Pierwsza recenzja na tym blogu jest przy okazji przeniesiona z nieistniejącej już strony IndependentComics.pl. Zapewniam jednak, że już wkrótce pojawiać będą się tu także premierowe teksty.
Widzieliśmy to już nie raz w filmach. Główny bohater budzi w szpitalu
(28 Dni Później) lub we własnym łóżku (Świt Żywych Trupów) i z
przerażeniem odkrywa, że świat zalała plaga zombie. Wraz z nieliczną
grupką ocalałych bohater stara się przetrwać, pokonując liczne
niebezpieczeństwa, tracąc bliskich, przyjaciół i nadzieję na lepsze
jutro. Powód plagi jest nieznany, wojsko i rząd nie istnieją... można by
tak wymieniać w nieskończoność, ponieważ jak już wspomniałem –
widzieliśmy to już nieraz. Pomimo tego, Robert Kirkman jakimś cudem
nakłania szefostwo Image Comics na wydanie komiksu, którego początek
jest dokładnie taki sam, jak powyższy opis. I to kropka w kropkę.
Wydawnictwo wyraża zgodę, w sklepach pojawiają się pierwsze zeszyty i...
seria odnosi pełen sukces. Co? Jak? Dlaczego? Ano dlatego, że brew temu
wszystkiemu, Kirkman wniósł do oklepanej, nieco zatęchłej tematyki
zombie powiew świeżości. Osiągnął to prostym zabiegiem: w historii o
świecie opanowanym przez żywe trupy, zmarginalizował ich rolę do
drugiego, a często wręcz trzeciego planu. Skupił się tymczasem na
ludziach którzy przetrwali inwazję. I nie przedstawił ich jako herosów z
giwerami, którzy gęstym ostrzałem torują sobie drogę z jednego
schronienia do drugiego. Pokazał ich jako zwykłych, przestraszonych i
próbujących odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie ma tu żołnierzy,
naukowców czy polityków. W zamian dostajemy policjanta, dostawcę pizzy,
studentki, mężowie, żony, dzieci... I co ciekawe, są oni znacznie
bardziej absorbujący od wielu postaci z innych komiksów, właśnie z
powodu tego, że są zupełnie normalni.
Ponownie do tego wrócę, ale
komiks zaczyna się schematycznie. Po postrzale w trakcie jednej z
misji, Rick Grimes budzi się w opuszczonym szpitalu. Wokół niego nie ma
lekarzy czy pielęgniarek. No, przynajmniej nie żywych. Gdy mężczyźnie
udaje się wydostać z tego miejsca, poznaje okrutną prawdę: świat jaki
znał opanowała inwazja żywych trupów. Z małą pomocą, policjant wyrusza
do Atlanty, gdzie ma nadzieję znaleźć swoją żonę i syna. I chociaż w
końcu udaje mu się, nie oznacza to końca jego kłopotów. Rick dociera do
grupy ocalałych i stając się jej nieformalnym liderem, stara się
sprawić, by w komplecie przeżyli kolejny dzień.
Krótki opis
pierwszego tomu The Walking Dead nie rzuca na kolana. Każdy wielbiciel
horroru może powiedzieć, że zna takie historie na pamięć. W tym momencie
popełni niewybaczalny błąd. Komiks Kirkmana bowiem zaskakuje od samego
początku. Autor przestawia w nim grupkę wyrazistych postaci, do
większości których nie da się po prostu poczuć sympatii. Przez moment
czujemy wręcz piknikowe klimaty, gdy nagle spada na nas grom, a po nim
kolejny, jeszcze większy. Scenarzysta od początku nie ukrywa, że nie
sprawia mu problemów zabijanie stworzonych przez siebie postaci. Dodajmy
do tego fakt, że bardzo dobrze uchwycone zostały społeczne aspekty
inwazji zombie (jeśli można to tak nazwać). Mamy tu więc i zdradę
współmałżonków, liczne kłamstwa i ich rezultaty, a wszystko to zostało
wymieszane w idealnych proporcjach, tworząc coś, co możemy nazwać
dramatem społecznym z zombie w tle. Musicie przyznać, że takiego
podejścia do tematu żywych trupów jeszcze dotąd nie było. Ja z kolei
dodam od siebie, że podoba mi się takowe i śmiało mogę się nazwać
wielbicielem cyklu.
Pierwszy tom zbiorczy cyklu w całości
narysował Tony Moore. Jego czarno-białe, klimatyczne, bardzo dokładne i
wyraziste rysunki idealnie wkomponowały się w bardzo dobry scenariusz.
Artysta być może przestawia niekiedy postacie nieco karykaturalnie, ale
już zombie jego autorstwa wyglądają po prostu rewelacyjnie. Pozostaje
żałować, że to jego jedyny regularny występ w The Walking Dead, a od
następnego tomu ołówek przejmuje wyraźnie gorszy Charlie Adlard. Nie
umiem oprzeć się wrażeniu, że w komiksie tym Moore wykonał najlepszą
pracę w swoim dotychczasowym dorobku. Późniejsze tytuły, które artysta
wykonywał chociażby dla Marvel Comics, nie robiły już tak wielkiego
wrażenia. Być może to kwestia tego, że pojawiały się tam kolory? Sam nie
wiem, ale jestem przekonany, że wielu osobom warstwa graficzna „Days
Gone Bye” przypadnie do gustu.
Zbiór został wydany w Polsce przez
Taurus Media i doczekał się nawet wznowienia. Oba wydania, tak
Amerykańskie jak i nasze rodzime, nie posiadają żadnych dodatkowych
materiałów, oprócz krótkiego wstępu autorstwa Roberta Kirkmana. Szkoda,
bo chociażby okładki poszczególnych zeszytów, wchodzących w skład
wydania zbiorczego, stanowiły by miły dodatek. Pragnę zauważyć, że jak
na dzisiejsze standardy, cena polskiego wydania nie jest zbyt wygórowana
(43zł – drugie wydanie), a jakość samego produktu może się podobać –
matowa okładka, kredowy papier. Naprawdę nie ma na co narzekać.
Jeśli
więc jesteś osobą, która lubi dobry horror i jakimś cudem nie zna tego
tytułu, koniecznie musisz zajrzeć przynajmniej do pierwszego tomu. Jeśli
Cię nie przekona, odpuść sobie dalszą lekturę. Jednak szczerze pisząc,
wątpię by coś takiego miało miejsce. Pozycja godna polecenia i dlatego
oceniam ją na bardzo mocne 5.