Wierzcie w to lub nie, ale Rob
Liefeld swego czasu mógł naprawdę być numerem jeden na amerykańskim rynku
komiksowym. Współtwórca wszystkiego tego, co najgorsze w komiksach z lat
dziewięćdziesiątych miał taki moment w swoim życiu, w którym mógł zrobić absolutnie
wszystko i wygrać znacznie więcej niż wygrał, gdyby tylko podszedł do
wszystkiego z rozmysłem i trzeźwą głową. Był rok 1992, wydawnictwo Image
startuje, Liefeld sprzedaje ponad milion kopii ”Youngblood”, każdy kolejny jego projekt spotyka się z ciepłymi
reakcjami, sprzedaż dopisuje… Przenosimy się do roku 2019. Liefeld dla wielu to
zwyczajne pośmiewisko – stracił prawa do wykreowanych przez siebie postaci bo
nie przeczytał podpisanej umowy, ma na swoim koncie dziesiątki nieskończonych
projektów komiksowych, oszukał ludzi na Kickstarterze i nieustannie kąpie się w
świetle współtworzonego przez siebie Deadpoola, którego dzisiejsza ogromna
popularność to w żadnym stopniu jego zasługa. Jasne, znajdzie się zaraz ktoś,
kto powie że ”ale hajsu ma jak lodu i co rusz ktoś go zatrudnia”. Odpowiadam za
to, że Uwe Boll też nieustannie kręci filmy i jest obrzydliwie bogaty, ale
jakoś mało kto chciałby iść jego drogą. Dziś przyjrzę się nieco komiksowi, który
rozpoczyna jedną ze sztandarowych produkcji Liefelda, a więc głupiej jak but i
ostatecznie utopionej w komiksowym limbo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marat mychaels. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marat mychaels. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 13 sierpnia 2019
wtorek, 15 maja 2018
Z archiwum Image #53 - Brigade
Obliczenia nie mogą się
mylić, od mojego ostatniego nabijania się z komiksów Roba Liefelda na łamach
tej rubryki minął niemal dokładnie rok, gdy 8 maja 2017 robiłem sobie jaja z
tego, co ten legendarny twórca wyczyniał na łamach pierwszego numeru solowej serii
”Glory”. Dziś co nieco o komiksie,
który co roku wala się w sporych ilościach w pudłach ze starymi zeszytówkami na
kolejnych odsłonach MFKiG i jakoś mało kto jest zainteresowany jego kupnem.
Panie i panowie, oto ”Brigade #1”.
Czy kogoś brak zainteresowania w zasadzie dziwi? No nie powinien, ale i tak nie
ma co się krępować i zajrzyjmy do tego, co oferuje ten komiks.
niedziela, 7 lutego 2016
Z archiwum Image #26
Lata
dziewięćdziesiąte to w komiksie amerykańskim okres szalony. Wtedy ukazać mogło
się praktycznie wszystko, dzięki czemu taki tytuł jak ”Knightmare” nie
tylko doczekał się swojej premiery, ale także dożył pięciu numerów. Gdyby
komiks ten miał ukazać się dziś, mógłby posłużyć wszystkim jako przykład. Bo
gdy sądzisz, że przeczytałeś/łaś już wszystkie głupie historie, twórcy tego
dzieła udowodnią Ci, że jesteś w błędzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


