Jak każde
z Was, jestem człowiekiem o określonych poglądach na temat wszystkich
najważniejszych i najbardziej aktualnych kwestii. Mam tu oczywiście na myśli
politykę, religię, stosunek do osób o odmiennych orientacjach seksualnych czy
zwyczajów. Staram się jednak (i jak mi to wychodzi, to już wy musicie ocenić)
nie wywalać tego na światło dzienne w swoich tekstach, do absolutnie każdego
komiksu podchodząc tak samo, niezależnie od tego, czy jest to, powiedzmy,
”Likwidator” czy ”Jan Hardy” (btw, oba mi się nie podobają). Żyjemy jednak w
tych smutnych czasach, gdzie bóldupstwo o naprawdę najmniejszą pierdołę wylewa
się w ekranu komputera praktycznie po kilkunastu sekundach po włączeniu
Internetu. Zdecydowanie najbardziej nie trawię ludzi, którzy pomimo iż wiedzą,
że dany tytuł nie jest dla nich, to i tak go przeczytają, byle tylko wylać
wiadro pomyj w imię jakiejś dziwacznej idei. Albo zrobią to bez czytania, lecz
to już ociera się o jakiś poważny uraz głowy. Dlaczego to wszystko piszę?
Ponieważ jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację w której premierowy tom ”Przeklętego”, o którym chciałbym dzisiaj co nieco napisać, może wywołać falę shitstormów już samym opisem
fabuły.
