środa, 11 grudnia 2013

Historia Image Comics część siódma: Joe's Comics oraz Skybound Entertainment

Dzisiejsza odsłona „Historii Image Comics” będzie stosunkowo krótka, ponieważ oba studia których nazwy widzicie powyżej, nie mają za sobą wielu lat funkcjonowania. Skybound zadebiutowało bowiem w 2010 roku, a Joe’s Comics w 2013. Chociaż to nie do końca prawda i właśnie dlatego zacznę najpierw od studia, którego założycielem jest J. Michael Straczynski.
Ten utalentowany twórca założył Joe’s Comics po raz pierwszy w 1998 roku, lecz wówczas było to nie osobne studio wydawnictwa Image, lecz niejako imprint Top Cow. Straczynski nie był wtedy jeszcze pierwszoligowym twórca komiksowym i nawet nie myślał o tym, że kiedyś odmieni mitologię Spider-Mana. Scenarzysta trafił idealnie w moment, gdy Marc Silvestrii szukał sposobu na rozwinięcie oferty swojego studia poprzez zezwolenie na autorską pracę „młodych, zdolnych”. To właśnie w tym czasie Michael Turner ruszał ze swoim „Fathom”, a nikomu wówczas nieznany Tony Harris zaczynał swoją karierę od „Obergeist”.

Początkowe plany były bardzo ambitne. Straczynski uruchamia swoje studio i rusza z dwoma projektami. W 1999 roku ukazuje się pierwszy numer cyklu „Rising Stars”, a rok później premierę zalicza wydany w całości także w Polsce „Midnight Nation”. Oba te tytuły okazują się być strzałem w dziesiątkę i windują Straczynskiego ma szczyty list najbardziej utalentowanych twórców. Jednocześnie staje się to powodem zamknięcia tego studia. „Plemię Cienia” dobiega swojego szczęśliwego końca, natomiast znacznie bardziej popularne „Rising Stars” wpadają w oko producentom filmowym. Tu dochodzi do konfliktu na linii twórca-studio, lecz niestety nie do końca wiadomo jakiego rodzaju był to problem. Straczynski jednak zostaje nieugięty: kończy swoja sztandarową serię, a zapowiedziane kolejne dwa projekty przenosi do Marvela, gdzie odnosił już sukcesy jako scenarzysta przygód człowieka-pająka.
Tu należy dodać, że pierwsze życie Joe’s Comics zakończyło się w 2005 roku po 7 latach i wydaniu blisko 50 komiksów. Straczynski jednak odszedł z Marvela, nie osiągnął praktycznie niczego w DC Comics (no, może poza wstydem za to co „zrobił” z Supermanem i Wonder Woman) i być może dlatego skruszony wrócił do wydawnictwa, które zrobiło z niego gwiazdę. Nowe Joe’s Comics to w tym momencie trzy serie: horror „Ten Grand” oraz superbohaterskie „Sidekick” i „Protector Inc.”. Jako że każdy z tych projektów liczyć ma nie więcej niż 12 numerów, w 2014 roku Straczynski planuje ruszyć z kolejnymi seriami, a także wznowić swoje autorskie pomysły z Marvela.
O Skybound z kolei można napisać wszystko w jednym akapicie. Robert Kirkman od lat tworzył dla Image po 2-3 serie jednocześnie. Każda z nich była lub jest hitem sprzedażowym wydawnictwa i nic dziwnego, że z czasem jego wpływy rosły. Ostatecznie twórca postanowił utworzyć osobne studio, w ramach którego wydawał własne komiksy. Taki los spotkał „The Walking Dead”, „Invincible” i „Super Dinosaur”, do których dołączył pierwszy projekt, który narodził się w Skybound – „Thief of Thieves”. Po jakimś czasie doszły do nich także autorskie projekty innych utalentowanych twórców. Szlaki przetarł Brandon Seifert ze swoim „Witch Doctor”, a z czasem dołączyli do niego David Schulner („Clone”), Joshua Williamson („Ghosted”) czy Chris Dingess („Manifest Destiny”). Skybound dopiero tworzy swoją historię.

To tyle w tej krótkiej odsłonie Historii Image Comics. Do końca cyklu pozostały jeszcze dwie i zapewniam, że obie będą znacząco dłuższe niż dzisiejsza.

Nowe bronie, nowi uczniowie, nowe numery Five Weapons

Jakiś czas temu wspominałem na łamach bloga o tym, że kilka spośród wydawanych przez Image Comics tytułów doczekało się zmiany statusu z miniserii na regularny ongoing. W Gronie tym znalazło się także "Five Weapons" autorstwa JimmiegoRobinona. Seria opowiada o losach Enrique Garcii - młodego chłopaka, który dołącza do elitarnej szkoły zabójców. Dzieciak od razu wzbudza ogromne zainteresowanie, ponieważ okazuje się nie tylko być niezwykle pewnym siebie arogantem, ale także wykazuje niezwykłą biegłość w posługiwaniu się praktycznie każdym rodzajem broni. Nikt jednak nie wie kim jest i skąd przybył do szkoły.
"Five Weapons" przypadło mi do gustu nie tylko ze względu na dość ciekawego głównego bohatera, ale także większość obsady drugoplanowej. Przez ogromną większość pierwszych pięciu numerów tajemnica goniła tajemnicę, jednocześnie scenarzysta potrafił tworzyć kolejne rozdziały w taki sposób, że czuło się typowy, szkolny klimat. Tym bardziej ucieszyła mnie wieść o tym, że "Five Weapons" będzie kontynuowane. Niestety, zapowiedzi scenarzysty nie nastrajają mnie już zbyt optymistycznie.

Jimmi Robinson opowiedział w wywiadzie dla serwisu Newsarama, że #6 rozpocznie się od przeskoku w czasie i startu nowego semestru. Scenarzysta przyznał, że oprócz powrotu kompletu starej obsady, pojawią się nie tylko nowe osoby - między innymi dyrektor szkoły i jego tygrys, ale także i miejsca. W tym także konkurencyjne szkoły. "Five Weapons" gdy było jeszcze miniserią, charakteryzowało się dużym tempem opowiadanej historii, pomimo dość szerokiej obsady. Obawiam się że tak znaczące rozszerzenie przedstawionego świata, doprowadzi do sytuacji w której zbyt wiele wątków będzie prowadzonych jednocześnie.

Czy obawy te potwierdzą się? Tego dowiedzieć będziemy się mogli od 29 stycznia przyszłego roku.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

O ślepej miłości do zielonego grzebienia - rozmowa z Łukaszem Mazurem

Bohaterem trzeciego wywiadu, który pojawia się na tym blogu jest Łukasz Mazur - założyciel bloga "Kolorowe Zeszyty", a w późniejszym czasie także jego spin-offu "Larsenofila". Jak nietrudno się domyśleć, jest to zdecydowanie największy polski fan twórczości Erika Larsena i właśnie tego będzie dotyczyć rozmowa.


Krzysztof Tymczyński: "Zielony facet z grzebieniem na głowie" - nie jestem pewien czy dobrze przytoczyłem, ale czy pamiętasz te słowa?

Łukasz Mazur: Rozumiem, że nawiązujesz do słów Marcina Rusteckiego, który spytany w jednym z wywiadów o ewentualne plany wydania przygód Dragona (za czasów TM-Semic) w niezbyt pochlebnych słowach wypowiedział się na temat serii Larsena. Na chwilę się wtedy zagotowałem i popełniłem jakiś wpis na Kolorowych Zeszytach, bo raz, że to przecież moja ulubiona seria, a dwa, że wypowiedział się tak człowiek, który przy pomocy swojego kultowego wydawnictwa dawał mi co miesiąc kupę radochy i zaszczepił miłość do superherosów. Taki polski Stan Lee, he he. Po latach wyjaśniliśmy sobie tę sytuację z Marcinem, więc nie ma między nami żadnych spięć (zresztą całej tej sytuacji nie można nazwać nawet konfliktem, ot, fanboy się lekko zagotował i tyle).

Jak więc zaczęła się Twoja przygoda z tym zielonym jegomościem?

Wszystko zaczęło się od "Zemsty złowieszczej szóstki" publikowanej na łamach polskiego "Spider-Mana" i doskonałym rysunkom Erika Larsena. Jakiś czas później w jednym z numerów "Super Boomu" trafiłem na czarno-białą okładkę jednego z pierwszych numerów "Dragona" i sobie zakodowałem, że Erik obecnie pracuje nad tą serią. I tu kolejny przeskok w czasie - parę lat później, pierwszy kontakt z internetem - nie wiem jak trafiłem na stronę SavageDragon.com, ale sekcja z okładkami zachwyciła mnie na tyle, że każdą z nich zgrywałem na dyskietki, żeby mieć je również na domowym kompie. Był to jednak czas kiedy sprzedałem swoją całą kolekcję komiksów (klasyczny powód nastolatka pt. "bo jestem już na to za stary"), więc te kilkadziesiąt okładek w jotpegach, to był w zasadzie mój jedyny komiksowy akcent w tamtym okresie. Jakoś w 2002 roku postanowiłem przekonać się czym w zasadzie jest ten zielonoskóry olbrzym stworzony przez Larsena i tak wróciłem do komiksów. Parę lat zajęło mi skompletowanie wszystkich zeszytów, a od dłuższego czasu jestem już na bieżąco z tym co się dzieje u Dragona.

Załóżmy, że nigdy nie czytałem przygód Savage Dragona. Co mógłbyś powiedzieć mi o tej postaci?

Powiedziałbym Ci, że wygląda jak Hulk z płetwą na głowie. I że przybył z kosmosu. I że jest supersilny i posiada czynnik regenerujący, więc jeśli obetniesz mu rękę, to zapewne w następnym numerze już mu odrośnie. Brzmi jak kalka i nic oryginalnego, ale to co czyni tę postać wyjątkową w moich oczach to fakt, że mimo bycia istotą pozaziemską, jest jedną z najbardziej (o ile nie najbardziej, z tych których znam) ludzkich postaci w komiksach. Ze swoimi słabościami, dylematami moralnymi, przekleństwem jakim jest i wygląd i supermoc. Wbrew pozorom to skomplikowana postać z bogatą historią. Warto zagłębić się w jej przygody na dłużej niż tylko kilka numerów.

Jako że znam serię dobrze i wciąż regularnie ją czytam, nie mogę sobie nie pozwolić na małą prowokację. Otóż moim zdaniem mniej więcej od 150 numeru serii, The Savage Dragon "przeskoczył rekina" i obecnie zarówno pod względem fabularnym jak i od strony graficznej jest daleki od tego, co Erik Larsen prezentował w najlepszym okresie tego bohatera. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

Nawet nie będę się starał polemizować - to prawda. Dla mnie tak mniej więcej od setnego numeru seria straciła polot i świeżość; momenty są (i to nawet w paru ostatnich numerach), ale to jednak nie to samo co pierwszych kilkadziesiąt zeszytów, gdzie co prawda Dragon był głównym bohaterem, ale do tego było mnóstwo postaci drugoplanowych wzbudzających sympatię i ciekawość. To że Larsen lubi uśmiercać wiadomo nie od dziś, więc większość obsady z pierwszych lat serii jest już "po drugiej stronie kadru", a nowe postaci - w tym przejmujący serię syn Dragona, Malcolm, nie są już tak wyraziste i interesujące. Erik, odmładzając serię - moim zdaniem - chciał dotrzeć do nowych, młodszych czytelników, ale zapomniał, że stoi za nim 4-5 tysięcy regularnych nabywców i wiernych fanów, którzy byli tam dla Dragona i spółki. I będą oni co prawda dalej, ale jednak to już nie jest to samo. Przy czym rozumiem, że zmiany są potrzebne, ale no cóż - do końca tego nie kupuję. Pewnie po części jest to też spowodowane wypaleniem i tym, że w tej serii naprawdę już wszystko miało miejsce - z czego zdaje sobie sprawę sam twórca, który kilka miesięcy temu przyznał się na forum Dragona, że nie ma pomysłu na dobry temat do jubileuszowego dwusetnego numeru (zapewne w 2014) i czeka na jakieś propozycje. Co do grafiki - owszem. Mniej dokładna kreska, wyglądająca jak robiona w pośpiechu, drugi plan często leży. Ze smutkiem trzeba stwierdzić, że najlepsze lata ta seria ma już za sobą.

Osobiście uważam, że to co piszesz powinno być dla Larsena oczywistym znakiem, iż seria powinna się zakończyć zanim jej poziom otrze się o komiksowe dno.

Tutaj się nie zgodzę. Co by nie mówić o spadku poziomu, to nadal - jako fan tej serii, postaci, twórcy i uniwersum - chcę przynajmniej kilka razy do roku widzieć kolejne części. To taka ślepa miłość.
Rozmawiając o Larsenie nie sposób nie wspomnieć o jego kontynuacji „Supreme”. Tu pytanie nasuwa się samo - co poszło nie tak?

Hmmmm... zaskoczyłeś mnie tym pytaniem, bo... zupełnie zapomniałem o tym fakcie. Ukazało się sześć numerów kontynuacji, Erik trochę namieszał i zostawił pole do popisu ewentualnym następcom, ale jest to dla mnie na tyle średnia historia, że dość szybko wyparłem ją z pamięci. Nie jest zła, ma ciekawe wątki, ale mimo wszystko nie sprawia, że chcę wiedzieć co dalej. Już bardziej ciekawi mnie przeszłość „Supreme”. Tak więc historia średnia, wyniki sprzedaży też mocno słabe (z tego co kojarzę, to nawet słabsze niż u Dragona), więc nie dziwi fakt, że Larsen opuścił pokład i że do tej pory nie znalazł się żaden następca. Fani też niespecjalnie domagają się dalszych numerów.

Tu można posądzić Larsena o trochę dziwne postępowanie. Twórca w wywiadach zarzekał się, że ma pomysły na dalsze numery serii i na razie opiera się na notatkach Alana Moore’a, ale potem już ruszy z własnymi fabułami. Tymczasem gdy okazało się, że seria sprzedaje się fatalnie, Larsen po prostu opuścił tonący okręt, nawet nie dając nielicznym czytelnikom satysfakcjonującego zakończenia. Nie zrozum mnie źle, nie chcę koniecznie robić z Erika jakiegoś drania, ale nie sądzisz że można było lepiej to rozwiązać?

Pewnie można było, ale mając w pamięci, że oprócz "Supreme" Erik jak zawsze miał na głowie również kolejne części przygód Dragona (w czasie wydawania larsenowego "Supreme" wyszło również sześć numerów SD), to przy takiej a nie innej sprzedaży nie dziwne, że stracił siły i chęci. Z pasji i bez wielkiego zainteresowania czytelników robi już przygody zielonoskórego olbrzyma, którego jest twórcą i który od 20 lat zajmuje jego głowę. Więc z tego względu rozumiem. A to że zapowiadał inaczej - no cóż, albo zmienił zdanie, albo był to blef, co by nie odstraszyć potencjalnych czytelników hasłem typu "mam jakiś pomysł, zobaczymy jak to wyjdzie". Brak kolejnych numerów z przygodami postaci stworzonej przez Liefelda to niezbyt duża strata. A warto też pamiętać, że pod koniec pracy nad swoim runem przy tej serii Larsen wiedział, że ma prawa do postaci Ant i pewnie myślami był również przy tej heroinie i jej nowej serii (która do tej pory nie ujrzała światła dziennego).

I o to też chciałem zapytać. Czy wiadomo dlaczego w temacie Ant panuje zupełna cisza?

Nie wiadomo czemu, tak samo nie wiadomo kiedy w ogóle coś się z tym ruszy. Od dłuższego czasu Erik milczy w temacie, fani co jakiś czas dopytują się o postęp prac, ale bez odzewu. Postać Ant czyli Hanny Washington została stworzona przez Mario Giully'ego, który odpowiadał i za scenariusz i za rysunki. Powstały trzy serie z czego vol. 2 (Image Comics) i vol. 3 (Big City Comics) nie zostały w ogóle dokończone. Pod koniec zeszłego roku Larsen nabył prawa do postaci i uzgodnił z Giullym, że razem stworzą brakujący dwunasty numer drugiej serii, po czym Ant już na zawsze przejdzie pod skrzydła Erika. Do tego jednak nie dojdzie - panowie weszli w konflikt i nie zapowiada się, żeby w ogóle zawracali sobie głowę tym przedsięwzięciem. Od tego też czasu twórca Dragona milczy i nie wiadomo czy planuje kolejny ongoing, czy może mini-serię, czy też włączy Ant do obsady Savage Dragona. I niestety nie jest to pierwszy raz kiedy coś zapowiada, żeby później nie wracać do tematu...

Czy planujesz tchnięcie drugiego życia w swojego bloga?

To już by było chyba trzecie życie, wcześniej zdarzyła się równie długa przerwa jak teraz. Problem w tym, że Larsenofilia to jednak jeden z wielu projektów przy których coś robię i raczej z końca listy "rzeczy do zrobienia" kiedy już wrócę z normalnej pracy. Póki co raz na jakiś czas aktualizuję jedynie listę osób z Niewielkiej Biblioteki Savage Dragona (Bele, pozdrawiam!), ostatni wpis miał miejsce w kwietniu, a w kolejnym dam pewnie znać o tym wywiadzie. Nie chcę robić wielkich zapowiedzi - jeśli kiedyś mnie natchnie na częstsze aktualizacje, to będą. Jeśli nie, to trudno. Komiksowa blogosfera za bardzo na tym nie straci.

niedziela, 8 grudnia 2013

Rebel Blood vol. 1 (Alex Link/Riley Rossmo)

Zombie tu, zombie tam, zombie krzywdę zrobią nam. Od czasów sukcesu „The Walking Dead” komiksów z żywymi trupami w roli głównej pojawiło się na rynku całe mnóstwo. Któregoś dnia także i samo wydawnictwo Image ogłosiło, iż studio Shadowline opublikuje czteroczęściową miniserię utrzymaną w tym klimacie, a nawet idącą kilka kroków dalej. Nikt wówczas nie spodziewał się, że za około pół roku każdy z czytelników zostanie po prostu oszukany, ponieważ podobnie jak dzieło Roberta Kirkmana, tak i ta pozycja zombie używać będzie tylko jako pretekst do ukazania pewnego problemu społecznego. I mimo to większość z nich będzie piać z zachwytów. Panie i panowie, oto króciutka geneza komiksu „Rebel Blood” Alexa Linka i Riley’a Rossmo.

Głównym bohaterem komiksu jest niejaki Charlesa Neville. Mężczyznę poznajemy ukrywającego się w lesie i żyjącego w świecie opanowanym przez zombie. Jednakże tym razem infekcja nie dotyczy tylko ludzi – wirus atakuje wszystkie żywe organizmy. Pierwsze sceny z udziałem Charlesa to walka z zombie-wilkami, a po drodze napotkamy jeszcze wiele innych zmutowanych zwierząt. Mężczyzna walczy o swoje życie, lecz cały czas myślami jest przy swojej ukrywającej się w mieście rodziny. Jego jedynym towarzyszem jest nieznajomy głos, który słyszy przez CB Radio. W końcu Charlesa postanawia postawić wszystko na jedna kartę i ruszyć do mieściny, by uratować żonę i dzieci, przetrzymywane przez zombie...

...ale że co? No właśnie, już pierwszy zeszyt „Rebel Blood” pokazuje nam, że nie będzie to typowa historia z udziałem żywych trupów. Nie tylko chyba pierwszy raz widzimy także zainfekowane zwierzęta, ale także dość inteligentne zombie i bardzo nietypowo zachowujących się ludzi. Od samego początku lektury komiksu czujemy, że coś tu zdecydowanie nie gra i z każdą kolejną stronnicą chcemy się dowiedzieć co dokładnie. Tu już pojawia się pierwsza zdecydowana zaleta „Rebel Blood”. Scenarzysta Alex Link najpierw bardzo sprawnie i umiejętnie pokazuje nam świat, w którym dzieją się przedstawione wydarzenia, a następnie bardzo szybko roztacza mgłę tajemnicy. W efekcie dostajemy nie tylko survival-horror, ale także konkretną fabułę, którą trudno do czegoś porównać. Dotąd, gdy w komiksie pojawiały się zombie zachowujące inteligencję, były to raczej parodie pokroju „Marvel Zombies”. Link zdecydowanie pokazuje, że ma pewien pomysł do przekazania i z całą pewnością jest on poważny, śmiem nawet rzec, że śmiertelnie.

Rebel Blood” świetnie nakreśla głównego bohatera. Nie jest to jednowymiarowa postać. Charles jest mocno chaotyczny i nieprzewidywalny w swych działaniach, ale jednocześnie jest to typ uparcie dążący do uratowania swojej rodziny. Jako że to właśnie z nim spędzamy 90% lektury komiksu, ważne jest by bohater nas nie nudził. Neville’owi udaje się być interesującą postacią, pomimo tego iż teoretycznie jest tylko strażnikiem lasu.

Największą zaletą „Rebel Blood” jest niesamowita końcówka tomu. Dopiero wtedy wszystkie wskazówki dawane przez scenarzystę stają się jasne. Nie będę spolerował, by nie zepsuć Wam przyjemności z czytania komiksu, ale jeśli przyjrzycie się początkowym rozdziałom „Rebel Blood” to zauważycie, że Charlesa przynajmniej kilkukrotnie zostaje ugryziony i się nie przemienia. Ujawnienie powodu takiego zachowania mężczyzny sprawiło, że uznałem komiks ten za zdecydowanie najlepszą miniserię roku 2012 i z całą pewnością jedną z najlepszych pozycji wydanych na dwudziestolecie Image Comics. Alex Link położył nawet Rilley’a Rossmo, a właśnie „Rebel Blood” stało się komiksem, za który uwielbiam tego rysownika.

No właśnie, Riley Rossmo. Jest to rysownik który bardzo rzadko publikuje cos poza Image Comics. Jednocześnie potrafi odnaleźć się w naprawdę wielu gatunkach komiksów i jego prace pasują do naprawdę wielu różnych gatunków opowiadanej historii. W sumie przeczuwam, że prędzej czy później poświęcę mu na blogu trochę miejsca, ale teraz nie czas i miejsce na to. Rossmo w „Rebel Blood” moim zdaniem daje kolejny popis swoich umiejętności, świetnie bawiąc się kompozycją i kolorami poszczególnych kadrów. Nie jest to artysta który aspiruje do miana następcy Alexa Rossa, ale jego charakterystyczny styl idealnie nadaje się do tworzenia wszelkiej maści zmutowanych stworów, które z jednej strony wydają się być obrzydliwe, ale z drugiej nie przekraczają drobnej granicy dobrego smaku. Po „Rebel Blood” nie oczekujcie więc ogromnej ilości flaków latających na każdej stronie, ani przesadnego stosowania barwy czerwonej podczas procesu kolorowania. Rossmo idealnie broni się jedynie swoim talentem.

W przeciwieństwie do wielu posiadanych przeze mnie tomów zbiorczych od Image, w „Rebel Blood” znajduje się niemal dwadzieścia stron rozmaitych dodatków. Zdecydowana większość z nich to kolejne prace Rossmo, tylko utwierdzające mnie w przekonaniu, że jest to artysta niesamowity. Na dodatki te składają się oczywiście kompletna galeria okładek wszystkich zeszytów, wczesne szkice, concept-arty, projekty zwierząt w wersji zombie, dwa gościnne pin-upy oraz seria traserów wypuszczonych przez Image, zapowiadających ukazanie się „Rebel Blood”. Jako osoba lubująca się właśnie w tego typu bonusach, jestem szczerze usatysfakcjonowany dodatkami z tego komiksu. inną kwestią jest jednak dość wysoka cena „Rebel Blood”. Za komiks w miękkiej oprawie i liczący dokładnie 120 stron musimy zapłacić niemal piętnaście dolarów. To sporo, zwłaszcza że kupując miniserię w pojedynczych zeszytach zapłacilibyśmy mniej.

Mimo tego drobnego minusa, uważam że „Rebel Blood” jest zdecydowanie pozycją wartą uwagi i przeczytać ją powinien każdy wielbiciel dobrego, komiksowego horroru. Moja ocena może być tylko jedna – piątka z dużym plusem.

Napisali o komiksach Image

Według licznika na blogu wynika, iż post ten nosi numer 50. Generalnie powinienem tu puścić jakąś wiązankę przechwałek, ale daruję tego zarówno Wam jak i sobie. Ten mały jubileusz poświęcę na reklamę pewnej strony internetowej, którą zapewne i tak już dobrze znacie.

Otóż niespodziewane rzeczy zobaczyły moje oczy dziś rano. Wchodząc na Avalon ujrzałem nową odsłonę jedynej w miarę regularnej rubryki, jaką jeszcze tam czytam. Living Tribunal pokazuje bowiem, że redaktorzy tego serwisu potrafią napisać coś innego niż streszczenie lub news, a to zawsze mnie bardzo cieszy. Dzisiejsza odsłona, nosząca dopisek "Special" poświęcona została komiksom innych wydawnictw i wśród nich dominują pozycje od Image. Nie mogę zrobić nic innego, jak tyko zaprosić Was do jakże interesującej lektury.

piątek, 6 grudnia 2013

Top 5 #1 - Największe zamieszania w uniwersum Image

Czas na debiut kolejnej rubryki, która pojawiać będzie się co jakiś czas na moim blogu. Tym razem bawić będę się w wyliczanki, a żeby nie męczyć się zbyt mocno, ograniczę się zawsze do pięciu moim zdaniem najważniejszych rzeczy. Rubryka zadebiutuje od wyliczenia największych zamieszań w uniwersum Image i już teraz zdradzę, że aż cztery z nich dotyczyć będą jednego bohatera.

5. Spawn/WildC.A.T.S.
Zaczniemy może od komiksu, o którym niedawno wspomniałem w najnowszej odsłonie Historii Image Comics. Otóż opowieść ta była jak najbardziej kanoniczna, do momentu odsprzedania studia WildStorm wydawnictwu DC Comics. Co mogliśmy w niej przeczytać? Otóż że w niedalekiej przyszłości Spawn sprawi, że Ziemią zawładną piekielni żołnierze, a ludzkość stanie u progu zagłady. Jeden z nielicznych ruchów oporu tworzą członkowie WildC.A.T.S., w szeregach których znajduje się nowa Zealot. Jest nią nie kto inny jak... Cyan - córka Wandy, byłej zony Ala Simmonsa. Ta wersja przyszłości, choć piekielnie głupia, była parę razy wspomniana w późniejszych numerach serii "Spawn". Oczywiście tylko dopóki WildStorm należał do struktur wydawnictwa Image.

4. Warblade/Ripclaw
Pierwszy z nich należał do WildC.A.T.S., drugi z kolei był członkiem Cyber Force. Jak więc wiecie, obaj należeli do innych studiów wydawnictwa Image, a jednak historia obu herosów była mocno połączona. Jak dowiedzieliśmy się dzięki miniserii "Warblade: Endangered Species", zarówno zielonowłosy heros jak i Ripclaw szkolili się w tym samym miejscu i zyskali moce dzięki tej samej instytucji. Przez dłuższy czas byli nawet partnerami (w sensie, na polu bitwy), a ten drugi dość często gościł w komiksach WildStormu. Po tym jak Jim Lee przeniósł swoje studio do DC Comics, Ripclaw już nigdy nie wspominał o swoim pochodzeniu. Jego amnezja zakończyła się w momencie, gdy Top Cow postanowiło przeprowadzić reboot serii "Cyber Force". Dodam tylko że kompletnie nieudany.

3. Spawn/Cogliostro
Podstarzały doradca Spawna zadebiutował w dziewiątym numerze serii stworzonej przez Todda McFarlane'a. Jednakże istnienie nadał mu Neil Gaiman i właśnie to stało się powodem późniejszego konfliktu. Twórca "Sandmana" po jakimś czasie oskarżył McFarlane'a o to, że nie płaci mu tantiemów za stworzenie postaci, która na stałe weszła do kanonu Spawna. Rozpoczęła się batalia sądowa, co oznaczało że do momentu rozwiązania sprawy, nie można było korzystać z postaci Coga. Taki właśnie jest powód nagłego zniknięcia tego starca z serii po ukazaniu się "Spawn #124". Ostatecznie obaj panowie podzielili się prawami do postaci, dzięki czemu Cogliostro wrócił do serii wydawnictwa Image w zeszycie oznaczonym numerem 237, a więc po 113 zeszytach przerwy.

2. Spawn/Angela
Teoretycznie powinienem w większości wkleić tu powyższy akapit. Angela to kolejna postać stworzona przez Neila Gaimana i także o nią rozpoczęła się w końcu batalia sądowa. Wojowniczka nieba miała jednak o tyle łatwiej, że jej rola zakończyła się w komiksie "Spawn #100" i od tego czasu pozostawała martwa. Jednak dzięki zasądzonemu werdyktowi, całość praw do postaci Angeli trafiła w ręce Gaimana i tak oto postać ta ze zmienionym originem trafiła do wydawnictwa Marvel Comics. McFarlane może jednak odetchnąć z ulgą - komiksy z serii "Spawn" z udziałem seksownej anielicy mogą dalej być wznawiane, pod warunkiem uiszczenia odpowiedniej opłaty na konto Gaimana. Oznacza to także, że chociaż Dom Pomysłów dysponuje obecnie prawami do publikacji przygód postaci, to jednak wszystkie jej udziały w komiksach Image Comics pozostają kanoniczne. Uff... pokręcone.

1. Spawn/Chapel
I wreszcie wątek, na temat którego na dobrą sprawę nie wiadomo nic. Chapel od samego początku był mocno powiązany z Alem Simmonsem. Najpierw obaj byli zabójcami na usługach Amerykańskiego rządu, następnie Chapel na zlecenie Jasona Wynna zabił swojego partnera i tym samym przyczynił się do stworzenia Spawna. Ten wkrótce przypomniał sobie dzięki komu stał się sługą piekieł i zemścił się, naznaczając twarz Chapela znamieniem. Tyle tylko, że Bruce Stinson został stworzony przez Roba Liefelda na potrzeby serii "Youngblood", a jak dobrze wiecie, ten w pewnym momencie odszedł z Image zabierając ze sobą wszystkich stworzonych przez siebie bohaterów. W tym oczywiście i Chapela. Od tego czasu zabójca Ala Simmonsa pojawiał się w serii, ale z zasłoniętą twarzą. Wszystko po to, by wprost nie pokazać, że McFarlane bezprawnie korzysta z Chapela. Jakiś czas później rozpoczęły się pewne perturbacje w originie Spawna. Zasugerowano tam, że Wynn w rzeczywistości zlecił zabicie Simmonsa... demonom. Nigdzie wprost nie pada stwierdzenie że tak było naprawdę, a sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że od jakiegoś czasu twory Liefelda wróciły do Image Comics i wersja z Chapelem znów może być brana pod uwagę jako prawdziwa. Z drugiej strony, już ponad trzy lata Spawnem jest zupełnie kto inny.

Moje #5

Coś niedobrego stało się z moim aparatem, dlatego dzisiejsze zdjęcia wyglądają jak wyglądają. Za jakość przepraszam, postaram się poprawić ją następnym razem. Piąta odsłona rubryki "Moje" zawiera trzy foty komiksów, składających się na pierwszy akt pewnej serii.

Mind the Gap #1-15 - Punkt wyjściowy bardzo dobry, warstwa graficzna świetna, fabuła niestety totalnie rozłazi się po około dziesiątym numerze. Mimo wszystko to i tak najlepsza praca w karierze Jima McCanna
Dawno nie otrzymałem niczego od was. Wszyscy możecie pochwalić się swoimi kolekcjami. Wystarczy że zrobicie zdjęcia i wyślecie je na ktymczynski@interia.pl

Joseph Linsner opowiada o swoim one-shocie dla Image

Dziś po raz kolejny postaram się udowodnić, że Image Comics to wydawnictwo niezwykłe. Najlepszym przykładem na to jest Joseph Linsner, który już za dwanaście dni opublikuje swój komiks "Sin Boldly" - pełnoprawną fabułę, w której wystąpią postacie stworzone na potrzeby pin-upów. Czy znacie inne wydawnictwo, które dałoby na to szansę?
Sinful Suzi oraz Obsidian Stone pojawią się na łamach czarno-białego one-shotu, którego preview wygląda średnio zachęcająco, ale to tylko moje subiektywne odczucie. Sam Joseph Linsner to artysta, który zdobył dość sporą popularność właśnie dzięki tej dwójce. Jako że jest to specjalista od komiksów przeznaczonych dla dojrzałego czytelnika, także i w "Sin Boldly" spodziewać powinniśmy się sporo nagości, a wspomniana już zapowiedź komiksu pokazała, że i krwawych scen może być całkiem sporo.

Pytanie tylko czy autor pokusi się o stworzenie fabuły, dzięki której komiks ten kupi ktoś więcej niż wielbiciele rysowanej erotyki. Sam Linsner twierdzi, że zarówno Sinful Suzi jak i Obsidian Stone są ciekawymi postaciami także pod względem fabularnym. Jednocześnie używa zwrotów typu "she will be spicier (she walks around naked a lot)", a o noszącym nietypowe imię mężczyźnie nie wspomina prawie wcale. Dodatkowo, już sama okładka "Sin Boldly" każe mocno wątpić w jego słowa. Zresztą, widzicie ją powyżej.

Ja osobiście odpuszczę sobie sięgnięcie po "Sin Boldly". Jeśli jednak okaże się, że komiks ten faktycznie posiada jakąś fabułę, czym prędzej dajcie znać.

środa, 4 grudnia 2013

Droga pełna trupów

Ileż razy już to widzieliśmy? Główny bohater filmu/komiksu/książki/serialu/gry komputerowej utracił wszystko i wchodzi na ścieżkę zemsty. Oznacza to nic innego jak krwawy ślad pojawiający się wszędzie tam gdzie on. Mimo iż doskonale znamy tego typu fabuły, te wcale nie mają zamiaru wciąż się pojawiać. Dokładnie za tydzień na półkach sklepowych wyląduje pierwszy numer "Dead Body Road", komiksu który doskonale wpisze się doskonale w wyżej opisany typ historii.

Autorem "Dead Body Road" jest znany z cyklu o Lutherze Strode Justin Jordan, natomiast za warstwę graficzną odpowiedzialny został Matteo Scalera (artysta między innymi "Black Science"). Komiks ukaże się nakładem studia Skybound i chociażby dlatego warto zwrócić na niego uwagę - wszak dziecko Roberta Kirkmana jak dotąd nie opublikowało nic, co spokojnie i z czystym sumieniem można nazwać słabizną.
Głównym bohaterem miniserii będzie Orson Gage - niegdyś dobrze zapowiadający się prawnik, a obecnie wrak człowieka. Nie tylko stracił on swoją pracę, ale także i żonę. Nie mając już kompletnie nic, co jeszcze mógłby utracić, Orson sięga po broń i rusza tropem ludzi, którzy zabili jego ukochaną. Teoretycznie nie brzmi to na nic oryginalnego, lecz Justin Jordan udowodnił cyklem o Lutherze Strode, że świetnie odnajduje się w historiach typu "zabili go i uciekł", a także iż potrafi dodać do nich coś oryginalnego. Coś co sprawia, że chce się jego historie czytać i robi się to z nieskrywaną przyjemnością. Moim zdaniem, rysunki Matteo Scalery okażą się kolejną zaletą "Dead Body Road" - artysta posiada styl, który idealnie powinien wpasować się w historię, której lwia część dziać będzie się w drodze.

Justin Jordan zapowiedział także, że całkowicie poświęca się pracy autorskiej i w przyszłym roku pojawią się trzy jego nowe projekty, w tym także trzecia miniseria o Lutherze Strode.

Ekspansja Millarworld w Image


Czy Mark Millar zaczyna przenosić się z Marvela do wydawnictwa Image? Na to wygląda, ponieważ właśnie pojawiła się zapowiedź jego trzeciego już projektu dla tego wydawnictwa. Po niewątpliwym sukcesie „Jupiter’s Legacy” i zapowiedzi „MPH” (debiut prawdopodobnie w maju), teraz do tego grona dochodzi „Starlight”. 
Sześcioczęściowa miniseria zadebiutować ma w marcu przyszłego roku i opowiadać o wielkim superbohaterze, który po wielu latach kosmicznych wojaży wraca na Ziemię by w spokoju dożyć emerytury. Niespodziewanie, 35 lat później raz jeszcze będzie musiał on wyruszyć na misję i zawalczyć o przyszłość wszechświata. 

Tak wygląda zarys fabuły miniserii. Dziś wiemy jeszcze tyle, iż za rysunki odpowiedzialny będzie znany z „Punisher (MAX)” Goran Parlov, a „Starlight” ma dziać się w tym samym uniwersum co „MPH”. Niedługo po zapowiedzi tego tytułu pojawiły się głosy mówiące o braku oryginalności w koncepcji postaci i samej historii. Za mniej więcej trzy miesiące dowiemy się, ile z tych oskarżeń okazało się nie mieć żadnego pokrycia w rzeczywistości.