na stronie Hollywood Reporter (który, notabene, dziś już zniknął), jakoby "Reborn" Marka Millara i Grega Capullo miałoby zostać... nie, nie, tym razem nie chodzi o ekranizację ;) Komiks miałby posłużyć za podstawę do książki.
Jej autorką miałaby być widoczna na powyższym zdjęciu Sarah Lotz - pisarka powieści młodzieżowych, którą bardzo szanuje sam Stephen King. Data wydania? Jesień 2017 roku.

Pytanie tylko: ile jest w tym prawdy? Mark Millar niejednokrotnie rozpuszczał w sieci fałszywe informacje, by podkręcić hype na jego twory (i Bleeding Cool wszystkie je wymienia), a fakt, że wspomniany news zniknął z łamów Hollywood Reporter tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z kolejną kaczką dziennikarską.

Źródło: Bleeding Cool

piątek, 9 września 2016

Ujawniono okładki wariantowe do pierwszego numeru "Reborn"

Już kilka dni temu Mark Millar postanowił ujawnić wariantowe okładki do pierwszego numeru jego projektu z Gregiem Capullo, który nosi tytuł "Reborn". Jeśli zajrzycie do rozwinięcia posta, przekonacie się, że do współpracy udało mu się nakłonić same głośne nazwiska.

środa, 3 sierpnia 2016

Rzut oka na "Reborn" Marka Millara i Grega Capullo

Jak zapewne wiecie, niespecjalnie przepadam za komiksami Marka Millara. Dlatego za każdym razem, gdy zapowiada on nowy projekt z rysownikiem, którego po prostu uwielbiam, mam niemały dylemat. No i tak jest w przypadku "Reborn", które zilustruje Greg Capullo. Sprawy dodatkowo nie ułatwiają udostępnione na Bleeding Cool, przykładowe plansze oraz szkice. Możecie je obejrzeć w rozwinięciu posta.

sobota, 10 października 2015

NYCC 2015: Greg Capullo ponownie w Image?

Krótka informacja pojawiła się podczas Nowojorskiego panelu z udziałem Scotta Snydera. Twórca obecnych przygód Batmana zdradził bowiem, że po publikacji 50 numeru regularnej serii z Mrocznym Rycerzem, współpracujący z nim rysownik Greg Capullo weźmie krótki urlop. Dlaczego więc wspominam o tym na łamach Image Comics Journal? Otóż artysta odpoczywając od ilustrowania przygód gacka, zajmie się niezapowiedzianym jeszcze dokładniej projektem do scenariusza Marka Millara. Mając na uwadze fakt, że scenarzysta ten ostatnimi czasy swoje nowe komiksy wypuszcza praktycznie tylko w barwach Image Comics, możemy się spodziewać krótkotrwałego powrotu Capullo do tego wydawnictwa.

Przypomnę, że artysta ten wypromował swoje nazwisko rysując takie tytuły jak "Spawn" oraz "Haunt".

Źródło: CBR

wtorek, 25 lutego 2014

Haunt vol. 3 (Robert Kirkman/Greg Capullo)


Mnóstwo wody upłynęło w każdej możliwej rzece od czasu, gdy napisałem recenzje drugiego tomu cyklu „Haunt”. Zapowiadana jako ogromny hit seria autorstwa Todda McFarlane’a, Roberta Kirkmana, Ryana Otlley’a oraz Grega Capullo totalnie mnie rozczarowała, ponieważ jak żywo przypominała dokonania wydawnictwa Image z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Zbyt mocno zawierzyłem twórcom, ponieważ z góry zamówiłem trzy pierwsze tomy zbiorcze tej serii i dziś wreszcie dojdę do końca moich męczarni przy bodajże największym zawodzie, jaki w ostatnich latach spotkał mnie ze strony Image Comics.

Trzeci tom serii „Haunt” to dalszy ciąg radosnej rozpierduchy. Oprócz wątków zasygnalizowanych z poprzednich odsłonach, twórcy dokładają do fabuły jeszcze jeden element. Jest nim czerwony stwór o imieniu The Apparition, którego celem jest dorwanie tytułowego bohatera. Początkowo nie wiemy o nim zbyt wiele, lecz jego wygląd jasno sugeruje mocne powiązania z Hauntem. Dodatkowo powraca kilka znajomych twarzy, a całość skąpana jest tradycyjnie w krwistym kolorze. Jednym słowem, „Haunt” w całej okazałości. Niestety...

Jak już zasygnalizowałem w pierwszym akapicie tego tekstu, moim zdaniem „Haunt” cierpi na niezwykłą miałkość fabularną, która sprawia, że porównuję ten komiks do „dokonań” Image z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jest to właśnie o tyle dziwne, ponieważ za scenariusz odpowiada sam Robert Kirkman, którego naprawdę ciężko jest posądzić o tworzenie kiepskich fabuł. Tymczasem trzeci „Haunta” powtarza błędy swoich poprzedników. Były nimi między innymi to, że czytelnik cały czas ma wrażenie, iż sceny z dialogami służą praktycznie tylko temu, by wypełnić miejsce pomiędzy kolejnymi siekaninami. Nieprzypadkowo używam właśnie tego słowa. „Pojedynki” sugerowałyby raczej coś w stylu superbohaterskich nawalanek. Tymczasem „Haunt” charakteryzuje się mnóstwem krwi, latającymi flakami i ogólnie dość sporą brutalnością. I wszystko to jest albo mocno przesadzone albo też kompletnie bez sensu. No bo jak inaczej wytłumaczyć scenę, w której jedna z postaci zostaje dźgnięta nożem, wylewa z siebie kałużę krwi, po czym wstaje, wyciąga z siebie ostrze i „lekko ranny” udał się w nieznanym kierunku. To tylko jedna ze scen, których czytanie sprawiło iż poczułem się delikatnie oszukany.

No właśnie, to bardzo dobre słowo opisujące moją przygodę z serią „Haunt”. Tak podczas lektury trzeciego tomu jak i dwóch poprzednich, czułem się zwyczajnie oszukany. Seria zapowiadana była jako hit i nim też się stała, ale tylko pod względem sprzedaży. Podobnie jak wielu innych czytelników, tak i ja oczekiwałem po takim zestawie twórców komiksu może nie wybitnego, ale przynajmniej będącego o czymś. Tymczasem Kirkman i McFarlane ewidentnie się ze sobą nie dograli. Mnogość wątków aż prosiła się o rozwinięcie każdego z nich i jestem pewien, że twórca takich serii jak „The Walking Dead” czy „Invincible” bez kłopotu by sobie z tym poradził. Wydaje mi się, że Kirkman był pod dość mocnym dyktandem Todda McFarlane, skądinąd twórcy postaci Haunta i niejako zmuszony został do pewnych rozwiązań fabularnych, które sprowadzały się zazwyczaj do łubudu. Tak jak w tym tomie potraktowano wątek kobiety o imieniu Alegria. Nie chcę tu zbyt mocno spolerować, ale jej zakończenie kończy również część komiksu poświęconą The Apparition i robi to w taki sposób, że czytelnik pozostaje ze spora ilością pytań. Jak zrobiła to co zrobiła? Czemu to zadziałało? To tylko przykładowe dwa z nich.

Chciałbym napisać, że jedynym plusem tego komiksu są rysunki Grega Capullo. Niestety, nawet on nie spisał się najlepiej. Owszem, poziom jego ilustracji jest o kilka poziomów wyższy niż warstwy fabularnej, lecz w porównaniu z jego pracami przy „Spawnie” czy obecnie nad przygodami Batmana, różnica na minus jest łatwo dostrzegalna. „Haunt” od początku ukazywał się ze sporymi opóźnieniami i zastąpienie Ryana Ottley’a właśnie Gregiem Capullo miało to zmienić. Poślizgów faktycznie już nie było, lecz widać po poszczególnych stronnicach, że artysta ten spieszył się tworząc kolejne plansze i nie ukrył tego nawet Todd McFarlane, zajmujący się gdzieniegdzie nakładaniem tuszu. Ale... nawet pomimo tego mojego narzekania, rysunki Grega Capullo i tak nieco podwyższa końcową ocenę trzeciego tomu serii „Haunt”.

O dziwo w tym komiksie pojawiły się dodatki, których w dwóch poprzednich próżno było szukać. Nie napalajcie się jednak zbytnio, ponieważ ich ilość to raptem trzy strony alternatywnych okładek. Z czego w zasadzie żadna nie jest w żaden sposób zachwycająca do tego, by wydać ekstra pieniądze na jej zdobycie.

Trzeci tom serii „Haunt” ostatecznie kończy moją przygodę z tym komiksem, pomimo opublikowania jeszcze czwartej odsłony. Dzieło duetu Kirkman & McFarlane jest zwyczajnie słabe i o ile dwie dekady temu prawdopodobnie byłby to znacznie większy hit wydawniczy, dziś „Haunta” należy potraktować jako ciekawostkę. I to taką, której z całą pewnością nie powinno się kupować. Image Comics ma w swojej ofercie wiele duże lepszych komiksów. 2/6

piątek, 15 listopada 2013

Haunt vol. 2 (Robert Kirkman/Greg Capullo)

Koniec dubli za dwie recenzje.

Pierwszy zbiór przygód HAUNTA oceniłem bardzo nisko, dlatego też do lektury drugiej ich odsłon zasiadałem z niemałą obawą. Wciąż bowiem uważałem, że główny bohater serii to nic innego jak zwyczajna zrzynka z pomysłów na inne postacie. Tymczasem zeszyty, które weszły w skład HAUNT vol. 2 nie tylko zebrały bardzo dobre oceny na zagranicznych portalach, ale także do ich rysowania zatrudniono Grega Capullo. To były aż dwa powody ku temu, by jednak przyjrzeć się temu wydawnictwu. O dwa więcej, niż przy okazji pierwszego zbioru.

HAUNT vol. 2 rozpoczyna się od pojedynczej historii, na łamach której widzimy streszczenie całego poprzedniego zbioru, tyle tylko, że widziane oczami Mirage – jednej z drugoplanowych postaci. Następnie przechodzimy do sześciu rozdziałów, które są już kontynuacją losów braci Kilgore – krwawą, dynamiczną, ale jak się okazuje, faktycznie nieco lepsze od poprzedniej odsłony. Przypomnę jeszcze, że seria HAUNT opowiada o dwóch braciach – Kurcie i Danielu. Gdy ten pierwszy ginie, jego dusza zadomawia się w ciele brata. Wspólnie tworzą ektoplazmatyczną istotę o pseudonimie Haunt, która jest ich największą bronią w krucjacie, którą niedługo potem rozpoczęli. Zemsta będzie krwawa, a my będziemy tego świadkami.

Nie ukrywam, że gdy rozpoczynałem swoją przygodę z drugim tomem zbiorczym serii HAUNT, byłem już z góry nastawiony na „nie”. Tymczasem okazuje się, że znalazłem kilka momentów, w których naprawdę nie żałowałem pieniędzy wydanych na ten komiks. Oczywiście wciąż nie ośmielę się nazwać HAUNT vol. 2 pozycją godną polecenia, ale już na pewno zdatną do czytania. Ale opiszmy to po kolei.

Zacznę może od warstwy graficznej, ponieważ tu będę najmniej obiektywny. Uwielbiam prace Grega Capullo i jestem przekonany, że gdyby narysował pojedynczy numer serii ARCHIE to też bym się nim zachwycał. Styl, jaki artysta ten wypracował latami pracując dla Image przy SPAWNIE, znacznie bardziej pasował do klimatu historii, w jakiej porusza się HAUNT. Co prawda Capullo już w pierwszym tomie udzielał się dość mocno, jednak dopiero teraz stał się pełnoprawnym rysownikiem, zastępując nieco zagubionego Ryana Ottley’a (INVINCIBLE – także dla Image). Różnica jest dostrzegalna gołym okiem, chociaż tak naprawdę uważam że dopiero po swoim przejściu do DC, Capullo ponownie rozwinął skrzydła. Artysta ten podniósł wartość warstwy graficznej w HAUNT, ale nie było o to szczególnie trudno.

Tymczasem przejdźmy do warstwy scenariuszowej, za którą odpowiadał Robert Kirkman. Wciąż upierać będę się, że to najsłabszy komiks tego scenarzysty od ładnych paru lat (zaznaczam: nie czytałem INFINITE), lecz HAUNT vol. 2 i tak można określić mianem solidnego średniaka. Zawdzięcamy to głównie temu, że... zbiór posiada znacznie większą ilość stron od swojego poprzednika. Znalazło się tu znacznie więcej miejsca na rozwinięcie obu braci, ale także nadano nieco charakteru postaciom dotąd drugoplanowym. Ponieważ zrobiono to całkiem umiejętnie, ocena nieco podskoczyła. Dużo świeżości wniosła zwłaszcza Mirage, która znacząco namieszała i rozruszała nieco niemrawą początkowo serię.

Z drugie znowu strony, wciąż czekam na to, by cokolwiek zrobiono z postacią żony zmarłego Kurta. Jej występy to wciąż notoryczne płakanie, użalanie się nad sobą i wpadanie w przerażenie, gdy odkrywa kolejne sekrety z życia swojej zmarłej połówki. Nuda, nuda, przeraźliwa nuda, no i w końcu ileż można?

Podobnie jak w przypadku pierwszego zbiorku, każde słowo poświęcone materiałom dodatkowym w HAUNT vol. 2 to marnotrawienie czasu i miejsca, ponieważ takowych zupełnie w komiksie nie ma. No, chyba że za dodatek uznamy reklamę serii HAUNT oraz zachęcenie do kupna poprzedniego zbioru. Swoją drogą sądzę, że jeśli ktoś sięgnął po drugą jego część, to najpewniej ma także w swoich zasobach pierwszą. No ale kto tam jest w stanie dokładnie stwierdzić, co siedzi w głowie przeciętnego Amerykanina.

Podsumowując, HAUNT vol. 2 jest z pewnością komiksem lepszym od swojego poprzednika, jednak wciąż jest to pozycja zaledwie średnia. Polecam ją osobom, które należą do grona fanów Roberta Kirkmana, a także tym, którym podobał się specyficzny klimat SPAWNA z rysunkami Grega Capullo. Reszta może poczuć się zdecydowanie zawiedziona. Jeśli więc jeszcze nie poddaliście się po lekturze pierwszej odsłony HAUNTA, polecam dokładnie i dwukrotnie, a najlepiej trzykrotnie zastanowić się nad tym, czy nie lepiej wydać Wasze ciężko zarobione pieniądze na coś tak średniego. Jest kilkanaście znacznie lepszych komiksów w tej cenie, które warto zakupić i dołączyć do Waszych kolekcji.

wtorek, 5 listopada 2013

Spawn: Endgame Collection (Todd McFarlane/Greg Capullo i inni)

Żeby nie było że nie ostrzegałem - ta recenzja to kolejny dubel

Todd McFarlane potrafi zaskoczyć każdego czytelnika komiksów. Kto bowiem mógł przypuszczać, że najważniejszy moment w historii Spawna przypadnie nie na setny czy dwusetny numer jego solowej serii, tylko objawi nam się w numerze sto osiemdziesiątym piątym? Przecież to nie jest odpowiedni moment na takie zabiegi jak... ponowne uśmiercenie głównego bohatera. Tak, dobrze czytacie. SPAWN: ENDGAME COLLECTION to pożegnanie Ala Simmonsa, które trwa dokładnie... cztery strony. Potem rozpoczyna się zupełnie nowa era.

Po ostatnich wydarzeniach, które dziwnym zbiegiem okoliczności nie zostały jeszcze zebrane w formie wydania zbiorczego, Al Simmons nie chce już dłużej pełnić roli Spawna. Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że uwolni się od klątwy tylko w momencie, w którym popełni samobójstwo. Chwilę później tak właśnie się dzieje. Dokładnie w tym samym momencie, w pewnym szpitalu, ze śpiączki budzi się tajemniczy Pacjent 47. Blondwłosy, białoskóry mężczyzna stał się właśnie kolejną osobą, na którą spadła piekielna klątwa Spawna. Czy odnajdzie się on w nowej roli? Co zrobi wiedząc, że jego tropem podążają nie tylko stary wrogowie, ale także rzesza zupełnie nowych przeciwników? I to takich z piekła rodem.

Tak w skrócie przedstawia się fabuła SPAWN: ENDGAME COLLECTION. Historia ta zebrana była już w postaci dwóch zbiorów, lecz z powodu jej ogromnej popularności, Image Comics postanowiło połączyć je oba, uzupełnić dodatkami o których wspomnę później i zarobić na dobrej sprzedaży tej pozycji. Nie odkryję Ameryki jeśli napiszę, że się nie pomylono.

Cała historia ENDGAME to bardzo udany powrót Todda McFarlane’a do pisania przygód Spawna. Co prawda w pierwszej połowie zbioru towarzyszy mu jeszcze Brian Holguin – wieloletni, regularny scenarzysta serii SPAWN, lecz druga część to już solowy popis twórcy postaci Ala Simmonsa i Jima Downinga. Holguin, chociaż miał spory kredyt zaufania, nigdy nie osiągnął takiego poziomu pisanych przez siebie historii, żeby chociaż zbliżyć się do swoich poprzedników. ENDGAME wyjątkowo przykuwa uwagę, pomimo tego, że jest w swojej konstrukcji bardzo podobne do pierwszych numerów serii. Gdy Jim zostaje Spawnem, zaczyna odkrywać dziedzictwo Ala Simmonsa, które stali czytelnicy przygód tego szczególnego superbohatera dokładnie znają. Nic więc dziwnego, że ENDGAME jest idealnym momentem, by rozpocząć swoją znajomość z Spawnem. Tu zwracam się do panów z Marvela i DC – jak widać nie potrzeba wciąż restartować serie z poszczególnymi bohaterami, by odnieść pożądany sukces.

Scenarzyści zadbali jednak o to, by stali czytelnicy nie czuli się pominięci i zagubieni. Dlatego też nowy Spawn napotyka na swojej drodze znanych i lubianych: detektywów Sama i Twitcha, klauna Violatora, a swój mały epizod zalicza także Wanda Fitzgerald. Zwłaszcza scena z nią szczególnie zapada w pamięć, ponieważ to właśnie wtedy stali czytelnicy przygód Spawna uświadamiają sobie, że widzieli już twarz Jima Downinga w oryginalnym SPAWN #2! Jest to bardzo ciekawy zabieg ze strony scenarzystów, ale po więcej szczegółów zapraszam już bezpośrednio do lektury SPAWN: ENDGAME COLLECTION.

Zeszytowe ENDGAME charakteryzowało się tym, do czego fani wydawnictwa Image mogli się już przyzwyczaić. Chodzi mi oczywiście o potężne opóźnienia. 12 zeszytów składających się na całość historii ukazywało się przez blisko półtorej roku, co teoretycznie jeszcze nie jest tak złym wynikiem. Warto jednak wspomnieć o fakcie, że rysunki do zbioru wykonywać musiało aż czterech rysowników, ponieważ niemal każdy z nich miał spore kłopoty z wyrobieniem się w terminie. Pod tym względem nie zawiódł jedynie, znany ze swojej ekspresowej pracy, Rob Liefeld. No ale wszyscy doskonale wiemy, że jest to artysta strasznie kontrowersyjny i albo się go kocha, albo nienawidzi. Ja osobiście należę do tej drugiej grupy. Jednak gdyby nie zwracać uwagę na opóźnienia, które w końcu zbioru nie dotyczyły, to nie sposób nie zauważyć, że zarówno Liefield, Whilce Portacio jak i Greg Capullo, starali się jak najbardziej zbliżyć się do siebie stylowo, dzięki czemu przejścia od jednego rysownika do drugiego obywało się czasem nawet niezauważalnie. Najmocniej kłuło to w oczy w przypadku Whilce’a Portacio, który na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno obniżył loty i gdzieś zatracił swój własny, niepowtarzalny styl.

Oprócz dwunastu zeszytów serii SPAWN, zbiór zawiera całkiem pokaźną liczbę dodatków, chociaż zupełnie standardowych. Oprócz galerii okładek do poszczególnych rozdziałów historii ENDGAME, dostaliśmy też kilkanaście szkiców autorstwa poszczególnych rysowników, a także krótki komentarz samego Todda McFarlane’a. W sumie pojawiło się blisko 30 stron dodatków, które cieszą oczy w nie mniejszym stopniu niż sama historia.

SPAWN: ENDGAME COLLECTION to historia monumentalna dla każdego fana tej postaci oraz doskonały moment na wskoczenie nowych czytelników. Wystawiam mu mocną czwórkę i zachęcam do kupna, ponieważ przedstawiona w zbiorze historia stanowi w prostej linii wstęp do numeru 201 oryginalnej serii, gdzie na stanowisku stałego artysty zawitał nasz rodak – Szymon Kudrański. Ale to jak się tam zadomowił, dowiecie się z kolejnych recenzji.

niedziela, 3 listopada 2013

Haunt vol. 1 (Robert Kirkman/Ryan Ottley i inni)

Jak już wspominałem wczoraj, czas na kolejnego dubla.

Robert Kirkman, Todd McFarlane, Ryan Ottley, Greg Capullo – taki zestaw twórców powinien zagwarantować sukces każdemu komiksowi. Mimo to jednak udało im się stworzyć jedną z najpopularniejszych serii wydawnictwa Image Comics, ale zdecydowanie nie godną tak dużego zainteresowania. Część z Was zastanawia się zapewne, jak to możliwe? Powód jest zaiste prozaiczny i postaram się przybliżyć go nieco w tej niedługiej recenzji. Zaznaczam jednak, że mam skłonności do fantazjowania i cała moja teoria może być nietrafiona. No ale jedziemy z tym koksem i przyjrzyjmy się Opętanemu.

Głównymi bohaterami serii HAUNT jest ojciec Daniel Kilgore oraz jego brat Kurt. Obaj są tak daleko od pojęcia „przykładnych obywateli”, jak tylko mogą. Daniel regularnie pali, pije i odwiedza domy publiczne. I to bynajmniej nie po to, by nawracać pracujące tam panienki. Jego brat z kolei zamieszany jest w pewne ciemne interesy. Pewnego dnia Kurt odwiedza Daniela, by się wyspowiadać, lecz nie dostaje rozgrzeszenia. Niedługo potem ginie, a jego duch nawiedza brata. Niedługo potem, wskutek pewnej intrygi, Daniel i duch Kurta muszą się połączyć. Tak właśnie narodzi się Haunt – nowy superbohater w mieście, który bynajmniej nie planował przyjąć tego, na co skazał go los. Typowe...

Już nieraz przerabialiśmy ten sam scenariusz, gdy obowiązki superbohaterskie spadają na osobę, która jest do tego najmniej odpowiednia. HAUNT również podąża tym schematem i w niczym nie zaskakuje. To, co naprawdę potrafi zadziwić, to fakt, że twórcy postanowili nałożyć kliszę na kliszy. I co gorsza, udało im się odnieść sukces. Już pierwszy rzut oka na wydanie zbierające początkowe pięć zeszytów serii, pozwala zauważyć, że HAUNT stanowi pokłon dla typowego stylu, propagowanego przez stare Image Universe. I tak oto naszym oczom ukazują się niemal wyłącznie twardzi, wyglądający jak góra mięśni mężczyźni oraz przeraźliwie chude, ale mające niemałe atrybuty, seksowne kobiety. Dodatkowo sama postać Haunta na pierwszy rzut oka przywołuje nieprzypadkowe moim zdaniem skojarzenia z Venomem z Marvel Comics, a także nieco mniej ze Spawnem. Nietrudno się domyślić, że dwie dekady temu wydawnictwo postępowało całkiem podobnie. Kolejne skojarzenia ze starymi wyrobami Image są następujące: doprowadzające do szewskiej pasji notoryczne opóźnienia, dobry scenarzysta piszący zwyczajną papkę oraz dobra sprzedaż, pomimo miernego poziomu.

No właśnie. Obok Roberta Kirkmana w zasadzie nie można przejść obojętnie. Niektórzy kochają go i wielbić będą po wsze czasy za takie tytuły jak INVINCIBLE czy THE WALKING DEAD. Ale znajdą się też tacy, którzy nigdy nie zapomną mu sieczki, jaką zafundował czytelnikom Marvelowskiego ULTIMATE X-MEN. Pytanie brzmi: czy HAUNT przysporzy Kirkmanowi jeszcze więcej fanów? Wszystko wskazuje na to, że bynajmniej mu nie zaszkodzi. Przeglądając zagraniczne fora i strony tematyczne nie zauważyłem, by komuś przeszkadzała wtórność, kopiowanie, brak zajmującej fabuły i nazwiska znanych rysowników, którzy odwalali tu być może najgorsze prace w całej swojej dotychczasowej karierze – czyli wszystko to, co mi się nie podobało.

Skoro już o tym wspomniałem. Naprawdę ciężko uwierzyć w to, że Ryan Ottley narysował wszystkie plansze, które możemy podziwiać w pierwszym wydaniu zbiorczym serii HAUNT. Artysta, który niemal czarował na łamach serii INVINCIBLE i wypracował swój własny, rozpoznawalny z daleka styl, tu musiał diametralnie go zmienić. Ponieważ przy tworzeniu poszczególnych plansz Ottley dzielić musiał się pracą z Gregiem Capullo, na początku nie do końca rozróżniłem który z nich odpowiadał za sam proces rysowania. Efekt ten trwał raptem przez kilka pierwszych stron, ale z pewnością nie mogę go zaliczyć do plusów.

W zasadzie od samego początku tej recenzji narzekam na HAUNT vol. 1. Czas jednak wspomnieć o jedynym plusie, jaki udało mi się odnaleźć w tym komiksie. Jest to fakt, że obok niego nie można przejść obojętnie. Fani starego Image po lekturze na pewno będą usatysfakcjonowani, reszta już niekoniecznie. Ale nawet część z nich sięgnie do kolejnych wydań zbiorczych, chociażby z czystej ciekawości. Bo ten komiks ma to coś, co sprawia, że ciężko jest się z nim jednoznacznie rozstać i zapomnieć.

Teraz wypadało by wspomnieć o materiałach dodatkowych, które znalazły się w HAUNT vol. 1. No właśnie problem jest taki, że takowych nie umieszczono wcale. Nie znajdziecie w nim nawet wszystkich okładek do poszczególnych zeszytów. Nieco tylko rekompensuje to fakt, że owe wydanie zbiorcze kosztuje jedynie dziesięć dolarów i obecnie ciężko jest znaleźć jakikolwiek komiks o podobnych parametrach w tej cenie.

Nie mogę polecić komiksu HAUNT vol. 1, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie jest to pozycja dobra. Ale cóż z tego, skoro i tak się dobrze sprzeda? Magia Kirkmana znów zadziałała. Ja tymczasem wystawiam dwóję z plusem.