poniedziałek, 6 maja 2019

Outcast: Opętanie #5: Inwazja (Robert Kirkman/Paul Azaceta/Elizabeth Breitweiser)

Swego czasu seria ”Outcast: Opętanie” w USA zniknęła na dłuższy czas ze sklepowych półek, co być może zasugerowało wydawnictwu Mucha Comics, iż cykl ten dobiegł do swojego naturalnego końca na numerze #36. Jak najbardziej miało to wówczas sens – dotąd seria ukazywała się bardzo regularnie, a Robert Kirkman zapowiadał wielokrotnie, że komiksowe przygody Kyle’a Barnesa nie będą ciągnięte w nieskończoność. Najnowszy tom serii, pierwotnie zapowiadany przez Muchę na końcówkę ubiegłego roku, jest podwójnej objętości – być może polski wydawca liczył tym samym, że szybciej przerzuci cykl ten na kupkę oznaczoną jako ”zakończone”. Tymczasem jakiś czas później w USA zapowiedziano publikację jeszcze jednego, ostatniego story-arcu. Zapraszam więc do zapoznania się z moją opinią dotyczącą, najprawdopodobniej, przedostatniej odsłony serii ”Outcast: Opętanie”.

Kyle Barnes nie może narzekać na brak wrażeń. Ledwo co udało mu się pojednać ze swoją rodziną i wspólnie z nią ruszyć szukać schronienia na ukrytej w lesie farmie, a już po chwili okazuje się, że właśnie tak doszło do brutalnego morderstwa, w którym kluczową rolę odegrał wielebny Anderson. Jednak jego szaleńczy czyn wcale nie wyhamował złowieszczych planów demonów, które coraz liczniej pojawiają się w okolicy. I to także te o znacznie wyższej randze. To jednak nie wszystko – w życiu Kyle’a pojawia się także jego ojciec, który również posiada nadnaturalne moce i ujawnia, że takich osób jak oni jest więcej. Z kolei wielebny Anderson, niezrażony swoimi wcześniejszymi niepowodzeniami, ponownie próbuje wspomóc Kyle’a w walce. Tym razem, tworząc coś na kształt kultu z siedzibą…na samym środku farmy Barnesa.

Podwójny tom, jakim uraczyło nas wydawnictwo Mucha Comics, zawiera aż dwanaście rozdziałów serii opowiadającej o losach głównych bohaterów. Trochę obawiałem się tego, że ten opasły wolumin będzie cierpiał na te same przypadłości, o których pisałem przy okazji omawiania poprzednich odsłon cyklu. Mianowicie chodzi mi o tę typową przypadłość Roberta Kirkmana, który potrafi napisać pięć zeszytów przy których idzie zdechnąć z nudów, by w szóstym przywalić takimi zwrotami akcji, byśmy z niecierpliwością oczekiwali ciągu dalszego. Tymczasem tak się nie stało – piąty tom serii ”Outcast: Opętanie” zaskoczył mnie bardzo pozytywnie tym, że nie ma tu mocnych zwolnień akcji, dzieje się sporo, a praktycznie wszystko stoi na poziomie, który jak najbardziej pozwalał mi cieszyć się z lektury. Wystarczy dodać, że ten liczący 248 stron komiks pochłonąłem w całości na jednym posiedzeniu, czego nierzadko nie mogę powiedzieć i o połowę krótszych pozycjach.
Pewnie zauważyliście, iż użyłem zwrotu ”praktycznie wszystko”. No bo niestety piaty tom ”Outcast: Opętanie” nie jest całkowicie wolny od pewnych wpadek, niedociągnięć czy rzeczy, które nie przypadły mi do gustu, ale tym razem po prostu ilość zalet zdecydowanie przewyższa w moich oczach ilość wad. Przykładowo, pojawienie się w fabule ojca Kyle’a jest według mnie naciągnięte niczym guma z majtek na dupie słonia, ale nie przeszkadzało mi to zbyt mocno, ponieważ dzięki temu doszło do sporego rozwoju samego głównego bohatera i mocno rozruszało wiele innych wydarzeń. Wprowadzeni w ”Inwazji” nowi bohaterowie z jednej strony trochę trącą myszką i prezentują się niczym wyciągnięci z aplikacji do tworzenia szablonowych postaci, ale i tak można o nich powiedzieć więcej dobrego, niż o części starej obsady, co do której mam pewne obawy, iż Kirkmanowi trochę zabrakło na nich jakiegoś bardziej wyrazistego pomysłu. Scenarzysta ma jednak nadal tę swoją magię i w przyjemny sposób rozwija ”społeczny” aspekt komiksu. Za przykład podam żonę i córkę Kyle’a – obie w omawianym właśnie tomie nie odgrywają praktycznie żadnej roli, ale jednak dwie sceny z ich udziałem zostały napisane w taki sposób, że zdecydowanie najmocniej utkwiły mi w pamięci. W efekcie, chociaż brak tu fajerwerków, laserów z tyłka i akcji gnającej przed siebie na złamanie karku, Kirkmanowi znowu się to udało – po zamknięciu komiksu zdecydowanie chciałem więcej. Niestety, mam pełną świadomość faktu, że jeśli Mucha Comics finałowe zeszyty również postanowi opublikować w jednym, grubym tomie, to przyjdzie nam na niego zaczekać przynajmniej rok.

Nie zmienia się moja opinia o warstwie graficznej komiksu. Piąty tom ”Outcast: Opętanie” to konsekwentna i dobra praca duetu Azaceta/Breitweiser. Rysownik ponownie nie unikał stosowania tych tak bardzo lubianych przeze mnie, malutkich kadrów rozrzucanych w różnych miejscach na stronach, które znakomicie wspomagają budowanie klimatu danej sekwencji. Kolorystka z kolei zwyczajnie czaruje, raz za razem udowadniając, że pominięcie jej przy tegorocznych nominacjach do nagrody Eisnera to totalne nieporozumienie. No ale cóż zrobić?

Jakość wydawnicza od Muchy bez większych zmian, ale z pewnym zaskoczeniem. Piąty tom serii ”Outcast: Opętanie” oczywiście opublikowano w twardej oprawie i standardowym formacie, jednakże spodziewałem się, że ten liczący 248 stron komiks będzie znacznie obszerniejszy objętościowo. Dodatków niestety nie dostajemy niemal wcale - na końcu tylko jedną stronę zajmują krótkie biografie twórców i to wszystko. Nie ma nawet standardowej galerii coverów. Cena okładkowa wynosi 99,90zł, lecz komiks spokojnie można wyłapać za około siedem dyszek.

I warto te pieniądze zapłacić. W mojej ocenie jest to zdecydowanie najlepsza odsłona serii, która bardzo pozytywnie nastraja przed wielkim finałem.
   
-----------------------------------------------------
   
"Outcast: Opętanie #5: Inwazja" do kupienia w sklepie Mucha Comics.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza