UWAGA: Powyżej widzicie okładkę opublikowanego w styczniu wydania zbiorczego. Poniższa recenzja powstała jednak w oparciu o wersję zeszytową.
Kosmici
przypuszczają atak na Ziemię. Niezależnie od tego czy jedynym ich celem są
Stany Zjednoczone, ludzkość najpierw dostaje potężne bęcki, zaś potem, dzięki
niezwykłej sile, determinacji i odrobinie szczęścia, odradza się i pokonuje
najeźdźcę, zaś na gruzach starego świata buduje nowy, znacznie lepszy. Tego
typu historie lub też ich wariacje widzieliśmy niejednokrotnie i wydawać
mogłoby się, że ciężko do tego całkiem mocno oklepanego schematu dorzucić coś
świeżego. Być może wynika to z moich braków w znajomości literatury
science-fiction, ale pomysł Brandona Thomasa polegający na tym, by odwrócić
role na linii najeźdźca/najeżdżany, jest dla mnie czymś zupełnie nowym. Dlatego
też zdecydowałem się sięgnąć po ”Horizon”. Jak jednak zapewne doskonale
zdajecie sobie sprawę, droga od dobrego pomysłu do prawidłowego jego
wykorzystania może być długa, kręta i wcale nie skończyć się sukcesem.

