środa, 9 października 2019

Invincible #5 (Robert Kirman/Ryan Ottley i inni)

Dopiero co pisałem o jednym mistrzu niepotrzebnego przeciągania komiksów, za jakiego z przymrużeniem oka uważam Briana K. Vaughana, a dziś nadeszła pora na kolejnego. Chyba nawet większego ;) Seria ”Invincible” autorstwa Roberta Kirkmana i Cory’ego Walkera zadebiutowała na naszym rynku we wrześniu ubiegłego roku. Podczas tegorocznej MFKiG premierę zaliczył piąty już tom tej serii i nadal nie jesteśmy nawet na półmetku! No ale nie ma tego złego, skoro cykl jest dobry, prawda? No właśnie, tylko czy kolejna odsłona przygód Marka Graysona i jego przyjaciół stoi na podobnym, satysfakcjonującym poziomie?

Przepis Kirkmana na serię ”Invincible” jest prosty i powszechnie znany: wziąć absolutnie wszystkie możliwe najbardziej oklepane schematy jakimi charakteryzują się komiksy superbohaterskie, zmiksować, dosypać sporą porcję miłości do gatunku i podać czytelnikowi w pięknym pucharze. Piąty tom zbiorczy, jakim niedawno uraczyło nas wydawnictwo Egmont, nie jest wyjątkiem od tej reguły. Tym razem Kirkman bierze na tapet motyw odwrócenia się od dotychczasowych sojuszników, co też czyni główny bohater gdy na światło dzienne wychodzi, iż Cecil włączył w poczet herosów kogoś, kto jeszcze niedawno dość intensywnie poczynał sobie po przeciwnej stronie barykady. Sytuacja szybko się zaognia i otrzymamy zaskakujący podział wśród superbohaterów. To jednak nie koniec kłopotów, ponieważ szybko dorastający Oliver również pragnie być herosem. Tyle tylko, że jako miks bardzo kosmicznych genów, ma on nieco inaczej rozwiniętą moralność, co może dla niektórych skończyć się szybkim i bolesnym zgonem, jeśli Mark w miarę szybko nie zainterweniuje. Do tego poznamy kolejne losy Omni-Mana oraz Allena Aliena, zaś w prywatnym życiu kilku postaci nastąpi dość solidne przemeblowanie.

Jak już doskonale zdajecie sobie z tego sprawę, polski oddział Egmontu publikuje w naszym kraju amerykańskie wersje deluxe serii ”Invincible”, które zbierały po dwa-trzy standardowe tomy plus materiały dodatkowe. Niniejszy zbiór zawiera oryginalny dziesiąty i jedenasty trejd, co mając w pamięci ”Żywe Trupy”, nie powinno nas szczególnie dziwić w kontekście postaci Roberta Kirkmana. Jednakże warto zauważyć, że już dawno minęliśmy moment, w którym całkiem uzasadnione wydają się być pytania o to, czy aby i tym razem scenarzysta trochę nie przesadza z rozciąganiem snutej przez siebie opowieści? Bo napiszę Wam tak totalnie szczerze i bezspoilerowo – nawet ślepy by zauważył, że istotne i ważne dla głównego wątku wydarzenia z tego tomu można dosłownie zliczyć na palcach u jednej dłoni. A jeśli chodzi o narzekanie na niepotrzebne rozwleczenie poszczególnych elementów fabuły, to nawet nie trzeba specjalnie mnie prosić, abym się uruchomił. Tyle tylko, że seria ”Invincible” ma w sobie tę magię, że tu i tam niby pokręcę nosem, ale koniec końców gdy odkładam tom na półkę, to już nie mogę się doczekać tego, kiedy będę mieć okazję sięgnąć po kolejny. Oczywiście nie będę Wam tu spolerował co dokładnie istotnego wydarzyło się na łamach niniejszego tomu, jednakże podkreślę, że pierwszy raz podczas lektury serii przeszło mi przez myśl to, że akcja mogłaby wreszcie ruszyć jakoś z kopyta, bo ja tu lekko przysypiam. I jakby właśnie wtedy Kirkman zaczął znowu robić swoje.

Tu mam na myśli oczywiście to, jak dobrze prowadzi on wykreowane przez siebie postacie oraz raz za razem potrafi jednak czymś zaskoczyć. UWAGA, mały spoilerem: mamy w tym tomie krótki crossover z serią ”Astounding Wolf-Man” i uwierzycie, że spotkanie Marka i pana wilkołaka obyło się bez nawet fragmentu najbardziej klasycznego tłuczenia się po mordach obu głównych bohaterów? Można? Można! To właśnie te momenty, gdy superbohaterski stuff (który w tym tomie nie jest najmocniejszą stroną serii) schodzi na nieco dalszy plan, a Kirkman skupia się na swoich postaciach i ich prywatnym życiu, jakoś od razu przyjemniej czytało mi się kolejne rozdziały. Atom Eve staje się wręcz chyba najbardziej lubianą przeze mnie postacią, ale jestem też żywo ciekaw jak postępować będzie w kolejnych zeszytach młody Oliver. Mimo wszystko nie będę chował głowy w piasek i nie zawaham się nazwać piąty tom cyklu ”Invincible” tym najsłabszym z dotychczasowych. Kirkman nieraz udowadniał, że potrafi pisać znacznie lepiej.

Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to warto tu odnotować trzy rzeczy. Po pierwsze, z gościnnym udziałem pojawia się tu Jason Howard, dzięki czemu dostajemy bardzo ciekawą możliwość porównania sobie tego, jak mocno zmienił się styl rysowania tego artysty, gdy połączył siły z Warrenem Ellisem przy ”Trees”. Po drugie zaś, Bill Crabtree przestaje tu pełnić rolę kolorysty i zastępuje go FCO Plascencia. Na szczęście, zmiana ta nie powoduje obniżenia jakości grafiki w serii. I wreszcie po trzecie – do ekipy dołącza inker Cliff Rathburn, odciążając przy tym Ryana Ottleya. Ten dzięki temu jeszcze mocniej rozwija skrzydła i tak jak scenariuszowo ten tom mi nie siadł najlepiej, tak rysunkowo jest dokładnie odwrotnie.

Oczywiście nie można zapominać o tym, że pod koniec zbioru znalazło się tradycyjnie już sporo miejsca na materiały dodatkowe. W nich jak zwykle możemy liczyć na sporo grafik, komentarz autorów, szkice oraz fragmenty scenariusza, a także okładki ze wspomnianych już wydań miękkookładkowych. Tłumaczenie Agaty Cieślak nie budzi zastrzeżeń, niezmiennie przyzwoita jakość wydania także. Nie zmieniła się również cena okładkowa i nadal wynosi 99,99zł.

No cóż, nie ma chyba na świecie serii, która w pewnym momencie nie byłaby nieco słabsza niż zazwyczaj. Piaty tom ”Invincible” widzę właśnie jako ten, gdzie Kirkman miał chwile słabości, lecz nie wątpię, że w kolejnych odsłonach jeszcze nieraz nas zadziwi. No i hej – to wciąż bardzo przyzwoity komiks.
    
--------------------------------------------------
    
"Invicible #5" do kupienia w sklepie Egmontu oraz ATOM Comics.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza