Zbliżała się końcówka
roku 1997. Próbując zareagować nieco na malejące w oczach wyniki sprzedaży,
włodarze studia WildStorm postanowili dokonać kilku kosmetycznych zmian i przy
okazji ”obrandować” swoje komiksy szyldem New Horizons. Doszło wtedy do zmian na
stanowiskach rysowników serii ”WildC.A.T.S.”,
”Wetworks” i ”Gen13”, ”StormWatch” zaś
zostało zakończone i restartowane z dokładnie tym samym zestawem twórców, czyli
dokładnie tak, jak swego czasu bardzo lubił robić Marvel. Pojawiło się także
kilka nowych tytułów, spośród których dziś w zasadzie nie ma czego wspominać,
być może za wyjątkiem jednego. Mowa oczywiście o ”Divine Right: The Adventures of Max Faraday” Jima Lee, które
okazało się zaskakująco udanym komiksem. ALE, jak zauważyliście powyżej, dziś zajmę
się innym tytułem. Skupię się na promowanym jako motor napędowy inicjatywy New
Horizons tytule, który okazał się zarazem jego kulą u nogi. Tak oto
przechodzimy do ”WildCore”.
