Nie mam zamiaru nawet ukrywać, że jestem całkowitym noobem jeśli chodzi o zbieranie figurek. O ile potrafię zachwycić się jakością wykonania wielu z nich, nigdy szczególnie mocno nie korciło mnie, aby posiadać coś w tym stylu na swoich półkach. Jeśli nie liczyć minifigurek LEGO, jednego Green Arrowa z McDonaldsa i... prześmiesznego Transformersa z automatu za dwa złote, nie posiadam żadnych "normalnych" figurek. I nagle przyszedł mi mail od wydawnictwa Eaglemoss.
