niedziela, 7 września 2014

Przerwa w działaniu bloga, bo urlop :)

Osoby przyzwyczajone do częstych aktualizacji na blogu muszę nieco zmartwić. Otóż wreszcie doczekałem się swojego urlopu i bezczelnie zamierzam z niego skorzystać. Oznacza to, że od dziś aż do następnej niedzieli mój kontakt z Internetem będzie baaaardzo okazjonalny i właściwie będzie ograniczać się do kontrolowania prognozy pogody.

Tak więc z regularnymi aktualizacjami wrócę 14 lub 15 września, jeszcze się zastanowię kiedy dokładnie :) Naturalnie wtedy zacznę nadrabiać zaległości z całego tygodnia laby.

Oczywiście przypominam o trwającym KONKURSIE.

Image wydaje, Image przesuwa - 10.09.2014

Nieco wcześniej niż zazwyczaj prezentuję listę komiksów Image, która trafi do sprzedaży w najbliższą środę. Znalazło się także kilka opóźnień.

68 Homefront #1 (Of 4)(Cover A Nat Jones & Jay Fotos), $3.99
68 Homefront #1 (Of 4)(Cover B Mark Kidwell/Nat Jones/Jay Fotos), $3.99
68 Homefront #1 (Of 4)(Cover C Blank Sketch), $3.99
Carbon Grey vol. 3: Mothers Of The Revolution TP, $14.99
Copperhead #1, $3.50
Death Vigil #3 (Of 8), $3.99
East Of West #15, $3.50
Five Weapons vol. 2: Tyler's Revenge TP, $12.99
Ghosted #13, $2.99
Howtoons [Re]Ignition #2, $2.99
Imperial #2 (Of 4), $2.99
Invincible #114, $2.99
Lazarus #11, $3.50
Morning Glories #40, $3.50
MPH #3 (Of 5)(Cover A Duncan Fegredo), $2.99
MPH #3 (Of 5)(Cover B Paul Pope), $2.99
Outcast By Kirkman And Azaceta #1 (Paul Azaceta 4th Printing Variant Cover)(not verified by Diamond), $2.99
Prophet Strikefile #1, $3.99
Sheltered #11, $2.99
Spread #1 (3rd Printing Variant Cover), $3.50
Spread #2 (2nd Printing Variant Cover), $3.50
Spread #3, $3.50
Superannuated Man #3 (of 6), $3.99
Velvet #7, $3.50
Walking Dead #131, $2.99
Zero vol. 2: At The Heart Of It All TP, $14.99

Udało mi się także odnotować następujące opóźnienia:
"Ten Grand #11" przesunięto z 17 na 24 września.
"Mind the Gap #18" przesunięto z 17 września na 1 października
"Real Heroes #4" także przesunięto z 17 września na 1 października
"Jupiter's Legacy #5" przesunięto z 17 września aż na 29 października

Rozdano tegoroczne nagrody Havey'a - Image triumfuje

Trwa Baltimore Comic Con. Na razie serwisy informacyjne nie zasypują nas interesującymi newsami, więc niemal zapomniałem że impreza ta w ogóle się odbywa. Aż do dziś, ponieważ rozdano tegoroczne nagrody Harvey'a. Nie są one aż tak prestiżowe jak Eisnery, ale również cieszą się sporą renomą. I dlatego bardzo cieszę się, że Image Comics triumfowało w najważniejszych kategoriach.
Image Comics zdobyło statuetki w następujących kategoriach:

NAJLEPSZY SCENARZYSTA:
Brian K. Vaughn, SAGA, Image Comics

NAJLEPSZY RYSOWNIK
Fiona Staples, SAGA, Image Comics

NAJLEPSZY TWÓRCA OKŁADEK
Fiona Staples, SAGA, Image Comics

NAJBARDZIEJ OBIECUJĄCY MŁODY TALENT:
Chip Zdarsky, SEX CRIMINALS, Image Comics

NAJLEPSZA NOWA SERIA:
SEX CRIMINALS, Image

NAJLEPSZA SERIA KONTYNUOWANA:
SAGA, Image Comics

Top 5 #21 - Komiksy Image na których ostatnio się mocno sparzyłem

Chwalę i chwalę Image Comics niemal każdego dnia, zupełnie jakby wydawnictwo to nigdy nie wydawało słabych komiksów. NIEPRAWDA! Przecież historia tej firmy zaczęła się od tego, że puszczali totalny chłam latami, tonami, każdej środy. Ale i dziś w ofercie Image znajduje się miejsce dla tytułów, które delikatnie mówiąc, zawodzą. Dzisiejszą odsłonę ”Top 5” poświęcę pięciu tytułom, które bardzo mocno hejtuję. Z różnych powodów, jak się zresztą przekonacie. Zaznaczę przy okazji, że ograniczę się jedynie do komiksów, które ukazywały się w ciągu trzech ostatnich lat. Zacznę jednak nietypowo, ponieważ od wskazania trzech tytułów, które nie załapały się do czołowej piątki, ale z całą pewnością zasługujące na wyróżnienie. Są to:

”Black Kiss II” – wiem że jest to komiks porno i nie powinienem się czepiać akurat tego, ale pierwsza odsłona tego tytułu miała FABUŁĘ!!! W dwójce ograniczyła się ona do bardzo dalekiego tła, przez co czytelnik w pewnym momencie mógł już jej nie zauważać. No i Chaykin udowodnił przy okazji, że jego obecny styl nie pasuje zbytnio do tego typu historii.

”America’s Got Powers” – fajny i oryginalny koncept z czasem stał się niebywale męczący. Nawet dla samych twórców, którzy przyznali że potężne opóźnienia tego komiksu wynikały z tego, że na nowo powstawał scenariusz. Nie wiem jaki był oryginalny, ale finalny okazał się słaby i mocno odszedł od podstawowego założenia miniserii, jakim miał być widowiskowy reality show dla początkujących superbohaterów.

”Supreme” – miał być wielki powrót dobrej i docenianej marki, a wyszedł niemały shit i to spod ręki Erika Larsena. Historia odbiegająca od tego, czym swego czasu czarował Alan Moore, w dodatku urwana w połowie i koszmarnie rysowana. Osobiście wolę wziąć przykład z samego Roba Liefelda i myśleć, że ten komiks nigdy nie powstał.

Teraz przejdźmy już do regularnej wyliczanki :)
5. Nowhere Men
Powód: Brak informacji o przyszłości serii.
To był dobry komiks, naprawdę. Świadczy o tym nie tylko moja opinia, ale także szereg innych opinii oraz kilka nominacji do prestiżowych nagród. Tylko sukcesy te w żaden sposób nie przełożyły się na kondycję tytułu, który od początku cierpiał na opóźnienia. Nic nowego, pomyślicie. Tak, tylko mój hejt wobec tej serii narodził się w momencie, gdy po zakończeniu pierwszego story-arcu i wydaniu trejda z zapowiedzi na oficjalnej stronie Image wyleciały numery 7 i 8, a słuch po tytule zaginął. Być może nie przejmowałbym się tym zbytnio, gdyby nie fakt że historia jest niedokończona, a jako że stała na bardzo wysokim poziomie, myślę że nie tylko ja jestem zawiedziony brakiem informacji o statusie tytułu. Niestety Eric Stephenson nigdy jednoznacznie nie poinformował, czy ”Nowhere Men” można uznać za serię zakończoną czy też jedynie czasowo zawieszoną.
4. Revenge
Powód: Fabuła, że tak to ujmę.
Jonathan Ross wyróżniony dziś po raz drugi. Wiem, że co najmniej jedna osoba czytająca tego bloga się ze mną nie zgodzi, lecz będę upierać się przy zdaniu, że ta z założenia parodia kina klasy B, okazała się przy okazji komiksem klasy B. Gołym okiem widać, że twórcy przyjęli konwencję opierającą się na poruszaniu się w oparach absurdu, lecz jak robić to z klasą pokazało chociażby tematycznie podobne ”One-Hit Wonder”. ”Revenge” niestety tak skąpało się w absurdzie, że nawet przy ogromnym przymrużeniu oka fabuła wydaje się tak oderwana od rzeczywistości, że już lepiej oczy te zamknąć. Albo w ogóle nie kupować tego komiksu. Tak, to zdecydowanie najlepsza opcja, jaką można wybrać :)
3. Jupiter’s Legacy
Powód: Opóźnienia po raz pierwszy
Właśnie mija 19 miesiąc od premiery pierwszego numeru tego cyklu. Ile numerów się ukazało jak dotąd? 15? 12? Nope, twórcy dali radę opublikować cztery, a kolejny właśnie zanotował kolejną zmianę terminu wydania. I tym razem został przesunięty o półtora miesiąca. Hejt na ten tytuł z mojej strony bierze się z tego powodu, że chociaż nie przepadam za dziełami Millara, który jak powszechnie wiadomo „rewolucjonizuje” rynek każdym swoim nowym komiksem i w ogóle jest bogiem <ironia mode off>, to jednak ten komiks stał na przyzwoitym poziomie. Tylko co z tego, skoro Millar nadal otwarcie kpi sobie z czytelników? Jednakże jest nadzieja! Ostatnio zauważyłem, że piąty numer ”Jupiter’s Legacy” może zakończyć męki fanów, ponieważ według opisu otrzymał więcej stron, a z zapowiedzi wyleciał zeszyt oznaczony szóstką. Czyżby początkowo ośmoczęściowa miniseria doczekała się finału znacznie szybciej?
2. Mind the Gap
Powód: Opóźnienia po raz drugi
Skoro ten komiks hejtuję z tego samego powodu co ten z trzeciego miejsca, to czemu ten jest tuż za szczytem listy? Ponieważ seria Jima McCanna zawiodła pod tym względem po ukazaniu się piętnastu numerów. Mało tego, niemal cały pierwszy akt historii nie tylko ukazywał się w terminach, ale czasem nawet zaskakiwał tym, że kolejny numer potrafił ukazać się dwa tygodnie po poprzednim. I nagle lipa, na #16 trzeba było czekać dwa, a na #17 już cztery miesiące. Natomiast oczekiwanie na zeszyt 18 trwa już pięć miesięcy i wciąż się przedłuża. Wkurza mnie to tym bardziej, że o ile cztery zeszyty ”Jupiter’s Legacy” całkiem łatwo było sprzedać, o tyle znalezienie chętnego na komplet siedemnastu numerów tej mało znanej i wciąż opóźniającej się historii może być już trudniejsze. Dlatego też cierpliwie czekam, co jakiś czas dając upust swojej frustracji. Tak jak dziś.
1. Sidekick
Powód: John Michael Straczynski
Największy zawód ostatnich miesięcy. Powrót tego scenarzysty napawał mnie wielkim optymizmem. Pierwszy numer ”Ten Grand” nie zachwycił, ale stał na przyzwoitym poziomie i zdecydowałem się zaufać temu uznanemu twórcy. Zamówiłem w ciemno trzy pierwsze zeszyty ”Sidekicka” i... wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będzie tak źle. Historia nie powalała, ale dawała nadzieję na to, że się rozkręci. Konsekwentnie więc zamawiałem kolejne numery, a ponieważ także i ten tytuł zaczął zaliczać opóźnienia, to gdy ukazywał się czwarty numer, ja już w ciemno miałem zamówione aż do ósmego. No i właśnie wspomniany ”Sidekick #4” był tak koszmarny, że słowami ująć tego nie jestem w stanie. To jest po prostu nie do pomyślenia, że człowiek-instytucja, scenarzysta który nawet w kiepskiej formie potrafi napisać solidny komiks (wspomniane ”Ten Grand” czy konsekwentnie niezłe ”Protectors Inc.”), podpisze się własnym nazwiskiem pod taką kaszanką. Wróciły koszmary z czasów krótkich przygód Straczynskiego przy seriach ”Superman” i ”Wonder Woman”, gdy z dnia na dzień opuścił oba tytuły. Tyle tylko że ta seria trwa nadal i konsekwentnie jest słaba, a ja głupi zdecydowałem się dociągnąć ją do końca, bo nie mam w zwyczaju porzucać w połowie historii które już zacząłem (wyjątek: patrz, miejsce trzecie).

Okładka tygodnia #36

Kilka dni temu ukazało się stosunkowo mało komiksów z logo Image na okładce, więc wybór trzech najlepszych coverów powinien być prostszy. I byłby, gdyby te stały na dość wysokim poziomie, czego niestety powiedzieć nie mogę. No ale się udało i w sumie muszę przyznać, że pierwszy raz od jakiegoś czasu nie umiem dopatrzeć się jakiegoś motywu przewodniego. Oto mój wybór.
3. God Hates Astronauts #1 (cover A - Browne) - Marvel ma Deadpoola, DC święci triumfy z Harley Quinn, a Image może się pochwalić drugim już tytułem, którego okładki mówią "kup mnie, jestem nieźle porąbanym komiksem". Tyle tylko, że wyróżniona właśnie pozycja może pochwalić się tym, że stoi na naprawdę niezłym poziomie. Ale nie o to tu chodzi. Okładkę wyróżniam głównie za to, że zwraca uwagę na dość mocno promowany tytuł i jest niezwykle ciężko przejść obok obojętnie. zwłaszcza jeśli ktoś lubi się pośmiać czytając dany komiks. Jeśli chodzi o covery z minionej środy, ta najmocniej przykuwa wzrok. Ale moim zdaniem są lepsze.
2. Sidekick #8 - nie mam najmniejszych wątpliwości, że komiks ten poziomem dostosuje się do swoich siedmiu poprzedników i znów sprawi, że będę przeklinać pieniądze wydane na dzieło Johna Michaela Straczynskiego, ale jako nagrodę pocieszenia potraktuję okładkę Toma Mandrake'a. Ten jeden obrazek znacznie lepiej pokazuje popadającego w szaleństwo Flyboy'a, niż scenariusz wszystkich dotychczasowych numerów razem wzięty. No i dodatkowo uważam, że jest to jedna z najlepszych prac tego artysty od dobrych kilku lat, gdy jeszcze urzędował na etacie w DC Comics.
1. Southern Bastards #4 - minimalizm, znowu. Jeśli regularnie przeglądacie "Okładkę tygodnia" pewnie zauważyliście że często ciepło reaguję na covery, na których zbyt wiele nie ma. Tym razem niemal od razu wpadła mi w oko praca Jasona Latoura, która jest utrzymana w konwencji poprzednich numerów serii, ale z powodu nieco słabszej konkurencji wreszcie mogę go wyróżnić. Artysta ten, jak zresztą widzicie, korzysta z wielu odcieni tylko jednej barwy, co w mojej opinii doskonale opisuje klimat historii pisanej przez Jasona Aarona. Nie jestem wielkim fanem rysunków Latoura ze środka serii, ale od poszczególnych okładek ciężko oderwać mi wzrok i bez zaglądania do środka wiem, że będzie tam mocna mieszanina krwi i testosteronu. I coraz mocniej niecierpliwię się w oczekiwaniu na wydanie zbiorcze.

piątek, 5 września 2014

Już za miesiąc...

Już za niecały miesiąc w Łodzi odbędzie się Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier. Całkiem niedawno dowiedziałem się, że zaproponowany przeze mnie (za czyimś pośrednictwem) punkt programu został przyjęty. Już teraz serdecznie zapraszam, a do czasu oficjalnego pojawienia się programu będę jedynie podpowiadał czego można się spodziewać.

Podpowiedź pierwsza: będzie nas trzech.

Możecie zgadywać ;)

The Walking Dead vol. 13: Too Far Gone (Robert Kirkman/Charlie Adlard)

Komiksowe wcielenie ”The Walking Dead” charakteryzuje się tym, że raz na kilka tomów mamy do czynienia z historią, która stanowi przestój. Twórcy chcą w ten sposób uspokoić nieco fanów, a następnie z dwukrotną siłą uderzyć w nich nowymi wątkami. Trzynasta odsłona zombie-tasiemca spełnia właśnie tę rolę, ponieważ jeśli chodzi o ważność wydarzeń w niej zaprezentowanych, nie można powiedzieć żeby był to najistotniejszy komiks w cyklu. Z każdą kolejną stroną widać jednak, że coś dużego zbliża się do bram bezpiecznej przystani, jaką wydaje się być społeczność, do której dołączyli główni bohaterowie.

Końcówka opisywanego miesiąc temu tomu zdradziła, że chociaż osiedle w którym osiedli Rick i jego grupa wydaje się być rajem na Ziemi, to jednak nasi bohaterowie podchodzą do mieszkania w nim nieufnie. W trzynastym tomie ”The Walking Dead” wątek ten jest eksplorowany i praktycznie cały tom jesteśmy świadkami tego, jak coraz bardziej przyzwyczajają się do tego, że jednak można żyć w miarę normalnie. Długi czas przebywania w niezwykle niebezpiecznym środowisku wypaczył nieco ich umysły, co najmocniej widać po popadającym w paranoję Ricku. Tak oto niepozorna sprawa zbadania możliwości popełnienia przestępstwa przez jednego z mieszkańców osiedla zmienia się w ciąg wydarzeń, który doprowadzić może do zmian w funkcjonowaniu całej społeczności. Nie jest to jednak jedyny problem – do miasteczka zbliża się grupa uzbrojonych ludzi, która wcale nie ma zbyt mocno przyjacielskich zamiarów.

”Too Far Gone” w głównej mierze skupia się na postaci Ricka i tym, co dzieje się w jego głowie. Pierwszy raz od dłuższego czasu widzimy już bardzo wyraźnie, że kondycja psychiczna głównego bohatera serii jest daleka od dobrej. Podobnie jak w przypadku ostatnio opisywanego tomu, tak i teraz przez niemal cały tom mamy wrażenie, że to właśnie oficer Grimes jest tu czarnym charakterem, którego powinni obawiać się inni. I tak w istocie jest, za co należy się plus Robertowi Kirkmanowi. W ”Too Far Gone” pokazał on wyraźnie, że także i inni zaczynają obawiać się zachowań Ricka, w tym także Michonne i Carl, a więc dwie ostoje, które nigdy nie zwątpiły w poczytalność głównego bohatera. Wszystko niestety pęka jak bańka mydlana pod koniec tomu, gdy scenarzysta próbuje zręcznie przejść do kolejnego wątku. Bardzo mocno rzuca się w oczy to, że praktycznie z dnia na dzień kondycja Ricka wraca do normalnego poziomu, co właściwie bohater zawdzięcza niczemu innemu jak porządnej dawce snu. Mało tego, sen ten sprawił także, że z faceta przerażającego swoim zachowaniem innych mieszkańców, Rick staje się osoba drugą po założycielu osady. Wszystko to poszło zdecydowanie zbyt łatwo oraz tak niewiarygodnie, że po prostu muszę uznać to za najpoważniejszą wadę fabuły tej odsłony cyklu ”The Walking Dead”.

Na szczęście za wadę już od dłuższego czasu nie uważam żółwiego tempa opowiadanej historii (no, chyba że twórcy już zdecydowanie przesadzają), ale wymieniona wyżej rzecz niestety nie jest jedyną, która nie podoba mi się w trzynastym tomie ”Żywych Trupów”. Naturalnie w tomie pojawia się równolegle jeszcze kilka innych wątków, lecz mają one drugorzędny wpływ na fabułę, chociaż stanowią niezłe jego uzupełnienie. Niekoniecznie dobrze idzie Kirkmanowi prowadzenie kryzysu w związku Maggie i Glenna. Mniej więcej od momentu próby samobójczej dziewczyny, która miała miejsce w tomie jedenastym, Kirkman nie ma jakiegoś większego pomysłu na to, by zainteresować czytelnika tą dwójką. Ponadto czuć nieco, że scenarzysta nie ma pojęcia jak wiarygodnie przedstawić emocje tkwiące w Maggie, przez sceny z nią rażą sztucznością.

Warstwa graficzna komiksu nie przeszła jakichś większych zmian w stosunku do poprzedniego tomu. Musze jednak uczciwie zaznaczyć, że porównałem sobie rysunki Adlarda z tej odsłony cyklu ”The Walking Dead” z tomem drugim, w którym artysta ten debiutował. I tu przyznać muszę, że już na pierwszy rzut oka widać różnicę. Wbrew temu co piszę praktycznie miesiąc w miesiąc, rysownik rozkręcił się i zdecydowanie poprawił swój warsztat. Nie uwolnił się co prawda od kilka swoich cech charakterystycznych, które potrafią irytować, ale w kwestii całokształtu poprawa jest dostrzegalna i świadczy na korzyść Adlarda.

Naturalnie w tomie nie znajdziecie żadnych dodatków, a wydanie Taurus Media jest zadowalające, solidne i niedrogie. Końcowa ocena to 3+/6

czwartek, 4 września 2014

KONKURS na koniec wakacji

Końca dobiegł sierpień, a wraz z nim do historii przeszły kolejne wakacje. Image Comics Journal chciałby jednemu ze swoich czytelników umilić powrót do szkoły/z urlopu/ przygotowania do kampanii wrześniowej. Ogłaszam konkurs, w którym do wygrania jest pierwszy tom "Sagi" ufundowany przez wydawnictwo Mucha Comics.
Co należy zrobić by wziąć udział w losowaniu? Wystarczy odpowiedzieć na dwa poniższe pytania
  1. Jaki tytuł nosiły DWA pierwsze komiksy Muchy, które ukazały się po Polsku?
  2. Kiedy odbyła się ich premiera w naszym kraju? Wystarczy podać miesiąc i rok.
 Konkurs trwać będzie do 17 września. Odpowiedzi wysyłajcie jak zwykle na ktymczynski@interia.pl

Nie tylko komiks #9

Trzecia kolejna odsłona cyklu ”Nie tylko komiks” poświęcona jest serialowemu wcieleniu ”The Walking Dead”. Obiecuję jednocześnie, że kilka kolejnych skupi się na mniej znanych produkcjach lub też takich, które święciły swoje triumfy lata temu. Tymczasem dziś zamknijmy już na jakiś czas temat tego niezwykle popularnego serialu i przyjrzyjmy się wyświetlanej w ostatnim sezonie serii, która ponownie biła rekordy oglądalności.

Trzeci sezon zakończył się cliffhangerem bardzo, ale to bardzo słabym. Niespodziewanie, początek kolejnej serii dawał nadzieję na to, że pomysł ten zostanie wykorzystany w ciekawy sposób. Całą czwartą transze odcinków ”The Walking Dead” podzielić można na trzy etapy. Pierwszy z nich obejmuje początkowe pięć odcinków, które skupiają się na zamieszkałych w więzieniu ocalałych z walki pomiędzy grupą Ricka Grimes i mieszkańcami Woodbury. W miejscu tym od dłuższego czasu nie doszło do żadnego śmiertelnego incydentu, ale tą pozorną sielankę przerywa tajemnicza choroba, bardziej agresywna i śmiertelna odmiana grypy, która stwarza zagrożenie nie tylko dla życia chorych, ale także tych, którzy jeszcze się nie zarazili. Jak już wspomniałem, początkowo mogłoby się wydawać, iż pomysł ten zostanie pociągnięty w ciekawy sposób. Premierowy epizod czwartej serii ”The Walking Dead” był dynamiczny, w niezły sposób przedstawiał zmiany jakie zaszły w więzieniu, a także wprowadzał do fabuły nowe postacie. Niestety, im dalej w las tym ciemniej, ponieważ okazało się, że właściwie tylko dwa z pięciu składających się na ten wątek epizodów można było obejrzeć bez większego zgrzytania zębami. W pewnym momencie doszło do tego, co znamy doskonale z poprzednich sezonów – fabuła zaczęła się rozciągać do niemożliwych rozmiarów, a kolejne dłużyzny nazywane przez twórców serialu „rozwijaniem postaci”, zaczęły po prostu denerwować. Żeby jednak być uczciwym, trzeba też oddać twórcom fakt, że właściwie każda scena akcji trzymała w napięciu, nawet jeśli momentami fantazja zbyt mocno ponosiła osoby piszące scenariusz.
Gdybym jednak wiedział co nastąpi potem... Pierwsza połowa czwartej serii ”The Walking Dead” kończy się trzema odcinkami, w których powraca Gubernator. I to właśnie ta historia jest najlepszym przykładem na to, że twórcy serialu powinni poważnie się zastanowić nad zmianą scenarzystów których zatrudniają, ponieważ ci aktualni odwalają straszną kichę. I znów, wszystko zaczyna się nawet nieźle, ponieważ pierwszy z trzech epizodów „wątku” Gubernatora jest jednym z bardziej trzymającym w napięciu. David Morrisey po raz kolejny udowodnił, że aktorsko jest dwie-trzy klasy wyżej niż jego koledzy i koleżanki z planu, tylko co z tego, skoro cały jego wysiłek partolili scenarzyści? Gubernator w wykonaniu Morrisey’a jest pełen pasji, konsekwentny oraz przerażający i wszystko byłoby ok, gdyby w skrypcie nie dodano do tego rażącą niekonsekwencję pod postacią bandy baranków posłusznie idących na rzeź za człowiekiem, którego dopuścili do swojej grupy dosłownie kilka dni wcześniej. Serio, tak brutalne uproszczenie fabuły bolało mnie tak mocno, że do dziś kulminacyjny moment sezonu – a więc atak Gubernatora na więzienie – budzi we mnie wstręt, skutecznie zastępując jakikolwiek przypływ cieplejszych emocji.

I wreszcie przechodzimy do drugiej części sezonu. Ta opowiada o losach osób, które przetrwały zniszczenie więzienia. Rozdzieleni, kierujący się w nieznanych kierunkach, natrafiają na znaki prowadzące do miejsca o nazwie Terminus. Zachęceni obietnicą bezpiecznego schronienia, wszyscy niezależnie od siebie zaczynają podążać w kierunku tajemniczego miejsca. Ale nie tylko nie wszyscy tam dotrą, ale także samo to miejsce nie okaże się być obiecywanym rajem na opanowanej przez zombie Ziemi. Wędrówkę tę obserwujemy przez siedem z ośmiu odcinków drugiej połowy czwartego sezonu ”The Walking Dead”. Ponownie wszystko to można było bez większych problemów zapakować w cztery, góra pięć epizodów. Mielizny i dłużyzny pojawiają się właściwie non-stop, byleby tylko twórcy zmieścili się w ilości odcinków, na które zezwoliła stacja AMC. Litości!!! Każdy ma swój limit, a ja i tak uważam się za osobę bardzo wytrwałą, ponieważ zaczęło mnie to potężnie denerwować dopiero pod koniec czwartego sezonu.

Podstawową wadą czwartej serii ”The Walking Dead” jest właśnie to, że fabułę rozpisaną na dziewięć, góra dziesięć dynamicznych i trzymających w napięciu odcinków postanowiono rozciągnąć aż do szesnastu epizodów i chociaż słupki oglądalności rosną przyjemnie, to jednak coraz głośniejsze są głosy krytykujące produkcję stacji AMC. Do sztywnych aktorów już zdążyliśmy się przyzwyczaić, na pewnego rodzaju niekonsekwencje i błędy logiczne machamy już ręką, ale żółwie tempo opowiadanej historii to już coś, czego łatwo nie obejdziemy. Bura należy się także twórcom za brak odwagi. W przeciwieństwie do poprzednich serii, w tej przez całe szesnaście odcinków tylko jedna osoba z głównej obsady produkcji pozbawiona została życia. Owszem, było więcej zgonów, ale wyraźnie było widać, że eliminuje się jedynie postacie drugoplanowe, bez większego wpływu na fabułę. Drugi i trzeci sezon był pod tym względem zdecydowanie lepszy.

Generalnie nie ukrywam, że mam spory problem z serialowym wcieleniem ”The Walking Dead”. Jak widzicie, niemal wyłącznie narzekam na tę produkcję. Czwartą serię ocenię na 3/6. Tylko co z tego? W październiku znowu zasiądę przed monitorem pełen nadziei, że piąta seria okaże się lepsza. I pewnie znów się zawiodę, a mimo to wcale nie myślę kończyć przygody z tym serialem.

Image wydaje, Image przesuwa - 03.09.2014

Wczoraj na terenie sklepów komiksowych w USA do sprzedaży trafiły następujące komiksy Image:

Aphrodite IX #9 (Stjepan Sejic St Patricks Day Variant Cover), $14.99
Egos vol. 1 Quintessence TP, $9.99
Elephantmen #59, $3.99
Giant-Size Kung Fu Bible Stories (not verified by Diamond), $20.00
God Hates Astronauts #1 (Cover A Ryan Browne), $3.50
God Hates Astronauts #1 (Cover B Geof Darrow), $3.50
Hack Slash Son Of Samhain #3, $3.50
Madame Frankenstein #5 (Of 7), $2.99
Mercenary Sea vol. 1 TP, $9.99
Nailbiter #5, $2.99
Nightworld #2 (Of 4), $3.99
Sidekick #8, $3.99
Southern Bastards #4, $3.50
Tech Jacket #3, $2.99
Walking Dead vol. 10 HC, $34.99

Kolejne opóźnienie zalicza wydanie zbiorcze "America's Got Powers". Tym razem z 17 na 24 września.