wtorek, 16 września 2014
Szafa z Komiksami poleca "Deadly Class"
Po nieco dłuższej przerwie "Szafa z Komiksami" znów bierze na tapetę komiks rodem z Image i... sprawdźcie sami.
Wyciekła pierwsza grudniowa zapowiedź
Dzięki serwisowi USA Today poznaliśmy tytuł i zapowiedź pierwszego komiksu Image, który swoją premierę ma mieć w grudniu. Jest to kolejny powrót do wydawnictwa twórcy, który działał w nim dość intensywnie na początku działania Image Comics. O kogo chodzi? Czytajcie dalej.
John Arcudi to nazwisko, które kojarzyć możecie obecnie głównie z wydawnictwem Dark Horse i serii "B.P.R.D.". Zapewne mało kto pamięta, że scenarzysta ten miał długi i całkiem udany run w "Gen13 vol. 2", dość mocno zmieniając oblicze tego tytułu. Dziś dowiedzieliśmy się, że w ostatnim miesiącu tego roku wystartuje "Rumble" ze scenariuszem właśnie tego pana i rysunkami Jamesa Harrena, który także ma za sobą okres pracy przy spin-offie "Hellboy'a".
Oto udostępniona mediom, dość enigmatyczna zapowiedź tego komiksu:
"Co-creators John Arcudi (writer of BPRD, Savage Wolverine, A god Somewhere and the Eisner nominated The Creep) and comics rock-star James Harren (Artist on Conan, BPRD, and cover artist for the Hawkeye vs. Deadpool mini series) have come together on a project that is both quite literally of epic proportions and completely “street-level-human” in its themes in RUMBLE. Both bizarre as hell and familiar as life, the new ongoing series comes to Image Comics in December of 2014.
And RUMBLE is a strange book, that’s for sure—like a scarecrow-Conan fighting in a Louis C.K. TV show directed by David Fincher—with a supporting cast of odd characters, many of whom aren’t even human.
RUMBLE is a bizarre action/adventure urban-fantasy horror story—with a dash of humor at times. Coming to Image Comics this December"
John Arcudi to nazwisko, które kojarzyć możecie obecnie głównie z wydawnictwem Dark Horse i serii "B.P.R.D.". Zapewne mało kto pamięta, że scenarzysta ten miał długi i całkiem udany run w "Gen13 vol. 2", dość mocno zmieniając oblicze tego tytułu. Dziś dowiedzieliśmy się, że w ostatnim miesiącu tego roku wystartuje "Rumble" ze scenariuszem właśnie tego pana i rysunkami Jamesa Harrena, który także ma za sobą okres pracy przy spin-offie "Hellboy'a".
Oto udostępniona mediom, dość enigmatyczna zapowiedź tego komiksu:
"Co-creators John Arcudi (writer of BPRD, Savage Wolverine, A god Somewhere and the Eisner nominated The Creep) and comics rock-star James Harren (Artist on Conan, BPRD, and cover artist for the Hawkeye vs. Deadpool mini series) have come together on a project that is both quite literally of epic proportions and completely “street-level-human” in its themes in RUMBLE. Both bizarre as hell and familiar as life, the new ongoing series comes to Image Comics in December of 2014.
And RUMBLE is a strange book, that’s for sure—like a scarecrow-Conan fighting in a Louis C.K. TV show directed by David Fincher—with a supporting cast of odd characters, many of whom aren’t even human.
RUMBLE is a bizarre action/adventure urban-fantasy horror story—with a dash of humor at times. Coming to Image Comics this December"
poniedziałek, 15 września 2014
Z archiwum Image #6 (z 10)
Pod koniec
poprzedniej odsłony ”Z archiwum Image” obiecałem Wam, że do końca istnienia
rubryki pojawi się już tylko jedna pozycja, którą będę odradzać jeszcze mocniej
niż bardzo słabe moim zdaniem miniserie ”Violator” oraz ”Violator vs
Badrock”. Dziś postanowiłem, że lepiej mieć już to za sobą i właśnie
dlatego wziąłem na tapetę komiks, który jest kwintesencją kiczu lat 90-tych
ubiegłego stulecia. Jest to seria tak zła, że aż... chce się ją posiadać w
swoich zbiorach, by móc pokazywać dzieciom i wnukom jak mocno zmieniło się
Image Comics. Skoro już tak optymistycznie zacząłem ten akapit, to chyba
nietrudno będzie Wam zgadnąć ani nazwę komiksu, ani tym bardziej nazwisko jego
twórcy. Jeśli macie jeszcze wątpliwości, oto kilka sekund na zastanowienie się.
5...4...3...2...1... Wystarczy? Panie i panowie, dzisiejsza odsłona ”Z archiwum
Image” skupi się na się Robie Liefeldzie i jego pierwszej odsłonie serii ”Youngblood”
z 1992 roku. Trzymajcie się mocno.
Jak już
pewnie pamiętacie z wcześniejszych wpisów na blogu, Rob Liefeld był wielkim
marzycielem. Jednym z jego pragnień było opublikowanie pierwszego komiksu w
historii Image Comics i chociaż historia przeklina ten dzień do dziś, udało mu
się to. Był to zeszyt, który kilkanaście lat później został uznany za jeden z
20 najważniejszych komiksów XX wieku. Ale nie dlatego że był taki dobry, tylko
z powodu tego, że ostatecznie rozpoczął wielki proces zmian na rynku USA. ”Youngblood
#1”, czy tego chcemy czy nie, jest ważnym elementem historii kolorowych
zeszytów w USA, ponieważ ostatecznie wyprowadził z undergroundu komiks autorski
i sprawił, że praktyki przez dekady stosowane przez Marvela i DC musiały ulec
diametralnym zmianom, o czym przekonał się Dom Pomysłów, gdy z każdym dniem
coraz mocniej zbliżał się ku bankructwu. Ponadto, Robowi Liefeldowi udała się
sztuka niezwykła, ponieważ jego dzieło było pierwszym w historii komiksem
autorskim, który sprzedał się w ilości ponad miliona kopii. Skoro już tak
bardzo opromieniłem ”Youngblood #1” chwałą i ważnością oraz wręcz ulokowałem
go w rysach historycznych, czas przyjrzeć się dziełu, które tak mocno wryło się
w historię. I tu zaczyna się robić zabawnie, ponieważ jest to komiks tak zły,
jak tylko jest to możliwe.
O czym jest
”Youngblood #1”? Powiem szczerze, że tu właśnie zaczynają się pierwsze
problemy. W zeszycie tym śledzimy niezależnie losy dwóch drużyn bohaterów, co
już na samym początku stanowi wyraźne odwołanie do X-Men i popularnego wówczas
podziału czołowej ekipy mutantów na ”blue team” oraz ”gold team”. Niestety, chociaż
bardzo szybko dowiadujemy się czym aktualnie się trudnią, to jednak odpowiedź
na pytanie ”dlaczego?” jest już niemożliwa do zlokalizowania. Po prostu obie
drużyny wykonują jakieś misje, towarzyszą im walki, wybuchy oraz napinanie
mięśni, a na końcu widzimy ich razem jako jeden większy skład herosów. ”Youngblood
#1” dobrze pokazuje zdolności poszczególnych postaci, ale niestety ni
cholery nie dowiecie się dwóch podstawowych rzeczy – jaki jest cel ich misji?
Oraz dlaczego wszyscy wydają się mieć jeden mózg podzielony między bardzo wiele
ciał?
Zanim
jednak przejdę do dalszego mielenia warstwy fabularnej, muszę napisać o jednej
ważnej rzeczy. Mianowicie ”Youngblood #1” to komiks przedzielony na pół.
Nie znam dokładnej nazwy tego rodzaju wykonania komiksu (EDIT: jest to flip-book), ale polega on na tym,
że połowa komiksu to jedna historia, a po jej skończeniu należy zamknąć komiks
na ostatniej stronie, odwrócić do góry nogami, a naszym oczom ukaże się druga
okładka oraz druga historia. Problem w tym, że na obu coverach ”Youngblood
#1” ani nie znajdziecie informacji o tym, że komiks jest dzielony, ani
także od której z „połówek” powinniśmy zacząć lekturę. Wbrew pozorom, nie jest
to nieistotne, ponieważ jedna z części komiksu zdecydowanie powinna być czytana
jako pierwsza i jeśli ktoś wybierze niewłaściwie, ten nadzieje się na mnóstwo
spoilerów.
Wróćmy
jednak do mielizn fabularnych. Na serwisie CBR ”Youngblood #1” został
kiedyś poddany bardzo wnikliwej i trafnej analizie. Jej autor doszedł do
wniosku, że gołym okiem widać, iż komiks powstawał na kolanie, bez udziału
jakiegokolwiek edytora. Znajduje to potwierdzenie u samego Liefelda, który
kiedyś przyznał że robił komiks ten na szybko i nie jest z niego zadowolony, a
jeśli takie słowa padają z ust samego Roba, to wyobraźcie sobie jak bardzo musi
być źle. ”Youngblood #1” nie oferuje nam niemal niczego, co powinien
zawierać w sobie pierwszy zeszyt komiksu drużynowego, by zainteresować
czytelnika. Nie dowiadujemy się np. po co istnieje grupa Youngblood, jakie są
ich priorytety, czy jest jakaś dłuższa historia którą autor chce opowiedzieć,
ani nawet czy poszczególne postacie mają jakieś indywidualne charaktery?
Właściwie ta ostatnia rzecz szczególnie mi przeszkadzała. Nawet zestawiając ”Youngblood
#1” z innymi drużynowymi komiksami Image z tego okresu, które notabene też
są kiepskie, a więc premierowymi odsłonami ”WildC.A.T.S.” oraz ”Cyber
Force”, bije w oczy pustka charakterów poszczególnych postaci. Wszyscy
herosi stworzeni przez Liefelda różnią się tylko wyglądem i zdolnościami,
natomiast o jakichkolwiek różnicach w ideologii czy sposobie myślenia mowy
właściwie nie ma. To, co udało się pokazać nawet Jimowi Lee oraz Marcowi
Silvestriemu, dla Roba Liefelda okazało się być kłopotem nie do przeskoczenia.
Osobne
kilka zdań należy poświęcić dialogom. W ”Youngblood #1” aż roi się od
kwiatków, która można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza: chciałem być
zabawny ale nie wyszło. Tu moim cichym faworytem jest kwestia ”You’ll nail’em
and we jail’em!”. Druga: nie doszukuj się sensu, bo ma być jak jest. Tutaj prym
trzeba przyznać zdecydowanie scenie, w której pada zdanie ”No I.D. No pulse. No
answers” i kwestia braku znajomości tożsamości danych zwłok w tym miejscu się
kończy. No i wreszcie trzecia kategoria: kopiuj-wklej. W komiksie pada kwestia
“Y’know, this doesn’t become such a mighty man as yourself. Stop your
groveling!”. Uwierzcie mi na słowo, ale ona w danym momencie nie ma większego
sensu. Tu znów z pomocą przychodzi mi wspomniana już analiza z CBR-u, której
autor podejrzewa, że niektóre dialogi są jakby żywcem wyjęte z tych numerów
”X-Force”, które nie powstały ponieważ Liefeld odszedł z Marvela. I faktycznie,
jeśli podstawimy pod ten dialog występujące tam postacie Shatterstara oraz
Feral – w pewnych okolicznościach pasuje dosłownie idealnie.
Nie będę zbyt
mocno molestował warstwy graficznej komiksu. Jest ona po prostu typowym wyrobem
Roba Liefelda. Anatomia leży i kwiczy, stopy permanentnie znikają (zresztą
powiększcie sobie powyższy cover), a całość ”Youngblood #1” pełna jest
wszystkim tym, za co twórcę tego się nienawidzi lub też względnie uwielbia. TAK,
naprawdę są tacy ludzie ;)
Na koniec
dodam tylko, że opisywany dziś komiks, jak już zresztą wspomniałem, sprzedał się
w ilości ponad miliona egzemplarzy. Był to spektakularny sukces, którego nie
przyćmiły nawet pojawiające się dziesiątkami fatalne recenzje. Liefeld mógł
zrobić to co chciał, ponieważ właściwie siedział na żyle złota. Jakie wiec były
dalsze losy serii? Udało jej się dotrwać do dziesiątego numeru, gdy twórca
postanowił zacząć mieszać. Bez większego sensu restartował więc swoje dzieło,
ponieważ ”Team Youngblood” i tak kontynuowało większość wątków, wypuścił
dwa kompletnie nieudane spin-offy, z czasem przestał rysować główną serię, co
spowodowało odpływ fanów jego rysunków. Wyniki zaczęły lecieć na twarz i w
pewnym momencie tytuł ten zaczął być wyprzedzany przez inne serie Liefelda,
typu ”Glory” czy ”Supreme”. Przyszły kolejne kasacje i restarty,
a dziś nazwa ”Youngblood” wywołuje właściwie pusty śmiech. Nie muszę
chyba dodawać, że zalecam trzymać się z daleka od serii, chociaż pierwszą jej
odsłonę możecie śmiało przeczytać. Ale tylko jako ciekawostkę.
Nieznany fragment historii Image Comics ujawniony
Kojarzycie nazwisko Dona Simpsona? Pewnie niewielu z Was i zapewne dzięki stworzonej przez niego postaci Megaton Mana, który przez krótki czas znajdował się w panteonie herosów Image Comics, z którego odszedł wraz ze swoim twórcą, by po jakimś czasie popaść w niezbyt. Simpson obecnie nie jest zbyt zajęty i lubi przesiadywać na portalach społecznościowych, gdzie nierzadko zdarza mu się udzielać rad młodym twórcom oraz opowiadać anegdotki z przeszłości. Jedna z nich okazała się być znacznie ciekawsza od innych.
Na powyższym zdjęciu widzimy Simpsona w okresie najbardziej intensywnej pracy dla Image. Miał on zakończyć cykl "1963" Alana Moore dzięki stworzeniu annuala do tej serii, równocześnie pracując nad miniserią "Splitting Image" (bohaterowie z ówczesnego uniwersum w ujęciu humorystycznym) oraz kolejną - "The Savage Dragon vs The Savage Megaton Man". Wtedy twórca imponował świeżym, odważnym podejściem do tworzenia komiksów, który wydawał się mieć przyszłość. Założyciele Image Comics zaoferowali więc Donowi Simpsonowi partnerstwo i możliwość stworzenia własnego studia na takich samych zasadach, jak święcące wówczas triumfy oddziały WildStorm czy McFarlane Productions.
I teraz najlepsza część. Don Simpson odmówił, a powody były dwa. Po pierwsze, twórca ten chciał stworzyć własne wydawnictwo komiksowe, lecz jeszcze bardziej niezależne niż studio podległe centrali Image. Odszedł więc z tej firmy i założył Fiasco Comics, na czym utopił właściwie wszystkie zaoszczędzone pieniądze. Wydawnictwo szybko upadło, a żadna z serii nie doczekała się właściwego zakończenia, nawet pomimo tego, że pomocną dłoń Simpsonowi wyciągnął później Jim Valentino. Simpson nie chciał kontynuować swoich komiksów w ShadowLine, ponieważ sądził że ich kiepska sprzedaż może wpędzić w finansowe kłopoty jego dobrego przyjaciela.
Po drugie, Don Simpson uważał, że Image Comics nie przetrwa długo na rynku, a zwiastunów zagłady upatrywał w osobie Jima Lee. To właśnie on jednym zdaniem zablokował wydanie annuala "1963" i twórca uważał, że założyciel WildStormu bardziej szkodzi Image niż pomaga. Nie wiedział wówczas, że dwa lata później Lee odwróci się od Image i przeniesie swoje studio do DC, ani także że dziś wydawnictwo to stanie się zdecydowaną i mocną trzecią siłą rynku.
No cóż, panu Simpsonowi życzymy bardziej udanych decyzji zawodowych w przyszłości :)
Na powyższym zdjęciu widzimy Simpsona w okresie najbardziej intensywnej pracy dla Image. Miał on zakończyć cykl "1963" Alana Moore dzięki stworzeniu annuala do tej serii, równocześnie pracując nad miniserią "Splitting Image" (bohaterowie z ówczesnego uniwersum w ujęciu humorystycznym) oraz kolejną - "The Savage Dragon vs The Savage Megaton Man". Wtedy twórca imponował świeżym, odważnym podejściem do tworzenia komiksów, który wydawał się mieć przyszłość. Założyciele Image Comics zaoferowali więc Donowi Simpsonowi partnerstwo i możliwość stworzenia własnego studia na takich samych zasadach, jak święcące wówczas triumfy oddziały WildStorm czy McFarlane Productions.
I teraz najlepsza część. Don Simpson odmówił, a powody były dwa. Po pierwsze, twórca ten chciał stworzyć własne wydawnictwo komiksowe, lecz jeszcze bardziej niezależne niż studio podległe centrali Image. Odszedł więc z tej firmy i założył Fiasco Comics, na czym utopił właściwie wszystkie zaoszczędzone pieniądze. Wydawnictwo szybko upadło, a żadna z serii nie doczekała się właściwego zakończenia, nawet pomimo tego, że pomocną dłoń Simpsonowi wyciągnął później Jim Valentino. Simpson nie chciał kontynuować swoich komiksów w ShadowLine, ponieważ sądził że ich kiepska sprzedaż może wpędzić w finansowe kłopoty jego dobrego przyjaciela.
Po drugie, Don Simpson uważał, że Image Comics nie przetrwa długo na rynku, a zwiastunów zagłady upatrywał w osobie Jima Lee. To właśnie on jednym zdaniem zablokował wydanie annuala "1963" i twórca uważał, że założyciel WildStormu bardziej szkodzi Image niż pomaga. Nie wiedział wówczas, że dwa lata później Lee odwróci się od Image i przeniesie swoje studio do DC, ani także że dziś wydawnictwo to stanie się zdecydowaną i mocną trzecią siłą rynku.
No cóż, panu Simpsonowi życzymy bardziej udanych decyzji zawodowych w przyszłości :)
Podsumowanie list sprzedaży z sierpnia
Ujawnione niedawno wyniki sprzedaży komiksów za miesiąc sierpień pokazały ciekawą rzecz. Otóż pomimo tego, że najlepiej sprzedający się zeszyt z Image wspiął się na liście na bardzo wysoką pozycję, a cały miesiąc notuje lepsze wyniki niż lipiec tego roku czy ubiegłoroczny sierpień, to jednak coś tu zdecydowanie nie gra. Dlaczego? Ponieważ "The Walking Dead" zaliczyło niewielki, ale jednak spadek sprzedaży. Zresztą, sprawdźcie sami.
Zeszyty, sierpień 2014
1. Batman #34 (DC Comics) - 112 186 kopii
(...)
6. The Walking Dead #130 - 71 885
21. Saga #22 - 55 803
32. Outcast #3 - 46 717
61. The Fade Out #1 - 34 447 (bez Movie Magazine Variant)
78. Wayward #1 - 29 240
80. Low #2 - 28 426
81. The Wicked and the Divine #3 - 27 208
93. Sex Criminals #7 - 24 385
97. Trees #4 - 23 639
105. Black Science #8 - 22 429
Wyniki nie są zbyt zaskakujące. Prym w zestawieniu wiodą marki już znane, chociaż w większości wciąż jeszcze świeże. Znalazło się miejsce dla dwóch debiutantów, których obecność na tak wysokich miejscach zupełnie nie dziwi. "The Fade Out" Brubakera i Phillipsa pojawiło się w zestawieniu dwa razy, ponieważ osobno wyszczególniono Movie Magazine Variant, który z wynikiem nieco ponad 8 tysięcy sztuk ulokował się na 211 miejscu listy. Rzucają się w oczy spadki. "Outcast" zalicza wynik gorszy o 18% względem poprzedniego miesiąca, ale "Low" już o niemal 35%. Reszta tytułów bardzo stabilna - "Saga" przykładowo także zalicza spadek, ale jedynie o 0,19% (około 90 sztuk). W przyszłym miesiącu można spodziewać się już tylko jednego komiksu Ricka Remendera w czołowej dziesiątce, lecz mimo to i tak scenarzysta ten wciąż "sprzedaje" się lepiej niż Jonathan Hickman.
Wydania zbiorcze, sierpień 2014:
1. Thanos: Infinity Revelation vol. 1 (Marvel Comics) - 9 689 kopii
(...)
7. Saga vol. 3 - 3 891
9. Saga vol. 1 - 3 416
10. Saga vol. 2 - 3 199
29. The Walking Dead vol. 1: Days Gone Bye - 2 083
33. Sex Criminals vol. 1 - 1 984
36. The Fuse vol. 1 - 1 893
39. The Walking Dead vol. 21: All Out War part 2 - 1 797
41. Rat Queens vol. 1: Sass and Sorcery - 1 768
56. Black Science vol. 1: How To Fall Forever - 1 491
60. East of West vol. 1: The Promise - 1 438
Dobry końcowy wynik Image w zestawieniu miesięcznym jest tym bardziej dziwny jeśli przyjrzycie się powyższym wynikom. W pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się wydań zbiorczych jest tylko jedna nowość, która w dodatku zaliczyła wynik, który można określić niestety jako kiepski. Cała reszta to największe hity Image ostatnich miesięcy, na czele z niezmiennie dobrze sprzedającą się "Sagą". Kolejny miesiąc powinien być już lepszy pod tym względem, ponieważ we wrześniu ukaże się nieco więcej wydań zbiorczych, na czele z wyczekiwanym "Southern Bastards".
Mimo tak mizernych rezultatów sprzedaży wydań zbiorczych, Image uzyskało 10,97% udziału w sprzedanych egzemplarzach oraz 8,83% udziału w zyskach. Naturalnie dało to wydawnictwu silną trzecią pozycję na rynku.
Zeszyty, sierpień 2014
1. Batman #34 (DC Comics) - 112 186 kopii
(...)
6. The Walking Dead #130 - 71 885
21. Saga #22 - 55 803
32. Outcast #3 - 46 717
61. The Fade Out #1 - 34 447 (bez Movie Magazine Variant)
78. Wayward #1 - 29 240
80. Low #2 - 28 426
81. The Wicked and the Divine #3 - 27 208
93. Sex Criminals #7 - 24 385
97. Trees #4 - 23 639
105. Black Science #8 - 22 429
Wyniki nie są zbyt zaskakujące. Prym w zestawieniu wiodą marki już znane, chociaż w większości wciąż jeszcze świeże. Znalazło się miejsce dla dwóch debiutantów, których obecność na tak wysokich miejscach zupełnie nie dziwi. "The Fade Out" Brubakera i Phillipsa pojawiło się w zestawieniu dwa razy, ponieważ osobno wyszczególniono Movie Magazine Variant, który z wynikiem nieco ponad 8 tysięcy sztuk ulokował się na 211 miejscu listy. Rzucają się w oczy spadki. "Outcast" zalicza wynik gorszy o 18% względem poprzedniego miesiąca, ale "Low" już o niemal 35%. Reszta tytułów bardzo stabilna - "Saga" przykładowo także zalicza spadek, ale jedynie o 0,19% (około 90 sztuk). W przyszłym miesiącu można spodziewać się już tylko jednego komiksu Ricka Remendera w czołowej dziesiątce, lecz mimo to i tak scenarzysta ten wciąż "sprzedaje" się lepiej niż Jonathan Hickman.
Wydania zbiorcze, sierpień 2014:
1. Thanos: Infinity Revelation vol. 1 (Marvel Comics) - 9 689 kopii
(...)
7. Saga vol. 3 - 3 891
9. Saga vol. 1 - 3 416
10. Saga vol. 2 - 3 199
29. The Walking Dead vol. 1: Days Gone Bye - 2 083
33. Sex Criminals vol. 1 - 1 984
36. The Fuse vol. 1 - 1 893
39. The Walking Dead vol. 21: All Out War part 2 - 1 797
41. Rat Queens vol. 1: Sass and Sorcery - 1 768
56. Black Science vol. 1: How To Fall Forever - 1 491
60. East of West vol. 1: The Promise - 1 438
Dobry końcowy wynik Image w zestawieniu miesięcznym jest tym bardziej dziwny jeśli przyjrzycie się powyższym wynikom. W pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się wydań zbiorczych jest tylko jedna nowość, która w dodatku zaliczyła wynik, który można określić niestety jako kiepski. Cała reszta to największe hity Image ostatnich miesięcy, na czele z niezmiennie dobrze sprzedającą się "Sagą". Kolejny miesiąc powinien być już lepszy pod tym względem, ponieważ we wrześniu ukaże się nieco więcej wydań zbiorczych, na czele z wyczekiwanym "Southern Bastards".
Mimo tak mizernych rezultatów sprzedaży wydań zbiorczych, Image uzyskało 10,97% udziału w sprzedanych egzemplarzach oraz 8,83% udziału w zyskach. Naturalnie dało to wydawnictwu silną trzecią pozycję na rynku.
niedziela, 14 września 2014
Okładka tygodnia #37
Szybko zleciał cały zeszły tydzień. Nie obraźcie się, ale z chęcią znowu zniknąłbym na tydzień :P Niestety tak dobrze w życiu nie ma i trzeba zakasać rękawy. Skoro dziś niedziela, to na blogu wylądować musi kolejna odsłona "Okładki tygodnia", która tym razem weźmie na tapetę komiksy opublikowane w minioną środę, których listę znajdziecie TUTAJ. Co tym razem wybrałem? Sprawdźcie sami.
3. '68: Homefront #1 (cover C - sketch cover) - o ile wszystko dobrze rozumiem, niektóre warianty tego cyklu to nic innego jak pokolorowane projekty co dziwniejszych zombiaków pojawiających się w komiksie. Z reguły są one niecodzienne i pomysłowe, ale zarazem mocno przesadzone. Nie tym razem, ponieważ zaprezentowany szkic (nie zapominajmy o tym, to nie jest rysunek w pełnym znaczeniu tego słowa) to dla mnie jeden z najlepiej wyglądających zombiaków od czasów... hm, chyba ponownego przeczytania pierwszego tomu "The Walking Dead". Jest odpowiednio straszno i krwawo, ale nie ma tu przesadnego epatowania klimatami gore. No i w ten sposób cover C z tego komiksu okazał się dla mnie najbardziej interesującym.
2. Death Vigil #3 - dobra, przyznaję: nie mam większego pojęcia dlaczego okładka ta kojarzy mi się w jakiś sposób z "Drumhellar" Riley'a Rossmo, a konkretnie z tym numerem. No cóż, to chyba to różowe tło. Tymczasem cover ten pokazuje czarno na różowym ewolucję stylu Stjepana Sejica, który przerzucił się niedawno na mniej komputerowy sposób rysowania. Mimo wszystko nie uważam, by przez to jego prace utraciły na wartości. Kreska wciąż jest mocna i charakterystyczna, tajemniczy stwór wygląda imponująco, kolory są bardzo dobrze dobrane, a całość plus tło jest zabawna i pomysłowa. Na taki komiks mógłbym przeznaczyć swoje złotówki.
1. Ghosted #13 - patent stary jak świat, ale porządnie wykorzystany wciąż robi wrażenie. Seria "Ghosted" ma szczęście jeśli chodzi o wykonawców okładek i ta jest tego przykładem. Staranny, stworzony niezbyt grubą kreską, ale dzięki temu bardzo szczegółowy szkic uzupełniony o umiejętny dobór kolorów i niekonwencjonalne wykorzystanie logotypu serii sprawia dobre wrażenie. Ponadto kompozycja sprawia, że nie możemy jednoznacznie określić intencji pokazanej na ilustracji postaci. Cover nie obfituje w wybuchy i trudne do zauważenia smaczki, lecz jest zagadkowy. I dzięki temu sprawia, że z zaciekawieniem można sięgnąć po zeszyt. Dobra robota, moim zdaniem najlepsza w tym tygodniu.
3. '68: Homefront #1 (cover C - sketch cover) - o ile wszystko dobrze rozumiem, niektóre warianty tego cyklu to nic innego jak pokolorowane projekty co dziwniejszych zombiaków pojawiających się w komiksie. Z reguły są one niecodzienne i pomysłowe, ale zarazem mocno przesadzone. Nie tym razem, ponieważ zaprezentowany szkic (nie zapominajmy o tym, to nie jest rysunek w pełnym znaczeniu tego słowa) to dla mnie jeden z najlepiej wyglądających zombiaków od czasów... hm, chyba ponownego przeczytania pierwszego tomu "The Walking Dead". Jest odpowiednio straszno i krwawo, ale nie ma tu przesadnego epatowania klimatami gore. No i w ten sposób cover C z tego komiksu okazał się dla mnie najbardziej interesującym.
2. Death Vigil #3 - dobra, przyznaję: nie mam większego pojęcia dlaczego okładka ta kojarzy mi się w jakiś sposób z "Drumhellar" Riley'a Rossmo, a konkretnie z tym numerem. No cóż, to chyba to różowe tło. Tymczasem cover ten pokazuje czarno na różowym ewolucję stylu Stjepana Sejica, który przerzucił się niedawno na mniej komputerowy sposób rysowania. Mimo wszystko nie uważam, by przez to jego prace utraciły na wartości. Kreska wciąż jest mocna i charakterystyczna, tajemniczy stwór wygląda imponująco, kolory są bardzo dobrze dobrane, a całość plus tło jest zabawna i pomysłowa. Na taki komiks mógłbym przeznaczyć swoje złotówki.
1. Ghosted #13 - patent stary jak świat, ale porządnie wykorzystany wciąż robi wrażenie. Seria "Ghosted" ma szczęście jeśli chodzi o wykonawców okładek i ta jest tego przykładem. Staranny, stworzony niezbyt grubą kreską, ale dzięki temu bardzo szczegółowy szkic uzupełniony o umiejętny dobór kolorów i niekonwencjonalne wykorzystanie logotypu serii sprawia dobre wrażenie. Ponadto kompozycja sprawia, że nie możemy jednoznacznie określić intencji pokazanej na ilustracji postaci. Cover nie obfituje w wybuchy i trudne do zauważenia smaczki, lecz jest zagadkowy. I dzięki temu sprawia, że z zaciekawieniem można sięgnąć po zeszyt. Dobra robota, moim zdaniem najlepsza w tym tygodniu.
Tuż przed premierą pierwszego numeru "Wytches"
Dosłownie kilka dni dzieli nas od długo wyczekiwanej premiery pierwszego zeszytu serii "Wytches" autorstwa duetu Scott Snyder/Jock. Niektórym recenzentom udało się już nawet przeczytać ten komiks, a obaj twórcy znaleźli czas na udzielenie wywiadów. Poniższy wpis nie będzie stanowić streszczeń ich obu, ponieważ dużo nowych informacji tam nie padło, lecz wyciągnięcie największych ciekawostek, by jeszcze mocniej zniecierpliwić Was przez premierą. Albo też przekonać nieprzekonanych :)
Powyżej widzicie fragment variant coveru do pierwszej odsłony serii autorstwa Becky Cloonan. Sam komiks będzie posiadać ich więcej i będą one z czasem publikowane. Na razie nie są znane szczegóły, ale będą to nazwiska z najwyższej półki.
Co ważne, recenzent cbr-u był zachwycony poziomem pierwszego numeru serii "Wytches". Podkreślał świetnie zarysowanie poszczególnych charakterów, a także spora dawkę realizmu przy kreowaniu scen, w których trzeba było wiarygodnie pokazać relacje panujące w kochającej się rodzinie, którą spotkała ogromna tragedia. Nie trzeba wierzyć w tę opinię, lecz pragnę podkreślić, że serwis ten słynie z tego, że jest dość mocno pro-Marvelowski i jest łagodny wobec tego wydawnictwa, a bardziej krytycznym okiem patrzy właściwie na każde inne wydawnictwo.
Snyder pierwszy raz podkreślił, że radził się Roberta Kirkmana podczas pisania scenariuszy do początkowych numerów. "Wytches" ma być projektem z niego innym sposobem prowadzenia akcji niż poprzednie prace Snydera, a świadczyć mają o tym chociażby sekwencje z akcją umieszczoną przed scenami, które już widzieliśmy, a nadające im nowego znaczenia. Taki zabieg zobaczymy już w pierwszych dwóch numerach serii.
Według planów seria "Wytches" ma mieć różnych głównych bohaterów w każdym story-arcu. Będą pojawiać się wspólne wątki, niektóre osoby oraz istoty, lecz zamysł w głównej mierze opiera się na budowaniu mitologii dzięki pozornie niepowiązanym ze sobą historiom. Ponadto dodał, że będą zauważalne różnice w stylu rysowania Jocka pomiędzy premierowa odsłoną "Wytches", a tym, co widzieliśmy w preview.
I na koniec ciekawostka. Jock jest autorem concept-artów wyglądu postaci do serialu "Gotham", który jesienią zadebiutuje w amerykańskiej telewizji.
Powyżej widzicie fragment variant coveru do pierwszej odsłony serii autorstwa Becky Cloonan. Sam komiks będzie posiadać ich więcej i będą one z czasem publikowane. Na razie nie są znane szczegóły, ale będą to nazwiska z najwyższej półki.
Co ważne, recenzent cbr-u był zachwycony poziomem pierwszego numeru serii "Wytches". Podkreślał świetnie zarysowanie poszczególnych charakterów, a także spora dawkę realizmu przy kreowaniu scen, w których trzeba było wiarygodnie pokazać relacje panujące w kochającej się rodzinie, którą spotkała ogromna tragedia. Nie trzeba wierzyć w tę opinię, lecz pragnę podkreślić, że serwis ten słynie z tego, że jest dość mocno pro-Marvelowski i jest łagodny wobec tego wydawnictwa, a bardziej krytycznym okiem patrzy właściwie na każde inne wydawnictwo.
Snyder pierwszy raz podkreślił, że radził się Roberta Kirkmana podczas pisania scenariuszy do początkowych numerów. "Wytches" ma być projektem z niego innym sposobem prowadzenia akcji niż poprzednie prace Snydera, a świadczyć mają o tym chociażby sekwencje z akcją umieszczoną przed scenami, które już widzieliśmy, a nadające im nowego znaczenia. Taki zabieg zobaczymy już w pierwszych dwóch numerach serii.
Według planów seria "Wytches" ma mieć różnych głównych bohaterów w każdym story-arcu. Będą pojawiać się wspólne wątki, niektóre osoby oraz istoty, lecz zamysł w głównej mierze opiera się na budowaniu mitologii dzięki pozornie niepowiązanym ze sobą historiom. Ponadto dodał, że będą zauważalne różnice w stylu rysowania Jocka pomiędzy premierowa odsłoną "Wytches", a tym, co widzieliśmy w preview.
I na koniec ciekawostka. Jock jest autorem concept-artów wyglądu postaci do serialu "Gotham", który jesienią zadebiutuje w amerykańskiej telewizji.
Alex Ross autorem wariantu do drugiego numeru "Tooth and Claw"
No cóż, wszystko jest dokładnie wyłożone w tytule wpisu. Oczywiście nie jest to pierwszy raz, gdy drogi Alexa Rossa i Kurta Busieka krzyżują się. Obaj są autorami jednego z najważniejszych komiksów Domu Pomysłów, a więc słynnego "Marvels", a ponadto obaj są współautorami opisywanego także na tym blogu "Astro City", które obecnie publikuje DC Comics. Wydawać by się mogło, że pozostało jedynie kwestią czasu ich ponowna współpraca. Czas pokaże, czy był to jednorazowy wyskok. Jako że okładki Alexa Rossa są zawsze bardzo miłe dla oka, poniżej znajdziecie wspomniany już wariant "Tooth and Claw".
Linkowisko
Uzbierało mi się kilka linków od ostatniego razu, wszystkie do komiksowych recenzji. Jaki tytuł wiedzie prym? Chyba nietrudno się domyślić :)
- "Saga" dotychczas zbiera same dobre opinie. Zupełnie mnie to nie dziwi. Dziś do grona zachwyconych doszli recenzenci Ziniola, Hataka oraz Onetu. Swoja drogą jestem ciekaw czy osoby podpisujące się jako "dziennikarze Onetu" mają odgórny przykaz pisania recenzji w formie i długości średnio długiego posta na forum? :P
- Na "Dzikiej Bandzie" pojawiła się już jakiś czas temu recenzja pierwszego tomu "Nowhere Men". Autorem naturalnie Paweł Deptuch.
- Całkiem świeża rzecz: Na "Kolorowych Zeszytach" Jakub Górecki znęca się nad pierwszymi numerami "Nailbiter".
- I na koniec portal kompletnie mi nieznany - "Menażeria" - wziął na tapetę "Severed: Pożeracz Marzeń".
Powstanie kontynuacja "Trees"
Powrót z wyjazdu już za mną (niestety), więc najwyższa pora rozpocząć nadrabianie zaległości z całego tygodnia. Na szczęście dużo tego nie było, więc zaczniemy od krótkiego, ale bardzo miłego newsa.
Warren Ellis zajętym scenarzystą jest. Ale i tak znajduje czas na rozsyłanie swoim fanom newslettera, w którym informuje o tym, nad czym aktualnie pracuje. Jedna z najnowszych jego odsłon zawierała fragment:
"Making notes on what I’m calling TREES: TWO FORESTS because Jason has apparently decided that I have to write it until I die."
Nie ukrywam, że bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość. Was również?
Warren Ellis zajętym scenarzystą jest. Ale i tak znajduje czas na rozsyłanie swoim fanom newslettera, w którym informuje o tym, nad czym aktualnie pracuje. Jedna z najnowszych jego odsłon zawierała fragment:
"Making notes on what I’m calling TREES: TWO FORESTS because Jason has apparently decided that I have to write it until I die."
Nie ukrywam, że bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość. Was również?
Subskrybuj:
Posty (Atom)










