W tekście pojawia się jeden, delikatny spoiler, ale na wszelki wypadek ostrzegam, żeby nie było.
Na początek małe
przypomnienie, chociaż stali bywalcy bloga wiedzą o tym już doskonale – Marka
Millara i mnie łączy baaaardzo szorstka przyjaźń. Na tyle, bym uważał go za
bodaj najbardziej przereklamowanego twórcę komiksów, który cały czas tworzy
nowe tytuły. I dlatego lektura ”Jupiter’s
Legacy: Dziedzictwo Jowisza #2” było dla mnie sporą niespodzianką. Oto
bowiem wreszcie dostałem coś autorstwa Millara, do czego w zasadzie nie mam o
co się przyczepić. Ale dla równowagi wspomnę, że i powodów do zachwytów wielu
nie widać.

