Po latach spędzonych przy amerykańskim komiksie,
ze zdecydowanym naciskiem położonym na historie superbohaterskie, jako
czytelnik zacząłem się zwyczajnie nudzić i szukać czegoś więcej. Nie opuściwszy
całkowicie DC i Marvela, powoli rozpocząłem wertowanie ofert innych, mniejszych
wydawców i jak samo istnienie tego bloga jasno daje do zrozumienia, najwięcej
dobroci dla siebie znalazłem w wydawnictwie Image. Jednakże bardzo polubiłem
pewien określony typ opowieści, który pojawia się w każdej firmie publikującej
komiksy, tylko czasem trzeba jej głębiej poszukać. Chodzi mi o historie, której
twórcy wymyślają konkretną konwencję, biorą do ręki wszystkie schematy z nią
związane, a następnie rozpoczynają zabawę polegającą na całkowitym ich
mieszaniu wedle uznania. Nathan Fairbairn oraz Matt Smith postanowili garściami
czerpać w licznych historii o kosmicznych, morderczych drapieżnikach. Lecz nie
kazali mierzyć im się z uzbrojonymi po zęby żołnierzami, a z rycerzami, których
największym zmartwieniem dotąd była walka z heretykami.
