Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the manhattan projects. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the manhattan projects. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 czerwca 2016

The Manhattan Projects vol. 6 (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)

Szósty tom ”The Manhattan Projects” miał być wedle zapowiedzi zupełnie nowym podejściem do zaprezentowanych w poprzednich odsłonach wątków. Twórcy obiecywali nie tylko nieco inną strukturę fabuły, ale także rysunków i formuły publikacji komiksu. Na pierwsze efekty tych decyzji nie trzeba było długo czekać, ponieważ miniseria ”The Sun Beyond the Stars” łapała rekordowe opóźnienia. Ale w końcu udało się doprowadzić ją do końca i ukazał się długo wyczekiwany przeze mnie, szósty tom. Czy spełnił oczekiwania?

piątek, 19 lutego 2016

Deviacje #11

Dwa tygodnie zleciały jak z bicza strzelił. To oznacza, że nadszedł czas na najnowszą odsłonę "Deviacji". Tym razem przedstawię Wam prace skupione jedynie wokół dwóch komiksów. Będą to "The Manhattan Projects" oraz rodzynek związany z "Morning Glories". Wszystko to do obejrzenia w rozwinięciu posta.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Image Expo/SDCC: Ogłoszenia od Jonathana Hickmana oraz Kaare Andrews

Nadrabianie zaległości z ostatnich edycji Image Expo oraz SDCC pomału zbliża się już do końca, lecz wbrew temu co niedawno obiecywałem, znów zmuszony jestem zrobić post zbiorczy, ponieważ natrafiłem dwa newsy, które nie przyniosły właściwie żadnych interesujących informacji, ale z\ kronikarskiego obowiązku wypada o nich wspomnieć.
Znany z wieloletniej i najczęściej udanej współpracy z Marvelem Kaare Andrews zapowiedział na Image Expo start serii "The One %", która skupiać się ma na postaci Renato Jonesa. Mężczyzna ten wypowiada wojnę najmożniejszym tego świata, obiecując sobie iż nie tylko doprowadzi ich do bankructwa, ale także ujawni wszystkie przestępstwa, jakich się dopuścili. Komiks w całości ma być tworem Andrewsa, który odpowiadać będzie za scenariusz, rysunki, tusz, kolory i edycję.

Niestety znaczną część ogłaszania tego tytułu zajęło twórcy tłumaczenie się z tego, dlaczego opuścił wydawnictwo Marvel Comics, z którym współpracował przez 16 lat. Jeśli jesteście tego ciekawi, rzućcie okiem do źródła.

Źródło: CBR
------------------------------------------------------------------------------------------
Z kolei podczas SDCC swój panel otrzymał Jonathan Hickman, który kilkukrotnie poruszył kwestie związane z jego seriami z Image Comics.

Na początku zapewnił, że postara się zrobić coś, aby miniserie "The Manhattan Projects: Sun Beyond the Stars" oraz ongoing "The Dying and the Dead" nie spotykały w przyszłości takie opóźnienia jak obecnie.

Zapowiedziany lata temu komiks "Feel Better Now", który ukazać miał się nakładem Image Comics wciąż powstaje. Hickman stwierdził zarazem, że w tym roku na pewno nie ujrzy on światła dziennego.

"East of West" zostanie zakończone na 50 numerze.

Zebrani na sali fani odpowiadali na pytanie "gdzie po zakończeniu "Secret Wars" powinien pracować Hickman?". Zwyciężyło Image Comics przed DC, Marvel nie zebrał zbyt wielu głosów.

Źródło: CBR

wtorek, 17 lutego 2015

Gościniec/Felieton: Piękny umysł, czyli design w komiksach Jonathana Hickmana

Kolejny gościnny tekst ląduje na łamach Image Comics Journal. Tym razem gościmy Pawła Gregorczyka z bloga "Thousand Hi-Fives", który wziął na tapetę komiksowe projekty chyba najbardziej gorącego obecnie nazwiska na rynku w USA. Zachęcam do lektury i komentowania, a ja już nie przynudzam i oddaję głos Pawłowi.
Z zawodu architekt. Z zamiłowania architekt komiksowych uniwersów. Jonathan Hickman, jest obecnie persona grata Marvela i Image Comics, a jego runy w "Avengers", "New Avengers" czy "East of West" robią wokół siebie odpowiednio dużo szumu.  Ale nim został niszczycielem światów, zajmował się designem i pracował w reklamie. Stąd pewnie jego upodobanie do minimalistycznych logo, wykresów i wszelkiej maści infografik. W wieku 33 lat podjął zawodową i osobistą decyzję by zająć się komiksem w jakiejkolwiek formie i dał sobie dwuletni deadline, by to zrobić. Tak zaczęła się jego przygoda z medium.

wtorek, 27 stycznia 2015

The Manhattan Projects vol. 5: The Cold War (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)

Seria ”The Manhattan Projects” od samego początku kupiła mnie niebanalnymi pomysłami, świetnie pisanymi postaciami oraz twistami fabularnymi, których w żaden sposób nie umiałem przewidzieć. Długo czekałem na premierę piątego tomu, który nosi tytuł ”The Cold War” i jasno dawał do zrozumienia okres, w którym zostały osadzone wydarzenia przedstawione w komiksie. To po prostu nie mogło się nie udać. Ale czy tak jest na pewno? Zapraszam do lektury poniższej recenzji.

środa, 3 grudnia 2014

Ciąg dalszy nastąpi

Zapowiedzi 25 numeru serii "The Manhattan Projects" mogły sugerować, że doczekamy się końca tego tytułu. Potwierdzać te przypuszczenia mógł brak obecności kolejnych zeszytów w zapowiedziach na grudzień, styczeń i luty, a także ogłoszenie startu kolejnej serii autorstwa Jonathana Hickmana. Kilka dni temu wspomniany zeszyt ukazał się i scenarzysta uznał, że najwyższa pora zaprzeczyć tym domysłom.
Otóż dowiedzieliśmy się, że 26 zeszyt cyklu "The Manhattan Projects" powinien zostać opublikowany w marcu 2015 roku. Będzie to idealny punkt zaczepienia dla nowych czytelników, a jednocześnie spory szok dla tych, którzy są z komiksem od samego początku - a więc także i dla mnie. Hickman zapowiedział, że o ile zespół tworzący komiks pozostanie bez zmian, o tyle możemy spodziewać się dużych zmian w formie opowiadania historii. Dowiedzieliśmy się, że zmianom ulegnie sposób narracji, a samo "The Manhattan Projects" przestanie być pozycją quasi-drużynową i opowiadać będzie opowieści o jednym członku lub części ekipy znanej z kart tytułu. Ponadto skróceniu ulegną story-arci, dotąd liczące regularnie po pięć zeszytów.

Niestety, to wszystkie informacje jakie zdradził Hickman. Na więcej szczegółów będziemy musieli poczekać aż do końcówki pierwszego kwartału przyszłego roku.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

The Manhattan Projects vol. 4: The Four Disciplines (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)

Całkiem niedawno w moje łapska wpadł wreszcie oczekiwany czwarty tom „The Manhattan Projects”, który według zapowiedzi miał być jak dotąd najważniejszą, chociaż nie ostatnią odsłoną tego cyklu. I faktycznie, po lekturze okazało się, że teraz oblicze tej serii nie będzie już takie samo. Czy jednak oznacza to jednocześnie, że „The Four Disciplines” okazało się zarazem najlepszą odsłoną cyklu autorstwa Jonathana Hickmana? Tego niestety nie mogę stwierdzić, chociaż daleki jestem od stwierdzenia, że komiks ten był słaby.

Poprzednim razem bohaterowie serii dowiedzieli się o zdradzie Oppenheimera i na własnej skórze przekonali się, że oznacza to dla nich kolejne duże kłopoty. Czwarty tom „The Manhattan Projects” kontynuuje ten wątek i rozpoczyna się od ukazania herosów w sytuacji bez wyjścia. Czy jednak grupa najpotężniejszych umysłów swoich czasów naprawdę nie ma żadnego pomysłu na wyjście ze swojego beznadziejnego położenia? Skądże znowu! Ich tajną bronią będzie nie kto inny jak Albrecht Einstein. I można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że fizyk ten będzie dysponować tym razem podwójną siłą rażenia. Trochę do powiedzenia ma też pewien niebieskoskóry stwór z innego wymiaru, który szczyci się posiadaniem czterech mózgów, ale nie uprzedzajmy faktów.

Dotychczas największą siłą „The Manhattan Projects” było dla mnie umiejętne wyważenie akcji, humoru i „naukowej” części fabuły. Czwarty tom zbiorczy pierwszy raz wyraźnie łamie te wyważone proporcje, dość jednoznacznie kładąc mocniejszy nacisk na pierwszy z wymienionych przeze mnie aspektów. Komiks nie traci przy tym charakterystycznego i przyjemnego humoru, lecz przez to najmniej miejsca otrzymuje ukazanie naukowców w tym, w czym są najlepsi. Jonathanowi Hickmanowi nie można odmówić rozmachu ani pomysłowości – kilkukrotnie podczas lektury udało mi się złapać na tym, że nie spodziewałem się pewnych wydarzeń. Mimo wszystko po zakończeniu komiksu nie potrafiłem otrząsnąć się z wrażenia, że wszystko działo się zbyt szybko i za intensywnie, trochę nie w klimacie poprzednich odsłon serii.

Żebyście jednak nie pomyśleli, że czwarty tom „The Manhattan Projects” to komiks słaby. Zdecydowanie tak nie uważam! Chociaż sposobem prowadzenia historii odbiega nieco od poprzednich odsłon cyklu, to wciąż mamy do czynienia z fabułą, która potrafi zainteresować i bez większych przeszkód łamie lub bawi się konwencją. Dorzucona do scenariusza, a dwukrotnie już przeze mnie wspomniana szczypta humoru sprawia, że czytelnik bardzo dobrze bawi się podczas lektury. Tempo jest solidne i brakuje na szczęście miejsc, w których fabuły dłuży się niemiłosiernie. Hickman nie zapomniał także jak pisać prowadzone przez siebie postacie. Udało się uniknąć scen, w których ktoś zachowuje się niezgodnie z tym, co dotychczas widzieliśmy na kartach poprzednich tomów. Plus za kolejne rozwinięcie postaci Jurija Gagarina, który powoli staje się jednym z dwóch moich ulubionych bohaterów tego cyklu. Generalnie, jak widać po tym akapicie, większy nacisk na akcję to jedyne, co różni ten tom „The Manhattan Projects” od poprzednich i jednocześnie jest to także jedyna wada, którą można komiksowi wytknąć.

Całość uzupełniana jest rysunkami Nick Pitarry, który jak zwykle oddał we władanie Ryanowi Browne’owi jeden zeszyt, którego akcja osadzona jest w umyśle Oppenheimera. Standardowo obaj spisali się bardzo dobrze, chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Pitarra z każdym kolejnym numerem spisuje się coraz lepiej. Jego kreska się wyostrzyła, zyskała na detalach, a jednocześnie wciąż nie pozbawiona jest specyficznego stylu, za który bardzo polubiłem tego artystę. Obaj artyści bardzo dobrze współpracują z Jordie Bellaire, która kolejny raz udowadnia, że nominacja do Eisnera nie jest przypadkowa. Także właśnie paleta barw użyta w całości cyklu „The Manhattan Projects” sprawiła, że komiks ten jest tak charakterystyczny i zapadający w pamięć. Dotyczy to także dziś opisywanego, czwartego tomu.

W tym akapicie powinienem napisać jedynie, że dodatków w czwartym tomie „The Manhattan Projects” nie ma żadnych. Te pewnie zarezerwowane są dla zapowiedzianego niedawno wydania deluxe HC. Wspomnę jednak tylko jak bardzo ich nie ma w tym komiksie. Mianowicie, tym razem zniknęły już nawet strony z prezentacją obsady komiksu, co uważam za zmianę na minus. Co prawda wątpię by ktoś sięgnął po tę serię zaczynając akurat od czwartego tomu, ale jednak brak tych dwóch stron jest odczuwalny.

The Manhattan Project: The Four Disciplines” jest komiksem nieco innym od poprzednich odsłon, lecz wciąż sprawia on tyle radości i frajdy podczas czytania, że nie mogę nie ocenić go wysoko. Tym razem będzie to solidna czwórka z plusem.

niedziela, 2 marca 2014

The Manhattan Projects vol. 3: Building (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)



Po intrygujących i zajmujących czytelnika dwóch pierwszych tomach, czas na powrót do korzeni założeń Projektów Manhattan. Wszystko to na łamach kolejnej odsłony jednej z moich ulubionych spośród obecnie wydawanych serii przez Image Comics. Czy trzeci tom „The Manhattan Projects” dorównał swoim poprzednikom? Poniższa recenzja powinna udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, więc zapraszam do lektury.

Na początek jednak parę słów o fabule. Po wydarzeniach z poprzedniego tomu, naukowcy działający w ramach tytułowych projektów dowiadują się, iż dysponować będą w zasadzie nieograniczonym budżetem. Dzięki temu szybko zaczynają pojawiać się pomysły na wykorzystanie tych ogromnych środków. Przoduje w nich oczywiście demoniczny Oppenheimer, który szybko przekonuje do swoich idei wszystkich współtowarzyszy, którzy są nieświadomi faktu, iż tak naprawdę konsekwentnie dąży on do przejęcia kontroli nad światem. naturalnie nie będzie to jedyny problem Projektów Manhattan, których członkowie zmierzyć będą się musieli z... Enrico Fermim. Chwila, moment – czyż nie był on jednym z ich drużyny? Był, lecz odrobinę się zmienił.

Trzeci już raz Jonathan Hickman zaprezentował swój styl na pisanie serii „The Manhattan Projects”. Polega on na powolnym, lecz konsekwentnym budowaniu głównego wątku opartego na złym Oppenheimerze, a dodatkowo co tom pojawia się teoretycznie mniejsze zagrożenie, które jak się z czasem okazuje, na takie określenie zwyczajnie nie zasługuje. Taki dualizm wątków sprawia, że praktycznie każdy numer serii nie tylko posuwa któryś z nich do przodu, ale także daje czytelnikowi niepowtarzalną szansę śledzić tytuł, który przez żaden ze swoich piętnastu dotychczasowych numerów nie miał szansę być nudny. Chyba właśnie to jest dla mnie największą zaletą „The Manhattan Projects”. Owszem, są inne serie, których tempo potrafi być zabójcze, ale nie umiem sobie przypomnieć ani jednej tak konsekwentnej, a przy tym stojącej na przyzwoicie wysokim poziomie jak ta dziś opisywana.

„Building” jest dokładnie takie samo jak poprzednie dwie odsłony „The Manhattan Projects”. Sprawnie zarysowana fabuła obfituje w nieoczekiwane zwroty akcji, które jednak za każdym razem okazują się być logiczne i wynikające z wydarzeń przedstawionych nieco wcześniej. Poszczególne wątki nie wloką się nieprzyzwoicie, a mimo to potrafią doczekać się satysfakcjonującego i sprawiającego wrażenie niewymuszonego zakończenia. Kolejny plus należy się Hickmanowi za to, że tym razem poświęcił też nieco więcej miejsca przyjaźniom, które nawiązały się podczas prac nad Projektami Manhattan. Generalnie dotyczy to zwłaszcza Enrico Fermiego i Harry’ego Daghliana, ale w trakcie czytania komiksu można natknąć się także na nie mniej sympatyczne wstawki z Albertem Einsteinem i Richardem Feynmanem czy z udziałem Juriego Gagarina oraz Łajki. Nie zajmują one zbyt dużo miejsca w trzecim tomie „The Manhattan Projects”, ale w bardzo przyjemny sposób wreszcie pokazują nam także tę odrobinę bardziej ludzką stronę poszczególnych bohaterów tej jakże ciekawej serii.

Podobnie jak w przypadku drugiego tomu, ostatni zeszyt tomu to kolejna podróż w głąb szalonego umysłu Oppenheimera. Tu muszę szczerze się przyznać, że nie podobała mi się ona tak mocno jak w przypadku poprzedniego razu. Zeszyt jest o wiele bardziej przewidywalny, a momentami wręcz przesadzony i, co dość dziwne, bardzo chaotyczny. Na tyle, że gdyby nie świetna praca kolorysty, ciężko byłoby odnaleźć się w tym zeszycie.

Tym razem dokładnie sprawdziłem, by nie popełnić takiego błędu jak poprzednim razem i z całą pewnością mogę napisać, że Nick Pitarra narysował większą część tego tomu „The Manhattan Projects”. W ostatnim zeszycie zastąpił go Ryan Browne. W zasadzie powinienem przekleić tu akapit z poprzedniej recenzji, ponieważ moje zdanie się zupełnie nie zmieniło. Pitarra nadal ma swój nietypowy styl rysunku, który mi się podoba, kolorujący komiks Jordie Bellaire wykonuje kawał świetnej pracy i na koniec tomu nieco uratował zarówno prace Browna, jak i scenariusz Hickmana. Jestem przekonany, że seria ta dużo straciłaby ze swojego niepowtarzalnego uroku, gdyby kolorował ją ktoś inny.

The Manhattan Project vol. 3” jest wydany dokładnie tak samo jak jego dwaj poprzednicy. Oznacza to niestety brak jakichkolwiek dodatków, bo za takie nie uważam jednej strony z przedstawioną obsadą komiksu, a także drugiej z krótkimi biografiami scenarzysty i głównego rysownika. Aż prosi się o to, by poświęcono kilka stron Bellaire i procesowi kolorowania komiksu. jestem przekonany, że byłaby to nie mniej ciekawa lektura, co sam komiks.

Mam pewien kłopot z oceną tego tomu. O ile Głowna historia w nim zawarta podobała mi się nawet bardziej niż ta z drugiego tomu, o tyle zeszyt poświęcony Oppenheimerowi już nie przypadł mi do gustu. Sądzę że najlepiej będzie, jeśli utrzymam ocenę z drugiego tomu, a więc ostatecznie wystawię solidna piątkę i już z niecierpliwością oczekuję, kolejnego, czwartego już tomu „The Manhattan Projects”, którego recenzja pojawi się na blogu dość szybko po jego premierze.

niedziela, 2 lutego 2014

The Manhattan Projects vol. 2: They Rule (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)


Plan trzech recenzji na styczeń został wykonany, czas rozpocząć realizację założenia kolejnych trzech na luty. Rozpocznę więc od tej samej serii, od której rozpocząłem cykl recenzji na ten rok. Jak możecie sprawdzić TUTAJ, pierwszy tom „The Manhattan Projects” oceniłem maksymalnie. Czy kolejny dorównał swojemu poprzednikowi? Śmiem twierdzić że tak, ale wcale nie oznacza to, że końcowa ocena będzie identyczna.

Na początku przypomnę może jeszcze o czym jest seria tworzona przez Jonathana Hickmana. Otóż opowiada ona alternatywną historię Stanów Zjednoczonych, a tytułowe „Projekty Manhattan” skupiają największe umysły ówczesnego świata i ich badania. Nie są to jednak prace nad bombą atomową, a raczej nad podróżami między planetami, wymiarami, poznawanie obcych raz oraz przejmowanie ich technologii, ale to nie wszystko. Potwierdza to właśnie drugi tom, który nie tylko kontynuuje zapoczątkowane wcześniej wątki, ale także dokłada kolejne i chociaż nie jest jedną, zwartą historią, wciąż czyta się świetnie.

Dlatego też postanowiłem nie opisywać drugiego tomu „The Manhattan Projects” jako jednego komiksu i skupić się na poszczególnych jej rozdziałach. Tom otwiera historia Helmuta Grottrupa, który w serii jest specem od rakiet z wypaloną swastyką na głowie. Rozdział ten opowiada nam jak do tego doszło, przy okazji wyjaśniając nieco jego skomplikowaną relację z Wernherem von Braunem. Jest to moim zdaniem najsłabsza część tego zbioru. Prowadzona w niespiesznym tempie niczym nie zaskakuje, może poza widokiem radzieckiego odpowiednika „Projektów Manhattan”. Nie oznacza to jednak, że jest to historia zła. Po prostu lektura pierwszego tomu, a także kolejnych rozdziałów recenzowanego dziś, daje wrażenie że w tym przypadku Hickman zbytnio się nie postarał.

Na szczęście dalej jest już tylko lepiej. kolejne trzy rozdziały to już historia właściwa, której tytuł nosi także całość tego zbioru. I tu znów scenarzysta zaskakuje, tempo zdecydowanie przyspiesza i wracamy do tego, co zaserwowano nam w pierwszym tomie serii „The Manhattan Projects”. Przede wszystkim rodzaj zagrożenia, z którym zmierzyć muszę się bohaterowie komiksu jest już ogromnym plusem. Od początku bowiem wiadomo było, że postać która będzie odpowiedzialna za bałagan w „They Rule”, w swojej nietypowej roli nie pojawiła się przypadkowo. Mowa oczywiście o Franklinie Delano Roosevelcie w roli sztucznej, aczkolwiek bardzo charakternej inteligencji. Scenarzysta dodał do obsady nowe postacie (Gagarin i Łajka) i ponownie zaszokował. Powtórzone zostały wszystkie zalety pierwszego tomu, a więc zabawa konwencją, wymyślanie coraz to większych absurdów i ubieranie ich w taki sposób, by czytelnik nie tylko przyjął je jako coś oczywistego, ale jeszcze by tym bardziej mu się to podobało. Ponadto całość nie narzuca się odbiorcy, nachalnie próbując być bardziej inteligentną niż jest w rzeczywistości. Chociaż niemal całość obsady komiksu to piekielnie uzdolnieni naukowcy, drugi tom „The Manhattan Projects” nie poraża niezrozumiałymi zwrotami, które mogą odrzucić. Każdy z bohaterów jest przy tym wyrazisty oraz wiarygodny, a jego intencje logiczne. Za jednym wyjątkiem.

Jest nim oczywiście Oppenheimer, któremu poświęcony jest ostatni rozdział drugiego tomu „The Manhattan Projects”. I chociaż podobnie jak w przypadku historii otwierającej zbiór tempo wyraźnie siada, nie przeszkadzało mi to w niczym. Postać ta od samego początku serii jest jedną z najbardziej wyrazistych i interesujących, chociaż zdecydowanie nie jest on jednym z tych dobrych. Podróż w głąb jego szalonego umysłu zaskakuje praktycznie wraz z każdą kolejną stroną. Dopiero teraz dochodzi do nas z jak wielkim psychopatą mamy do czynienia i wydaje mi się że nie przesadzę, gdy nazwę go jednym z najlepiej wykreowanych villainów jakich znam. Rozdział ten gościnnie zilustrował Ryan Browne, który dysponuje bardzo podobnym stylem do Nicka Pitarry. Na tyle, że jak widzicie w komentarzach - pomyliłem ich obu. Wobec pana Browna nie mam żadnych zastrzeżeń.

Oprócz wspomnianej historii o Oppenheimerze, całość drugiego tomu „The Manhattan Projects” zilustrowana została przez Nicka Pitarrę. Moja opinia o nim nie zmieniła się od ostatniego razu. Wciąż jest to rysownik niekonwencjonalny, lecz zarazem idealnie pasujący do zwariowanego komiksu, jakim niewątpliwie jest dzieło Jonathana Hickmana. Osobne zdanie pochwał należy się dla Jordiego Bellaire – kolorysty komiksu, który chociaż używał dość skromnej palety barw, fenomenalnie wywiązał się ze swojego zadania. Już same kolory podpowiadają nam czego możemy spodziewać się po określonych bohaterach komiksu i wbrew pozorom, nie tylko w żaden sposób nie psuje to jego odbioru, ale także idealnie pasuje do bardzo szczegółowych prac Pitarry.

Podobnie jak w przypadku pierwszego tomu, tak i drugi niestety nie zawiera żadnych dodatków. Nie zmienia to jednak końcowej oceny komiksu, który uważam za jedynie odrobinę gorszy od świetnego debiutu. Dlatego też wystawiam piątkę z dużym plusem.

niedziela, 5 stycznia 2014

The Manhattan Projects vol. 1: Science. Bad. (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)

Kim jest Jonathan Hickman? Odpowiedź jest prosta, prawda? Scenarzysta ten jest obecnie największą maszynką do zarabiania pieniędzy dla Marvela i autorem interesujących historii w serii „Avengers” oraz nieco wcześniej bardzo dobrego runu w „Fantastic Four”. Tyle tylko, że to tylko mała część prawdy. Prawidłowa odpowiedź znajduje się w kolejnym zdaniu. Tak naprawdę Jonathan Hickman to obecnie nie tylko (UWAGA: to podłe powtórzenie jest jak najbardziej zamierzone) największa maszynka do zarabiania pieniędzy dla Marvela i autor interesujących historii w serii „Avengers” oraz nieco wcześniej bardzo dobrego runu w „Fantastic Four”, ale być może przede wszystkim scenarzysta komiksów autorskich, wydawanych przez Image Comics oraz od niedawna Avatar Press. Panie, panowie, padła właśnie pełna definicja Jonathana Hickmana, od razu uprzedzam – wszelkie prawa zastrzeżone

Ileż już pojawiało się komiksowych historii prezentujących alternatywną historię świata? Myślę że nawet średnio obeznany w amerykańskim mainstreamie czytelnik mógłby spokojnie wymienić ich nawet kilka. Pisana przez Hickmana seria „The Manhattan Projects” nie jest pod tym względem wyjątkiem. Tak, liczba mnoga jest tu zupełnie nieprzypadkowa. Oryginalnie, „The Manhattan Project” opierał się na zebranej przez rząd USA w 1942 roku grupie wybitnych naukowców, których wspólna praca dała amerykanom bombę atomową. Jonathan Hickman w swoim komiksie kompletnie odszedł od tej koncepcji, prezentując znane postacie historyczne jako podróżników między wymiarami, zdobywców kosmosu, badaczy zjawisk nadprzyrodzonych i wreszcie, a być może przede wszystkim, jako naprawdę fajnych gości. I nie zmienia tego faktu, że trzon obsady komiksu tworzą między innymi takie postacie jak: bardzo zły brat-bliźniak, sobowtór z innego wymiaru, żywa napromieniowana czaszka czy radykalny mason.

Czytając pierwszy tom zbiorczy „The Manhattan Projects” nie sposób się nudzić. Scenarzysta praktycznie bez przerwy na oddech prowadzi pisaną przez siebie historię do przodu, co rusz zaskakując czytelnika niespodziewanymi zwrotami akcji czy zabawą konwencją. Dość ryzykownym pomysłem mogłoby wydawać się postawienie na konwencję tak zwanego „weird sci-fi”, lecz ostatecznie scenarzysta doskonale się w niej odnajduje. Moim zdaniem właśnie ta druga rzecz jest tym, dzięki czemu seria zapracowała sobie na nominację do nagrody Eisnera„The Manhattan Projects”  nie tylko przedstawia takie znane postacie jak Einstein czy Oppenheimer, ale także czyni z nich kogoś niemal na kształt superherosów czy superzłoczyńców. I mimo iż jest to totalnie odjechany pomysł, Hickman sprawia że czyta się to z uśmiechem na twarzy, a także tworzy się więź z bohaterami komiksu. Czyż nie jest niesamowitym przeżyciem zobaczyć, jak Robert Oppenheimer osobiście zabija z karabinu maszynowego dziesiątki Japońskich robotów inwazyjnych? To zdecydowanie nie jest rzecz, której czytelnik może oczekiwać po pierwszym z brzegu komiksie z trykociarkami.

Tu nie sposób nie porównać przy okazji dwóch dość podobnych dzieł Hickmana, a więc tego komiksu oraz „S.H.I.E.L.D.” dla Marvela. Oba te tytuły bazują na podobnej koncepcji, a więc na przedstawieniu alternatywnej historii świata. W swojej pracy dla Domu Pomysłów Hickman jednak co rusz musiał odwoływać się w bardziej lub mniej wyszukany sposób do wydarzeń z uniwersum, ponieważ całkowita swoboda twórcza jest dla edytorów tego wydawnictwa rzeczą kompletnie nie do pomyślenia. I chociaż muszę przyznać, że jego seria była naprawdę niezła (a nie zdarza mi się często chwalić Dom Pomysłów), nie przyjęła się wśród zafascynowanych superbohaterami czytelników i przepadła, chyba nawet niedokończona, w Marvelowskim limbo.

Rysownikiem każdego z zeszytów „The Manhattan Projects” jest Nick Pitarra – bardzo regularny współpracownik Jonathana Hickmana. Obaj wcześniej stworzyli miniserię pod tytułem „The Red Wing”. Artysta ten znany jest z dosyć specyficznego stylu, który określiłbym jako mieszaninę kreskówkowej z... surrealistyczną. Jak widać na ilustracjach jego autorstwa, Pitarra nie jest rysownikiem łatwym w odbiorze i z jego stylem trzeba się polubić. Problem pojawia się wtedy, jeśli nie spodobają się one wam na tyle, że z tego powodu nie dacie szansy niesamowitemu i wciągającemu scenariuszowi. Jeśli więc Pitarra nie jest waszym ulubionym rysownikiem, to i tak powinniście dać szansę tej pozycji.

Obecnie ukazały się już trzy tomy zbiorcze „The Manhattan Projects” i już teraz mogę obiecać, że absolutnie każdy z nich będzie przedmiotem osobnej recenzji na blogu. Niestety, pierwszy tom nie zawierał żadnych dodatków, a ze względu na dość surowe, jednorodne, ale mimo wszystko całkiem oryginalne okładki, ciężko nawet polecić przejrzenie kompletnej galerii coverów. Jedno i tak jest pewne – brak dodatków na pewno nie sprawia, że nominacja do Eisnera dla „The Manhattan Projects” była przypadkowa. Podejrzewam, że czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą iż uważam, że jest to jeden z najlepszych komiksów nie tylko w obecnej ofercie Image Comics, ale także w ogóle na amerykańskim rynku komiksowym. I już z całą pewnością zdecydowanie przebija wszystko to, co Hickman zrobił dla Marvela.

Ocena może być tylko jedna: 6/6