Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haunt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haunt. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 listopada 2016

"Haunt" powróci?

"Haunt" to seria autorstwa Todda McFarlane'a (pomysł) i Roberta Kirkmana (scenariusz do numerów #1-18), która ukazywała się w latach 2009-2012. Nie okazała się wielkim sukcesem. Co prawda sprzedaż była całkiem niezła, lecz poziom komiksu w najlepszym przypadku można określić jako "średni". Tymczasem Todd McFarlane niespodziewanie zasugerował, że Daniel Killgore może wkrótce wrócić.
W niedzielę Todd McFarlane opublikował na swoim Facebookowym koncie grafikę przedstawiającą postać Haunta z zapytaniem do czytelników, czy nie stęsknili się oni za tym antybohaterem. Wygląda na to, że wciąż posiada on sporą bazę fanów, ponieważ odzew był bardzo dobry.

Niestety nie wiadomo, co dokładnie planuje McFarlane. Być może będzie to nowa seria z Hauntem, a być może kolejny raz pojawi się na łamach serii "Spawn", jak miało to miejsce w 2014 roku.

Źródło: CBR

piątek, 5 lutego 2016

Deviacje #10

Po dwutygodniowej przerwie powracają "Deviacje" w odrobinę odmienionej formule. Jak już wspomniałem niedawno, od teraz na łamach tej rubryki prezentowane będą ilustracje związane z różnymi seriami, a nie jak dotychczas, skupione wokół jednego tytułu. Dzięki temu będę mógł prezentować Wam prace dotyczące tytułów, które nie zdobyły masowego uznania użytkowników serwisu DeviantArt. Dziś zahaczymy o cztery komiksy, a wszystko znajdziecie w rozwinięciu posta.

wtorek, 23 grudnia 2014

Todd McFarlane kombinuje coś z marką "Haunt"

Do interesującej informacji dotarł serwis Bleeding Cool. Otóż jak udało im się ustalić, zarejestrowano nazwę "Haunt" jako zastrzeżoną na użytek komiksów, a także założono firmę o nazwie Haunt LLC. Jej adres jest identyczny jak siedziba McFarlane Companies. Co może to oznaczać?
To tylko przypuszczenia, ale prawo dotyczące nazw zastrzeżonych w USA opiera się na tym, że jesteś w ich posiadaniu tak długo, jak robisz z nich użytek. Skoro więc McFarlane zdecydował się na taki krok, można przypuszczać że ma jakiś konkretny plan dotyczący reanimacji marki "Haunt". Komiks pod tym tytułem przestał się ukazywać ponad dwa lata temu, lecz wcale nie oznacza to, że działanie dotyczące zastrzeżenia nazwy oznacza powrót tego herosa do oferty Image Comics. Z pewnością będę śledzić informacje na ten temat.

wtorek, 25 lutego 2014

Haunt vol. 3 (Robert Kirkman/Greg Capullo)


Mnóstwo wody upłynęło w każdej możliwej rzece od czasu, gdy napisałem recenzje drugiego tomu cyklu „Haunt”. Zapowiadana jako ogromny hit seria autorstwa Todda McFarlane’a, Roberta Kirkmana, Ryana Otlley’a oraz Grega Capullo totalnie mnie rozczarowała, ponieważ jak żywo przypominała dokonania wydawnictwa Image z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Zbyt mocno zawierzyłem twórcom, ponieważ z góry zamówiłem trzy pierwsze tomy zbiorcze tej serii i dziś wreszcie dojdę do końca moich męczarni przy bodajże największym zawodzie, jaki w ostatnich latach spotkał mnie ze strony Image Comics.

Trzeci tom serii „Haunt” to dalszy ciąg radosnej rozpierduchy. Oprócz wątków zasygnalizowanych z poprzednich odsłonach, twórcy dokładają do fabuły jeszcze jeden element. Jest nim czerwony stwór o imieniu The Apparition, którego celem jest dorwanie tytułowego bohatera. Początkowo nie wiemy o nim zbyt wiele, lecz jego wygląd jasno sugeruje mocne powiązania z Hauntem. Dodatkowo powraca kilka znajomych twarzy, a całość skąpana jest tradycyjnie w krwistym kolorze. Jednym słowem, „Haunt” w całej okazałości. Niestety...

Jak już zasygnalizowałem w pierwszym akapicie tego tekstu, moim zdaniem „Haunt” cierpi na niezwykłą miałkość fabularną, która sprawia, że porównuję ten komiks do „dokonań” Image z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jest to właśnie o tyle dziwne, ponieważ za scenariusz odpowiada sam Robert Kirkman, którego naprawdę ciężko jest posądzić o tworzenie kiepskich fabuł. Tymczasem trzeci „Haunta” powtarza błędy swoich poprzedników. Były nimi między innymi to, że czytelnik cały czas ma wrażenie, iż sceny z dialogami służą praktycznie tylko temu, by wypełnić miejsce pomiędzy kolejnymi siekaninami. Nieprzypadkowo używam właśnie tego słowa. „Pojedynki” sugerowałyby raczej coś w stylu superbohaterskich nawalanek. Tymczasem „Haunt” charakteryzuje się mnóstwem krwi, latającymi flakami i ogólnie dość sporą brutalnością. I wszystko to jest albo mocno przesadzone albo też kompletnie bez sensu. No bo jak inaczej wytłumaczyć scenę, w której jedna z postaci zostaje dźgnięta nożem, wylewa z siebie kałużę krwi, po czym wstaje, wyciąga z siebie ostrze i „lekko ranny” udał się w nieznanym kierunku. To tylko jedna ze scen, których czytanie sprawiło iż poczułem się delikatnie oszukany.

No właśnie, to bardzo dobre słowo opisujące moją przygodę z serią „Haunt”. Tak podczas lektury trzeciego tomu jak i dwóch poprzednich, czułem się zwyczajnie oszukany. Seria zapowiadana była jako hit i nim też się stała, ale tylko pod względem sprzedaży. Podobnie jak wielu innych czytelników, tak i ja oczekiwałem po takim zestawie twórców komiksu może nie wybitnego, ale przynajmniej będącego o czymś. Tymczasem Kirkman i McFarlane ewidentnie się ze sobą nie dograli. Mnogość wątków aż prosiła się o rozwinięcie każdego z nich i jestem pewien, że twórca takich serii jak „The Walking Dead” czy „Invincible” bez kłopotu by sobie z tym poradził. Wydaje mi się, że Kirkman był pod dość mocnym dyktandem Todda McFarlane, skądinąd twórcy postaci Haunta i niejako zmuszony został do pewnych rozwiązań fabularnych, które sprowadzały się zazwyczaj do łubudu. Tak jak w tym tomie potraktowano wątek kobiety o imieniu Alegria. Nie chcę tu zbyt mocno spolerować, ale jej zakończenie kończy również część komiksu poświęconą The Apparition i robi to w taki sposób, że czytelnik pozostaje ze spora ilością pytań. Jak zrobiła to co zrobiła? Czemu to zadziałało? To tylko przykładowe dwa z nich.

Chciałbym napisać, że jedynym plusem tego komiksu są rysunki Grega Capullo. Niestety, nawet on nie spisał się najlepiej. Owszem, poziom jego ilustracji jest o kilka poziomów wyższy niż warstwy fabularnej, lecz w porównaniu z jego pracami przy „Spawnie” czy obecnie nad przygodami Batmana, różnica na minus jest łatwo dostrzegalna. „Haunt” od początku ukazywał się ze sporymi opóźnieniami i zastąpienie Ryana Ottley’a właśnie Gregiem Capullo miało to zmienić. Poślizgów faktycznie już nie było, lecz widać po poszczególnych stronnicach, że artysta ten spieszył się tworząc kolejne plansze i nie ukrył tego nawet Todd McFarlane, zajmujący się gdzieniegdzie nakładaniem tuszu. Ale... nawet pomimo tego mojego narzekania, rysunki Grega Capullo i tak nieco podwyższa końcową ocenę trzeciego tomu serii „Haunt”.

O dziwo w tym komiksie pojawiły się dodatki, których w dwóch poprzednich próżno było szukać. Nie napalajcie się jednak zbytnio, ponieważ ich ilość to raptem trzy strony alternatywnych okładek. Z czego w zasadzie żadna nie jest w żaden sposób zachwycająca do tego, by wydać ekstra pieniądze na jej zdobycie.

Trzeci tom serii „Haunt” ostatecznie kończy moją przygodę z tym komiksem, pomimo opublikowania jeszcze czwartej odsłony. Dzieło duetu Kirkman & McFarlane jest zwyczajnie słabe i o ile dwie dekady temu prawdopodobnie byłby to znacznie większy hit wydawniczy, dziś „Haunta” należy potraktować jako ciekawostkę. I to taką, której z całą pewnością nie powinno się kupować. Image Comics ma w swojej ofercie wiele duże lepszych komiksów. 2/6

piątek, 15 listopada 2013

Haunt vol. 2 (Robert Kirkman/Greg Capullo)

Koniec dubli za dwie recenzje.

Pierwszy zbiór przygód HAUNTA oceniłem bardzo nisko, dlatego też do lektury drugiej ich odsłon zasiadałem z niemałą obawą. Wciąż bowiem uważałem, że główny bohater serii to nic innego jak zwyczajna zrzynka z pomysłów na inne postacie. Tymczasem zeszyty, które weszły w skład HAUNT vol. 2 nie tylko zebrały bardzo dobre oceny na zagranicznych portalach, ale także do ich rysowania zatrudniono Grega Capullo. To były aż dwa powody ku temu, by jednak przyjrzeć się temu wydawnictwu. O dwa więcej, niż przy okazji pierwszego zbioru.

HAUNT vol. 2 rozpoczyna się od pojedynczej historii, na łamach której widzimy streszczenie całego poprzedniego zbioru, tyle tylko, że widziane oczami Mirage – jednej z drugoplanowych postaci. Następnie przechodzimy do sześciu rozdziałów, które są już kontynuacją losów braci Kilgore – krwawą, dynamiczną, ale jak się okazuje, faktycznie nieco lepsze od poprzedniej odsłony. Przypomnę jeszcze, że seria HAUNT opowiada o dwóch braciach – Kurcie i Danielu. Gdy ten pierwszy ginie, jego dusza zadomawia się w ciele brata. Wspólnie tworzą ektoplazmatyczną istotę o pseudonimie Haunt, która jest ich największą bronią w krucjacie, którą niedługo potem rozpoczęli. Zemsta będzie krwawa, a my będziemy tego świadkami.

Nie ukrywam, że gdy rozpoczynałem swoją przygodę z drugim tomem zbiorczym serii HAUNT, byłem już z góry nastawiony na „nie”. Tymczasem okazuje się, że znalazłem kilka momentów, w których naprawdę nie żałowałem pieniędzy wydanych na ten komiks. Oczywiście wciąż nie ośmielę się nazwać HAUNT vol. 2 pozycją godną polecenia, ale już na pewno zdatną do czytania. Ale opiszmy to po kolei.

Zacznę może od warstwy graficznej, ponieważ tu będę najmniej obiektywny. Uwielbiam prace Grega Capullo i jestem przekonany, że gdyby narysował pojedynczy numer serii ARCHIE to też bym się nim zachwycał. Styl, jaki artysta ten wypracował latami pracując dla Image przy SPAWNIE, znacznie bardziej pasował do klimatu historii, w jakiej porusza się HAUNT. Co prawda Capullo już w pierwszym tomie udzielał się dość mocno, jednak dopiero teraz stał się pełnoprawnym rysownikiem, zastępując nieco zagubionego Ryana Ottley’a (INVINCIBLE – także dla Image). Różnica jest dostrzegalna gołym okiem, chociaż tak naprawdę uważam że dopiero po swoim przejściu do DC, Capullo ponownie rozwinął skrzydła. Artysta ten podniósł wartość warstwy graficznej w HAUNT, ale nie było o to szczególnie trudno.

Tymczasem przejdźmy do warstwy scenariuszowej, za którą odpowiadał Robert Kirkman. Wciąż upierać będę się, że to najsłabszy komiks tego scenarzysty od ładnych paru lat (zaznaczam: nie czytałem INFINITE), lecz HAUNT vol. 2 i tak można określić mianem solidnego średniaka. Zawdzięcamy to głównie temu, że... zbiór posiada znacznie większą ilość stron od swojego poprzednika. Znalazło się tu znacznie więcej miejsca na rozwinięcie obu braci, ale także nadano nieco charakteru postaciom dotąd drugoplanowym. Ponieważ zrobiono to całkiem umiejętnie, ocena nieco podskoczyła. Dużo świeżości wniosła zwłaszcza Mirage, która znacząco namieszała i rozruszała nieco niemrawą początkowo serię.

Z drugie znowu strony, wciąż czekam na to, by cokolwiek zrobiono z postacią żony zmarłego Kurta. Jej występy to wciąż notoryczne płakanie, użalanie się nad sobą i wpadanie w przerażenie, gdy odkrywa kolejne sekrety z życia swojej zmarłej połówki. Nuda, nuda, przeraźliwa nuda, no i w końcu ileż można?

Podobnie jak w przypadku pierwszego zbiorku, każde słowo poświęcone materiałom dodatkowym w HAUNT vol. 2 to marnotrawienie czasu i miejsca, ponieważ takowych zupełnie w komiksie nie ma. No, chyba że za dodatek uznamy reklamę serii HAUNT oraz zachęcenie do kupna poprzedniego zbioru. Swoją drogą sądzę, że jeśli ktoś sięgnął po drugą jego część, to najpewniej ma także w swoich zasobach pierwszą. No ale kto tam jest w stanie dokładnie stwierdzić, co siedzi w głowie przeciętnego Amerykanina.

Podsumowując, HAUNT vol. 2 jest z pewnością komiksem lepszym od swojego poprzednika, jednak wciąż jest to pozycja zaledwie średnia. Polecam ją osobom, które należą do grona fanów Roberta Kirkmana, a także tym, którym podobał się specyficzny klimat SPAWNA z rysunkami Grega Capullo. Reszta może poczuć się zdecydowanie zawiedziona. Jeśli więc jeszcze nie poddaliście się po lekturze pierwszej odsłony HAUNTA, polecam dokładnie i dwukrotnie, a najlepiej trzykrotnie zastanowić się nad tym, czy nie lepiej wydać Wasze ciężko zarobione pieniądze na coś tak średniego. Jest kilkanaście znacznie lepszych komiksów w tej cenie, które warto zakupić i dołączyć do Waszych kolekcji.

niedziela, 3 listopada 2013

Haunt vol. 1 (Robert Kirkman/Ryan Ottley i inni)

Jak już wspominałem wczoraj, czas na kolejnego dubla.

Robert Kirkman, Todd McFarlane, Ryan Ottley, Greg Capullo – taki zestaw twórców powinien zagwarantować sukces każdemu komiksowi. Mimo to jednak udało im się stworzyć jedną z najpopularniejszych serii wydawnictwa Image Comics, ale zdecydowanie nie godną tak dużego zainteresowania. Część z Was zastanawia się zapewne, jak to możliwe? Powód jest zaiste prozaiczny i postaram się przybliżyć go nieco w tej niedługiej recenzji. Zaznaczam jednak, że mam skłonności do fantazjowania i cała moja teoria może być nietrafiona. No ale jedziemy z tym koksem i przyjrzyjmy się Opętanemu.

Głównymi bohaterami serii HAUNT jest ojciec Daniel Kilgore oraz jego brat Kurt. Obaj są tak daleko od pojęcia „przykładnych obywateli”, jak tylko mogą. Daniel regularnie pali, pije i odwiedza domy publiczne. I to bynajmniej nie po to, by nawracać pracujące tam panienki. Jego brat z kolei zamieszany jest w pewne ciemne interesy. Pewnego dnia Kurt odwiedza Daniela, by się wyspowiadać, lecz nie dostaje rozgrzeszenia. Niedługo potem ginie, a jego duch nawiedza brata. Niedługo potem, wskutek pewnej intrygi, Daniel i duch Kurta muszą się połączyć. Tak właśnie narodzi się Haunt – nowy superbohater w mieście, który bynajmniej nie planował przyjąć tego, na co skazał go los. Typowe...

Już nieraz przerabialiśmy ten sam scenariusz, gdy obowiązki superbohaterskie spadają na osobę, która jest do tego najmniej odpowiednia. HAUNT również podąża tym schematem i w niczym nie zaskakuje. To, co naprawdę potrafi zadziwić, to fakt, że twórcy postanowili nałożyć kliszę na kliszy. I co gorsza, udało im się odnieść sukces. Już pierwszy rzut oka na wydanie zbierające początkowe pięć zeszytów serii, pozwala zauważyć, że HAUNT stanowi pokłon dla typowego stylu, propagowanego przez stare Image Universe. I tak oto naszym oczom ukazują się niemal wyłącznie twardzi, wyglądający jak góra mięśni mężczyźni oraz przeraźliwie chude, ale mające niemałe atrybuty, seksowne kobiety. Dodatkowo sama postać Haunta na pierwszy rzut oka przywołuje nieprzypadkowe moim zdaniem skojarzenia z Venomem z Marvel Comics, a także nieco mniej ze Spawnem. Nietrudno się domyślić, że dwie dekady temu wydawnictwo postępowało całkiem podobnie. Kolejne skojarzenia ze starymi wyrobami Image są następujące: doprowadzające do szewskiej pasji notoryczne opóźnienia, dobry scenarzysta piszący zwyczajną papkę oraz dobra sprzedaż, pomimo miernego poziomu.

No właśnie. Obok Roberta Kirkmana w zasadzie nie można przejść obojętnie. Niektórzy kochają go i wielbić będą po wsze czasy za takie tytuły jak INVINCIBLE czy THE WALKING DEAD. Ale znajdą się też tacy, którzy nigdy nie zapomną mu sieczki, jaką zafundował czytelnikom Marvelowskiego ULTIMATE X-MEN. Pytanie brzmi: czy HAUNT przysporzy Kirkmanowi jeszcze więcej fanów? Wszystko wskazuje na to, że bynajmniej mu nie zaszkodzi. Przeglądając zagraniczne fora i strony tematyczne nie zauważyłem, by komuś przeszkadzała wtórność, kopiowanie, brak zajmującej fabuły i nazwiska znanych rysowników, którzy odwalali tu być może najgorsze prace w całej swojej dotychczasowej karierze – czyli wszystko to, co mi się nie podobało.

Skoro już o tym wspomniałem. Naprawdę ciężko uwierzyć w to, że Ryan Ottley narysował wszystkie plansze, które możemy podziwiać w pierwszym wydaniu zbiorczym serii HAUNT. Artysta, który niemal czarował na łamach serii INVINCIBLE i wypracował swój własny, rozpoznawalny z daleka styl, tu musiał diametralnie go zmienić. Ponieważ przy tworzeniu poszczególnych plansz Ottley dzielić musiał się pracą z Gregiem Capullo, na początku nie do końca rozróżniłem który z nich odpowiadał za sam proces rysowania. Efekt ten trwał raptem przez kilka pierwszych stron, ale z pewnością nie mogę go zaliczyć do plusów.

W zasadzie od samego początku tej recenzji narzekam na HAUNT vol. 1. Czas jednak wspomnieć o jedynym plusie, jaki udało mi się odnaleźć w tym komiksie. Jest to fakt, że obok niego nie można przejść obojętnie. Fani starego Image po lekturze na pewno będą usatysfakcjonowani, reszta już niekoniecznie. Ale nawet część z nich sięgnie do kolejnych wydań zbiorczych, chociażby z czystej ciekawości. Bo ten komiks ma to coś, co sprawia, że ciężko jest się z nim jednoznacznie rozstać i zapomnieć.

Teraz wypadało by wspomnieć o materiałach dodatkowych, które znalazły się w HAUNT vol. 1. No właśnie problem jest taki, że takowych nie umieszczono wcale. Nie znajdziecie w nim nawet wszystkich okładek do poszczególnych zeszytów. Nieco tylko rekompensuje to fakt, że owe wydanie zbiorcze kosztuje jedynie dziesięć dolarów i obecnie ciężko jest znaleźć jakikolwiek komiks o podobnych parametrach w tej cenie.

Nie mogę polecić komiksu HAUNT vol. 1, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie jest to pozycja dobra. Ale cóż z tego, skoro i tak się dobrze sprzeda? Magia Kirkmana znów zadziałała. Ja tymczasem wystawiam dwóję z plusem.