Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alan moore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alan moore. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 września 2016

Z archiwum Image #33

Zapewne każde z Was wie, że w swojej długiej, komiksowej karierze, Alan Moore miał dość długi epizod w Image Comics, gdzie pisał przygody sporej grupy postaci z ówczesnego uniwersum. Były to takie tytuły jak ”WildC.A.T.S.”, miniseria ”Violator” wraz z kontynuacją czy wreszcie cieszący się bardzo dużym uznaniem ”Supreme”. Potem nastały czasy komiksów robionych na potrzeby imprintu ABC, który bardzo szybko przeniósł się z całym WildStormem do DC, lecz nie o tym dziś chciałem napisać. Jest bowiem pewien projekt, który miał szansę dołączyć do grona najlepiej ocenianych komiksów Moore’a, gdyby nie... fochy. Ale że co? Ale że jak? Przed Wami kilkanaście zdań na temat miniserii ”1963”.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Z archiwum Image #5 (z 10)

Poprzednie cztery odsłony rubryki ”Z archiwum Image” poświęciłem komiksom, które czasami być może nie są zbyt doskonałe, ale za to bawiłem się przy nich na tyle dobrze, że z czystym sumieniem mogłem je Wam polecić. Dziś pierwszy raz skupię się na dwóch komiksach, przy których grzebały takie nazwiska jak Alan Moore, Greg Capullo czy... Rob Liefeld. Moim zadaniem dziś jest sprawienie, by żadne z Was nie sięgnęło ani po miniserię ”Violator” ani tym bardziej po jej kontynuację, czyli komiks pod tytułem ”Violator vs Badrock”.
Liefeld po raz pierwszy - Badrock nie ma stóp, ma za to liczne złamania rąk i nóg

Alan Moore ma w swojej bogatej karierze fragment, o którym sam mawiał że się go nieco wstydzi. Było to oczywiście zanim do reszty zwariował i zaczął uznawać się za alfę i omegę wszystkiego, więc można uznać to za fakt. Były to lata 1993-1998, gdy dość intensywnie współpracował z początkującym wówczas Image Comics. Fani do dziś nie potrafią mu wybaczyć tego, że zdecydował się pisać scenariusze dla wydawcy tak mało ambitnego i co gorsza, dostosował się do niego swoim poziomem. Częściowo się z tym zgadzam, bo chociaż run Moore’a w ”WildC.A.T.S.” lubię (w przeciwieństwie do samego twórcy) i uważam go za zdecydowanie najlepszy fragment pierwszej serii z Dzikimi Kotami, a takie ”Supreme” nawet opiszę w jednej z przyszłych odsłon tej rubryki, to jednak nigdy nie wybaczę scenarzyście podpisanie się własnym nazwiskiem pod wspomnianymi wyżej dwiema ministeriami.

Violator to postać bardzo dobra. Został nawet ujęty w rankingu na stu najbardziej wyrazistych komiksowych złoczyńców. Czytelnicy ”Spawna” chwalili postać za knucie, kombinowanie i mimo wszystko dość złożony charakter. Demoniczny clown był bowiem rozżalony faktem, że to nie jemu przyjdzie prowadzić piekielne wojska na rzeź ludzkości i z tego powodu rzucał kłody pod nogi Alowi Simmonsowi. Była to postać momentami zabawna, momentami przerażająca, chwilami także żenująca, ale zawsze jednoznacznie zła. Wszystko to zmieniło się w momencie, gdy Alan Moore został zatrudniony do napisania miniserii o tej postaci. Co więc moim zdaniem poszło zdecydowanie nie tak jak powinno? Już tłumaczę.
Liefeld po raz drugi - Celestine miała być sexi, a wyszło... jak wyszło

W obu miniseriach Violator jest przedstawiony jako bohater niejednoznacznie zły, co kłóci się z tym, co dotychczas się o nim dowiedzieliśmy. Co prawda widzimy go co rusz mordującego i nie dbającego o nic, lecz już od pierwszego zeszytu jego solowej przygody postaci jest zdecydowanie bliżej do Deadpoola niż przykładowo Jokera. W momencie gdy Violator zostaje zwierzyną, ponieważ ścigają go jego... bracia, właściwie już do samego końca wspólnej miniserii z Badrockiem jedyne co czytelnik robi, to kibicuje Violatorowi, nawet nie zauważając że Alan Moore robi z niego postać pozytywną. NIE, NIE, NIE, NIE, NIE!!! To jest cholerny Violator!!! Zły, egoistyczny, brutalny, bezwzględny i potężny wysłannik piekieł, na widok którego mamy obawiać się o bezpieczeństwo wszystkich bohaterów komiksu, a nie jakiś popierdołowaty potwór, któremu kibicujemy i liczymy na rychły happy end, co zresztą też szybko zostaje wykonane.

Spotkałem się z opinią, że zarówno miniseria ”Violator” jak i jej kontynuacja ”Violator vs Badrock” to interesująca zabawa konwencją i powiew świeżego powietrza do uniwersum Spawna. Co za bzdura!. Przecież to tak jakby, przy zachowaniu odpowiednich proporcji, DC Comics dało Jokerowi miniserię, w której team-upował by się on z Supermanem i okazałby się całkiem sympatycznym gościem z dość szurniętą rodzinką. Już widzę gromy, które wylewają się właściwie z każdego zakątku globu na osobę, która coś takiego by zrobiła. Generalnie, cała warstwa fabularna obu miniserii polega na tym, że śledzimy losy demonicznego clowna, który co moment atakowany jest przez swoich braci i łączy siły z kim popadnie, byle tylko przetrwać. W ”Violator vs Badrock” dochodzą do tego jeszcze wątki anielskie, ale równie kiepskie jak cała reszta fabuły. Naprawdę, aż dziw bierze człowieka, ponieważ Alan Moore o wielu swoich pracach dla Image wypowiada się źle, ale akurat nie o tym, co osobiście uważam za dno i kilo mułu w wykonaniu tego scenarzysty.
Celestine pojawia się na kartach "Violator vs Badrock"

Nie mogę za to narzekać na warstwę graficzną obu miniserii. Za pierwszą odpowiadał Bart Sears wspomagany nieznanym wówczas jeszcze tak mocno Gregiem Capullo. Nieco lepiej nawet spisał się Brian Denham, który zilustrował wspólną przygodę Violatora i Badrocka. Tutaj nie widać zbyt mocno wpływów „starego Image”, więc nie uświadczymy zbyt dużej ilości mięśni i biustów rozmiaru XXXXXL. Wyjątkami są oczywiście Badrock oraz anielica Celestine. Jej pierwsze pojawienie się na łamach miniserii możecie zobaczyć na jednym z powyższych obrazków. Reszta ilustracji to okładki Roba Liefelda do ”Violator vs Badrock”. Dodałem je, byście mieli kolejne powody by nienawidzić tego „artystę”.

Obie dziś opisywane miniserie to produkcja dość typowa dla starego Image: mnóstwo bijatyk, mięśni, pół-nagości, jakaś tam szczątkowa fabuła. I pewnie nie wspomniałbym o tym komiksie w ramach tej rubryki, gdyby jej scenarzystą nie był sam Alan Moore – twórca ”Strażników”, ”V jak Vendetta”, ”Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”, a także ”Violatora”...

W kolejnych odsłonach „Z archiwum Image” znajdzie się tylko jedna pozycja, którą będę odradzać Wam mocniej. Moja ocena 2/6, przy czym dodatkowy punkt tylko za rysunki.