Szósty tom ”The Manhattan Projects” miał być wedle
zapowiedzi zupełnie nowym podejściem do zaprezentowanych w poprzednich
odsłonach wątków. Twórcy obiecywali nie tylko nieco inną strukturę fabuły, ale
także rysunków i formuły publikacji komiksu. Na pierwsze efekty tych decyzji
nie trzeba było długo czekać, ponieważ miniseria ”The Sun Beyond the Stars”
łapała rekordowe opóźnienia. Ale w końcu udało się doprowadzić ją do końca i
ukazał się długo wyczekiwany przeze mnie, szósty tom. Czy spełnił oczekiwania?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the manhattan projects. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the manhattan projects. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 6 czerwca 2016
piątek, 19 lutego 2016
Deviacje #11
Dwa tygodnie zleciały jak z bicza strzelił. To oznacza, że nadszedł czas na najnowszą odsłonę "Deviacji". Tym razem przedstawię Wam prace skupione jedynie wokół dwóch komiksów. Będą to "The Manhattan Projects" oraz rodzynek związany z "Morning Glories". Wszystko to do obejrzenia w rozwinięciu posta.
poniedziałek, 20 lipca 2015
Image Expo/SDCC: Ogłoszenia od Jonathana Hickmana oraz Kaare Andrews
Nadrabianie zaległości z ostatnich edycji Image Expo oraz SDCC pomału zbliża się już do końca, lecz wbrew temu co niedawno obiecywałem, znów zmuszony jestem zrobić post zbiorczy, ponieważ natrafiłem dwa newsy, które nie przyniosły właściwie żadnych interesujących informacji, ale z\ kronikarskiego obowiązku wypada o nich wspomnieć.
Znany z wieloletniej i najczęściej udanej współpracy z Marvelem Kaare Andrews zapowiedział na Image Expo start serii "The One %", która skupiać się ma na postaci Renato Jonesa. Mężczyzna ten wypowiada wojnę najmożniejszym tego świata, obiecując sobie iż nie tylko doprowadzi ich do bankructwa, ale także ujawni wszystkie przestępstwa, jakich się dopuścili. Komiks w całości ma być tworem Andrewsa, który odpowiadać będzie za scenariusz, rysunki, tusz, kolory i edycję.
Niestety znaczną część ogłaszania tego tytułu zajęło twórcy tłumaczenie się z tego, dlaczego opuścił wydawnictwo Marvel Comics, z którym współpracował przez 16 lat. Jeśli jesteście tego ciekawi, rzućcie okiem do źródła.
Źródło: CBR
------------------------------------------------------------------------------------------
Z kolei podczas SDCC swój panel otrzymał Jonathan Hickman, który kilkukrotnie poruszył kwestie związane z jego seriami z Image Comics.
Na początku zapewnił, że postara się zrobić coś, aby miniserie "The Manhattan Projects: Sun Beyond the Stars" oraz ongoing "The Dying and the Dead" nie spotykały w przyszłości takie opóźnienia jak obecnie.
Zapowiedziany lata temu komiks "Feel Better Now", który ukazać miał się nakładem Image Comics wciąż powstaje. Hickman stwierdził zarazem, że w tym roku na pewno nie ujrzy on światła dziennego.
"East of West" zostanie zakończone na 50 numerze.
Zebrani na sali fani odpowiadali na pytanie "gdzie po zakończeniu "Secret Wars" powinien pracować Hickman?". Zwyciężyło Image Comics przed DC, Marvel nie zebrał zbyt wielu głosów.
Źródło: CBR
wtorek, 17 lutego 2015
Gościniec/Felieton: Piękny umysł, czyli design w komiksach Jonathana Hickmana
Kolejny gościnny tekst ląduje na łamach Image Comics Journal. Tym razem gościmy Pawła Gregorczyka z bloga "Thousand Hi-Fives", który wziął na tapetę komiksowe projekty chyba najbardziej gorącego obecnie nazwiska na rynku w USA. Zachęcam do lektury i komentowania, a ja już nie przynudzam i oddaję głos Pawłowi.
Z zawodu architekt. Z zamiłowania architekt komiksowych uniwersów. Jonathan Hickman, jest obecnie persona grata Marvela i Image Comics, a jego runy w "Avengers", "New Avengers" czy "East of West" robią wokół siebie odpowiednio dużo szumu. Ale nim został niszczycielem światów, zajmował się designem i pracował w reklamie. Stąd pewnie jego upodobanie do minimalistycznych logo, wykresów i wszelkiej maści infografik. W wieku 33 lat podjął zawodową i osobistą decyzję by zająć się komiksem w jakiejkolwiek formie i dał sobie dwuletni deadline, by to zrobić. Tak zaczęła się jego przygoda z medium.
wtorek, 27 stycznia 2015
The Manhattan Projects vol. 5: The Cold War (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)
Seria ”The
Manhattan Projects” od samego początku kupiła mnie niebanalnymi pomysłami,
świetnie pisanymi postaciami oraz twistami fabularnymi, których w żaden sposób
nie umiałem przewidzieć. Długo czekałem na premierę piątego tomu, który nosi
tytuł ”The Cold War” i jasno dawał do zrozumienia okres, w którym
zostały osadzone wydarzenia przedstawione w komiksie. To po prostu nie mogło
się nie udać. Ale czy tak jest na pewno? Zapraszam do lektury poniższej
recenzji.
środa, 3 grudnia 2014
Ciąg dalszy nastąpi
Zapowiedzi 25 numeru serii "The Manhattan Projects" mogły sugerować, że doczekamy się końca tego tytułu. Potwierdzać te przypuszczenia mógł brak obecności kolejnych zeszytów w zapowiedziach na grudzień, styczeń i luty, a także ogłoszenie startu kolejnej serii autorstwa Jonathana Hickmana. Kilka dni temu wspomniany zeszyt ukazał się i scenarzysta uznał, że najwyższa pora zaprzeczyć tym domysłom.
Otóż dowiedzieliśmy się, że 26 zeszyt cyklu "The Manhattan Projects" powinien zostać opublikowany w marcu 2015 roku. Będzie to idealny punkt zaczepienia dla nowych czytelników, a jednocześnie spory szok dla tych, którzy są z komiksem od samego początku - a więc także i dla mnie. Hickman zapowiedział, że o ile zespół tworzący komiks pozostanie bez zmian, o tyle możemy spodziewać się dużych zmian w formie opowiadania historii. Dowiedzieliśmy się, że zmianom ulegnie sposób narracji, a samo "The Manhattan Projects" przestanie być pozycją quasi-drużynową i opowiadać będzie opowieści o jednym członku lub części ekipy znanej z kart tytułu. Ponadto skróceniu ulegną story-arci, dotąd liczące regularnie po pięć zeszytów.
Niestety, to wszystkie informacje jakie zdradził Hickman. Na więcej szczegółów będziemy musieli poczekać aż do końcówki pierwszego kwartału przyszłego roku.
Otóż dowiedzieliśmy się, że 26 zeszyt cyklu "The Manhattan Projects" powinien zostać opublikowany w marcu 2015 roku. Będzie to idealny punkt zaczepienia dla nowych czytelników, a jednocześnie spory szok dla tych, którzy są z komiksem od samego początku - a więc także i dla mnie. Hickman zapowiedział, że o ile zespół tworzący komiks pozostanie bez zmian, o tyle możemy spodziewać się dużych zmian w formie opowiadania historii. Dowiedzieliśmy się, że zmianom ulegnie sposób narracji, a samo "The Manhattan Projects" przestanie być pozycją quasi-drużynową i opowiadać będzie opowieści o jednym członku lub części ekipy znanej z kart tytułu. Ponadto skróceniu ulegną story-arci, dotąd liczące regularnie po pięć zeszytów.
Niestety, to wszystkie informacje jakie zdradził Hickman. Na więcej szczegółów będziemy musieli poczekać aż do końcówki pierwszego kwartału przyszłego roku.
poniedziałek, 23 czerwca 2014
The Manhattan Projects vol. 4: The Four Disciplines (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)
Całkiem
niedawno w moje łapska wpadł wreszcie oczekiwany czwarty tom „The Manhattan
Projects”, który według zapowiedzi miał być jak dotąd najważniejszą,
chociaż nie ostatnią odsłoną tego cyklu. I faktycznie, po lekturze okazało się,
że teraz oblicze tej serii nie będzie już takie samo. Czy jednak oznacza to
jednocześnie, że „The Four Disciplines” okazało się zarazem najlepszą
odsłoną cyklu autorstwa Jonathana Hickmana? Tego niestety nie mogę stwierdzić,
chociaż daleki jestem od stwierdzenia, że komiks ten był słaby.
Poprzednim
razem bohaterowie serii dowiedzieli się o zdradzie Oppenheimera i na własnej
skórze przekonali się, że oznacza to dla nich kolejne duże kłopoty. Czwarty tom
„The Manhattan Projects” kontynuuje ten wątek i rozpoczyna się od
ukazania herosów w sytuacji bez wyjścia. Czy jednak grupa najpotężniejszych
umysłów swoich czasów naprawdę nie ma żadnego pomysłu na wyjście ze swojego
beznadziejnego położenia? Skądże znowu! Ich tajną bronią będzie nie kto inny
jak Albrecht Einstein. I można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że fizyk ten
będzie dysponować tym razem podwójną siłą rażenia. Trochę do powiedzenia ma też
pewien niebieskoskóry stwór z innego wymiaru, który szczyci się posiadaniem
czterech mózgów, ale nie uprzedzajmy faktów.
Dotychczas
największą siłą „The Manhattan Projects” było dla mnie umiejętne
wyważenie akcji, humoru i „naukowej” części fabuły. Czwarty tom zbiorczy
pierwszy raz wyraźnie łamie te wyważone proporcje, dość jednoznacznie kładąc
mocniejszy nacisk na pierwszy z wymienionych przeze mnie aspektów. Komiks nie
traci przy tym charakterystycznego i przyjemnego humoru, lecz przez to najmniej
miejsca otrzymuje ukazanie naukowców w tym, w czym są najlepsi. Jonathanowi
Hickmanowi nie można odmówić rozmachu ani pomysłowości – kilkukrotnie podczas
lektury udało mi się złapać na tym, że nie spodziewałem się pewnych wydarzeń.
Mimo wszystko po zakończeniu komiksu nie potrafiłem otrząsnąć się z wrażenia,
że wszystko działo się zbyt szybko i za intensywnie, trochę nie w klimacie
poprzednich odsłon serii.
Żebyście
jednak nie pomyśleli, że czwarty tom „The Manhattan Projects” to komiks
słaby. Zdecydowanie tak nie uważam! Chociaż sposobem prowadzenia historii
odbiega nieco od poprzednich odsłon cyklu, to wciąż mamy do czynienia z fabułą,
która potrafi zainteresować i bez większych przeszkód łamie lub bawi się
konwencją. Dorzucona do scenariusza, a dwukrotnie już przeze mnie wspomniana
szczypta humoru sprawia, że czytelnik bardzo dobrze bawi się podczas lektury.
Tempo jest solidne i brakuje na szczęście miejsc, w których fabuły dłuży się
niemiłosiernie. Hickman nie zapomniał także jak pisać prowadzone przez siebie
postacie. Udało się uniknąć scen, w których ktoś zachowuje się niezgodnie z
tym, co dotychczas widzieliśmy na kartach poprzednich tomów. Plus za kolejne
rozwinięcie postaci Jurija Gagarina, który powoli staje się jednym z dwóch moich
ulubionych bohaterów tego cyklu. Generalnie, jak widać po tym akapicie, większy
nacisk na akcję to jedyne, co różni ten tom „The Manhattan Projects” od
poprzednich i jednocześnie jest to także jedyna wada, którą można komiksowi
wytknąć.
Całość
uzupełniana jest rysunkami Nick Pitarry, który jak zwykle oddał we władanie
Ryanowi Browne’owi jeden zeszyt, którego akcja osadzona jest w umyśle
Oppenheimera. Standardowo obaj spisali się bardzo dobrze, chociaż nie mogę oprzeć
się wrażeniu, że Pitarra z każdym kolejnym numerem spisuje się coraz lepiej. Jego
kreska się wyostrzyła, zyskała na detalach, a jednocześnie wciąż nie pozbawiona
jest specyficznego stylu, za który bardzo polubiłem tego artystę. Obaj artyści
bardzo dobrze współpracują z Jordie Bellaire, która kolejny raz udowadnia, że
nominacja do Eisnera nie jest przypadkowa. Także właśnie paleta barw użyta w
całości cyklu „The Manhattan Projects” sprawiła, że komiks ten jest tak
charakterystyczny i zapadający w pamięć. Dotyczy to także dziś opisywanego, czwartego
tomu.
W tym
akapicie powinienem napisać jedynie, że dodatków w czwartym tomie „The
Manhattan Projects” nie ma żadnych. Te pewnie zarezerwowane są dla
zapowiedzianego niedawno wydania deluxe HC. Wspomnę jednak tylko jak bardzo ich
nie ma w tym komiksie. Mianowicie, tym razem zniknęły już nawet strony z
prezentacją obsady komiksu, co uważam za zmianę na minus. Co prawda wątpię by
ktoś sięgnął po tę serię zaczynając akurat od czwartego tomu, ale jednak brak
tych dwóch stron jest odczuwalny.
„The
Manhattan Project: The Four Disciplines” jest komiksem nieco innym od
poprzednich odsłon, lecz wciąż sprawia on tyle radości i frajdy podczas
czytania, że nie mogę nie ocenić go wysoko. Tym razem będzie to solidna czwórka
z plusem.
niedziela, 2 marca 2014
The Manhattan Projects vol. 3: Building (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)
Po
intrygujących i zajmujących czytelnika dwóch pierwszych tomach, czas na powrót
do korzeni założeń Projektów Manhattan. Wszystko to na łamach kolejnej odsłony
jednej z moich ulubionych spośród obecnie wydawanych serii przez Image Comics.
Czy trzeci tom „The Manhattan Projects” dorównał swoim poprzednikom?
Poniższa recenzja powinna udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, więc
zapraszam do lektury.
Na początek
jednak parę słów o fabule. Po wydarzeniach z poprzedniego tomu, naukowcy
działający w ramach tytułowych projektów dowiadują się, iż dysponować będą w
zasadzie nieograniczonym budżetem. Dzięki temu szybko zaczynają pojawiać się
pomysły na wykorzystanie tych ogromnych środków. Przoduje w nich oczywiście
demoniczny Oppenheimer, który szybko przekonuje do swoich idei wszystkich
współtowarzyszy, którzy są nieświadomi faktu, iż tak naprawdę konsekwentnie
dąży on do przejęcia kontroli nad światem. naturalnie nie będzie to jedyny
problem Projektów Manhattan, których członkowie zmierzyć będą się musieli z...
Enrico Fermim. Chwila, moment – czyż nie był on jednym z ich drużyny? Był, lecz
odrobinę się zmienił.
Trzeci już
raz Jonathan Hickman zaprezentował swój styl na pisanie serii „The Manhattan
Projects”. Polega on na powolnym, lecz konsekwentnym budowaniu głównego
wątku opartego na złym Oppenheimerze, a dodatkowo co tom pojawia się
teoretycznie mniejsze zagrożenie, które jak się z czasem okazuje, na takie
określenie zwyczajnie nie zasługuje. Taki dualizm wątków sprawia, że
praktycznie każdy numer serii nie tylko posuwa któryś z nich do przodu, ale
także daje czytelnikowi niepowtarzalną szansę śledzić tytuł, który przez żaden
ze swoich piętnastu dotychczasowych numerów nie miał szansę być nudny. Chyba
właśnie to jest dla mnie największą zaletą „The Manhattan Projects”.
Owszem, są inne serie, których tempo potrafi być zabójcze, ale nie umiem sobie
przypomnieć ani jednej tak konsekwentnej, a przy tym stojącej na przyzwoicie
wysokim poziomie jak ta dziś opisywana.
„Building”
jest dokładnie takie samo jak poprzednie dwie odsłony „The Manhattan
Projects”. Sprawnie zarysowana fabuła obfituje w nieoczekiwane zwroty
akcji, które jednak za każdym razem okazują się być logiczne i wynikające z
wydarzeń przedstawionych nieco wcześniej. Poszczególne wątki nie wloką się
nieprzyzwoicie, a mimo to potrafią doczekać się satysfakcjonującego i
sprawiającego wrażenie niewymuszonego zakończenia. Kolejny plus należy się
Hickmanowi za to, że tym razem poświęcił też nieco więcej miejsca przyjaźniom,
które nawiązały się podczas prac nad Projektami Manhattan. Generalnie dotyczy
to zwłaszcza Enrico Fermiego i Harry’ego Daghliana, ale w trakcie czytania
komiksu można natknąć się także na nie mniej sympatyczne wstawki z Albertem
Einsteinem i Richardem Feynmanem czy z udziałem Juriego Gagarina oraz Łajki.
Nie zajmują one zbyt dużo miejsca w trzecim tomie „The Manhattan Projects”,
ale w bardzo przyjemny sposób wreszcie pokazują nam także tę odrobinę bardziej
ludzką stronę poszczególnych bohaterów tej jakże ciekawej serii.
Podobnie
jak w przypadku drugiego tomu, ostatni zeszyt tomu to kolejna podróż w głąb
szalonego umysłu Oppenheimera. Tu muszę szczerze się przyznać, że nie podobała
mi się ona tak mocno jak w przypadku poprzedniego razu. Zeszyt jest o wiele
bardziej przewidywalny, a momentami wręcz przesadzony i, co dość dziwne, bardzo
chaotyczny. Na tyle, że gdyby nie świetna praca kolorysty, ciężko byłoby
odnaleźć się w tym zeszycie.
Tym razem
dokładnie sprawdziłem, by nie popełnić takiego błędu jak poprzednim razem i z
całą pewnością mogę napisać, że Nick Pitarra narysował większą część tego tomu
„The Manhattan Projects”. W ostatnim zeszycie zastąpił go Ryan Browne. W
zasadzie powinienem przekleić tu akapit z poprzedniej recenzji, ponieważ moje
zdanie się zupełnie nie zmieniło. Pitarra nadal ma swój nietypowy styl rysunku,
który mi się podoba, kolorujący komiks Jordie Bellaire wykonuje kawał świetnej
pracy i na koniec tomu nieco uratował zarówno prace Browna, jak i scenariusz
Hickmana. Jestem przekonany, że seria ta dużo straciłaby ze swojego
niepowtarzalnego uroku, gdyby kolorował ją ktoś inny.
„The
Manhattan Project vol. 3” jest wydany dokładnie tak samo jak jego dwaj
poprzednicy. Oznacza to niestety brak jakichkolwiek dodatków, bo za takie nie
uważam jednej strony z przedstawioną obsadą komiksu, a także drugiej z krótkimi
biografiami scenarzysty i głównego rysownika. Aż prosi się o to, by poświęcono kilka
stron Bellaire i procesowi kolorowania komiksu. jestem przekonany, że byłaby to
nie mniej ciekawa lektura, co sam komiks.
Mam pewien
kłopot z oceną tego tomu. O ile Głowna historia w nim zawarta podobała mi się nawet
bardziej niż ta z drugiego tomu, o tyle zeszyt poświęcony Oppenheimerowi już
nie przypadł mi do gustu. Sądzę że najlepiej będzie, jeśli utrzymam ocenę z
drugiego tomu, a więc ostatecznie wystawię solidna piątkę i już z
niecierpliwością oczekuję, kolejnego, czwartego już tomu „The Manhattan
Projects”, którego recenzja pojawi się na blogu dość szybko po jego
premierze.
niedziela, 2 lutego 2014
The Manhattan Projects vol. 2: They Rule (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)
Plan trzech
recenzji na styczeń został wykonany, czas rozpocząć realizację założenia
kolejnych trzech na luty. Rozpocznę więc od tej samej serii, od której
rozpocząłem cykl recenzji na ten rok. Jak możecie sprawdzić TUTAJ, pierwszy tom
„The Manhattan Projects” oceniłem maksymalnie. Czy kolejny dorównał
swojemu poprzednikowi? Śmiem twierdzić że tak, ale wcale nie oznacza to, że
końcowa ocena będzie identyczna.
Na początku
przypomnę może jeszcze o czym jest seria tworzona przez Jonathana Hickmana.
Otóż opowiada ona alternatywną historię Stanów Zjednoczonych, a tytułowe
„Projekty Manhattan” skupiają największe umysły ówczesnego świata i ich
badania. Nie są to jednak prace nad bombą atomową, a raczej nad podróżami
między planetami, wymiarami, poznawanie obcych raz oraz przejmowanie ich
technologii, ale to nie wszystko. Potwierdza to właśnie drugi tom, który nie
tylko kontynuuje zapoczątkowane wcześniej wątki, ale także dokłada kolejne i
chociaż nie jest jedną, zwartą historią, wciąż czyta się świetnie.
Dlatego też
postanowiłem nie opisywać drugiego tomu „The Manhattan Projects” jako
jednego komiksu i skupić się na poszczególnych jej rozdziałach. Tom otwiera
historia Helmuta Grottrupa, który w serii jest specem od rakiet z wypaloną
swastyką na głowie. Rozdział ten opowiada nam jak do tego doszło, przy okazji
wyjaśniając nieco jego skomplikowaną relację z Wernherem von Braunem. Jest to
moim zdaniem najsłabsza część tego zbioru. Prowadzona w niespiesznym tempie
niczym nie zaskakuje, może poza widokiem radzieckiego odpowiednika „Projektów
Manhattan”. Nie oznacza to jednak, że jest to historia zła. Po prostu lektura
pierwszego tomu, a także kolejnych rozdziałów recenzowanego dziś, daje wrażenie
że w tym przypadku Hickman zbytnio się nie postarał.
Na
szczęście dalej jest już tylko lepiej. kolejne trzy rozdziały to już historia
właściwa, której tytuł nosi także całość tego zbioru. I tu znów scenarzysta
zaskakuje, tempo zdecydowanie przyspiesza i wracamy do tego, co zaserwowano nam
w pierwszym tomie serii „The Manhattan Projects”. Przede wszystkim
rodzaj zagrożenia, z którym zmierzyć muszę się bohaterowie komiksu jest już
ogromnym plusem. Od początku bowiem wiadomo było, że postać która będzie
odpowiedzialna za bałagan w „They Rule”, w swojej nietypowej roli nie pojawiła
się przypadkowo. Mowa oczywiście o Franklinie Delano Roosevelcie w roli
sztucznej, aczkolwiek bardzo charakternej inteligencji. Scenarzysta dodał do
obsady nowe postacie (Gagarin i Łajka) i ponownie zaszokował. Powtórzone
zostały wszystkie zalety pierwszego tomu, a więc zabawa konwencją, wymyślanie
coraz to większych absurdów i ubieranie ich w taki sposób, by czytelnik nie
tylko przyjął je jako coś oczywistego, ale jeszcze by tym bardziej mu się to
podobało. Ponadto całość nie narzuca się odbiorcy, nachalnie próbując być
bardziej inteligentną niż jest w rzeczywistości. Chociaż niemal całość obsady
komiksu to piekielnie uzdolnieni naukowcy, drugi tom „The Manhattan Projects”
nie poraża niezrozumiałymi zwrotami, które mogą odrzucić. Każdy z bohaterów
jest przy tym wyrazisty oraz wiarygodny, a jego intencje logiczne. Za jednym
wyjątkiem.
Jest nim
oczywiście Oppenheimer, któremu poświęcony jest ostatni rozdział drugiego tomu
„The Manhattan Projects”. I chociaż podobnie jak w przypadku historii
otwierającej zbiór tempo wyraźnie siada, nie przeszkadzało mi to w niczym.
Postać ta od samego początku serii jest jedną z najbardziej wyrazistych i
interesujących, chociaż zdecydowanie nie jest on jednym z tych dobrych. Podróż
w głąb jego szalonego umysłu zaskakuje praktycznie wraz z każdą kolejną stroną.
Dopiero teraz dochodzi do nas z jak wielkim psychopatą mamy do czynienia i
wydaje mi się że nie przesadzę, gdy nazwę go jednym z najlepiej wykreowanych
villainów jakich znam. Rozdział ten gościnnie zilustrował Ryan Browne, który dysponuje bardzo podobnym stylem do Nicka Pitarry. Na tyle, że jak widzicie w komentarzach - pomyliłem ich obu. Wobec pana Browna nie mam żadnych zastrzeżeń.
Oprócz wspomnianej historii o Oppenheimerze, całość
drugiego tomu „The Manhattan Projects” zilustrowana została przez Nicka
Pitarrę. Moja opinia o nim nie zmieniła się od ostatniego razu. Wciąż jest to
rysownik niekonwencjonalny, lecz zarazem idealnie pasujący do zwariowanego
komiksu, jakim niewątpliwie jest dzieło Jonathana Hickmana. Osobne zdanie
pochwał należy się dla Jordiego Bellaire – kolorysty komiksu, który chociaż
używał dość skromnej palety barw, fenomenalnie wywiązał się ze swojego zadania.
Już same kolory podpowiadają nam czego możemy spodziewać się po określonych
bohaterach komiksu i wbrew pozorom, nie tylko w żaden sposób nie psuje to jego
odbioru, ale także idealnie pasuje do bardzo szczegółowych prac Pitarry.
Podobnie jak
w przypadku pierwszego tomu, tak i drugi niestety nie zawiera żadnych dodatków.
Nie zmienia to jednak końcowej oceny komiksu, który uważam za jedynie odrobinę
gorszy od świetnego debiutu. Dlatego też wystawiam piątkę z dużym plusem.
niedziela, 5 stycznia 2014
The Manhattan Projects vol. 1: Science. Bad. (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)
Kim jest
Jonathan Hickman? Odpowiedź jest prosta, prawda? Scenarzysta ten jest obecnie
największą maszynką do zarabiania pieniędzy dla Marvela i autorem interesujących
historii w serii „Avengers” oraz nieco wcześniej bardzo dobrego runu w „Fantastic
Four”. Tyle tylko, że to tylko mała część prawdy. Prawidłowa odpowiedź znajduje
się w kolejnym zdaniu. Tak naprawdę Jonathan Hickman to obecnie nie tylko (UWAGA:
to podłe powtórzenie jest jak najbardziej zamierzone) największa maszynka do
zarabiania pieniędzy dla Marvela i autor interesujących historii w serii
„Avengers” oraz nieco wcześniej bardzo dobrego runu w „Fantastic Four”, ale być
może przede wszystkim scenarzysta komiksów autorskich, wydawanych przez Image
Comics oraz od niedawna Avatar Press. Panie, panowie, padła właśnie pełna
definicja Jonathana Hickmana, od razu uprzedzam – wszelkie prawa zastrzeżone
Ileż już
pojawiało się komiksowych historii prezentujących alternatywną historię świata?
Myślę że nawet średnio obeznany w amerykańskim mainstreamie czytelnik mógłby
spokojnie wymienić ich nawet kilka. Pisana przez Hickmana seria „The
Manhattan Projects” nie jest pod tym względem wyjątkiem. Tak, liczba mnoga
jest tu zupełnie nieprzypadkowa. Oryginalnie, „The Manhattan Project” opierał
się na zebranej przez rząd USA w 1942 roku grupie wybitnych naukowców, których
wspólna praca dała amerykanom bombę atomową. Jonathan Hickman w swoim komiksie
kompletnie odszedł od tej koncepcji, prezentując znane postacie historyczne
jako podróżników między wymiarami, zdobywców kosmosu, badaczy zjawisk
nadprzyrodzonych i wreszcie, a być może przede wszystkim, jako naprawdę fajnych
gości. I nie zmienia tego faktu, że trzon obsady komiksu tworzą między innymi
takie postacie jak: bardzo zły brat-bliźniak, sobowtór z innego wymiaru, żywa
napromieniowana czaszka czy radykalny mason.
Czytając
pierwszy tom zbiorczy „The Manhattan Projects” nie sposób się nudzić. Scenarzysta
praktycznie bez przerwy na oddech prowadzi pisaną przez siebie historię do
przodu, co rusz zaskakując czytelnika niespodziewanymi zwrotami akcji czy
zabawą konwencją. Dość ryzykownym pomysłem mogłoby wydawać się postawienie na
konwencję tak zwanego „weird sci-fi”, lecz ostatecznie scenarzysta doskonale się
w niej odnajduje. Moim zdaniem właśnie ta druga rzecz jest tym, dzięki czemu
seria zapracowała sobie na nominację do nagrody Eisnera„The Manhattan
Projects” nie tylko przedstawia
takie znane postacie jak Einstein czy Oppenheimer, ale także czyni z nich kogoś
niemal na kształt superherosów czy superzłoczyńców. I mimo iż jest to totalnie
odjechany pomysł, Hickman sprawia że czyta się to z uśmiechem na twarzy, a
także tworzy się więź z bohaterami komiksu. Czyż nie jest niesamowitym
przeżyciem zobaczyć, jak Robert Oppenheimer osobiście zabija z karabinu
maszynowego dziesiątki Japońskich robotów inwazyjnych? To zdecydowanie nie jest
rzecz, której czytelnik może oczekiwać po pierwszym z brzegu komiksie z trykociarkami.
Tu nie
sposób nie porównać przy okazji dwóch dość podobnych dzieł Hickmana, a więc
tego komiksu oraz „S.H.I.E.L.D.” dla Marvela. Oba te tytuły bazują na podobnej
koncepcji, a więc na przedstawieniu alternatywnej historii świata. W swojej
pracy dla Domu Pomysłów Hickman jednak co rusz musiał odwoływać się w bardziej
lub mniej wyszukany sposób do wydarzeń z uniwersum, ponieważ całkowita swoboda
twórcza jest dla edytorów tego wydawnictwa rzeczą kompletnie nie do pomyślenia.
I chociaż muszę przyznać, że jego seria była naprawdę niezła (a nie zdarza mi
się często chwalić Dom Pomysłów), nie przyjęła się wśród zafascynowanych
superbohaterami czytelników i przepadła, chyba nawet niedokończona, w
Marvelowskim limbo.
Rysownikiem
każdego z zeszytów „The Manhattan Projects” jest Nick Pitarra – bardzo
regularny współpracownik Jonathana Hickmana. Obaj wcześniej stworzyli miniserię
pod tytułem „The Red Wing”. Artysta ten znany jest z dosyć specyficznego
stylu, który określiłbym jako mieszaninę kreskówkowej z... surrealistyczną. Jak
widać na ilustracjach jego autorstwa, Pitarra nie jest rysownikiem łatwym w
odbiorze i z jego stylem trzeba się polubić. Problem pojawia się wtedy, jeśli
nie spodobają się one wam na tyle, że z tego powodu nie dacie szansy
niesamowitemu i wciągającemu scenariuszowi. Jeśli więc Pitarra nie jest waszym
ulubionym rysownikiem, to i tak powinniście dać szansę tej pozycji.
Obecnie
ukazały się już trzy tomy zbiorcze „The Manhattan Projects” i już teraz
mogę obiecać, że absolutnie każdy z nich będzie przedmiotem osobnej recenzji na
blogu. Niestety, pierwszy tom nie zawierał żadnych dodatków, a ze względu na
dość surowe, jednorodne, ale mimo wszystko całkiem oryginalne okładki, ciężko
nawet polecić przejrzenie kompletnej galerii coverów. Jedno i tak jest pewne – brak
dodatków na pewno nie sprawia, że nominacja do Eisnera dla „The Manhattan
Projects” była przypadkowa. Podejrzewam, że czytelnicy tego bloga doskonale
wiedzą iż uważam, że jest to jeden z najlepszych komiksów nie tylko w obecnej ofercie
Image Comics, ale także w ogóle na amerykańskim rynku komiksowym. I już z całą
pewnością zdecydowanie przebija wszystko to, co Hickman zrobił dla Marvela.
Ocena może być
tylko jedna: 6/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)





