czwartek, 25 lipca 2019

Invincible #4 (Robert Kirkman/Ryan Ottley/Bill Crabtree)

Ależ ten czas zapiernicza. Ledwo człowiek się obejrzał, a tu już czwarty tom ”Invincible” wylądował w naszych łapach. Jedna trzecia historii już za nami i mam nadzieję, że podzielacie moje zdanie, iż jeszcze nie dotarliśmy do momentu krytycznego w komiksach Kirkmana, a więc tego, kiedy w zasadzie przestaje nas interesować co będzie dalej, a czytamy bardziej z przyzwyczajenia. Przynajmniej ja tak mam. Na ”Żywe Trupy” od Taurusa czekam w zasadzie tylko po to, by mieć komplecik na półce, a prawdziwie mocną zajawkę straciłem w okolicach jedenastego lub dwunastego tomu,  ”Oblivion Song: Pieśń Otchłani” już po drugim tomie zrobiło się dla mnie takie mocno ”meh”, zaś ”Outcast: Opętanie” zapamiętam głównie z tego, że rozkręcało się to niemożliwie długo. Tymczasem po czterech (podwójnych, przypomnę) tomach przygód Marka Graysona nie tylko chcę więcej, ale i z pewnym przerażeniem odkrywam, że młodzieńcze komediodramaty jakich jest tu pełno czyta mi się znakomicie.

Bo wiecie, najfajniejszą rzeczą w serii ”Invincible” jest to, że trudno ją jednoznacznie wrzucić do jednego worka, a Kirkman sprawnie manewruje pomiędzy gatunkami, którym akurat teraz dane jest więcej czasu antenowego. I tak na łamach czwartego tomu cyklu obserwujemy zarówno kolejną, epicką przygodę w kosmosie oraz gigantyczną rozpierduchę w środku miasta, jak i kameralne śledztwo które idzie nie tak jak powinno, jak i rodzinne rozterki Marka, któremu niedawno przybył do rodziny braciszek lub też jego sercowe rozdarcie pomiędzy dwiema świetnymi dziewczynami. A jakby tego wszystkiego było mało, drugi plan też jest bardzo mocno aktywny, dzięki czemu interesujemy się nie tylko losami głównego bohatera, ale także Robota, Rexa, Immortala czy kosmity Allena. I wszystko to Kirkman sprzęgł ze sobą w taki sposób, że świat przedstawiony na łamach serii ”Invincible” cechuje się znakomitą synergią. Niemal każda postać ma tu swoje miejsce i rolę do odegrania, a scenarzysta porusza się pomiędzy wątkami z taką sprawnością, że z równie dużym zainteresowaniem czytam zarówno o tym jak Mark tłucze po ryju Marsjan jak i momenty, w których chłopak po prostu stara się rozwiązać swoje problemy w związku z Amber.

Jednocześnie ”Invincible” niezmiennie cechuje się tym, co ujęło mnie już dobre lata temu i siła tego nie maleje nawet z czasem i przełożeniem komiksu na język polski. Mianowicie to, iż scenarzysta z jednej strony wyraźnie bawi się konwencją komiksu superbohaterskiego i w pewnych momentach wyraźnie szydzi z typowych dla tego gatunku rozwiązań fabularnych (przypomnijmy sobie chociażby parodię Ligi Sprawiedliwości z tomu pierwszego), ale jednocześnie widać, iż tytuł ten to jego list miłosny do trykociarzy, których to Kirkman autentycznie kocha i szanuje. Z komiksu emanuje swoista prawdziwość intencji twórcy, co cieszy podwójnie, bo w dzisiejszych czasach taką realną zajawkę tematem wyczuć można u bardzo niewielu twórców. Zaś w Polsce chyba tylko u zinowców, co jest na swój sposób zwyczajnie smutne. I tak, na łamach ”Invincible” komiksowej Ameryki nikt na nowo nie odkrywa. Ale twórca scenariusza sprawnie pokazuje, że niektóre punkty na mapie można ”zaliczyć” w inny sposób, niż sugerowałyby wytyczone ścieżki.

Z tomu na tom coraz lepsza jest za to warstwa graficzna. Ryan Ottley wyraźnie coraz mocniej się rozkręca, ale to co najlepsze w jego wykonaniu jeszcze przed nami – będzie to miało miejsce w okolicach tomów 9-10, gdy rysownik ten tak mocno przykładał się do pracy, że zawalał termin za terminem. Ale warto było czekać. Oczywiście nie znaczy to, że teraz jest z tym jakoś źle. ”Invincible” to seria, która cechuje się dość specyficznym rodzajem warstwy graficznej, lecz w tym szaleństwie jest metoda i ta swoista prostota procentuje za każdym razem, gdy poświęcimy chwilkę, by bliżej przyjrzeć się temu, co de facto skrywa drugi plan.

Jak miało to miejsce przy poprzednich tomach, tak i tutaj otrzymujemy na końcu komiksu około 40 stron najróżniejszych dodatków. Są to fragmenty scenariusza, szkice, autorskie komentarze czy galeria okładek. Dla koneserów zawartości dodatkowej to nie lada gratka. ”Invincible” od Egmontu to niezmiennie takie swoiste ”budżetowe deluxe” – czyli oparte na wydaniu tego typu, ale mniej wypasione i bardziej na naszą kieszeń. Zatem twarda oprawa, kolor, 336 stron – cena okładkowa w wysokości 99,99zł to uczciwa cena, a po rabatach robi się bardzo sympatycznie.

Warto? Jasne że warto. Lepszych komiksów superbohaterskich na naszym rynku ze świecą szukać.
    
---------------------------------------------------------------
   
"Invincible #4" do kupienia w sklepach Egmontu i na ATOM Comics

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza