Kojarzycie Łukasza Kowalczuka?
Głupie pytanie, pewnie że tak. Co? Ty nie? Wyjdź czym prędzej z piwnicy i
zorientuj się z kim masz do czynienia! Dlaczego jednak piszę o naszym cholernie
zdolnym rodaku? Otóż nigdy szczególnie mocno się z tym nie kryłem, że jeszcze
kilka lat temu na słowo ”zin” reagowałem głupkowatym uśmieszkiem i w myśl
zasady ”nie znam się, więc się wypowiem” o tego typu komiksach miałem bardzo
słabe zdanie, podparte totalnie niczym, bo żadnych zinów wówczas nie czytałem. W
sprawieniu, że dziś przyznaję się do tego z ogromnym wstydem przyczyniły się
najmocniej dwie osoby – mój kolega Andrzej z podcastu ”Kadr Ci w oko!”, który
za zinami był mocno od kiedy tylko pamiętam i właśnie Łukasz Kowalczuk, od
którego prac zacząłem tak na dobrą sprawę zaznajamiać się z tą gałęzią sztuki
komiksu. Nasz rodzimy ”Król szlamu” najmocniej ukochał sobie tematy związane z
wrestlingiem, do którego też po latach zacząłem się na nowo przekonywać. No
dobra, dobra. Ale co to ma w zasadzie wspólnego z komiksem ”New Lieutenants of Metal”? Otóż pozycja
ta jest mocno w Łukaszowym klimacie, tylko wrestlerów trzeba zastąpić fanami
metalu. I gdyby nie wspomniany twórca, w życiu bym po ten tytuł nie sięgnął. A
tak nie tylko to zrobiłem, ale i bawiłem się wyśmienicie.
