Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mcfarlane productions. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mcfarlane productions. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 października 2020

Todd McFarlane o swojej karierze jako twórca niezależny

Todd McFarlane udzielił wywiadu serwisowi Bleeding Cool, w trakcie którego opowiadał o tym, jak zmieniło się jego życie od momentu, gdy postanowił zostać twórcą niezależnym. Generalnie mówił sporo o rzeczach, które od lat są dość powszechnie znane, lecz i tak kilka ciekawostek powyciągałem. Znajdziecie je poniżej.

Były takie momenty w ciągu ostatnich kilkunastu lat, że marka "Spawn" była bardzo silna pod kątem merczu, głównie z powodu figurek, ale sprzedaż komiksów była bardzo niska. Pierwsze oznaki tego, co Todd może z tym zrobić pojawiły się w okolicach wydania 250 numeru i powrotu do "tak jakby żywych" postaci Ala Simmonsa. Twórca zauważył, że swoiste małe eventy, czyli specjalne okładki alternatywne czy zaproszenie do współpracy Erika Larsena, są wstanie powoli i konsekwentnie podnieść liczby. Wybuch nastąpił jednak po numerze 300 i trzyma się do dziś. Wystarczy przypomnieć, że numer z Spawnem-Asasynem na okładce rozszedł się w ponad 130 000 kopii, chociaż stanowił tylko kolejny rozdział danej historii.

Todd  podkreślił, że obecnie jest zadowolony z poziomu swojego życia i nie widzi żadnej konieczności, by podnosić cenę "Spawna". Przypomnę, że jest to jeden z nielicznych tytułów na rynku w USA, który nadal kosztuje 2,99$.

McFarlane uważa, że Image Comics obecnie powinno skupić się jak najmocniej na szukaniu nowych talentów, ponieważ obecnie na rynku w USA, gdy wymienia się najlepszych, aktywnych twórców, to ich średnia wieku oscyluje wokół 50-60 lat. Jako jedna z najwyżej postawionych osób w Image zasugerował niedawno, by zwrócić uwagę na takie osoby jak Peach Momoko, Mirka Andolfo czy Jesus Saiz i cieszy się widząc, że się do nich nie mylił.

Twórca zasugerował, że nie podoba mu się gonitwa za pieniędzmi w wykonaniu niektórych twórców i uważa, że droga takich osób jak Ed Brubaker, Brian K. Vaughan czy Mark Millar, którzy nigdy nie dali się wkręcić w pisanie kilku komiksów miesięcznie dla DC czy Marvela i po prostu podążali swoją ścieżką. Tu oberwało się niejako Donny'emu Catesowi, który podobno zanim zaczął pisać serię "Venom" dla Domu Pomysłów, rozmawiał z Toddem i roztaczał wizję stworzenia kilkudziesięciu zeszytów tak dobrych, że otworzy mu to szerzej drogę do Hollywood. McFarlane uważa także, że artyści ilustrujący komiksy dla wielkiej dwójki są mocno niedoceniani oraz słabo promowani i gdyby dziś jakaś kolejna grupka oderwałaby się od Marvela i założyła swoje wydawnictwo, to raczej by nie przetrwała na rynku.

Todd chciałby w 2021 roku wydawać więcej, niż jeden komiks z uniwersum Spawna. Naturalnymi kandydatami są "The Chain Gang", czyli prezentowani w ostatnich odsłonach cyklu, inni piekielni wysłannicy. Jednakże dopóki nie będzie konkretów, McFarlane nie będzie nic zapowiadać. Autor ogólnie lubi zaskakiwać niespodziewanym stuffem. Sklepy komiksowe z reguły wtedy wariują i zamawiają bardzo dużo towaru.

Źródła: 1, 2 i 3

sobota, 14 września 2019

Warianty do "Spawn #301" ujawnione

Zabawy z wariantami ciąg dalszy. "Spawn #301", a więc zeszyt który pobije rekord należący do "Cerebusa" i zostanie liczącym najwięcej numerów komiksem autorskim na świecie, oczywiście doczeka się paru wariantów okładkowych. Znajdziecie je w dalszej części posta.

poniedziałek, 20 maja 2019

Spawn #300 - Snyder i Capullo na pokładzie!

Nieuchronnie zbliża się premiera 300 numeru serii "Spawn". Najwyższa pora na podgrzanie atmosfery, ponieważ pojawiły się pierwsze informacje na temat tego, jak zeszyt ten będzie wyglądać. szczegóły poniżej.
"Spawn #300" liczyć będzie 72 strony, cena okładkowa wyniesie 7,99$, zaś zeszyt dostępny będzie w dwunastu wariantach okładkowych. główną historię narysuje Greg Capullo, który na poważnie zaistniał na komiksowym rynku w USA właśnie dzięki rysowaniu tej serii. Wspomoże go sam McFarlane, który od zeszytu #301 ma wrócić do rysowania cyklu.

Innymi osobami, które zaliczą występy gościnne będą rysownicy Jerome Opena, J. Scott Campbell oraz oczywiście Jason Shawn Alexander - obecny rysownik serii. Co ciekawe, wymienia się także wśród gości Scotta Snydera, który ma mieć swoje trzy słowa dorzucone do scenariusza.

Wraz z numerem #301, "Spawn" stanie się najdłużej wydawanym komiksem autorskim na świecie!

Dołączycie do tego jubileuszu?

Źródło: Tripwire

środa, 16 listopada 2016

"Haunt" powróci?

"Haunt" to seria autorstwa Todda McFarlane'a (pomysł) i Roberta Kirkmana (scenariusz do numerów #1-18), która ukazywała się w latach 2009-2012. Nie okazała się wielkim sukcesem. Co prawda sprzedaż była całkiem niezła, lecz poziom komiksu w najlepszym przypadku można określić jako "średni". Tymczasem Todd McFarlane niespodziewanie zasugerował, że Daniel Killgore może wkrótce wrócić.
W niedzielę Todd McFarlane opublikował na swoim Facebookowym koncie grafikę przedstawiającą postać Haunta z zapytaniem do czytelników, czy nie stęsknili się oni za tym antybohaterem. Wygląda na to, że wciąż posiada on sporą bazę fanów, ponieważ odzew był bardzo dobry.

Niestety nie wiadomo, co dokładnie planuje McFarlane. Być może będzie to nowa seria z Hauntem, a być może kolejny raz pojawi się na łamach serii "Spawn", jak miało to miejsce w 2014 roku.

Źródło: CBR

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Z archiwum Image #28

Gdy piszę ten tekst, w kinach emitowany jest film ”Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”, wywołujący praktycznie w każdym zakątku Internetu wszelakie spięcia. Zastanawiając się nad tym, jaki komiks dobrać do najnowszej odsłony ”Z archiwum Image” uznałem, że warto wspomnieć o innym spotkaniu dwójki (niegdyś) ikonicznych herosów, oczywiście przeprowadzonym w barwach wydawnictwa, którym zajmuje się ten blog. Tak więc wybór padł na ”Medieval Spawn/Witchblade” – trzyczęściową miniserię, którą posiadam w całości w swojej kolekcji i dlatego też tak wyjątkowo zajmę się nie tylko premierową jej odsłoną.

niedziela, 22 marca 2015

Paul Jenkins zapowiada wielkie zmiany

Będąc już jakiś czas po lekturze zarówno jubileuszowego, 250 numerów serii "Spawn" jak i następującego po nim one-shota z podtytułem "Resurrection", nie potrafię nie być potężnie zawiedziony poziomem tego co przeczytałem. Dlatego też z dużą dozą ostrożności biorę wszystkie słowa Paula Jenkinsa, który reklamuje swój run jako "świeże spojrzenie". Przyjrzyjmy się jednak odrobinę bliżej jego słowom.
Generalnie pomysły Jenkinsa na losy Ala Simmonsa po jego ponownym zmartwychwstaniu były bardzo rozmaite. Scenarzysta najpierw chciał stworzyć coś w stylu jego własnego "Spawn: the Undead", by po chwili chcieć jednak bardziej nawiązywać do początkowych numerów serii regularnej. Przejrzysta wizja na komiks powstała po wielu rozmowach telefonicznych z Toddem McFarlane oraz Jonboy'em Meyersem. Jenkins dodaje, że wspomniany już one-shot oraz fragmenty 251 zeszytu serii robił pod wyraźne wskazówki twórcy postaci, lecz od tego czasu ma ogromną swobodę, z której zamierza korzystać.

W kolejnych zeszytach podjętych będzie mnóstwo wątków. Czytelnicy będą mieli okazję dowiedzieć się co robił Al Simmons pomiędzy 185 i 250 numerem serii oraz dlaczego trafił do czyśćca, chociaż popełnił samobójstwo. Jenkins obecnie ma nakreślone plany na cały rok pracy nad "Spawnem" i zdradził, że poruszy kilka wątków dotąd niewykorzystanych. W tym coś tak oczywistego jak... rodzice Ala Simmonsa, którzy zdaniem Todda McFarlane'a przez 250 numerów serii nie pojawili się właściwie wcale. I tu wspomnieć trzeba o nieco zapominanym runie Davida Hine'a, który przez trzy lata swojej pracy bardzo mocno poruszał ten wątek, lecz sam twórca postaci "Spawna" nie kryje się z tym, że o istnieniu tych ponad trzydziestu numerów, nie wiedzieć dlaczego, chciałby szybko zapomnieć.

Niemniej miejsca Jenkins poświęci czasom aktualnym, lecz nie zdradza zbyt wielu szczegółów. Z tego co wiemy na pewno, Al Simmons dostanie zestaw nowych zdolności i nie będzie się to ograniczać jedynie do ogromnego miecza.

Na koniec wspomnę, że scenarzysta określił Jonboy'a Meyersa jako połączenie Todda McFarlane'a i Humberto Ramosa. Musicie przyznać że jest to mieszanka iście wybuchowa.

piątek, 6 lutego 2015

Spawn wreszcie w wersji cyfrowej

Todd McFarlane dotrzymał słowa i wraz z premierą 250 numeru serii "Spawn" na ComiXology wylądowała ogromna paczka WSZYSTKICH dotychczas wydanych numerów serii. I to w całkiem atrakcyjnej cenie. Więcej szczegółów poniżej.
Zestaw, który pojawił się na Internecie, zawiera nie tylko każdy z dotychczas wydanych numerów serii regularnej, ale również dwanaście tomów "Spawn Origins".

Aktualnie ceny są bardzo zachęcające. W ramach promocji każdy z zeszytów kosztuje 99 centów, ale bardziej zasobni w pieniądze mogą skorzystać z interesujących pakietów. Jeśli zdecydujecie się bowiem zakupić komplet numerów #1-125 lub też #126-250, zapłacicie 99,99$ za każdy z nich. Wszystkie 250 numery to już wydatek 174,99$, czyli niemal dokładnie 70 centów za numer.

Ponadto na ComiXology zakupić można jubileuszowy, 250 numer z przygotowanym specjalnie na tą okazję materiałem bonusowym, ukazującym sposób powstawania komiksu.

Skusicie się?

sobota, 10 stycznia 2015

Image Expo 2015: McFarlane o najbliższej przyszłości

Jak na razie to Todd McFarlane wydaje się być najbardziej aktywnym twórcą podczas tegorocznego Image Expo. Po tym jak na panelu głównym ogłoszono jego nowy projekt "Savior" oraz zdradzono, że nowym scenarzystą "Spawna" będzie Paul Jenkins, McFarlane otrzymał jeszcze swoje własne pięć minut, gdzie zdradził nieco więcej na temat najbliższych miesięcy.
Co prawda początkowa część panelu to duża ilość wspomnień z przeszłości McFarlane'a, zwłaszcza tych z okresu początków kariery, to jednak w końcu przyszedł czas na konkrety dotyczące jego obecnych planów. Twórca twierdzi, że plany Paula Jenkinsa wobec postaci "Spawna" zmuszą czytelników do zadania sobie pytania dlaczego McFarlane tak długo zwlekał z oddaniem scenariuszy innym twórcom. Rysownikiem będzie tak jak wcześniej ogłaszano Jonboy Meyers. Być może pojawią się pewne nieduże opóźnienia w publikacji "Spawna" ze względu na zawirowania wobec zmiany twórców, ale czytelnicy nie będą zawiedzeni finalnym produktem.

Od siebie dodam, że Paul Jenkins dla mnie wcale nie gwarantuje tego, że nowe numery jednej z najdłużej ukazujących się serii od Image będą znacznie lepsze od tego, co dotychczas otrzymywaliśmy. Twórca ten miał już okres współpracy z Image Comics, który przypadł na końcówkę XX wieku i w tym z czym zdążyłem się zapoznać, nie ma nic godnego polecenia.

Fanów cyfrowych wersji komiksów z pewnością ucieszy fakt, że jeszcze w tym miesiącu na Comixology ukazać ma się komplet 250 numerów "Spawna". McFarlane długo wzbraniał się przed tą formą publikowania komiksów, lecz jak twierdzi - robi to na wyraźne prośby fanów.

Twórca powiedział także parę zdań o planowanym filmie ze swoim bohaterem. Co prawda ma być on stosunkowo tani, ponieważ McFarlane usiłuje zebrać budżet w okolicach dziesięciu milionów dolarów, to jednak problematyczne jest to, że chce on zrobić film w kategorii R (czyli raczej nie dla dzieci), a także sam go napisać i wyreżyserować. Dla większości wytwórni takie warunki są nie do przyjęcia. Stąd też można dojść do wniosku, że prędko filmowego "Spawna" się nie doczekamy.

niedziela, 4 stycznia 2015

Nowy projekt McFarlane'a już wkrótce

Tegoroczne Image Expo zbliża się ogromnymi krokami, a już mamy pierwszą zapowiedź. Na razie niezbyt konkretną, ale za to jakże rozpalającą wyobraźnię. Otóż Todd McFarlane za pośrednictwem Facebooka powiadomił, że na konwencie ujawni nie tylko więcej szczegółów na temat najbliższej przyszłości serii "Spawn", która po zwolnieniu Briana Wooda jest owiana tajemnicą. Otóż jeden z założycieli Image Comics pochwalił się także, że ujawni tam tytuł swojego nowego komiksu. Dziś wiemy tylko, że będzie to ośmiozeszytowa miniseria, która jest już w całości narysowana. Pojawiły się także szkice, które wskazują na coś... potwornego. Czy jest to coś związanego z niedawnymi działaniami wobec marki "Haunt"? A może coś kompletnie nowego? Tego dowiemy się już podczas Image Expo.

wtorek, 11 listopada 2014

Todd McFarlane ujawnia i prosi

Kolejne informacje związane z powrotem Ala Simmonsa na karty komiksu wypływają z McFarlane Productions. Tym razem sam szef studia ujawnił okładkę one-shotu "Spawn: Resurrection", który ukazać ma się równolegle z 250 zeszytem regularnej serii. Według słów McFarlane'a, ma być to "jedyny numer #1 potrzebny czytelnikom przed nowym runem", tym samym raz jeszcze potwierdzając swoją niekorzystną opinię na temat restartu serii, którą kilkukrotnie mu sugerowano. Oto i wspomniana okładka autorstwa Jonboya Meyeresa.
Ponadto scenarzysta poprosił fanów o zadawanie pytań. Nie żadnych konkretnych, tylko po prostu jakichkolwiek. Na 10 najciekawszych McFarlane odpowie osobiście na łamach kolumny listowej w 249 numerze serii "Spawn". Jeśli chcecie spróbować, to zajrzyjcie TUTAJ po więcej szczegółów.

poniedziałek, 27 października 2014

Trwają pracę nad nowym serialem animowanym ze Spawnem

Kolejne ciekawe informacje ujawnił Todd McFarlane, tym razem za pośrednictwem swojego konta na Facebooku. Jak się możemy dowiedzieć, twórca rozpoczął pracę nad nową serią animowaną ze Spawnem, która ma być do tych wszystkich wielbicieli tej niebagatelnej postaci, którzy zakochali się również w poprzedniej animacji z kanału HBO. Nie ukrywam że również do nich należę, dlatego też informacja ta bardzo przypadła mi do gustu.

Jednocześnie McFarlane potwierdził iż planowany od jakiegoś czasu aktorski film "Spawn" można uznać już za sprawę zamkniętą. Twórcy nie udało się zebrać odpowiednią kwotę potrzebną do jego realizacji, ponieważ niewiele osób i firm chce wspierać ekranizację komiksu skierowaną jedynie dla dorosłych, a ponadto McFarlane wciąż jest pamiętany z ogromnej porażki jaką poniósł przy filmie z 1997 roku.

Ujawniono kilka grafik koncepcyjnych planowanej animacji, możecie zobaczyć je poniżej.

piątek, 24 października 2014

Brian Wood o powrocie Ala Simmonsa

Wiemy już doskonale, że od 251 numeru, stery w serii "Spawn" przejmuje scenarzysta Brian Wood. Wspomagać go będzie mało znany rysownik Jonboy Meyers. Wiemy także, że ponownie dojdzie do zmiany głównego bohatera cyklu, ponieważ powróci Al Simmons. Dziś dowiemy się nieco więcej na temat tego, co planuje Brian Wood podczas swojej pracy przy tym tytule.
Powyższa grafika jest autorstwa Jonboy'a Meyersa. Jeśli sądziliście że Spawn nie może już bardziej przypominać Venoma z Marvela, to się myliliście.

Brian Wood podkreśla, że jego run nie jest kontynuacją podjętych wcześniej wątków, a miejscem przystępnym dla nowego czytelnika. Wszystkie elementy obecnej intrygi zostaną domknięte najpóźniej w #250, a on sam otrzymał zadanie stworzenia zupełnie świeżej historii. Scenarzysta zdradził, że wszystko będzie kręcić się wokół powrotu Simmonsa. Będzie on silniejszy, sprawniejszy, znacznie bardziej niebezpieczny, ale kilka rzeczy pozostanie początkowo tajemnicą. Nie dowiemy się od razu gdzie Al był, co przeżył, kto zadecydował o tym, że musi wrócić na Ziemię i dlaczego?

Scenarzysta podkreśla, że gdy robił research bardzo przypadła mu do gustu naturalność historii oraz lekkość, z jaką Todd McFarlane doprowadził do zmiany głównego bohatera serii "Spawn" na ponad 60 numerów. Jak jeszcze raz podkreślił Wood, jego historia nie jest rebootem. Powróci ta sama postać, która "zginęła" w 185 zeszycie cyklu i niewykluczone, że w serii pojawią się inne związane z nią postacie, których czytelnicy dawno nie widzieli. Wood chce także mocno skupić się na uczuciach, które zawsze miotały Simmonsem. Od siebie dodam iż mam nadzieję, że nie doprowadzi to do powrotu przeraźliwie nudnego użalania się nad sobą, za którym wcale nie tęsknie.

Wood uważa, że największym wyzwaniem dla niego wcale nie będzie napisanie dobrej historii, ale sprostanie niezwykle wygórowanym oczekiwaniom czytelników. Czy mu się uda będziemy mogli przekonać się już w lutym przyszłego roku.

czwartek, 9 października 2014

NYCC 2014: Nowi twórcy "Spawna" ujawnieni

Tegoroczne NYCC jeszcze na dobre się nie zaczęło, a już pojawiła się odpowiedź na dawno zadane pytanie. Todd McFarlane ujawnił kto od 250 numeru "Spawna" przejmie obowiązki twórców, a także ujawnił okładkę autorstwa, naturalnie, Grega Capullo - wieloletniego rysownika serii. Znajdziecie go poniżej.
Kto więc zajmie się tworzeniem nowych przygód Ala Simmonsa, który ponownie stanie się głównym bohaterem serii? Wbrew plotkom nie będzie to Grant Morrison, ale Todd McFarlane i tak zatrudnił naprawdę spore nazwisko. Scenarzystą "Spawna" został bowiem Brian Wood ("DMZ", "Demo", "The Massive"), natomiast rysownikiem będzie Jonboy Meyers ("GeNext" dla Marvela, dawno temu). Tym samym McFarlane podtrzymuje trend zatrudniania rysowników mało znanych, co w przypadku Szymona Kudrańskiego sprawdziło się znakomicie.

Oprócz ujawnienia nowego zespołu twórców, McFarlane zapowiedział także wznowienie klasycznych zeszytów z przygodami stworzonej przez siebie postaci. Oczywiście jedynie w formie cyfrowej, ale cieszy fakt że legendarny twórca dogania resztę Image w tej kwestii.

wtorek, 16 września 2014

Spawn: Godslayer vol. 1 (Brian Holguin/Jay Anacleto/Brian Haberlin)

Być może nie podzielicie mojego zdania, ale bardzo, naprawdę bardzo nie lubię mieszania w originach postaci komiksowych. Tymczasem taki trend jest bardzo modny w Marvelu czy DC, a żeby daleko nie szukać podam przykład niedawnych rewelacji z jednej z serii z Iron Manem, gdzie główny bohater dowiaduje się że... ha! No coś tam odkrywa :) Czasami zmiany te stają się wymuszone. Wyrokami sądowymi przykładowo. Pamiętacie pewnie, że nieraz wspominałem o zatargu między Neilem Gaimanem i Toddem McFarlane. Jednym z jego efektów było także wycofanie z istnienia postaci Mediewal Spawna, która bardzo fajnie dopełniała rozbudowaną już mitologię serii. Aż do 2008 roku trzeba było czekać na wypełnienie tej pustki, ponieważ właśnie w tym roku ukazał się one-shot ”Spawn: Godslayer vol. 1”, nad którym dziś się skupię.

Na samym początku muszę zaznaczyć to co mi się podobało w warstwie fabularnej komiksu. ”Spawn: Godslayer vol. 1” nie jest osadzony w oficjalnym i obecnie bardzo poszarpanym timeline, lecz daje nim historię w alternatywnym świecie. Jednocześnie niejako przywraca postać Spawna osadzonego w okresie magii i miecza, ale także nie miesza jeszcze mocniej w kontinuum, chociaż McFarlane mógł bez mrugnięcia okiem to zrobić. W końcu to jego marka i on decyduje co może z nią zrobić. No ale wróćmy do warstwy fabularnej. ”Spawn: Godslayer vol. 1” przedstawia nam miejsce noszące nazwę Endra-La. Jego mieszkańcy przypominają klasyczny lud średniowiecznego świata z domieszką magii. Nie ma w nim podziału na Niebo i Piekło, a wszelacy Bogowie to ludzie, którzy zarządzają konkretnymi królestwami. Pewnego dnia do Endra-La zaczyna zbliżać się nieznana postać, której nie sposób zatrzymać. Jest nią Spawn – Rzeźnik Bogów.

W przeciwieństwie do opisywanego jakiś czas temu ”Spawn: Architects of Fear vol. 1”, ten komiks w znacznym stopniu przypadł mi do gustu. Generalnie jest to lektura niezobowiązująca i w sumie krótka, ale mimo wszystko nie powiedziałbym że niepotrzebna. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu Todd McFarlane właściwie nie brał udziału przy powstawaniu historii ze Spawnem i to od razu czuć. Dlaczego? Ponieważ ”Spawn: Godslayer vol. 1” zdecydowanie wyróżnia się sposobem opowiadanej historii. Nie dajcie się zwieść pozorom, sam tytułowy bohater gra tu raczej drugoplanową rolę, która polega na chodzeniu i niszczeniu. Ten komiks przede wszystkim ukazuje mieszkańców Endra-La, którzy stają w obliczu zagłady z ręki niepowstrzymanej siły, a także opowiada o uczuciu dwójki ludzi, które do tych zniszczeń doprowadziło.

Początek ”Spawn: Godslayer vol. 1” jest jeszcze typowy. Widzimy bowiem miasto pełne przepychu i zdeprawowania oraz niejako instynktownie trzymamy kciuki za to, by Spawn z tego świata załatwił wszystkich możliwie w jak najbardziej bolesny sposób. Mniej więcej w połowie scenarzysta Brian Holguin sprawia, że sytuacja się odwraca. Wtedy też poznajemy przeszłość zarówno tytułowego bohatera jak i ”bogini” opiekującej się atakowanym miastem, a kolejne wydarzenia doprowadziły do tego, że zacząłem trzymać kciuki za to, by chociaż garstka mieszkańców wyspy przetrwałą. Scenarzyści jednoznacznie odróżnili tego Spawna od chociażby Ala Simmonsa, robiąc z niego postać niemal jednoznacznie złą i podporządkowaną piekielnym mocom. Było to dość zaskakujące i chociaż wydaje się, że w ”Spawn: Godslayer vol. 1” dało to niezły rezultat, to już próba wycofania się z tego w kontynuacji tego one-shotu sprawiła, że seria szybko została skasowana.

Wadą opisywanego dziś komiksu jest to, że twórcy musieli zamknąć się w 64 stronach i mieli mnóstwo miejsca na rozpisanie fajnej historii, a tak naprawdę momentami czuć straszne dłużyzny. Właśnie we wspomnianej wyżej połowie komiksu kończy się jakiekolwiek podłoże fabularne i rozpoczyna regularna masakra. Wydaje mi się, że służy ona głównie temu, by pokazać kunszt rysownika Jaya Anacleto, co stanowi podobieństwo do przywołanego już ”Spawn: Architects of Fear vol. 1”. Tyle tylko, że w przypadku tamtego komiks była to zaleta, bo rysunki sprawiały iż chciało się przedzierać przez cienką fabułę, tu jest już na odwrót. Nie zrozumcie mnie źle, Anacleto to kolejny piekielnie uzdolniony artysta, który pokazał się ze świetnej strony podczas tworzenia ilustracji do ”Spawn: Godslayer vol. 1”, ale równie dobrze spisywał się w momentach, gdy Holguin bardziej starał się przy scenariuszu. Gdy dano mu wolną rękę przy rysowaniu jednej, wielkiej rozwałki, prace Anacleto nie stały się nagle lepsze. Dlatego też zaryzykuje stwierdzenie, że gdyby Holguinowi bardziej się chciało i w pewnym momencie nie odpuściłby on zawiązywania całkiem niezłej fabuły, to i końcowa ocena tego komiksu byłaby z cała pewnością wyższa.

W komiksie znalazło się miejsce dla ośmiu stron dodatków, które w rzeczywistości są po prostu galerią szkiców wzbogaconą o fajnie przedstawiony proces powstawania najbardziej charakterystycznych plansz. Spodobała mi się taka drobnostka jak to, że te cztery kartki są wydrukowane na innej jakości papierze, zdecydowanie bardziej pasującym do tego typu bonusów. Plus dla wydawcy za umieszczenie materiałów dodatkowych, minus za to, że było ich tak niedużo. Niewielki, ale jednak :)

”Spawn: Godslayer vol. 1” kosztował mnie niecałe 25zł i uważam, że nie wyrzuciłem pieniędzy w błoto. Widać wyraźnie, że komiksu mógłby być zdecydowanie lepszy, ale jako że sam całkiem niedawno wylewałem pomyje na znacznie gorszy one-shot ze Spawnem, to jednak cieszę się, że w tym przypadku jest nieco pomysłowości. Dla fanów postaci rzecz obowiązkowa, reszta może lecz nie musi. 3.5/6

środa, 13 sierpnia 2014

Więcej szczegółów o przyszłości "Spawna"

Całkiem niedawno informowałem Was o zmianach, jakie Todd McFarlane chce wprowadzić w serii "Spawn". Wzbudziło to spore zainteresowanie i twórca szybko dostał zaproszenie do kanału internetowego CBR TV, gdzie odpowiedział na kilka pytań. Z czego parę razy dość zaskakująca. Zresztą poniżej możecie przeczytać co ciekawsze informacje.
McFarlane przyznał, że wielu ludzi namawia go na restart numeracji serii "Spawn" i start od nowego numeru pierwszego. Twórca odrzuca te sugestie, ponieważ uważa, że to co obecnie na potęgę wyczyniają Marvel oraz DC psuje rynek. Dla McFarlane'a nie jest ważne, że restart jego serii kupiłoby sto czy dwieście tysięcy osób, skoro już po kilku numerach wyniki sprzedaży wróciłyby do normalnego poziomu, który obecnie ustalają prawdziwi fani. Scenarzysta sądzi, że Image Comics jest wręcz stworzone do tego, by publikować serie jak najdłużej i bez zbędnych restartów po drodze. Ponadto, wysoka numeracja takich tytułów jak "Spawn", "Savage Dragon" czy "Witchblade" jest bardzo potrzebna, by pokazać światu że wciąż można utrzymać przy życiu jedną serię przez ponad 20 lat.

Twórca dodał szczerze, że nie czułby się zbyt dobrze z tym, gdyby jego tworzony przez dwie dekady komiks miał nagle mieć niższą numeracje, niż serie tworzone przez świeżych twórców, których obecnie jest bardzo dużo w Image. Ponadto, McFarlane cieszy się, że może pochwalić się iż jego "Spawn" to obecnie najdłużej nieprzerwanie ukazujący się komiks superhero w USA.

Powrót Ala Simmonsa do roli Spawna był zaplanowany już w dniu, w którym bohater ten zginął w "Spawn #185". McFarlane nie chciał jednak przywracać go po roku i zdecydował, że nastąpi to dopiero w jubileuszowym, 250 numerze serii, a więc po ponad pięciu latach nieobecności. Simmons po powrocie nie będzie już tak defensywny, jakiego go zapamiętaliśmy. To on ma teraz prześladować innych, a nie bronić się, gdy ktoś naruszy jego terytorium.

Na koniec McFarlane dodał, że dziwi go iż Marvel i DC, mając wsparcie odpowiednio Disneya oraz Warnera, nie tylko nie potrafi zmiażdżyć konkurencji, ale także powolutku chociaż sukcesywnie traci udziały na rynku kosztem Image Comics. Twórca zauważa także, że Image Comics nie jest wydawnictwem uzależnionym od obecności w nim danej postaci. Gdy nastąpi taki dzień, że z oferty zakładanego przez niego wydawnictwa znikną tytuły publikowane już od 20 lat, Image będzie nadal trwać. Gdyby DC nagle straciłoby prawa do publikowania chociażby jednej ze swoich ikon, wydawnictwo popadłoby w ogromne kłopoty. Osobiście się z tym nie zgodzę, ponieważ gdyby Robert Kirkman nagle zakończył "The Walking Dead", 10% udział Image w rynku solidnie by stopniał.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Z archiwum Image #5 (z 10)

Poprzednie cztery odsłony rubryki ”Z archiwum Image” poświęciłem komiksom, które czasami być może nie są zbyt doskonałe, ale za to bawiłem się przy nich na tyle dobrze, że z czystym sumieniem mogłem je Wam polecić. Dziś pierwszy raz skupię się na dwóch komiksach, przy których grzebały takie nazwiska jak Alan Moore, Greg Capullo czy... Rob Liefeld. Moim zadaniem dziś jest sprawienie, by żadne z Was nie sięgnęło ani po miniserię ”Violator” ani tym bardziej po jej kontynuację, czyli komiks pod tytułem ”Violator vs Badrock”.
Liefeld po raz pierwszy - Badrock nie ma stóp, ma za to liczne złamania rąk i nóg

Alan Moore ma w swojej bogatej karierze fragment, o którym sam mawiał że się go nieco wstydzi. Było to oczywiście zanim do reszty zwariował i zaczął uznawać się za alfę i omegę wszystkiego, więc można uznać to za fakt. Były to lata 1993-1998, gdy dość intensywnie współpracował z początkującym wówczas Image Comics. Fani do dziś nie potrafią mu wybaczyć tego, że zdecydował się pisać scenariusze dla wydawcy tak mało ambitnego i co gorsza, dostosował się do niego swoim poziomem. Częściowo się z tym zgadzam, bo chociaż run Moore’a w ”WildC.A.T.S.” lubię (w przeciwieństwie do samego twórcy) i uważam go za zdecydowanie najlepszy fragment pierwszej serii z Dzikimi Kotami, a takie ”Supreme” nawet opiszę w jednej z przyszłych odsłon tej rubryki, to jednak nigdy nie wybaczę scenarzyście podpisanie się własnym nazwiskiem pod wspomnianymi wyżej dwiema ministeriami.

Violator to postać bardzo dobra. Został nawet ujęty w rankingu na stu najbardziej wyrazistych komiksowych złoczyńców. Czytelnicy ”Spawna” chwalili postać za knucie, kombinowanie i mimo wszystko dość złożony charakter. Demoniczny clown był bowiem rozżalony faktem, że to nie jemu przyjdzie prowadzić piekielne wojska na rzeź ludzkości i z tego powodu rzucał kłody pod nogi Alowi Simmonsowi. Była to postać momentami zabawna, momentami przerażająca, chwilami także żenująca, ale zawsze jednoznacznie zła. Wszystko to zmieniło się w momencie, gdy Alan Moore został zatrudniony do napisania miniserii o tej postaci. Co więc moim zdaniem poszło zdecydowanie nie tak jak powinno? Już tłumaczę.
Liefeld po raz drugi - Celestine miała być sexi, a wyszło... jak wyszło

W obu miniseriach Violator jest przedstawiony jako bohater niejednoznacznie zły, co kłóci się z tym, co dotychczas się o nim dowiedzieliśmy. Co prawda widzimy go co rusz mordującego i nie dbającego o nic, lecz już od pierwszego zeszytu jego solowej przygody postaci jest zdecydowanie bliżej do Deadpoola niż przykładowo Jokera. W momencie gdy Violator zostaje zwierzyną, ponieważ ścigają go jego... bracia, właściwie już do samego końca wspólnej miniserii z Badrockiem jedyne co czytelnik robi, to kibicuje Violatorowi, nawet nie zauważając że Alan Moore robi z niego postać pozytywną. NIE, NIE, NIE, NIE, NIE!!! To jest cholerny Violator!!! Zły, egoistyczny, brutalny, bezwzględny i potężny wysłannik piekieł, na widok którego mamy obawiać się o bezpieczeństwo wszystkich bohaterów komiksu, a nie jakiś popierdołowaty potwór, któremu kibicujemy i liczymy na rychły happy end, co zresztą też szybko zostaje wykonane.

Spotkałem się z opinią, że zarówno miniseria ”Violator” jak i jej kontynuacja ”Violator vs Badrock” to interesująca zabawa konwencją i powiew świeżego powietrza do uniwersum Spawna. Co za bzdura!. Przecież to tak jakby, przy zachowaniu odpowiednich proporcji, DC Comics dało Jokerowi miniserię, w której team-upował by się on z Supermanem i okazałby się całkiem sympatycznym gościem z dość szurniętą rodzinką. Już widzę gromy, które wylewają się właściwie z każdego zakątku globu na osobę, która coś takiego by zrobiła. Generalnie, cała warstwa fabularna obu miniserii polega na tym, że śledzimy losy demonicznego clowna, który co moment atakowany jest przez swoich braci i łączy siły z kim popadnie, byle tylko przetrwać. W ”Violator vs Badrock” dochodzą do tego jeszcze wątki anielskie, ale równie kiepskie jak cała reszta fabuły. Naprawdę, aż dziw bierze człowieka, ponieważ Alan Moore o wielu swoich pracach dla Image wypowiada się źle, ale akurat nie o tym, co osobiście uważam za dno i kilo mułu w wykonaniu tego scenarzysty.
Celestine pojawia się na kartach "Violator vs Badrock"

Nie mogę za to narzekać na warstwę graficzną obu miniserii. Za pierwszą odpowiadał Bart Sears wspomagany nieznanym wówczas jeszcze tak mocno Gregiem Capullo. Nieco lepiej nawet spisał się Brian Denham, który zilustrował wspólną przygodę Violatora i Badrocka. Tutaj nie widać zbyt mocno wpływów „starego Image”, więc nie uświadczymy zbyt dużej ilości mięśni i biustów rozmiaru XXXXXL. Wyjątkami są oczywiście Badrock oraz anielica Celestine. Jej pierwsze pojawienie się na łamach miniserii możecie zobaczyć na jednym z powyższych obrazków. Reszta ilustracji to okładki Roba Liefelda do ”Violator vs Badrock”. Dodałem je, byście mieli kolejne powody by nienawidzić tego „artystę”.

Obie dziś opisywane miniserie to produkcja dość typowa dla starego Image: mnóstwo bijatyk, mięśni, pół-nagości, jakaś tam szczątkowa fabuła. I pewnie nie wspomniałbym o tym komiksie w ramach tej rubryki, gdyby jej scenarzystą nie był sam Alan Moore – twórca ”Strażników”, ”V jak Vendetta”, ”Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”, a także ”Violatora”...

W kolejnych odsłonach „Z archiwum Image” znajdzie się tylko jedna pozycja, którą będę odradzać Wam mocniej. Moja ocena 2/6, przy czym dodatkowy punkt tylko za rysunki.

wtorek, 11 marca 2014

Spawn: New Beginnings vol. 2 (Todd McFarlane/Szymon Kudrański)

Kawał czasu minął od chwili gdy napisałem recenzję pierwszego tomu „Spawn: New Beginnings”. Mała w ostatnich kilku dniach ilość newsów z wydawnictwa Image sprawiła, że znalazłem dodatkowy czas na napisanie dzisiaj prezentowanego tekstu. Minuty te wykorzystałem najpierw od lektury obu komiksów, a więc przypomnienia sobie przygód nowego Spawna i chociaż minęło już sporo czasu od ostatniego razu, gdy miałem je w rękach, okazało się, iż opinię o nich mam dokładnie taką samą. Co to oznacza? Dowiecie się w dalszej części tekstu.

„Spawn: New Beginnings vol. 2” to bezpośrednia kontynuacja wątków zapoczątkowanych w pierwszym tomie. Nadal śledzimy losy Jima Downinga, który wybudził się ze śpiączki w momencie, gdy Al Simmons ponownie odebrał sobie życie. Mężczyzna stał się nowym „posiadaczem” klątwy Spawna, lecz bycie pionkiem w piekielnej grze to tylko jeden z problemów Downinga. Jim bowiem za wszelką cenę chce dowiedzieć się kim był zanim wylądował w śpiączce, a im więcej dowiaduje się na swój temat, tym większe niebezpieczeństwo ściąga na swoich przyjaciół. Dodatkowo, na jego drodze staje pewien znajomo wyglądający clown.

Zarówno przy recenzji pierwszego tomu „Spawn: New Beginnings” jak i całości „Spawn: Endgame Collection” chwaliłem zespół twórców za odświeżenie postaci tytułowego bohatera. Pod koniec występów Ala Simmonsa seria stworzona przez Todda McFarlane’a była bardzo toporna i momentami bardzo przekombinowana. Wymiana głównego bohatera po niemal 190 numerach była bardzo ryzykownym krokiem, ale niespodziewanie także i dla mnie, całkowicie się opłaciło. Drugi tom „Spawn: New Beginnings” posiada dokładnie te same wady i zalety obu wyżej wymienionych komiksów. Nie posłużę się jednak metodą „kopiuj-wklej” i jakoś doklepię tekst ten do wymaganych przeze mnie rozmiarów :D

Po pierwsze – świeżość. Jim Downing jest zupełnie inny od Ala Simmonsa i jest to zmiana na plus. Zawsze bardziej lub mniej podobała mi się seria opowiadająca o losach Spawna, ale nigdy, powtarzam, nigdy nie lubiłem tego powtarzalnego i niesamowicie irytującego użalania się nad sobą głównego bohatera. Jim otrzymał niejako w darze ludzki wygląd i może pokazywać się wśród ludzi, którzy nie są bezdomnymi z zaułków. Dało to możliwość wprowadzenia do serii nowe postacie i odstawienie na boczny tor tych, których przez ponad dekadę podziwialiśmy. Nawet duet Sam & Twitch w pewien sposób zniknął, lecz twórcy uczynili to z taktem i sensem. Nowy główny bohater, w ogromnej większości nowy drugi plan, ta sama klątwa – oto moim zdaniem bardzo dobry przepis na wprowadzenie powiewu świeżości do cyklu, który odniósł sukces.

Po drugie – fabuła. Nowe postacie nic by nie zdziałały, gdyby nie było niezłej historii z ich udziałem. „Spawn: New Beginnings vol. 2” taką posiada. Todd McFarlane do spółki z Jonem Goffem stworzyli wielowątkową fabułę, której całość nie została odkryta w tym tomie. Co najważniejsze, praktycznie żaden z wątków nie wydaje się być słabszy od pozostałych. Zarówno poznawanie swoich mocy przez Jima, jak i próby poznania szczegółów ze swojej przeszłości są bardzo interesujące. Dodatkowo, ten pierwszy wątek stanowi w tym tomie ostateczne pożegnanie z Alem Simmonsem, które wychodzi bardzo zgrabnie i z pewnością nie było pozbawione szacunku. Ciekawe wydaje się też zestawienie horroru i fantasy z mimo wszystko dość typowym proceduralem, jakim jest część fabuły poświęcona Twitchowi Williamsowi i śledztwu jakie prowadzi.

Po trzecie wreszcie – rysunki. W chwili gdy piszę te słowa, znam już mnóstwo prac Szymona Kudrańskiego. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że niegdzie jego ilustracje nie wyglądały tak dobrze, jak w „Spawnie”. Ten tom stanowi kwintesencję tego, co lubię w Kudrańskim. Realistyczne rysunki, świetne rozplanowanie plansz, zapadające w pamięć pojedyncze kadry i wreszcie NIE-S.A.-MO-WI-TY klimat. Momentami aż ciary przechodzą po plecach na widok jego rysunków i wcale nie oznacza to, że były one słabe. Wręcz przeciwnie, Kudrański może w DC Comics narysować miliony postaci, lecz jestem pewien, że żadna z nich nie będzie wyglądać tak dobrze jak Spawn. „Spawn: New Beginnings vol. 2” tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu.

Wady? W zasadzie tylko jedna. Momentami przytłacza ilość tekstu na jednej stronie komiksu. czytając drugi tom „Spawn: New Beginnings” bardzo często trafiamy na jakąś scenę, w której postaci mówią naprawdę dużo. Kwestią dyskusyjną jest dla mnie to, czy wszystkie dialogi wnoszą coś do fabuły i zważywszy na moje zachwyty nad pracami Kudrańskiego, uważam iż momentami nadmierna ilość dymków z tekstem wręcz oszpeca warstwę graficzną.

Podobnie jak w przypadku pierwszego tomu „Nowych Początków”, tak i tutaj materiały dodatkowe ograniczają się do galerii okładek z sześciu poszczególnych numerów z których składa się ten tom. Szczerze powiedziawszy nie sądzę, by któraś z nich była szczególnie udana i czekam z niecierpliwością na moment, w którym będę mógł Wam napisać o znacznie lepszych roverach z tej serii. nie wiadomo kiedy to nastąpi, ponieważ do dziś „Spawn: New Beginnings vol. 2” to ostatni wydany przez McFarlane Productions komiks zbierający najnowsze przygody Jima Downinga. Dlatego cieszcie się tym co macie i sięgnijcie zarówno po ten komiks, jak i jego pierwszą odsłonę. Moja ocena to solidna czwórka z plusem.

wtorek, 25 lutego 2014

Haunt vol. 3 (Robert Kirkman/Greg Capullo)


Mnóstwo wody upłynęło w każdej możliwej rzece od czasu, gdy napisałem recenzje drugiego tomu cyklu „Haunt”. Zapowiadana jako ogromny hit seria autorstwa Todda McFarlane’a, Roberta Kirkmana, Ryana Otlley’a oraz Grega Capullo totalnie mnie rozczarowała, ponieważ jak żywo przypominała dokonania wydawnictwa Image z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Zbyt mocno zawierzyłem twórcom, ponieważ z góry zamówiłem trzy pierwsze tomy zbiorcze tej serii i dziś wreszcie dojdę do końca moich męczarni przy bodajże największym zawodzie, jaki w ostatnich latach spotkał mnie ze strony Image Comics.

Trzeci tom serii „Haunt” to dalszy ciąg radosnej rozpierduchy. Oprócz wątków zasygnalizowanych z poprzednich odsłonach, twórcy dokładają do fabuły jeszcze jeden element. Jest nim czerwony stwór o imieniu The Apparition, którego celem jest dorwanie tytułowego bohatera. Początkowo nie wiemy o nim zbyt wiele, lecz jego wygląd jasno sugeruje mocne powiązania z Hauntem. Dodatkowo powraca kilka znajomych twarzy, a całość skąpana jest tradycyjnie w krwistym kolorze. Jednym słowem, „Haunt” w całej okazałości. Niestety...

Jak już zasygnalizowałem w pierwszym akapicie tego tekstu, moim zdaniem „Haunt” cierpi na niezwykłą miałkość fabularną, która sprawia, że porównuję ten komiks do „dokonań” Image z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jest to właśnie o tyle dziwne, ponieważ za scenariusz odpowiada sam Robert Kirkman, którego naprawdę ciężko jest posądzić o tworzenie kiepskich fabuł. Tymczasem trzeci „Haunta” powtarza błędy swoich poprzedników. Były nimi między innymi to, że czytelnik cały czas ma wrażenie, iż sceny z dialogami służą praktycznie tylko temu, by wypełnić miejsce pomiędzy kolejnymi siekaninami. Nieprzypadkowo używam właśnie tego słowa. „Pojedynki” sugerowałyby raczej coś w stylu superbohaterskich nawalanek. Tymczasem „Haunt” charakteryzuje się mnóstwem krwi, latającymi flakami i ogólnie dość sporą brutalnością. I wszystko to jest albo mocno przesadzone albo też kompletnie bez sensu. No bo jak inaczej wytłumaczyć scenę, w której jedna z postaci zostaje dźgnięta nożem, wylewa z siebie kałużę krwi, po czym wstaje, wyciąga z siebie ostrze i „lekko ranny” udał się w nieznanym kierunku. To tylko jedna ze scen, których czytanie sprawiło iż poczułem się delikatnie oszukany.

No właśnie, to bardzo dobre słowo opisujące moją przygodę z serią „Haunt”. Tak podczas lektury trzeciego tomu jak i dwóch poprzednich, czułem się zwyczajnie oszukany. Seria zapowiadana była jako hit i nim też się stała, ale tylko pod względem sprzedaży. Podobnie jak wielu innych czytelników, tak i ja oczekiwałem po takim zestawie twórców komiksu może nie wybitnego, ale przynajmniej będącego o czymś. Tymczasem Kirkman i McFarlane ewidentnie się ze sobą nie dograli. Mnogość wątków aż prosiła się o rozwinięcie każdego z nich i jestem pewien, że twórca takich serii jak „The Walking Dead” czy „Invincible” bez kłopotu by sobie z tym poradził. Wydaje mi się, że Kirkman był pod dość mocnym dyktandem Todda McFarlane, skądinąd twórcy postaci Haunta i niejako zmuszony został do pewnych rozwiązań fabularnych, które sprowadzały się zazwyczaj do łubudu. Tak jak w tym tomie potraktowano wątek kobiety o imieniu Alegria. Nie chcę tu zbyt mocno spolerować, ale jej zakończenie kończy również część komiksu poświęconą The Apparition i robi to w taki sposób, że czytelnik pozostaje ze spora ilością pytań. Jak zrobiła to co zrobiła? Czemu to zadziałało? To tylko przykładowe dwa z nich.

Chciałbym napisać, że jedynym plusem tego komiksu są rysunki Grega Capullo. Niestety, nawet on nie spisał się najlepiej. Owszem, poziom jego ilustracji jest o kilka poziomów wyższy niż warstwy fabularnej, lecz w porównaniu z jego pracami przy „Spawnie” czy obecnie nad przygodami Batmana, różnica na minus jest łatwo dostrzegalna. „Haunt” od początku ukazywał się ze sporymi opóźnieniami i zastąpienie Ryana Ottley’a właśnie Gregiem Capullo miało to zmienić. Poślizgów faktycznie już nie było, lecz widać po poszczególnych stronnicach, że artysta ten spieszył się tworząc kolejne plansze i nie ukrył tego nawet Todd McFarlane, zajmujący się gdzieniegdzie nakładaniem tuszu. Ale... nawet pomimo tego mojego narzekania, rysunki Grega Capullo i tak nieco podwyższa końcową ocenę trzeciego tomu serii „Haunt”.

O dziwo w tym komiksie pojawiły się dodatki, których w dwóch poprzednich próżno było szukać. Nie napalajcie się jednak zbytnio, ponieważ ich ilość to raptem trzy strony alternatywnych okładek. Z czego w zasadzie żadna nie jest w żaden sposób zachwycająca do tego, by wydać ekstra pieniądze na jej zdobycie.

Trzeci tom serii „Haunt” ostatecznie kończy moją przygodę z tym komiksem, pomimo opublikowania jeszcze czwartej odsłony. Dzieło duetu Kirkman & McFarlane jest zwyczajnie słabe i o ile dwie dekady temu prawdopodobnie byłby to znacznie większy hit wydawniczy, dziś „Haunta” należy potraktować jako ciekawostkę. I to taką, której z całą pewnością nie powinno się kupować. Image Comics ma w swojej ofercie wiele duże lepszych komiksów. 2/6

środa, 20 listopada 2013

Spawn: New Beginnings vol. 1 (Todd McFarlane/Szymon Kudrański)

I wreszcie docieramy do końca dubli. Każda kolejna recenzja będzie już premierowa.

Tytuł zbioru jest nieprzypadkowy. Jeśli czytaliście recenzję SPAWN: ENDGAME COLLECTION, to doskonale już wiecie, że Al Simmons zginął... ponownie. Tym razem jednak wygląda na to, że taki stan rzeczy jest już permanentny. Nowym, nie mniej interesującym Spawnem został niejaki Jim Downing, a ponieważ komiks ma nowego bohatera, całej serii z pewnością przyda się więc zupełnie nowy początek. Taki też tytuł otrzymuje więc pierwszy zbiór, który prezentuje przygody Spawna po historii ENDGAME.

Zanim jeszcze w ogóle rozpoczęto prace nad historią zawartą w SPAWN: NEW BEGGININGS vol. 1, trwały ciężkie boje, by doprowadzić do wydania zeszytów 197-200 comiesięcznej serii. Ciągnęło się to w nieskończoność i zdecydowanie przyćmiło fakt ogłoszenia nazwisk twórców, którzy wraz z 201 zeszytem przygód Spawna rozpoczną swój run. Ci jednak, którym wieść ta nie umknęła, zachodzili w głowę. Po tym, jak przez piętnaście lat serię SPAWN tworzyły same tuzy komiksowego przemysłu, nowym duetem odpowiedzialnym za kolejne przygody Jima Downinga zostali Will Carlton i Szymon Kudrański. Większość fanów zadawała sobie wtedy pytanie: „who the f**k are his guys?”. Oto bowiem Todd McFarlane powierzył swoje największy twór totalnemu debiutantowi (scenarzysta) i niemal anonimowemu artyście z Polski (wcześnie narysował on jedynie HOPE FALLS dla wydawnictwa Markosia). Później okazało się, że Carlton to tak naprawdę McFarlane piszący pod pseudonimem. Co prawda nie jestem na bieżąco z aktualnymi recenzjami comiesięcznej i wreszcie wydawanej bez opóźnień serii, ale po lekturze SPAWN: NEW BEGGININGS vol. 1 uważam, że ten duet w kilka miesięcy zrobił więcej dobrego dla marki tej postaci, niż ktokolwiek przez ostatnie 5-6 lat.

SPAWN: NEW BEGGINING vol. 1 to przede wszystkim komiks o nieco mylącym tytule. To, co rzuca się zdecydowanie w oczy, to fakt, iż bardzo mało w niej samego Spawna. Todd McFarlane stworzył historię spójną i bardzo ciekawą, która dodatkowo zupełnie w niczym nie przypomina nawet ENDGAME. Komiks ten skupia się przede wszystkim na samym Jimie Downingu, który z jednej strony stara się poznać szczegóły swojej niejasnej przeszłości, a z drugiej, wykorzystuje swoje nowo nabyte umiejętności do czynienia dobra. Praktycznie cała historia skupia się jeszcze mocniej, niż wspominane ciągle ENDGAME, na zaznaczaniu wyraźnych różnic między Spawnem-Downingiem, a Spawnem-Simmonsem. Tu zadam pytanie do osób, które znają doskonale losy tego drugiego: czy nie męczyło Was ciągłe i nachalne wręcz użalanie się nad swoim losem, które prezentował Al? W SPAWN: NEW BEGGININGS vol. 1 tego nie uświadczycie. Koniec z pseudofilozoficznymi rozmowami Spawna z bezdomnymi, coraz bardziej absurdalnymi przeciwnikami głównego bohatera i zatapianiem w nonsensie całej mitologii postaci. Jim Downing po prostu jest zupełnie inną postacią.

Należy wspomnieć, że głównymi przeciwnikami nowego Spawna w komiksie jest pewna grupa wampirów. Niezwykle udanym zabiegiem okazał się pomysł, by wątek ten stał się równoważnym z drugim, w którym nowy Spawn stara się poznać prawdę o swojej przeszłości. Ba, czasem nawet krwiopijcy stawali się zaledwie tłem, by po jakimś czasie wyskoczyć ze zdwojoną siłą. To dla mnie kolejny plus SPAWN: NEW BEGGINING vol. 1 – historia jest umiejętnie zbilansowana, a bardzo mocny klimat horroru tylko dodaje jej wartości.

Nie udało się jednak uniknąć twórcy scenariusza pewnej wpadki. SPAWN: NEW BEGGININGS vol. 1 nie jest zbyt przyjazne dla nowego czytelnika, bowiem bez podparcia w postaci ENDGAME, niektóre wątki mogą pozostać niezrozumiałe.

Przejdźmy wreszcie do warstwy graficznej komiksu. Jak już chyba każdy fan komiksów w Polsce wie, odpowiada za nie nasz rodak – Szymon Kudrański. I jego prace są po prostu NIESAMOWITE, co piszę z pełną odpowiedzialnością i nie tylko dlatego, że chwalę Polaka. Być może wynika to z faktu, że Szymon miał mnóstwo czasu na pracę, ponieważ, jak sam kiedyś przyznał, rysował już zeszyt 203, gdy wydawnictwu Image z bólem udało się wydać numer 198. Realistyczne, bardzo szczegółowe i niezwykle klimatyczne ilustracje tchnęły w nieco zatęchły świat Spawna coś na kształt powiewu świeżości (jeśli możemy tak mówić w przypadku historii o generale piekieł). Kilka poszczególnych kadrów, a już na pewno niemal każda okładka autorstwa Kudrańskiego, z całą pewnością nadaje się do powiększenia, wydrukowania i powieszenia na ścianie. Podejrzenia o skrajny satanizm pojawią się na pewno, ale myślę że i tak warto.

SPAWN: NEW BEGGININGS vol. 1 nie zawiera niestety zbyt wielu dodatków. By być dokładnym, dostajemy sześć okładek, pochodzących z poszczególnych zeszytów, a jedną z nich dodatkowo w wersji bez kolorów. Ósmą i zarazem ostatnia stronę dodatków stanowi dość zaawansowany projekt okładki do zeszytu 206, autorstwa Kudrańskiego. Moim skromnym zdaniem, jest ona znacznie lepsza od wersji finalnej, ale bądź co bądź, o gustach podobno się nie dyskutuje. Liczyłem na nieco więcej ze strony Image Comics, chociaż wydawnictwo to nigdy nie słynęło z tego, by raczyć czytelników większą ilością dodatków.

SPAWN: NEW BEGGININGS vol. 1 polecam każdemu, kto czytał przygody Spawna, lecz z jakiegoś powodu zrezygnował. Podkreślę jednak raz jeszcze – bez podbudowy w postaci SPAWN: ENDGAME COLLECTION może być Wam ciężko z załapaniem niektórych wątków. To samo zresztą tyczy się czytelników, którzy zapragną od tego miejsca rozpocząć przygodę ze Spawnem. Mimo wszystko gorąco polecam ten zbiór, chociażby z tego powodu, że to najlepszy komiksowy horror, jaki miałem przyjemność czytać w ostatnich miesiącach. SPAWN: NEW BEGGININGS vol. 1 otrzymuje ode mnie zasłużoną i mocną piątkę. Już zaczynam odliczać dni, gdy w moje łapska trafi kolejne wydanie zbiorcze z przygodami Jima Downinga.

piątek, 15 listopada 2013

Haunt vol. 2 (Robert Kirkman/Greg Capullo)

Koniec dubli za dwie recenzje.

Pierwszy zbiór przygód HAUNTA oceniłem bardzo nisko, dlatego też do lektury drugiej ich odsłon zasiadałem z niemałą obawą. Wciąż bowiem uważałem, że główny bohater serii to nic innego jak zwyczajna zrzynka z pomysłów na inne postacie. Tymczasem zeszyty, które weszły w skład HAUNT vol. 2 nie tylko zebrały bardzo dobre oceny na zagranicznych portalach, ale także do ich rysowania zatrudniono Grega Capullo. To były aż dwa powody ku temu, by jednak przyjrzeć się temu wydawnictwu. O dwa więcej, niż przy okazji pierwszego zbioru.

HAUNT vol. 2 rozpoczyna się od pojedynczej historii, na łamach której widzimy streszczenie całego poprzedniego zbioru, tyle tylko, że widziane oczami Mirage – jednej z drugoplanowych postaci. Następnie przechodzimy do sześciu rozdziałów, które są już kontynuacją losów braci Kilgore – krwawą, dynamiczną, ale jak się okazuje, faktycznie nieco lepsze od poprzedniej odsłony. Przypomnę jeszcze, że seria HAUNT opowiada o dwóch braciach – Kurcie i Danielu. Gdy ten pierwszy ginie, jego dusza zadomawia się w ciele brata. Wspólnie tworzą ektoplazmatyczną istotę o pseudonimie Haunt, która jest ich największą bronią w krucjacie, którą niedługo potem rozpoczęli. Zemsta będzie krwawa, a my będziemy tego świadkami.

Nie ukrywam, że gdy rozpoczynałem swoją przygodę z drugim tomem zbiorczym serii HAUNT, byłem już z góry nastawiony na „nie”. Tymczasem okazuje się, że znalazłem kilka momentów, w których naprawdę nie żałowałem pieniędzy wydanych na ten komiks. Oczywiście wciąż nie ośmielę się nazwać HAUNT vol. 2 pozycją godną polecenia, ale już na pewno zdatną do czytania. Ale opiszmy to po kolei.

Zacznę może od warstwy graficznej, ponieważ tu będę najmniej obiektywny. Uwielbiam prace Grega Capullo i jestem przekonany, że gdyby narysował pojedynczy numer serii ARCHIE to też bym się nim zachwycał. Styl, jaki artysta ten wypracował latami pracując dla Image przy SPAWNIE, znacznie bardziej pasował do klimatu historii, w jakiej porusza się HAUNT. Co prawda Capullo już w pierwszym tomie udzielał się dość mocno, jednak dopiero teraz stał się pełnoprawnym rysownikiem, zastępując nieco zagubionego Ryana Ottley’a (INVINCIBLE – także dla Image). Różnica jest dostrzegalna gołym okiem, chociaż tak naprawdę uważam że dopiero po swoim przejściu do DC, Capullo ponownie rozwinął skrzydła. Artysta ten podniósł wartość warstwy graficznej w HAUNT, ale nie było o to szczególnie trudno.

Tymczasem przejdźmy do warstwy scenariuszowej, za którą odpowiadał Robert Kirkman. Wciąż upierać będę się, że to najsłabszy komiks tego scenarzysty od ładnych paru lat (zaznaczam: nie czytałem INFINITE), lecz HAUNT vol. 2 i tak można określić mianem solidnego średniaka. Zawdzięcamy to głównie temu, że... zbiór posiada znacznie większą ilość stron od swojego poprzednika. Znalazło się tu znacznie więcej miejsca na rozwinięcie obu braci, ale także nadano nieco charakteru postaciom dotąd drugoplanowym. Ponieważ zrobiono to całkiem umiejętnie, ocena nieco podskoczyła. Dużo świeżości wniosła zwłaszcza Mirage, która znacząco namieszała i rozruszała nieco niemrawą początkowo serię.

Z drugie znowu strony, wciąż czekam na to, by cokolwiek zrobiono z postacią żony zmarłego Kurta. Jej występy to wciąż notoryczne płakanie, użalanie się nad sobą i wpadanie w przerażenie, gdy odkrywa kolejne sekrety z życia swojej zmarłej połówki. Nuda, nuda, przeraźliwa nuda, no i w końcu ileż można?

Podobnie jak w przypadku pierwszego zbiorku, każde słowo poświęcone materiałom dodatkowym w HAUNT vol. 2 to marnotrawienie czasu i miejsca, ponieważ takowych zupełnie w komiksie nie ma. No, chyba że za dodatek uznamy reklamę serii HAUNT oraz zachęcenie do kupna poprzedniego zbioru. Swoją drogą sądzę, że jeśli ktoś sięgnął po drugą jego część, to najpewniej ma także w swoich zasobach pierwszą. No ale kto tam jest w stanie dokładnie stwierdzić, co siedzi w głowie przeciętnego Amerykanina.

Podsumowując, HAUNT vol. 2 jest z pewnością komiksem lepszym od swojego poprzednika, jednak wciąż jest to pozycja zaledwie średnia. Polecam ją osobom, które należą do grona fanów Roberta Kirkmana, a także tym, którym podobał się specyficzny klimat SPAWNA z rysunkami Grega Capullo. Reszta może poczuć się zdecydowanie zawiedziona. Jeśli więc jeszcze nie poddaliście się po lekturze pierwszej odsłony HAUNTA, polecam dokładnie i dwukrotnie, a najlepiej trzykrotnie zastanowić się nad tym, czy nie lepiej wydać Wasze ciężko zarobione pieniądze na coś tak średniego. Jest kilkanaście znacznie lepszych komiksów w tej cenie, które warto zakupić i dołączyć do Waszych kolekcji.