Żyjemy w ciekawych czasach, gdy twórcy filmów i
seriali odnaleźli w świecie komiksów kopalnię pomysłów, które można przenieść
na duży i mały ekran. Co moment otrzymujemy informacje o tym, że ten bądź inny
komiks może zostać zekranizowany i o ile początkowo jarałem się takimi
informacjami niemożliwie, dziś przede wszystkim wzruszam ramionami. Serio,
lista potencjalnych produkcji opartych na najróżniejszych komiksach jest tak
przerażająco długa, że gdy pojawiają się newsy o kolejnych światłych planach,
entuzjazmu nie umiem z siebie wykrzesać żadnego. Ten ewentualnie pojawia się w
momencie, gdy coś opuści sferę dalekosiężnych planów i zaprezentuje cokolwiek:
trailer, teaser lub chociażby zdjęcia. Wyczulony jestem zwłaszcza na stację
SyFy, która w ostatnich latach zapowiadała mrowie komiksowych projektów z
których nie wyszło totalnie nic (wspominali między innymi o ekranizacji ”Pax Romana” Jonathana Hickmana, ”Five Ghost” Franka Barbiere czy serialu
o Booster Goldzie z DC). Do czasu, ponieważ właśnie końca dobiegł emitowany tam
pierwszy sezon ”Happy!” i właśnie o
nim chciałbym dzisiaj nieco więcej napisać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą darick robertson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą darick robertson. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 lutego 2018
środa, 13 sierpnia 2014
Happy! vol. 1 (Grant Morrison/Darick Robertson)
Do pewnych
nazwisk na rynku komiksowym przylgnęły pewne łatki. Gdy Grant Morrison bierze
się za jakiś komiks, można spodziewać się całkiem ciekawej, wielowątkowej,
skomplikowanej i na pierwszy rzut oka niezrozumiałej historii. Czasem komiksy
tego autora są tak dziwne, że trzeba posiłkować się specjalną stroną internetową,
by w pełni zrozumieć co autor mógł mieć na myśli. Jakież więc może być
zdziwienie setek jeśli nie tysięcy czytelników, gdy Grant Morrison tworzy
scenariusz do komiksu, którego fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa i
ogranicza się do wielkiej strzelaniny oraz... małego niebieskiego konika w tle!
:)
Nick Sax to
były gliniarz, który jako jeden z niewielu nie brał łapówek. Wyrzucony z policji został
mordercą do wynajęcia, jednocześnie coraz mocniej popadając w uzależnienie od
alkoholu. Dotychczas wszystko szło po jego myśli, aż do dnia w którym został
postrzelony podczas wykonywania jednej z akcji. Ranny Nick budzi się w
szpitalu, skuty kajdankami, czekający na transport do więzienia. I nie byłoby w
tym nic dziwnego, gdyby nie to, że mężczyzna widzi małego, niebieskiego,
latającego konika o imieniu Happy. W towarzystwie wyimaginowanego i
niechcianego „partnera”, Nick nie tylko musi uwolnić się ze szpitala, ale także
dopaść przebierającego się za świętego Mikołaja mordercę dzieci, który więzi
między innymi córkę mężczyzny.
Chyba nikt
z Was nie miał wątpliwości, że Grant Morrison nie uczyni z ”Happy!”
czegoś nienormalnego. Teoretycznie, gdyby z komiksu usunąć wątek tytułowego
bohatera, mielibyśmy do czynienia z najnormalniejszą na świecie historią
kryminalną, powiedziałbym wręcz że w stylu prowadzenia akcji, narracji i
dialogów, bardzo bliską temu, co regularnie wyczynia Garth Ennis. Być może jest
to zasługa Daricka Robertsona, który przez wiele lat współpracował z Irlandczykiem
przy ”The Boys”. Ale wróćmy do warstwy fabularnej. Nie ukrywam nawet, że nie
przepadam za tego typu historiami, gdzie główna oś fabuły jest tylko pretekstem
do pokazania obłędnie dużej ilości krwi i trupów. Ale w ”Happy!” jest...
no właśnie jest Happy. Halucynacja Nicka Saxa jest po prostu stworzona bezbłędnie.
Niebieski konik, jest radosny, irytujący i niesamowicie gadatliwy, co stanowi
dokładne przeciwieństwo zimnego, poważnego mruka, jakim jest Nick. Oparcie się
na znanym schemacie dokładnych przeciwieństw jest co prawda oklepane do bólu,
ale nie potrafię nie docenić tego, jak mocny i niecodzienny kontrast zastosował
Morrison.
Jak już
przed chwila wspomniałem, ”Happy!” początkowo niczym nie zaskakuje.
Świat przedstawiony przez Morrison na łamach komiksu, to brudna i zdeprawowana
metropolia, w której morderstwa na zlecenie, beznamiętny i dziwny seks oraz
ogólny upadek moralny to ponura codzienność. Na kartach rozpisanej przez
scenarzystę historii właściwie tylko o uprowadzonych dzieciach można
powiedzieć, że są dobre – cała reszta ludzkiej części obsady ma za swoimi
uszami kilka większych lub mniejszych grzechów. I tu właśnie pojawia się Happy.
Postać ta nie tylko jest zupełnie z innej bajki bo jest niebieskim konikiem,
ale także dlatego bo wlewa w historię mnóstwo radości i optymizmu, oczywiście w
nie do końca normalnym znaczeniu tego słowa. Interakcje między nim a Nickiem są
zdecydowanie najsilniejszym i najzabawniejszym elementem całości ”Happy!”.
Po kilkunastu stronach mrocznej i obfitującej w krwawe sceny sensacji, cała
historia zmienia się w brutalną, ale jednak komedię, która chociaż wciąż nie
ucieka od wielu schematów, to jednak sprawia iż z historii jednej z wielu
dostajemy produkt oryginalny i interesujący. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia,
że ”Happy!” w tym momencie trzeba uznać za komiks stojący na wysokim
poziomie, ale z pewnością po nie najlepszym pierwszym wrażeniu, historia
zmienia się w coś, co chce się doczytać do końca.
Rysownikiem
”Happy!” jest Darick Robertson, którego prace bardzo często oglądałem na
łamach serii ”The Boys” publikowanej najpierw przez DC WildStorm, a następnie
Dynamite. Nie mogę uznać się za fana jego prac, lecz z pewnością przywykłem do
jego specyficznego stylu podczas lektury wspomnianego przed chwila tytułu. Tymczasem
odnoszę wrażenie, że rysunki w ”Happy!” powstawały w dużym pośpiechu,
jakby Robertsonowi nieco zmienił się grafik i musiał się spieszyć. Widać to
najmocniej po postaciach ludzi – brzydkich jak zwykle, lecz dodatkowo
rysowanych bez tej ilości detali, do których przyzwyczaił mnie ten rysownik. Z drugiej
strony dodać trzeba, że sam Happy wychodził Robertsonowi bardzo dobrze i aż
dziwię się, że twórcy komiksu nie pokusili się o zaprojektowanie zabawek z tym
bohaterem.
”Happy!”
w formie zbiorczej ukazało się w dwóch postaciach. Najpierw wydano posiadane
przeze mnie wydanie miękkookładkowe, a dopiero kilka miesięcy później swój
debiut zaliczyła edycja Deluxe HC, która oprócz galerii okładek posiada także
bonusową, liczącą dziesięć stron historię z akcją umieszczoną między trzecim i czwartym zeszytem serii. Jej celem jest wyjaśnienie niektórych wątków, ponieważ pojawiały się głosy mówiące, iż czytelnicy czasami gubią się podczas lektury w tym właśnie miejscu. W posiadanym przeze mnie komiksie
jest jedynie wspomniany zestaw coverów. Tak więc jeśli chodzi o materiały
dodatkowe, to ”Happy!” w wersji z miękką okładką nie ma się czym
pochwalić.
Komiks ten
nie jest czymś, co poleciłbym każdemu czytelnikowi. Sam osobiście nie żałuję
kupna ”Happy!”, ale ja lubię od czasu do czasu zainwestować w historię,
której jedynym celem jest zrycie beretu i wprawienie w dobry humor. Z tego
zadania recenzowany dziś komiks wywiązuje się doskonale, lecz nie powinni
sięgać po niego ci, którzy oczekują po Morrisonie czegoś więcej. Końcowa ocena
to 3.5/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)

