wtorek, 15 lipca 2014

Śladami herosów #7 (z 13)

Studio Top Cow jak żadne inne w Image stawiało na projekty solowe. Paradoksalnie jednak, pierwszym komiksem z tego imprintu był tytuł grupowy. Ekipa ta nazywała się Cyber Force i chociaż to oni właściwie zapoczątkowali istnienie dziecka Michaela Silvestriego, to jednak z czasem stali się najmniej potrzebnym członkiem rodziny. Gdy uniwersum Top Cow stawało się miejscem coraz bardziej mistycznym i magicznym, „nowocześni” bohaterowie zaczęli zajmować coraz niższą pozycję w studiu. Mimo to, doczekali się kilku tytułów grupowych i solowych, które dziś właśnie wymienię.
TYTUŁY GŁÓWNE
Aphrodite IX/Cyber Force (lipiec 2014) – one-shot przywracający współczesną wersję Cyber Force I stanowiący wstęp do nowej serii, która będzie publikowana w 2015 roku. Jak dotąd nie czytałem i raczej nie mam zamiaru.

Cyber Force vol. 1 (październik 1992-lipiec 1993) – pierwszy komiksu z uniwersum Top Cow i spory sukces. Nie z powodu super fabuły, tylko dzięki rysunkom Silvestriego. Tytuł zakończony na czterech numerach, ale za to z obietnicą kontynuacji, która ukazała się już po czterech miesiącach.

Cyber Force vol. 2 (listopad 1993-sierpień 1997) – zdecydowanie najdłuższa seria z udziałem tej ekipy herosów. Zaczyna się od crossoveru „Killer Instinct” z ekipą WildC.A.T.S., a później już przez trzy kolejne lata dostarcza czytelnikowi rozrywki na średnim poziomie. Warto odnotować, że na tym tytule wybił się David Finch, ponieważ zastąpił on Michaela Silvestriego, a mimo to warstwa graficzna serii właściwie nie ucierpiała.

Cyber Force vol. 3 (kwiecień-listopad 2006) – po latach zapomnienia postanowiono odświeżyć nieco tę markę i zrobiono to w najgorszy możliwy sposób. Sześcioczęściowa miniseria jest słaba i bez polotu, a więc tym bardziej niegodna polecenia.

Cyber Force vol. 4 (październik 2012-trwa?) – aktualna odsłona przygód ekipy to kompletny relaunch i przeniesienie akcji kilkadziesiąt lat do przodu. Seria zasłynęła tym, że pierwsze pięć numerów było rozdawanych za darmo, a także tym, że każdy z nich stał na żenująco słabym poziomie i zaliczał mocne opóźnienia. Obecnie opublikowano minicrossover z serią „Aphrodite IX”, a przyszłość tytułu pozostaje nieznana (zapowiedziano do #12).

Cyber Force/Hunter Killer (lipiec 2009-kwiecień 2010) – kolejna próba odświeżenia marki polegała na połączeniu jej losów z inną, nieco świeższą. Efekt nie jest najlepszy. Komiks nie zachwycił, nie doczekał się kontynuacji, a dla marki ”Hunter-Killer” oznaczał koniec istnienia.

Cyber Force/Strykeforce (wrzesień-październik 1995) – obie grupy dowodzone przez Strykera dowiadują się o swoim istnieniu. Efekt? Chyba łatwy do przewidzenia. Łubudu, zgoda i rozstanie. Nic wartego Waszej uwagi.
TYTUŁY POBOCZNE
Ballistic (wrzesień-listopad 1995) – jedna z członkiń Cyber Force udaje się na solową przygodę. Czy aby na pewno? Nie, ponieważ bardzo szybko wpada na członków WildStormowych Wetworks i u ich boku spędza wszystkie trzy numery. Szybka lektura, do zapomnienia.

Codename: Strykeforce (styczeń 1994-sierpień 1995) – grupa dowodzona przez Strykera (także i lidera Cyber Force) to kolejna próba Top Cow na stworzenie tytułu grupowego. Średnio udana, bo chociaż seria dotrwała do 14 numeru oraz po latach doczekała się drugiego woluminu, to jednak inicjatywę szybko porzucono. Fabularnie i rysunkowo był to typowy przedstawiciel początkowego okresu istnienia Image.

Cyblade (październik 2008-marzec 2009) – jeden z nielicznych efektów inicjatywy Pilot Season 2007. Miniseria poświęcona kolejnej członkini Cyber Force nie jest związana z żadną inną fabuła i w gruncie rzeczy miała pokazać tylko, że bohaterka ta jest fajna. Efekt? Całkiem niezły komiks, lecz czytelnikom nie przypadł do gustu i po czterech numerach został zakończony.

Ripclaw vol. 1 (kwiecień-lipiec 1995) – studio Top Cow chciało uszczknąć coś z popularności Ripclawa i dało mu solowy tytuł. Licząca trzy części miniseria składała się z ciachania, napinania mięśni, polowania i zabijania. I chyba tylko dlatego doczekała się kontynuacji. Fabuły brak. Bliższy kontakt niewskazany.

Ripclaw vol. 2 (grudzień 1995-czerwiec 1996) – druga solowa historia z najpopularniejszym członkiem Cyber Force, podobnie jak pierwsza przeszła bez zanotowania większego sukcesu i chociaż planowana była jako ongoing, to jednak doczekała się jedynie sześciu numerów. Nie warto tracić czasu.

Ripclaw vol. 3 (maj 2007) – one-shot rywalizujący w Pilot Season 2007. Nie zdobył odpowiedniej liczby głosów i przepadł w limbo. Dziś można uznać to za historię niedokończoną.

Strykeforce (maj-październik 2004) – zupełnie nieudana próba zrewitalizowania pomysłu na drugi tytuł grupowy w ofercie Top Cow. Ukazało się pięć numerów i słuch po tytule zaginął. Jest to dla mnie dziwne, ponieważ fabularnie komiks stał na przyzwoicie wysokim poziomie.

Top Cow Pilot Season 2007 – inicjatywa polegała na puszczaniu przez Top Cow kilku one-shotów, głosowaniu przez czytelników oraz kontynuowaniu tytułu najpopularniejszego. Edycja z 2007 roku różniła się od innych tym, że każdy z zeszytów na które można było głosować, poświęcony był postaci z uniwersum Top Cow. Oprócz zwycięzców, a więc Velocity i Cyblade, można było głosować jeszcze na one-shot z Ripclawem, Angelus, Aphrodite IX oraz Neuromancer.

Velocity vol. 1 (listopad 1995-styczeń 1996) – pomysł na solową serię żeńskiej wersji Flasha kłębił się w głowach szefów Top Cow od samego początku istnienia marki Cyber Force. W końcu spróbowali i... tytuł wytrwał trzy numery.

Velocity vol. 2 (czerwiec 2010-kwiecień 2011) – drugi solowy tytuł z tą bohaterką nie był zły, lecz ubiły go megaopóźnienia. Cztery numery wychodziły przez 11 miesięcy. Na wyróżnienie zasługiwała bardzo przyjemna dla oka warstwa graficzna. Efekt inicjatywy Pilot Seaosn 2007.
WYSTĘPY GOŚCINNE
Artifacts #5-9 (styczeń-sierpień 2011) – bohaterowie z Cyber Force zostali wrzuceni do tej historii właściwie tylko po to, by przypomnieć że należą do uniwersum Top Cow. Zresztą możecie przeczytać to w moich recenzjach drugiego i trzeciego woluminu serii.

Broken Trinity: Prelude (kwiecień 2008) – jak tytuł wskazuje, jest to wstęp do właściwej historii. Członkowie Cyber Force znaleźli się w niej na dwóch stronach, tak dla przypomnienia czytelnikom że wciąż istnieją.

Image United (listopad 2009-nie dokończony) – jak większość bohaterów ze starego uniwersum Image, tak i Cyber Force mieli swój udział w tej niedokończonej miniserii. Z tym tylkoż robili tam raczej za mało ważne tło.

Freak Force vol. 1 #8-9 (sierpień-wrzesień 1994) – gościnny udział Cyber Force w tytule to standardowa nawalanka zakończona połączeniem sił przeciw wspólnemu wrogowi. Zieeeeeew.

Fusion (maj-lipiec 2009) – miniseria na łamach której swoje siły łączą herosi z Top Cow i Marvela. Ważna rola Cyber Force, ale całość to zaledwie średnio udany tytuł, który warto potraktować raczej tylko jako ciekawostkę.

Shattered Image (sierpień-grudzień 1996) – miniseria dzieląca uniwersum Image na kilka oddzielnych. Udział Cyber Force niewielki, ale całkiem logiczny.

The Darkness vol. 1 #34-38 (październik 2000-kwiecień 2001) – team-up Jackiego Estakado z Ripclawem. Zaplanowany głównie po to, by przygotować i rozgrzać czytelników przed startem drugiego woluminu przygód Cyber Force, który ostatecznie... nie zostałopublikowany. Zaskakująco udana historia.

Nie tylko komiks #6

Był rok 1997, gdy do kin weszła historycznie pierwsza ekranizacja komiksu ze stajni Image Comics. Nie mógł to być jakikolwiek inny bohater, jak tylko stworzony przez Todda McFarlane’a ”Spawn”. Fani byli zachwyceni i dość tłumnie ruszyli do kin. Po seansie jednak ze świecą można było szukać kogoś, komu film ten przypadł do gustu. Szok, niedowierzanie, zawód – te trzy słowa opisują doskonale to, co czuł właściwie każdy po poświęceniu swojego cennego czasu na seans. Po latach ponownie zmierzyłem się z tym filmem, na potrzeby dzisiejszego tekstu. Czy moja perspektywa się zmieniła? Tak, oczywiście. Ale tylko na jeszcze gorszą.
”Spawn” to koncertowy przykład na to, jak można spieprzyć w filmie absolutnie wszystko. Zacząć można już od samej fabuły. Niech ci z Was, którzy nie oglądali dotąd tego filmu nie oczekują wiernego przeniesienia historii Ala Simmonsa na wielki ekran. Owszem, w podstawowych założeniach historia jest ta sama, ale... No właśnie, pojawiają się dwa takowe. Po pierwsze, cały film jest mocno ugrzeczniony, ponieważ Todd McFarlane przyznał po latach, że producenci obrazu kazali mu tak przepisać historię, by obniżyć próg wiekowy i tym samym zwiększyć ilość potencjalnych widzów. Nie oczekujcie więc tak mocno krwawej i brudnej historii, jaką był komiks. Do tego wątku wrócę jeszcze za chwilę, teraz zdradzę mój drugi zarzut względem fabuły. Otóż historia powstania bohatera zostaje nam... streszczona przez lektora na początku filmu. Nie widzimy morderstwa Ala Simmonsa i jego odrodzenia jako Spawn. Na początku filmu postać ta snuje się już po ulicach, a potencjalnie bardzo interesujące sceny zdradza nam głos z tła. Słowem, jeden duży zawód.

Wrócę więc do ugrzecznienia filmu ”Spawn”. Jak już wspomniałem, film ten został dostosowany do niższej kategorii wiekowej. Czuć to właściwie na każdym kroku. Postacie nie są tak obrzydliwe, jak mogłyby być, krew nie leje się strumieniami – w zasadzie bardzo mało jej w filmie, a postacie nie dręczą się dylematami moralnymi większymi niż „kogo by tu dzisiaj zabić”. W celu zwiększenia grona widzów filmu, zabito w nim wszystko to, co było cechą charakterystyczną marki, a w zamian dano nam coś, co przypomina chińską podróbkę – niby wygląda podobnie, tak samo się nazywa, ale jest zepsute już przy pierwszym użyciu.

Nie są to oczywiście wszystkie grzechy filmowego wcielenia ”Spawna”. Oj nie, ten obraz właściwie spierniczony jest od początku do końca. Dobór aktorów, którzy grali najważniejsze role w tym kiczu, odbywał się chyba na zasadzie „im tańszy tym lepszy”. W Ala Simmonsa wciela się znany ze znajomości wielu sztuk walk Michael Jay White. Aktor ten sprawdza się doskonale, gdy nie musi za dużo grać, a więcej się bić, ponieważ jego warsztat, delikatnie mówiąc, do bogatych nie należy. Widać to było w większości scen, gdy od Ala Simmonsa w wykonaniu White’a biła straszliwa sztuczność. Nie umiał on najlepiej oddać żadnych emocji, co jest chyba podstawą do grania użalającego się nad sobą herosa. Do jego poziomu dostosowali się także inni aktorzy, w tym także ci, o których z cała pewnością można powiedzieć że potrafią grać. Zarówno John Leguizamo jako Clown/Violator oraz Martin Sheen odtwarzający Jasona Wynna byli niestety cieniami samych siebie, a grane przez nich postacie ocierały się wręcz o parodię. Zwłaszcza ten pierwszy nie jest ani przerażający, ani właściwie nawet nie próbuje sprawić wrażenie tego, że jest dla Spawna jakimś wyzwaniem. Postać Wynna z kolei została tak spłaszczona, że wszyscy fani komiksów powinni być wdzięczni losowi, iż z fabuły wypisano większy udział tak znanej fanom komiksu postaci jak Billy Kincaid.
Skoro już wspomniałem o sztuczności i płaskości, nie mogę nie napisać paru zdań o scenografii, charakteryzacji i efektach specjalnych. Będzie krótko – wszystko to leży i kwiczy. Właściwie każda lokalizacja nawet nie stara się udawać, że nie była umieszczona w hali jakiegoś studia, ponieważ bije od niej coś takiego, że nie można uwierzyć iż jest to prawdziwy plener. To i tak nic przy charakteryzacji. Najwięcej potrzebowali jej Al Simmons oraz Clown i obaj wyglądają, jakby mieli po prostu plastikowe maski na twarzach (co, jakby tak chwilke pomyśleć, w sumie było prawdą). Na głowę i tak biją wszystko efekty specjalne. Te, nawet jak na 1997 rok, wyglądają po prostu badziewnie. Przyczepić nie można się tylko do wyglądu Violatora. Ale tylko jego design jest niezły, ponieważ gdy specom od animacji kazano pokazać postać tę w ruchu, całe pozytywne wrażenie sypało się jak domek z kart. Także prezentowanie możliwości Spawna wypadało bardzo słabo, zresztą część z tego możecie spokojnie zobaczyć w powyższym trailerze.

Czy jest coś dobrego w tym filmie? Tak! To muzyka oraz wydany z okazji premiery obrazu soundtrack. Zdradzę, że jest to o tyle ciekawe doświadczenie, że aż poświęcę mu jedną z kolejnych odsłon „Nie tylko komiks”.

Zaryzykuje stwierdzenie, że dziś Todd McFarlane wstydzi się tego filmu i chęcią nie promowałby go swoim nazwiskiem. Obraz właściwie od początku do końca jest porażką i na szczęście nie doczekał się kontynuacji. Bardzo mocno i stanowczo odradzam wejście ze ”Spawnem” w jakiekolwiek bliższe interakcje, a zaoszczędzony czas proszę poświęcić lekturze komiksu lub serialowi animowanemu. 1/6

poniedziałek, 14 lipca 2014

Okładka tygodnia #28

Drugi raz w swojej historii "Okładka tygodnia" zalicza mały poślizg. Powód jest bardzo prosty - wczoraj wieczorem wróciłem do domu z bardzo fajnie spędzonego weekendowego wyjazdu i po prostu mi się nie chciało. Na szczęście z tego co widzę, to moja jedyna zaległość, ponieważ Image Comics nie opublikowało właściwie żadnych interesujących informacji. Wróćmy jednak do tematyki coverów. Dziś będzie dośc potwornie. Dlaczego? Ponieważ spośród komiksów wydanych w minioną środę postanowiłem wyróżnić następujące okładki.
Rise of the Magi #2 (cover A - Sejic) - być może teraz będę nadinterpretować, ale okładkę tę odczytuję jako pstryczek strzelony w stronę DC Comics, które to gdzie tylko może chwali się swoimi "selfie variantami". I właśnie okładka autorstwa Stjepana Sejica, jako taka swoista parodia sprawdza się na tyle fajnie, a przy tym jest świetnie wykonana pod względem artystycznym, że zajmuje najniższy stopień dzisiejszego podium.
'68: Rule of War #4 (cover B - Rossmo) - twórcy okładek do tego cyklu prześcigają się w pomysłach i kreują coraz bardziej wymyślne zombiaki. Bodaj drugi raz wyróżniam już cover z tej akurat miniserii, lecz jeśli spojrzycie na nazwisko twórcy, nie będziecie zdziwieniu. Riley Rossmo to jeden z moich ulubionych artystów i tym razem także nie zawiódł. Narysowany przez niego żywy trup jest jednocześnie groźnie wyglądający i wywołuje niewielki uśmiech na twarzy. I o to właśnie chodzi, ponieważ twórcy cyklu nieraz podkreślają, że chcą prezentować nieco luźniejsze podejście do tematu.
Spawn #245 - przy całej mojej sympatii dla Szymona Kudrańskiego, uczciwie muszę przyznać że jego okładki do tej serii już od dłuższego czasu mi się nie podobały. I nagle pojawiła się właśnie ta, prezentująca postać obecną w cyklu od samego początku. Clown miał już wiele interpretacji: od przerażających, do ocierających się o karykaturę. Kudrański poszedł w tę pierwszą stronę i zaprezentował nam rysunek przedstawiający kogoś, kogo zdecydowanie nie chciałoby się spotkać w ciemnej ulicy. UWAGA: niech Was nie zmyli nazwisko Todda McFarlane'a na okładce. Twórca postaci Spawna w tym przypadku zajął się tuszem i kolorami, lecz jak zwykle umieścił swoją łatwo dostrzegalną sygnaturę, czego Szymon w zwyczaju nie ma.

piątek, 11 lipca 2014

Repulse vol. 1 (Szymon Kudrański/Jeff Mariotte)

Dzisiaj recenzowany komiks posiadam już w swojej kolekcji od dwóch jak nie trzech lat. Dopiero teraz, gdy akurat nic nowego z Image nie trafia do moich zbiorów, nadarza się okazja bliżej przyjrzeć się komiksowi, który w Polsce przeszedł właściwie bez echa. Niemal, bo przygotowując się do pisania tego tekstu zrobiłem mały research i znalazłem jedną recenzję oraz jedną zapowiedź. Dlaczego mnie to dziwi? To proste. ”Repulse” to komiks wyjątkowy. Nie z powodu wyjątkowo udanej historii, która na stałe wejdzie do klasyki gatunku, ale dlatego że jest to jedna z bardzo niewielu pozycji wydanych w USA, za którą odpowiedzialny jest nasz rodak. Szymon Kudrański, bo o nim właśnie mowa, po sukcesie jakim okazał się dla niego angaż w ”Spawnie”, dorobił się także w Image Comics pozycji, która nie tylko narysował, ale także stworzył do niej scenariusz (z czyjąś drobną pomocą, ale o tym później). Wielki sukces, o którym prawdopodobnie wielu z Was nawet nie ma pojęcia.

”Repulse” to składająca się z 72 stron historia osadzona w niedalekiej przyszłości, której głównym bohaterem jest Sam Hagen. Pracuje on w specjalnej jednostce policyjnej, która nazywa się after-crime. Dzięki specjalnej technologii, członkowie tej dywizji nogą podpinać się do mózgów zamordowanych osób i „odtworzyć” moment ich śmierci. Niestety, przy okazji sami odczuwają ból i strach, jaki towarzyszył ofiarom. Sami więc rozumiecie, że Sam Hagen nie jest typem wesołka, ponieważ raz za razem „umiera”. Jego życie prywatne to również katastrofa, gdyż nigdy nie poradził sobie z niewyjaśnioną śmiercią swojego syna, co doprowadziło do jego moralnego upadku i rozwodu z żoną. Hagena poznajemy w momencie, gdy zostaje wezwany na miejsce kolejnego morderstwa i odkrywa, że sprawcą był robot. Tyle tylko, że w tym świecie wszystkie mechaniczne istoty mają wbudowaną blokadę, uniemożliwiającą im krzywdzenie ludzi. W dodatku, zabójca upatrzył sobie policjantów związanych ze śledztwem, które Sam niegdyś prowadził.

Istnieje dość powszechna opinia, że mało który rysownik przy okazji może okazać się dobrym scenarzystą. Szymon Kudrański nawet nie ukrywa, że ”Repulse” nie powstałoby, gdyby nie pomoc Jeffa Mariotte, który przepisał jego pierwotny scenariusz, poprawiając między innymi błędy językowe. Tytuł, który początkowo był planowany na trzyczęściową miniserię ostatecznie wydany został jako jeden one-shot i już na pierwszy rzut oka widać, że scenariusz jest dla Kudrańskiego pretekstem do tego, by poeksperymentować nad stylem rysowania.

Nie zrozumcie mnie teraz źle, fabularnie nie jest bowiem źle. Otrzymujemy stosunkowo prostą historię, w której jednak udaje się sprawnie pokazać charaktery poszczególnych bohaterów, a także przedstawić świat, w którym osadzona jest akcja ”Repulse”. Trudno przy tym nie zauważyć, że wszystko to jest ledwie zarysowane. Przykładowo, szybko dowiadujemy się o futurystycznych wynalazkach oraz robotach służących ludziom, lecz nie oczekujcie odpowiedzi na pytania: jak, kiedy i dlaczego zaszły takie zmiany? Z lektury nie dowiemy się także wielu innych rzeczy, ale za to winię Kudrańskiego, ani zbyt małej ilości stron w komiksie. Historia nigdy nie miała być zbyt rozdmuchana, a główny nacisk, zgodnie z planem, położono na akcję.

Jak wiecie z recenzji obu tomów ”Spawn: New Beginnings”, rysunki Szymona Kudrańskiego naprawdę bardzo mocno lubię. W ”Repulse” zyskał on w moich oczach kilka dodatkowych plusów. Akcja tego one-shotu co prawda osadzona jest w przyszłości, lecz trudno nie wyłapać inspiracji bardzo klasycznymi kryminałami noir. I pod względem graficznym, nie można mieć żadnych wobec tego komiksu żadnych zastrzeżeń. Polak zmienił nieco swój styl na bardziej „brudny” – na każdej stronie jest sporo ciemnych fragmentów czy niby przypadkowych plam. Świetnie udało się mu także zaprojektować miasto. Jest to wielki, żelazny moloch, brudny, smutny i ciasny, przez co niemal czujemy spaliny z ulic miasta, w którym przyszło żyć Hagenowi, nie wspominając już o kręcącym się tu i ówdzie klaustrofobicznym lęku. Uważam jednak, że największą zaletą rysunków jest porzucenie kolorów. To jak Kudrański operuje czernią i bielą sprawiło, że nieco inaczej spojrzałem na jego prace przy serii autorstwa Todda McFarlane’a, gdzie nakładane komputerowo kolory również potęgowały klimat opowiadanej historii (w tym także ich celowa sztuczność), lecz z całą pewnością nie robiły tego tak znakomicie, jak poszczególne strony ”Repulse”.

Największą siłą dzisiaj recenzowanego komiksu jest to, że warstwa graficzna tak mocno kryje średni zaledwie scenariusz, iż wcale nie zwracałem uwagę na jego mielizny i ewentualne nieścisłości. Chociaż z reguły chwalę dodatki, przy okazji ”Repulse” zrobię coś odwrotnego. W komiksie tym bowiem znalazło się miejsce na kilka stron szkiców i projektów postaci, co z jednej strony cieszy, ale z drugiej daje dziwne uczucie, że miejsce to mogło być spożytkowane na chociażby minimalnie lepsze rozpisanie scenariusza.

Z tego co widzę, ”Repulse” nie jest dostępne w ofercie Multiversum czy ATOM Comics. Nie wiem czy to z powodu wyprzedania się komiksu, lecz z całą pewnością mogę Wam polecić przeszperanie różnych zakątków Internetu. Okładkowo, one-shot ten kosztował niecałe 7 dolarów i opublikowany został w miękkiej okładce. Jak szybko przeliczycie, nie jest to żaden majątek, a w zamian możecie otrzymać kawałek świetnego pod względem graficznym komiksu.

”Repulse” nie trzeba koniecznie lubić, ale z cała pewnością powinniśmy brać pozycję tę za przykład największego sukcesu naszego rodaka na komiksowym rynku w USA i cieszyć się nim. Oczywiście końcowa ocena nie jest uzależniona od tej radości i ostatecznie wyniesie 4+/6

Paul Azateca krótko o swoim udziale w "Outcast"

Nie jestem zbytnim fanem portalu Bleeding Cool. Uważam go za coś na kształt amerykańskiej wersji Faktu, tyle tylko że poświęconego między innymi komiksom. No ale zaglądam tam co jakiś czas, ponieważ od jakiegoś czasu pojawia się tam cykl "Image Watch", w którym poświęcają nieco więcej miejsca komiksom z mojego ulubionego wydawnictwa. Tym razem na tapecie pojawił się Paul Azateca - rysownik bardzo ciepło przyjętej serii "Outcast", który udzielił krótkiego wywiadu.
Azateca opowiedział o tym, jak został rysownikiem "Outcast". Otóż okazuje się, że pewnego dnia po prostu odebrał telefon od Roberta Kirkmana, który zaproponował mu rysowanie jego nowego, comiesięcznego projektu dla Image. Dla artysty jest to pierwszy taki projekt, dotychczas nie pracował nad niczym więcej od pojedynczego story-arcu. Nie był to za to pierwszy pomysł na wspólny projekt z Kirkmanem - razem mieli stworzyć coś dla Marvela, lecz ostatecznie do tego nie doszło.

Artysta potwierdza wcześniejsze słowa Kirkmana i przyznaje, że ma wyjątkowo mało swobody podczas tworzenia kolejnych plansz komiksu. Z jego punktu widzenia trudne może być to, że nie skoro pracuje przy ongoingu, musi uważać na więcej szczegółów. Azateca podaje za przykład mieszkanie głównego bohatera serii, którego plan ma rozrysowany i korzysta z niego za każdym razem, gdy Kirkman tam umieszcza jakąś scenę. Rysownik zdradził, że nie planują z Kirkmanem przerw pomiędzy poszczególnymi story-arcami i jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, będzie pracować nad "Outcast" praktycznie bez przerw.

Zapytany o artystów, którymi się inspiruje, Azateca powiedział że chociaż dorastał w czasach gdy królowali tacy rysownicy jak Todd McFarlane czy... Rob Liefeld, największy wpływ na jego styl miał stosunkowo mało znany Alex Toth. Z kolei jeśli chodzi o aktualnie czytane komiksy, Azateca wymienił "Deadly Class", "Stray Bullets: Killers", "Daredevila" oraz "Thora".

Brubaker zdradza tajemnice swoich projektów

Ed Brubaker został niedawno zaproszony do jednego ze znajdujących się w Los Angeles sklepów komiksowych, gdzie w sali liczącej blisko 50 fanów jego twórczości przyszło mu odpowiadać na dziesiątki pytań od fanów. Okazało się, że twórca scenariuszy do takich serii jak "Fatale" czy "Velvet" był tego dnia bardzo wylewny, co skrzętnie notował obecny na miejscu wysłannik serwisu CBR. Dzięki temu wszyscy możemy poznać kilka sekretów Brubakera.
Zdecydowanie najwięcej dowiedzieliśmy się o "Velvet". Okazało się, że scenarzysta zawsze chciał stworzyć thriller szpiegowski, tyle tylko że z kobietą w roli głównej. Brubaker uważa, że we wszelkiego typu okołobondowskich produkcjach postacie żeńskie są tylko dodatkiem czy ozdobą, a zdaniem scenarzysty, to właśnie kobiety są lub też powinny być zdecydowanie najlepszymi szpiegami. "Velvet" powstało z myślą przekonania czytelników do takiej właśnie teorii. Niestety, takie podejście niekoniecznie podoba się producentom telewizyjnym, którzy początkowo byli zainteresowani ekranizacją komiksu. Tyle tylko, że chcieli oni wymusić na Brubakerze odmłodzenie głównej bohaterki i dodanie kluczowej postaci męskiej. Na szczęście naciski doprowadziły do tego, że zmieniono producentów i być może już wkrótce doczekamy się pilota telewizyjnej odsłony "Velvet".

Zapytany o różnice pomiędzy pisaniem scenariuszy dla Seana Phillipsa i Steve'a Eptinga, Brubaker powiedział iż pierwszy z nich jest niebywale szybki, a drugi... niezwykle powolny. Twórca wie jednak jakie są ich najmocniejsze strony, dlatego temu drugiemu pisze scenariusze dużo bardziej dynamiczne. Jednocześnie Brubaker przeprosił czytelników za to, że "Velvet" ukazuje się co dwa miesiące, ale prosił też by nie winić Eptinga, którego uważa za wzór profesjonalnego podejścia do pracy.

Raz jeszcze potwierdzono, że "The Fade Out" nie będzie komiksem akcji i opierać się ma interakcjach pomiędzy poszczególnymi postaciami.

Gdy padło pytanie o ekskluzywny kontrakt z Image Comics, Brubaker powiedział że zawsze marzył o pracy w której może robić co tylko mu się podoba i nawet nie martwić się o poziom sprzedaży. Nie oznacza to jednak, że on i Phillips nie będą przykładać się do swoich obowiązków.

czwartek, 10 lipca 2014

Stjepan Sejic o swojej autorskiej serii oraz o "Ravine"

Wieloletnia współpraca Stjepana Sejica ze studiem Top Cow właśnie weszła na zupełnie nowy poziom. Autor ilustracji do takich tytułów jak "Witchblade", "Artifacts", "Aphrodite IX" czy "Ravine" i zarazem jeden z dwóch ludzi, którym udało się wywrócić uniwersum tego wydawcy do góry nogami, tym razem postanowił zaprezentować się czytelnikom zarówno jako scenarzysta jak i rysownik. Wszystko to w debiutującej wczoraj miniserii "Death Vigil".
"Death Vigil" opowiadać ma historię w założeniu podobną do początków X-Men. Jest to bowiem komiks o drużynie osób obdarzonych niezwykłymi zdolnościami, którymi dowodzi mentor skrywający własne tajemnice. Tyle tylko, że każde z nich jest Rycerzem Śmierci, lecz stoją po stronie ludzi. Dlaczego? To wyjaśni już pierwszy numer ośmioczęściowej miniserii.

Głównym bohaterem "Death Vigil" jest niejaki Sam. Zanim dołączył do zakonu był totalnym odludkiem. Nie miał stałego zajęcia, żadnych ambicji, nie spotykał się z nikim bo i nikogo właściwie nie znał. Chłopak nie lubił przebywać z innymi, lecz gdy zdecydował się dołączyć do grupy, całkowicie się zmienił. Przemiana ta nie jest zupełnie przypadkowa, o czym Sam przekona się już wkrótce. Będzie to miało dużo wspólnego z liderką grupy - Bernadette. Jedną z jej tajemnic będzie to, że chociaż sprawia ona inne wrażenie, to tak naprawdę nie zna silnych i słabych stron przeciwników zakonu.

Pierwszy numer miniserii to prawdziwy gigant - 46 stron komiksu bez żadnych reklam, z ceną okładką 3.99$. Sejic żartobliwie stwierdził, że pisane przez niego postacie potrzebowały więcej przestrzeni, więc nie mógł im stanąć na drodze.

Autor podkreślił, że "Death Vigil" nie będzie do końca poważną historią. Jako że sam lubi się śmiać, w scenariusz komiksu wplecionych zostało sporo scen humorystycznych. Sejic stwierdził, że między innymi to tak bardzo pociągało go w kierunku pisania scenariuszy. I zgodnie z tym co zakładał, najbardziej podoba mu się możliwość stworzenia czegoś wyłącznie jego autorstwa. Czegoś, na co nikt inny nie ma żadnego wpływu.

Przy okazji Sejic wyjaśnił potężne opóźnienie drugiego tomu "Ravine". Otóż okazało się, że najpierw wskutek awarii swojego komputera bezpowrotnie przepadło aż 20 stron drugiego tomu. Odtworzenie ich zajęło twórcy dwa tygodnie, lecz nie otrzymał kolejnej porcji scenariusza, ponieważ Ronowi Marzowi akurat wtedy zmarła matka. Scenarzysta z powodu żałoby wycofał się trochę z realizowanych przez siebie projektów - z trójki "Artifacts", "Ravine" oraz "Witchblade" regularnie kontynuował pracę tylko nad tym ostatnim. Na szczęście ten trudny okres dobiegł końca i Sejic zdradził, że drugi tom "Ravine" pojawić powinien się wreszcie jesienią tego roku.

Stjepan Sejic zdradził także jedną z tajemnic swojej dotychczasowej pracy. Jak się dowiedzieliśmy, gdy artysta ten ma kiepski dzień, tworzy 2-3 strony komiksu, nad którym w danej chwili pracuje. W miesiąc jest on w stanie stworzyć 3 pełne zeszyty plus okładki, a jeszcze znajdzie czas na coś innego.

Dzień po debiucie "Spread"

Trochę ponad miesiąc temu napisałem kilkanaście zdań o najnowszym komiksowym projekcie Justina Jordana dla Image Comics. "Spread", bo o tym tytule mowa, ukazał się wczoraj na terenie USA, a jeśli ktoś z Was zamówił pierwszy numer na przykład w ATOM Comics, to być może już jest po jego lekturze. Tymczasem autorzy komiksu udzielili kolejnego wywiadu.
Pisząc w ogromnym skrócie, "Spread" prezentuje historię ojca, który próbuje ocalić życie swoje oraz pewnego dziecka. Nie jest to łatwe, ponieważ przyszło mu żyć w świecie, w którym ludzkość znajduje się na progu wyginięcia, a Ziemię zdominowały okrutne stwory. Główny bohater serii to mężczyzna, który powoli tracił nadzieję na to, że jego życie ma jeszcze jakiś sens. Zmieniło się to wraz z uratowaniem dziecka, któremu na imię, a jakże, Hope.

Pierwszy numer "Spread" zdążył już otrzymać kilka recenzji. Wśród nich jest ta z serwis CBR, która wystawiła komiksowi 4/5. Justin Jordan cieszy się z takiego obrotu spraw, ponieważ uważa, że seria ta jest najtrudniejszą rzeczą, jaką pisał w dotychczasowej karierze. Dlaczego?

Główny bohater serii to małomówny twardziel w stylu Clinta Eastwooda z lat osiemdziesiątych. Jordan uważa, że wbrew pozorom taką postać nie pisze się łatwo, ponieważ musi zdecydowanie więcej pokazać, nie używając przy tym zbyt dużego wachlarzu słów. Dlatego też potencjalny sukces "Spread" w znacznej mierze zależy od Kyle'a Strahma - rysownika serii. Jordan zaznacza, że proces doboru rysownika do serii w tym przypadku trwał dość długo, lecz w żadnym przypadku nie jest on zawiedziony efektem końcowym.

Pojawiły się wreszcie informacje o drugoplanowych postaciach w serii. Najważniejsza będzie dwójka Fat Jack oraz Crazy Molly. Pierwszy z nich to kolejny twardziel, tyle tylko że zdecydowanie nie jest on zbyt małomównym typkiem. Molly z kolei dorastała w czasie, gdy Ziemia zmieniała się w dom dla wszelkiej maści stworów i przez jest zwyczajnie szalona, a jej pseudonim nie wziął się znikąd. Pojawią się także ludzcy przeciwnicy głównego bohatera.

"Spread" zaplanowane jest na 60 numerów, lecz Jordan stwierdził, że jeśli zajdzie taka potrzeba, ma już gotowe i zaplanowane zakończenie w okolicach 24 numeru. Scenarzysta zdradził także, że pracuje obecnie dla Image nad trzecią i finałową miniserią z Lutherem Strode.

I na koniec mała ciekawostka. Pewien użytkownik forum CBR zastanawiał się w dyskusji pod wspomnianym wywiadem, dlaczego Marvel nie pozwie Jordana za ściągnięcie pomysłu na serię z solowej serii "Cable" sprzed paru lat, gdzie tytułowy bohater także bronił dziewczynki imieniem Hope. Generalnie został wyśmiany :)

wtorek, 8 lipca 2014

Linkowisko

Dawno nie linkowałem tutaj kolejnych tekstów poświęconych komiksom Image, a ponieważ wreszcie kilka mi się ich nazbierało, to i nadarzyła się okazja. Co wyszukałem tym razem?
  • Może dla wielu z Was będzie to dziwne, ale dopiero kilka dni temu dowiedziałem się o istnieniu bloga "Czas na komiks". Niemal od razu przejrzałem jego zawartość i zauważyłem, że znajduje się tak kilka recenzji komiksów z Image. Znajdziecie je TUTAJ.
  • Piotr Lipa konsekwentnie w każdą niedzielę umieszcza na blogu "Coś z zupełnie innej beczki" kolejną odsłonę "Cotygodniowej zeszytówki". Przedwczoraj najnowsza odsłona została zdominowana przez Image Comics, co dzieje się coraz częściej. Zachęcam do częstszego zaglądania na wspomnianego bloga.
  • Kolejna recenzja "Severed: Pożeracz Marzeń" pojawiła się tym razem na Polterze.
  • Także i "Żywe Trupy" mogą cieszyć się kolejnymi recenzjami na swój temat. Onet opublikował opinię na temat najnowszego, dwudziestego tomu serii, natomiast Gildia wzięła na świecznik siedemnasty. Już za niecały rok ich dogonię :D

Komiksy Image wydane 09.07.2014

W dniu jutrzejszym w USA ukażą się następujące komiksy:

68 Rule Of War #4 (Of 4)(Cover A Nat Jones), $3.99
68 Rule Of War #4 (Of 4)(Cover B Riley Rossmo), $3.99
Death Vigil #1 (Of 8)(Cover A Stjepan Sejic), $3.99
Death Vigil #1 (Of 8)(Cover B Stjepan Sejic), AR
Death Vigil #1 (Of 8)(Cover C Stjepan Sejic), AR
Ghosted #11, $2.99
Great Pacific #16 (Cover A Martin Morazzo), $2.99
Great Pacific #16 (Cover B C.P. Wilson III), $2.99
Red City #2, $2.99
Rise Of The Magi #1 (Cover E Marc Silvestri Signed Edition), $29.99
Rise Of The Magi #2 (Cover A Sumeyye Kesgin), $3.50
Rise Of The Magi #2 (Cover B Stjepan Sejic), $3.50
Rocket Girl Volume 1 Times Squared TP, $9.99
Shutter #4, $3.50
Spawn #245, $2.99
Spread #1, $3.50
Walking Dead #129, $2.99