Pokazywanie postów oznaczonych etykietą martin morazzo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą martin morazzo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2020

Ice Cream Man vol. 5: Other Confections (W. Maxwell Prince/Martin Morazzo/Chris O'Halloran)

Seria ”Ice Cream Man” nieustannie ewoluuje i trudno przewidzieć, w jakim kierunku pójdą kolejne odsłony. W początkowych dwóch, może trzech tomach czuć było jeszcze, że oprócz prezentowania kolejnych opowieści grozy, W. Maxwell Prince ma jeszcze w zanadrzu jakiś pomysł na fabułę, która przemyka gdzieś w tle kolejnych odsłon serii. Jednakże czwarty oraz najnowszy – piąty tom cyklu pokazał, że seria jest najlepsza wtedy, gdy mniej (lub też wcale) skupiamy się na tytułowym Lodziarzu, a mocniej obserwujemy koszmary, jakie zsyła na kolejnych nieszczęśników. Nie można przy tym nie dodać, że scenarzysta raz za razem udowadnia, iż jeśli chodzi o pokłady jego wyobraźni, to niemal wszyscy możemy mu tylko zazdrościć.

sobota, 25 kwietnia 2020

"Ice Cream Man" jako charytatywny minikomiks

Twórcy "Ice Cream Man" ogłosili, że na czas pandemii będą wypuszczać liczące kilka stron minikomiksy, z których część dochodu zostanie przekazany na cele dobroczynne.
W chwili gdy piszę te słowa, TUTAJ dostępne są już cztery krótkie komiksy osadzone w świecie tajemniczego, demonicznego lodziarza. Każdy z nich można można kupić za niecałe dwa dolary, co pozornie może wydawać się sporą kwotą, lecz jednak pamiętać trzeba, że 50% tej ceny trafi na konto organizacji Book Industry Charitable Foundation, która wspiera księgarnie i sklepy z komiksami podczas obecnych, trudnych czasów.

Źródło: 1

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Ice Cream Man vol. 4: Tiny Lives (W. Maxwell Prince/Martin Morazzo/Chris O'Halloran)

Już kilkukrotnie dawałem tu na blogu jasno do zrozumienia, że seria ”Ice Cream Man” jest obecnie jedną z moich ulubionych pozycji spośród tych z oferty Image, których jak dotąd nie uświadczyliśmy w Polsce. Cykl ten przedstawiał nam na początku jednozeszytowe historie grozy (nierzadko również z domieszką innych gatunków), których punktem wspólnym był tytułowy lodziarz, wokół którego scenarzysta zaczął budować swoistą mitologię. Jednak im dalej w las tym ciemniej. W czwartym tomie cyklu lodziarz cały czas jest obecny, lecz ma w nim wręcz marginalną rolę. Na szczęście i tak niemożliwym jest móc stwierdzić, by cykl ten odszedł od poziomu, do jakiego zdążył już przyzwyczaić swoich fanów.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Ice Cream Man vol. 3: Hopscotch Melange (W. Maxwell Prince/Martin Morazzo/Chris O'Halloran)

Ice Cream Man” to seria, która jak dotąd wyłącznie zyskuje w moich oczach. Pierwszy tom cyklu jakiś czas temu oceniłem na blogu tak sobie, drugi zaś znacznie lepiej. Nie ukrywam, że mocno zastanawiałem się nad tym, jak długo starczy pary W. Maxwellowi Prince’owi na wymyślanie kolejnych historyjek grozy z udziałem tytułowego lodziarza. Ten w trzecim tomie udowodnił, że seria ta wcale nie musi koniecznie kręcić się koło obwoźnej ciężarówki z mroźnymi przysmakami, a wręcz powinna się uwolnić z tej otoczki. I tak oto w efekcie otrzymaliśmy tom trzeci – moim skromnym zdaniem zdecydowanie najlepszy z dotychczasowych.

czwartek, 28 marca 2019

Ice Cream Man vol. 2: Strange Neapolitan (W. Maxwell Prince/Martin Morazzo/Chris O'Halloran)

O premierowej odsłonie zbiorczej serii ”Ice Cream Man” pisałem trochę ponad siedem miesięcy temu TUTAJ i nie wystawiłem komiksowi temu szczególnie wysokiej oceny. Nie przekonały mnie do siebie zarówno poszczególne scenariusze W. Maxwella Prince’a jak i rysunki Martina Morazzo i w ostateczności nazwałem pozycję tą ”średniakiem”. Mija kilka tygodni i… wymieniam serię w gronie pięciu najlepszych premier minionego roku. Co się stało? Kto mnie przekupił? Otóż po prostu w moje łapska trafił ”Strange Neapolitan”, który zdołał kompletnie odmienić opinię, jaką dotąd o komiksie tym miałem.

piątek, 10 sierpnia 2018

Ice Cream Man vol. 1: Rainbow Sprinkles (W. Maxwell Prince/Martin Morazzo/Chris O'Halloran)

Całkiem niedawno trafiłem na bardzo fajne podsumowanie stylu rysowania Martina Morazzo. Ktoś na jednej z amerykańskich stron podsumował go tekstem, że ”jest to taki Frank Quitely, któremu jeszcze się chce”. Rysownika tego poznałem przy okazji ”Great Pacific”, następnie przeczytałem także ”Snowfall” z jego ilustracjami. Oba te tytuły napisał Joe Harris i chociaż nie są to moje ulubione pozycje, które bez wahania poleciłbym wszystkim, to jednak było w nich coś, co sprawiło, że utkwiły mi w pamięci. Nie ukrywam jednak, że po ”Ice Cream Man” sięgnąłem z dwóch powodów. Jednym z nich jest właśnie Martin Morazzo, drugim zaś bardzo przyzwoita ”jedynka” serii. Niestety, scenarzysta W. Maxwell Prince nie postarał się o to, by o tytule tym można było napisać cokolwiek innego, niż to, że dostaliśmy solidnego, ale jednak tylko średniaka.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Snowfall (Joe Harris/Martin Morazzo/Kelly Fitzpatrick)

Nie jest to może moja ulubiona tematyka komiksów, ale od czasu do czasu lubię sięgnąć po coś, co oprócz przedstawienia czytelnikom fikcyjnej opowieści zwraca uwagę na bardzo aktualne problemy, zaś twórca dzieła nie boi się przekazać, ale nie chamsko narzucać w nim swojej osobistej opinii. Takim komiksem było właśnie ”Great Pacific” autorstwa duetu Joe Harris/Martin Morazzo. Ta licząca trzy tomy opowieść skupiała się na powstaniu i rozwoju fikcyjnego państwa, które powstało na terenie ogromnej, pływającej góry śmieci. Z jednego strony był to całkiem przyjemny tytuł osadzony w klimatach political-fiction z elementami akcji oraz nawet science-fiction. Z drugiej zaś była to totalna krytyka naszych nawyków, przez które otaczający nas świat każdego dnia staje się coraz większym śmietniskiem. ”Great Pacific” nawet spodobało mi się – z recenzjach niżej oceniłem tylko drugi tom – i stąd kredyt zaufania dla wspomnianego zespołu twórców. Ci po jakimś czasie zapowiedzieli ”Snowfall” i już po opisach można było wywnioskować, że tym razem wezmą na tapet temat globalnego ocieplenia. Niezależnie od tego, czy uważacie zjawisko to za prawdę czy też spisek ludzi-jaszczurów, warto zajrzeć do dalszej części tekstu ;)

wtorek, 26 stycznia 2016

Harris i Morazzo zachęcają do sięgnięcia po "Snowfall"

Joe Harris i Martin Morazzo zaskoczyli czytelników niekonwencjonalną serią "Great Pacific", którą w całości zrecenzowałem na blogu. Miała ona niezwykle interesujący punkt wyjścia, który z czasem niestety nieco się rozdrobnił, nad czym ubolewam do teraz. Teraz duet ten pracuje nad kolejnym tytułem, którego ogólny zarys fabuły prezentuje się co najmniej nietypowo.
"Snowfall" opowiadać ma o świecie, w którym manipulowanie pogodą stało się ważną bronią. Pierwszy numer serii zaprezentuje nam zachodnie wybrzeże USA, które zostało całkowicie zasypane rekordowymi śniegami. Odpowiedzialną za to osobą jest niejaki White Wizard - tajemniczy osobnik, który poważnie nadepnął na odcisk kierującej światem organizacji. Czy jednak jest od istotą nadludzką, czy też po prostu niezwykle genialnym naukowcem?

Komiks osadzony jest w niedalekiej przyszłości, w której klimat ocieplił się na tyle, że na całym globie zimy praktycznie nie ma. Lodowce się roztopiły, przez co kształt świata uległ znaczącym zmianom. Świat stał się jedną, wielką korporacją, której szefowie nieustannie popełniają przestępstwa, za które nie są jednak pociągani do odpowiedzialności.

Harris zaznacza, że nieprzypadkowo jego ostatnie komiksy dla Image są jednocześnie bardzo mocnym komentarzem na temat zmian klimatycznych oraz trendów środowiskowych. Scenarzysta uważa, że jest to bardzo ważny temat, który trzeba poruszać mocniej na łamach komiksów, zaś on z okazji tej skwapliwie korzysta. Na łamach "Snowfall" zobaczymy świat w takim kształcie, w jakim najprawdopodobniej znajdzie się jeśli klimat nadal będzie się ocieplał.

White Wizard wcale nie musi być najważniejszą postacią komiksu. Sporo informacji o "Snowfall" wciąż pozostaje tajemnicą, by czytelnik, który zdecyduje się sięgnąć po premierowy zeszyt, mógł czuć się jak najmocniej zaskoczony.

Premiera serii zaplanowana jest na 17 lutego.

Źródło: Newsarama

piątek, 20 lutego 2015

Great Pacific vol. 3: Big Game Hunters (Joe Harris/Martin Morazzo)

Ponad rok przyszło mi oczekiwać na trzeci i zarazem ostatni tom serii ”Great Pacific”. Joe Harris oraz Martin Morazzo początkowo zauroczyli mnie swoją pokręconą wizją, która o ile w pierwszym tomie zbiorczym prezentowała się wyśmienicie, o tyle już w drugiej swojej odsłonie nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Jak więc wypadła finalna część trylogii o kraju który powstał na wyspie śmieci, która męczona była potężnymi opóźnieniami. Niestety, nie jest najlepiej.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Great Pacific vol. 2: Nation Building (Joe Harris/Martin Morazzo)

Dzisiejsza recenzja będzie dość nietypowa, ponieważ pierwszy raz zdarzy mi się opisać swoje wrażenia na temat komiksu, który opublikowany został miesiąc temu. Taki jest mój plan, by częściej na blogu prezentować opinie o tomikach wydanych niedawno, a dopiero w wolnych terminach wracać do pozycji archiwalnych. Dziś więc przychodzi kolej na drugi tom „Great Pacific”. Jeśli pamiętacie recenzję z zeszłego miesiąca, premierową odsłonę cyklu oceniłem wysoko. Bardzo podobał mi się aspekt odkrywczo-podróżniczy komiksu. Dlatego też gdy dowiedziałem się, że akcja „Nation Building” przenosi się rok do przodu, byłem nieco zawiedziony. Czy słusznie?

Jak już wspomniałem, mija dwanaście miesięcy od wydarzeń przedstawionych w „Trashed”. Nowy Teksas zmienił się nie do poznania: zamieszkuje go już ponad 700 osób, rozwijają się przemysł oraz usługi, formowany jest rząd, lecz stojący na czele tego miejsca Chas Worthington bardzo chce doprowadzić do uznania jego kraju przez ONZ i by do tego doprowadzić, zaczyna pertraktować z przedstawicielami pewnego Afrykańskiego kraju, który nieoficjalnie rządzony jest przez tyrana i jego wojskową juntę. Nie będzie to jednak jedyny kłopot mężczyzny. Chociaż Nowy Teksas nie liczy jeszcze zbyt wielu mieszkańców, Worthington już dorobił się małego ruchu oporu, który chce pozbawić go życia.

Komiks „Great Pacific: Nation Building” stworzony został przez ten sam duet twórców co tom pierwszy. Mimo to praktycznie cały czas czujemy się, jakby było inaczej. Historia przedstawiona w drugim tomie jest kompletnie inna od tej, którą czytaliśmy w „Trashed”. Wszystkie motywy oparte na wątku przygodowym zostały wyparte i zastąpione political-fiction. Tempo opowiadania fabuły znacznie spadło, lecz mimo wszystko wciąż jest to komiks emocjonujący. Po prostu robi to w zupełnie inny sposób. Gdy w pierwszym tomie zastanawialiśmy się jak Chas przetrwa spotkanie z piratami czy ludnością etniczną wyspy śmieci. „Great Pacific: Nation Building” każe nam zastanowić się raczej w jaki sposób mężczyzna doprowadzi do realizacji swoich planów, a także z kim się sprzymierzy lub kogo zdradzi, by dostać się do siedziby ONZ. Przyznać trzeba, że Joe Harris odnajduje się w rozgrywce politycznej, lecz mim zdaniem zdecydowanie lepiej wychodziło mu to wszystko, co pokazał w premierowej odsłonie serii.

Kolejną rzeczą, która rzuca się w oczy jest także zmiana samego głównego bohatera. Chas Worthington od samego początku był postacią zdecydowaną, konsekwentną i upartą. Teraz jednak dodatkowo pokazuje się go jako mężczyznę tak przekonanego o słuszności własnych opinii, że aż kipi z niego zarozumialstwo. Nie uważam tego za zmianę na plus, ponieważ główny bohater „Great Pacific: Nation Building” stracił nieco ze swojego uroku i nie zawaham się napisać, że teraz Chas nie da się lubić. Nie wydaje mi się, by było dobrym pomysłem obrzydzanie czytelnikowi najważniejszej postaci serii, a przynajmniej w moim przypadku tak właśnie się stało. Ok, jest wiele komiksowych pozycji, które opowiadają o tych „złych”, lecz większość z nich stara się w jakiś sposób sprawić, by czytelnik mimo wszystko czuł sympatię do danej postaci. Joe Harris zapewne też chciał iść tą drogą, lecz oglądanie kolejnych scen upokarzania przez Chasa swoich przyjaciół lub współpracowników nie jest zbyt przyjemne.

W przypadku warstwy fabularnej „Great Pacific: Nation Building” mam pewien kłopot z końcową oceną, tak przy rysunkach nie mam żadnych wątpliwości. Podobnie jak w przypadku poprzedniego tomu, tak i tu za rysunki odpowiedzialny jest Martin Morazzo. Uważam, że tym razem spisał się lepiej niż za pierwszym razem, a i szans miał więcej żeby się wykazać. Scenariusz Joe Harrisa wyniósł bohaterów poza tereny Nowego Teksasu i Morazzo nieźle wykazywał się w nowych lokalizacjach. Ponownie imponowała ilość szczegółów na niektórych planszach, ale z drugiej strony ponownie zupełnie nie podobała mi się praca kolorystów ukrywających się pod nazwą Tiza Studio. Kiepski dobór barw sprawiał, że niektóre stronice wyglądały wręcz na wyblakłe lub źle zeskanowane. Niestety, pomimo już przeszło dwustu stron historii, nadal nie jestem w stanie się do tego przyzwyczaić i zwyczajnie przeszkadza mi to w odbiorze komiksu.

Tym razem wydawnictwo Image wzbogaciło „Great Pacific: Nation Building” o parę stron dodatków. Nie łudźcie się jednak, ponieważ są to jedynie pozbawione komputerowo naniesionych kolorów dwuplanszowe popisy umiejętności Martina Morazzo, które znajdziecie także w środku komiksu. oprócz tego otrzymujemy galerię okładek i to nie wszystkich, ponieważ zabrakło wariantów oraz okładek z dodruków poszczególnych zeszytów.

Podsumowując, drugi tom „Great Pacific” to wciąż dobre czytadło, lecz już bez tego niebywałego uroku, który posiadała pierwsza odsłona. Klimat stał się znacznie bardziej ciężki i chociaż mamy wciąż bardzo dużo zaskakujących zwrotów akcji, to jednak nie robią one już takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Ocena będzie niższa niż ostatnio i wyniesie 3,5/6

środa, 15 stycznia 2014

Great Pacific vol. 1: Trashed (Joe Harris/Martin Morazzo)


Dziś pojawia się recenzja komiksu dość szczególnego. „Great Pacific vol. 1: Trashed” jest bowiem dla mnie kwintesencją historii, którą mogło wydać jedynie Image Comics. Zalążek fabuły wydaje się być totalnie oderwany od rzeczywistości, chociaż daje pewne nauki dotyczące także i naszego współczesnego zachowania. I właśnie na tej dość absurdalnym scenariuszu budowana zostaje intryga, która wciąga na tyle mocno, że czytelnik chce poznać dalsze jej rozdziały. O czym jest więc najnowsze dzieło Joe Harrisa?

Chas Worthington odziedziczył właśnie ogromną fortunę oraz potężną firmę. Niespodziewanie dla wszystkich, postanawia przeprowadzić się na Wielką Pacyficzną Plamę Śmieci – ogromną, niesioną przez prądy morskie wyspę złożoną z odpadów i tak zakłada własne państwo o nazwie Nowy Teksas. Z czasem okazuje się, że wyspa nie jest do końca tym czego się spodziewał. Nie tylko skrywa ona tajemnice niektórych, istniejących już państw, ale także jest strzeżona przez ogromnego stwora. I bynajmniej nie jest on zadowolony z przybycia Chasa.

Przede wszystkim muszę wspomnieć o jednej ważnej rzeczy – Wielka Pacyficzna Plama Śmieci istnieje naprawdę. Nie jest to jednak przedstawiona w komiksie dryfująca wyspa, a raczej pochodzący od plastiku pył i zawiesina. Wydaje się, że Joe Harris chciał dzięki „Great Pacific vol. 1: Trashed” zwrócić uwagę na zagrożenie płynące z zaśmiecania naszej planety. Na mnie wizja spotkania zmutowanej, czteropiętrowej ośmiornicy działa całkiem nieźle. O dziwo jednak, pierwszy tom serii nie skupia się najmocniej ani na genezie samej wyspy, ani także na procesie budowania państwa przez Chasa. Generalnie, są to uwspółcześnione przygody zdobywcy nowego lądu, który na swojej drodze spotyka nie tylko przeciwności losu związane z otaczającym go „środowiskiem”, ale także innych ludzi, którym obecność Chasa przeszkadza. Od początku „Great Pacific vol. 1: Trashed” widać doskonale, że Joe Harris od początku wiedział co chce przedstawić czytelnikowi i kilkukrotnie udało mu się wyjść poza dość oklepane schematy. Nie zawsze jednak był to plus komiksu.

Jeden z utartych schematów mówi, że pierwszy numer serii powinien tak mocno przemówić do czytelnika, by ten chciał płacić za kolejne. Tymczasem największą bolączką „Great Pacific vol. 1: Trashed” jest to, że historia tak naprawdę rozkręca się dopiero na trzecim rozdziale. Pierwszy był nieco przegadany i prowadzony w nieśpiesznym tempie, z kolei drugi był już po prostu nudny i przekombinowany. Komiks ten naprawdę był już na mojej osobistej liście tytułów do odstrzału, lecz wszystko zmieniło się gdy zajrzałem do numeru trzeciego. Tak naprawdę to od niego zaczyna się cała zabawa w serii i to właśnie dopiero tam scenarzysta pokazuje pełnie swoich niebagatelnych umiejętności.

Przejawiają się one tym, że w ciągu kolejnych czterech rozdziałów komiksu „Great Pacific vol. 1: Trashed”, co najmniej kilka razy dochodzi do zwrotów akcji, których totalnie się nie spodziewałem. podoba mi się, że scenarzysta postanowił nie rozwlekać kilku wątków i praktycznie z numeru na numer potrafi w satysfakcjonujący mnie sposób je rozwiązać. Mimo to zostawia pewne tajemnice, które być może doczekają się ujawnienia w kolejnym tomie, który już wkrótce powinien trafić w moje łaknące go łapska.

Great Pacific vol. 1: Trashed” jest także popisem Martina Morazzo. Znam tego rysownika z komiksu „The Network” wydanego przez wydawnictwo Acana i muszę przyznać, że tu sprawuje się dużo lepiej. nie jest to może artysta, który aspirowałby do mojego prywatnego topu, lecz z cała pewnością nie mogę odmówić mu solidnego warsztatu. Świetnie potrafi on ukazać wszystkie lokalizacje na wyspie śmieci – widać jak mocno przykładał się do niektórych kadrów, nie kaleczy postaci ludzkich i jedyny problem jaki mam z warstwą graficzną, to pewne zarzuty do kolorystów z Tiza Studio. Sceny z wyspy umieszczone w „Great Pacific vol. 1: Trashed” są jak na mój gust zdecydowanie zbyt... brudne. Nie zrozumcie mnie źle, w końcu to historia umiejscowiona na kupie śmieci. Momentami jednak postacie wyglądają tak, jakby zdecydowanie przesadziły z wizytami na solarium, by na kolejnej stronie mieć już karnację jak większość z nas po długiej zimie.

W każdej swojej recenzji zwracam uwagę na dodane to tomu bonusy lub też ich brak. W przypadku „Great Pacific vol. 1: Trashed” niestety muszę zrobić to drugie. Twórcy komiksu pokusili się jedynie o dodanie standardu pod postacią kompletnej galerii okładek poszczególnych zeszytów oraz dwustronicowej notki biograficznej dotyczącej Harrisa oraz Morazzo. W przypadku tego komiksu aż prosi się o więcej. Może w drugim tomie?

Komiks ten jest dla mnie jednym z najbardziej pozytywnych zaskoczeń minionego roku i chociaż jego początek może odrzucić, zdecydowanie polecam zapoznać się z „Great Pacific vol. 1: Trashed”, ponieważ ostatecznie okazuje się, że jest to wciągająca i bardzo dobra historia, która zasługuje na solidną czwórkę.