poniedziałek, 29 września 2014

Ceny komiksów Muchy i Taurusa na MFKiG

Na oficjalnej stronie Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi pojawiła się zapowiedź wszystkich imprezowych premier. Fani Image już mogą zacierać ręce. Poniżej lista części premier wydawnictw Mucha Comics oraz Taurus Media. W nawiasie cena okładkowa, a po nim - cena za jaką daną pozycję będziecie mogli nabyć bezpośrednio od wydawców.
  • Fatale t.1: Śmierć podąża za mną, Ed Brubaker, Sean Phillips
    cena: (49,00 zł) 34,00 zł
  • Sex t.1, Joe Casey, Piotr Kowalski
    cena: (65,00 zł) 45,50 zł
  • Żywe Trupy t. 21, Robert Kirkman, Charlie Adlard
    cena: (43,00 zł) 33,00 zł
  • Słuchowisko The Walking Dead t. 5 i 6
    cena: (29,90 zł) 25,00 zł
Trudno się nie zgodzić z tym, że każda z powyższych cen jest niesamowicie atrakcyjna. No ale "Sex" konsekwentnie nie polecam ;)

Kolejna seria dobiegnie końca w przyszłym roku

Całkiem niedawno informowałem za zakończeniu serii "Satellite Sam", a dziś dowiadujemy się, że w przyszłym roku końca dobiegnie kolejny tytuł. Jest mi trochę żal, ponieważ czytam go od samego początku i świetnie się przy nim bawię, lecz z drugiej strony rozumiem twórców. Seria ta jest jedną z najgorzej sprzedających się komiksów od Image. Pozycją tą będzie...

"Skullkickers" Jima Zuba i Jeffrey'a Cruza.

niedziela, 28 września 2014

Okładka tygodnia #39 - edycja specjalna

Jak już zasygnalizowałem jakiś czas temu, dzisiejsza odsłona "Okładki tygodnia" jest wyjątkowa, ponieważ pierwszy raz to nie ja ją napisałem. Zrobiła to Beata - prywatnie moja dziewczyna, która jest komiksowym laikiem, ale lubi właśnie tę rubrykę i podjęła się zadania wytypowania swojej trójki. W przeciwieństwie do mnie, nie ograniczyła się jedynie do zeszytów opublikowanych w zeszłą środę, lecz wybierała także spośród wydań zbiorczych i wznowień. Jeśli Wam się spodoba dzisiejsze notowanie, dajcie znać w komentarzach. Tymczasem nie przedłużam już, każde kolejne słowo jest już jej autorstwa :)
3- Chronicles of Hate HC - Trzecie miejsce w dzisiejszym zestawieniu przypadło okładce Adriana Smitha. W centrum znajduje się tajemniczy humanoidalny stwór, który sprawia (łagodnie ujmując) dość niesympatyczne wrażenie. Już on sam pozostawiony na jednolitym tle byłby wystarczającym "creepy" elementem, aby stworzyć przykuwającą wzrok grafikę, jednak przekaz został wzmocniony ciągnącymi się aż po horyzont czaszkami osadzonymi na palach oraz wojownikiem będącym częścią wielkiego napisu tytułowego. Wszystkie te składowe doskonale pełnią swoją funkcję, każda z nich dodatkowo pogłębia uczucie niepokoju. Stylem przypomina mi ona "Rebel Blood", chociaż tym co podoba mi się tutaj o wiele bardziej jest właśnie podkreślenie tytułu (przyznam bez bicia, że tytuł "Rebel..." musiałam sobie wygooglać, natomiast nazwy "Chronicles...", dzięki ogromnemu, czerwonemu HATE raczej nie zapomnę).
2. Drumhellar #9 - Drugą pozycję w rankingu zajmuje okładka dziewiątego numeru "Drumhellar" Riley'a Rossmo. Połączenie dziecięcego rowerka ze śladami ciągnącej się za nim krwi i topiącego się w niej człowieka jest dość intrygujące. Dodatkowo im dłużej na nią patrzę tym intensywniej zastanawiam się nad tym czy przedstawiona postać ostatecznie zginie przez utonięcie, uduszenie liną czy może zostanie przejechana przez ten mały rowerek ze skutkiem śmiertelnym. Hmm... a może będzie to jakieś szalone combo (teraz pewnie myślicie, że jestem dziwna :D)? A tak na poważnie, wielki plus za pomysł, kompozycję i pozostawienie dużej części okładki w kolorze białym, absolutnie nic nie odwraca uwagi od walczącego o życie mężczyzny i tak zapewne miało być.
1. Low #3 - Na pierwszym miejscu ląduje grafika autorstwa Grega Tocchiniego zdobiąca trzeci numer "Low", komiksu opowiadającego o ratowaniu ludzkiego gatunku kryjącego się dotychczas na dnie oceanu.Widnieje na niej kobieca postać w kombinezonie, która otoczona przez morskie stworzenia, wydaje się być bardziej z nimi zespolona niż znajdować się w niebezpieczeństwie, mimo dość krwiożerczego wyglądu istot pływających wokoło. Właściwie podoba mi się w niej wszystko. Od harmonijnie dobranej kolorystyki, przez kompozycję, aż po detale i płynnie przenikające się plany. Razem tworzą bardzo klimatyczną okładkę, której można z przyjemnością przyglądać się dłużej niż minutę i wciąż dostrzegać kolejne smaczki świadczące o kunszcie autora. Dodatkowo niejasna sytuacja w jakiej znajduje się bohaterka (może jednak jest zagrożona?) powoduje że chce się sięgnąć po komiks i jak najszybciej rozwiać wątpliwości. Innymi słowy: czytałabym!

piątek, 26 września 2014

Kolejny rekordowy miesiąc na blogu

Co tu dużo mówić - JESTEŚCIE ZAJEBIŚCI!!!!!!

Myślałem że naprawdę długo czasu zajmie Wam oraz mi pobicie dotychczasowego rekordu ilości odwiedzin bloga, ale przeliczyłem się srogo, ponieważ wystarczył Wam kwartał. Czerwcowy wynik 7 084 wejść już został pobity, a przecież do końca września pozostało kilka dni. Czyżby próg ośmiu tysięcy był zagrożony? :) Trzymam za Was kciuki.

Strach pomyśleć co by było, gdybym nie miał tygodniowego urlopu, gdyż wtedy ruch na blogu był właściwie symboliczny :)

Tym razem nie będę się bawić we wspominanie przeszłości jak poprzednim razem. Dziś tylko krótko Wam podziękuję, a także pozwolę sobie życzyć Wam tego, abyście dalej chcieli zaglądać na Image Comics Journal. Bo zapału mi nie ubywa, gdy zaglądam w statystyki ;)

Gdzie nie spojrzeć - Becky Cloonan. Także w Image

Ostatnio zaczynam się bać, że gdy otworzę lodówkę to znajdę tam jakiś komiks autorstwa Becky Cloonan. Nie wiem skąd to się wzięło i zupełnie mi to nie przeszkadza, ale ostatnie miesiące obfitowały wręcz w zapowiedzi tytułów ze scenariuszem tej twórczyni. Jednym z nich jest także "Southern Cross". Komiksem tym zainteresował się portal CBR, który przeprowadził wywiad z Cloonan.
Główną bohaterką "Southern Cross" jest niejaka Alex Braith. Ma ona prosty cel: wsiąść na pokład ogromnego, kosmicznego tankowca i udać się w kilkudniową podróż w celu odebrania zwłok swojej zmarłej tragicznie siostry. Oczywiście nie wszystko idzie po jej myśli i z każdym kolejnym dniem w tej sprawie pojawia się coraz więcej pytań, na które nie ma odpowiedzi. I wszystko na pokładzie ogromnego statku kosmicznego, z którego nie ma ucieczki.

Już na początku wywiadu dowiadujemy się, że Andy Belanger - rysownik "Southern Cross" - nad designami poszczególnych postaci oraz przede wszystkim statków kosmicznych jakie zobaczymy na łamach serii, pracował blisko rok. Jest to bardzo długi okres, lecz zarazem świadczy o zapale artysty. Tytułowy Southern Cross to ogromny statek-tankowiec. Belanger uznał, że będzie to ciepło przyjęte przez czytelników, jeśli stworzy coś przypominającego ogromną łódź, tyle tylko że poruszającą się po kosmosie. Większość statków pojawiających się w serii oparte są na bardzo konkretnym modelu istniejących pojazdów wodnych.

Komiks nie jest osadzony w konkretnym przedziale czasowym. Wiemy tylko, że dzieje się "kiedyś w przyszłości". To co jest ważne z punktu widzenia fabuły, to architektura poszczególnych pomieszczeń na pokładzie Southern Cross. Każdy z nich posiada sekcję w kształcie krzyża, która spełnia określoną rolę. Cały statek ma także bardzo nietypowy silnik wytwarzający sztuczną grawitację, co również odegra niemałą rolę w fabule komiksu.

Alex Braith ma być bohaterką w stylu postaci z powieści Agaty Christie. W "Southern Cross" poznamy ją jako kobietę przeżywającą śmierć swojej siostry, lecz zarazem poważną i poukładaną. Kobieta miała w przeszłości problemy z prawem, co ciągnie się za nią do dziś mimo wylotu na Tytana - księżyc Saturna, lecz stara się żyć już jak uczciwy obywatel.

Komiks "Southern Cross" zaplanowany jest jako seria ongoing. Pierwszy story-arc liczyć ma 6 numerów, a każdy z nich opowie o jednym dniu podróży Alex.

Linkowisko, ponownie edycja krótka

Jakoś tak ostatnio od czasu do czasu pojawiają się artykuły dotyczące Image Comics, lecz nie ma ich na tyle dużo, by zrobić jedno wielkie "Linkowisko". Jako że z pewnymi rzeczami nie chcę i nawet nie mogę czekać, postanowiłem dziś zrobić drugą, króciutką odsłonę tego cyklu. Na tapecie pojawiły się trzy linki:
  • Recenzja "Sagi" która zaginęła w odmętach Internetu, na szczęście jej autor zagląda tutaj i o niej wspomniał. Klikamy TUTAJ.
  • Autoreklama - mój pierwszy tekst na Hataku vel Na Ekranie. Nie jestem z niego do końca zadowolony, ponieważ nałożono na mnie bardzo dziwne ograniczenie ilości znaków (które i tak przekroczyłem). Niektóre moje recenzje z tego bloga są dłuższe niż ten tekst, a historii Image Comics nie da się dobrze wyłożyć w 5000 znaków. No ale cóż, wymóg to wymóg :) Klikamy TUTAJ.
  • I na koniec tak jakby autoreklama. Na DCMultiverse pojawił się kolejny teaser zapowiadający... coś. To "coś" ukaże się Waszym oczom 8 października i wynika trochę z chęci, trochę z przymusu. Mam nadzieję że przyjmiecie to ciepło. Klikamy TUTAJ.

czwartek, 25 września 2014

Takie małe ogłoszenie

Zaznaczyłem to już na blogowym profilu na Facebooku, ale informacja mogła nie dość do wszystkich. Dlatego też piszę tutaj, że wbrew temu co pisałem ostatnio, w najbliższą niedzielę ukaże się kolejna "Okładka tygodnia" i to nie byle jaka, ponieważ jej autorem nie będę ja, lecz moja kochana dziewczyna, która postanowiła zmierzyć się z tematem i moim zdaniem zrobiła to świetnie.

Tak, tak, tekst już jest napisany i gotowy do publikacji. Nastąpi to w niedzielę o godzinie 20, więc serdecznie zapraszam do zajrzenia wtedy na Image Comics Journal :)

Szaleństwo i mistycyzm, czyli Rasputin bohaterem komiksu

Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że biografia Grigoriego Rasputina jest fascynująca. Mężczyzna ten miał ogromny wpływ na ludzi, w tym także na wówczas panującą w Rosji rodzinę carską, a tak naprawdę nikt nie może jednoznacznie powiedzieć, że wie kim był. Ponadto dość powszechnie uważany był za osobę posiadającą nadludzkie zdolności. Twórcy uznanej serii "Proof" ponownie połączyli siły, by zinterpretować historię tego człowieka na łamach nowego komiksu.
Tytułowy bohater serii "Rasputin" nie będzie tym samym człowiekiem, jakiego pamięta historia. Grecian i Rossmo zainspirowali się tym, że prawdziwy Grigori już za swojego życia był osobą, której dzieje stanowiły mieszankę faktów z fikcją. Każda osoba próbująca napisać życiorys Rasputina, prędzej czy później grzęzła w jakimś miejscu jego życia, którego nie można było jednoznacznie potwierdzić. Twórcy komiksu nie chcą mieć tego samego problemu, dlatego też w komiksie fabuła rozpocznie się w pewnym konkretnym miejscu, a następnie jego historia będzie swobodnie interpretowana i pełna momentów, które są wytworem wyobraźni Greciana.

Twórcy "Rasputin" chcą pokazać niejednoznaczność tytułowego bohatera, który zarówno pomagał biednym jak i bratał się z ignorującą biedotę arystokracją. Interesujący dla Greciana wydaje się także wątek mistyczny z życia Grigoriego, ponieważ w biografiach bardzo często pojawiały się informacje na temat jego domniemanych zdolności leczniczych oraz władaniu sztuką hipnozy.

W początkowych numerach "Rasputin" głównego bohatera widzieć będziemy jako względnie poczytalnego, eleganckiego i elokwentnego mężczyznę. Nie oznacza to jednak, że w historii zabraknie momentów, w których na jaw wyjdzie demoniczna część osobowości Grigorija. Komiks osadzony będzie tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej, lecz pojawiać będą się flashbacki z przeszłości. Twórcy uznali także, że w ich komiksie Rasputin będzie posiadać nadludzkie zdolności, ponieważ wiązać będzie się z tym ważny aspekt fabuły. Każde użycie mocy ma mieć jakiś wpływ na tytułowego bohatera. Jaki? Tego dowiemy się już w pierwszym numerze serii.

Oprócz Grigorija Rasputina, w komiksie pojawi się mnóstwo postaci pobocznych. Wśród nich będą zarówno postacie istniejące naprawdę jak i te, które zostały stworzone przez Alexa Greciana. Jednym z nich będzie Brytyjczyk, który pojawi się w Rosji z zadaniem eliminacji Rasputina. Z kolei postacie prawdziwe także doczekają się interesujących interpretacji. Przykładowo brat Makary, który inspirował Rasputina do działań, w serii ukazany zostanie jako gigant.

"Rasputin #1" ukaże się 29 października

środa, 24 września 2014

Non-Humans vol. 1: Runaway American Dream (Glen Brunswick/Whilce Portacio)

Na samym początku chciałbym zaznaczyć, że w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich na blogu, ta recenzja powstała w oparciu o zeszyty a nie wydanie zbiorcze.

Losy Whilce’a Portacio nierozerwalnie są związane z historią Image Comics. Artysta ten odszedł z Marvela by zakładać wraz z innymi buntownikami nowe wydawnictwo, lecz od tego czasu prześladował go pech. Najpierw stworzenie własnego studia nie doszło do skutku, ponieważ artysta mocno przeżył śmierć siostry. Po jakimś czasie wrócił do pracy i stworzył serię ”Wetworks”, którą rysował przez trzy lata. W 2000 Portacio przeszedł ostrą zapaść diabetyczką, po której musiał właściwie na nowo uczyć się chodzić czy rysować. Rehabilitacja trwała sześć lat. Wielki powrót do Image nastąpił w 2008. Od tego czasu Portacio narysował kilkanaście numerów ”Spawna” oraz ”Artifacts”, a w 2012 połączył siły z Glenem Brunswickiem i stworzył autorską miniserię ”Non-Humans”, którą dziś wezmę na tapetę.

Składająca się z czterech zeszytów historia jest typowym przykładem na to, że w Image można stworzyć naprawdę wszystko. ”Non-Humans” dzieje się w 2041 roku. Naszym oczom ukazuje się świat w którym od ponad dwóch dekad ludzie egzystują wspólnie z... żywymi zabawkami. Jak do tego doszło? Otóż swego czasu NASA sprowadziła na Ziemię fragment meteoru, który zawierał tajemniczą bakterię. Ta doprowadziła do tego, że każda zabawka na świecie ożyła. Głównym bohaterem serii jest nienawidzący tytułowych non-humans detektyw Aimes, który musi zmierzyć się nie tylko ze sprawą morderstwa jego partnera, ale także z tym że przydzielono mu nowego, którego nie cierpi, a jego syn bardzo mocno przywiązał się do kogoś z niebezpiecznej grupy żywych zabawek. Warto zaznaczyć, że sam nie należy do zbytnich przyjemniaczków.

Non-Humans” zainteresowałem się już w momencie gdy zapowiedziano pierwszy numer. Punkt wyjścia miniserii uznałem za co najmniej ciekawy i tak też w rzeczywistości było. Glen Brunswick – scenarzysta komiksu – szybko i sprawnie nakreślił świat, w którym osadzona jest fabuła. Pomimo tego, że najpierwszy rzut oka jest ona dość absurdalna, to jednak twórcy udało się ukazać to w sposób naturalny, dzięki czemu już po kilkunastu stronach widok żywych zabawek przestaje dziwić. Jak większość alternatywnych wersji przyszłości, tak i ta przedstawiona na łamach tej miniserii jest niebywale ponura. To co mnie bardzo mocno i pozytywnie zdziwiło, to przedstawienie tytułowych non-humans. Zniszczone zabawki żyjące w gettach na uboczu wielkiego miasta, nie mające szans wybicia się w społeczeństwie i stopniowo popadające w objęcia grup przestępczych robią naprawdę niezłe wrażenie i trudno niektórym z nich nie współczuć. Zarazem ciężko nie odnieść wrażenia, że Glen Brunswick w ten sposób odniósł się kwestii do pojawiających się w dużych miastach w USA dzielnic zdominowanych przez czarnoskórych Amerykanów, które nie cieszą się zbyt dobrą sławą. ”Non-Humans” nie ukazuje w tej części fabuły niczego oryginalnego, ponieważ już nieraz widzieliśmy historię typu „nie wszyscy są przesiąknięci złem”.

Największym problemem jaki miałem z tym komiksem, to główny bohater. Detektywa Aimesa w żaden sposób nie udało mi się polubić i tym samym jego losy zbytnio mnie nie interesowały. Znacznie bardziej interesowała mnie ta część fabuły, która skupiała się na jego synu, ponieważ to właściwie dzięki niej znacznie lepiej poznawaliśmy reguły rządzące światem zabawek. Całość warstwy fabularnej ”Non-Humans” cierpi na utknięcie w pewnych schematach. Owszem, jak już wspomniałem punkt wyjścia scenariusza był bardzo oryginalny i właściwie w każdym zeszycie widać było, że tkwi w nim duży potencjał, to jednak Glen Brunswick nie wiedzieć dlaczego zupełnie tego nie wykorzystał. Miniseria w pewnym momencie zmienia się w typową sensację w klimatach s-f. Poszczególne twisty fabularne właściwie nie zaskakują i trudno znaleźć tu coś, co zapada w pamięci na dłużej. No, chyba że w warstwie graficznej.

Whilce Portacio jest bardzo charakterystycznym rysownikiem, który ma mniej więcej tyle samo zwolenników jak i przeciwników. Ja należę do tych pierwszych, chociaż zdarzyło mi się także go krytykować. Tymczasem ”Non-Humans” uważam za jedną z najlepszych prac w karierze tego artysty. Portacio świetnie odnalazł się w ponurej alternatywnej przyszłości i zaprezentował czytelnikom wizję mocno przygnębiającą, co tylko potęguje bardzo fajny design poszczególnych zabawek. Owszem, wciąż zdarzają się kadry, które nie wyszły najlepiej temu doświadczonemu artyście, ale znacznie więcej jest tych, które naprawdę mogą się podobać.

Warto wspomnieć, że ”Non-Humans” kończy się zamykając główną fabułę, ale jednocześnie sugerując możliwość kontynuacji. Tę zakładali także sami twórcy, lecz przynajmniej na dzień dzisiejszy nie słychać nic na ten temat. Zeszyty na których oparłem swoją recenzję nie posiadały żadnych dodatków, natomiast opis wydania zbiorczego sugeruje, że znajduje się w nim galeria szkiców autorstwa Portacio.

Podsumowując, ”Non-Humans” miało spory potencjał oraz bardzo ciekawy i oryginalny pomysł, lecz niestety Glen Brunswick nie wykorzystał go w pełni, tworząc po prostu historię jedną z wielu. Z tego co widzę po recenzjach pojawiających się w Internecie, nie ja jeden jestem zawiedziony tym komiksem. Na plus zdecydowanie rysunki Portacio, lecz sądzę iż jego zagorzali przeciwnicy znajdą tu mnóstwo powodów do narzekań. Moja ocena to 3/6

Zaskakująca końcówka pierwszej historii w "C.O.W.L."

Szczerzę muszę się Wam przyznać, że nie lubię pisać postów takich jak ten, ponieważ czuję się jak osoba o postawie "coś wiem, ale Wam nie powiem". Ale o co chodzi, pomyślicie? Otóż twórcy serii "C.O.W.L." udzielili serwisowi Newsarama wywiadu w którym zapowiedzieli wielką i ważną zmianę kierunku, w jakim podąży ich seria. I chociaż rozmowa ta jest stosunkowo długa, to jednak nawet przez moment nie dowiadujemy się o co tak naprawdę chodzi.
Piąty zeszyt serii "C.O.W.L.", który trafił dziś do sprzedaży, posiada mocno zaskakującą końcówkę. Kyle Higgins stwierdził, że od samego początku planowali mocno namieszać w statusie quo, lecz jednocześnie nie robić tego za pomocą zużytych do granic rozsądku klisz z innych tytułów superbohaterskich. Zdarzenie to zmienić ma kompletnie sposób w jaki czytelnicy podchodzą do poszczególnych postaci.

"C.O.W.L. #5" jest ostatnim zeszytem, który wejdzie w skład wydania zbiorczego, które ukaże się prawdopodobnie już pod koniec października.

Kyle Higgins konsekwentnie nie chciał ujawnić co stało się pod koniec wydanego dziś numeru, lecz dodał kilka szczegółów na temat kolejnego story-arcu. Według jego słów "C.O.W.L." od samego początku miało być tytułem opowiadającym o rozpadzie tytułowej organizacji i przyjaźni pomiędzy jej członkami. Teraz komiks wejdzie w okres czasowy Zimnej Wojny, co może jeszcze mocniej poróżnić bohaterów. Twórcy skupią się na Grey Ravenie, który nie będzie przyjmował najlepiej tego, iż założona przez niego grupa, jego życiowe dzieło, zaczyna się sypać jak domek z kart. W serii pojawią się także nowe postacie, w tym też agent, który oskarży członków grupy o sprzedaż broni terrorystom i posiadać będzie na potwierdzenie swoich słów bardzo mocne dowody.

Twórcy przyznali, że ich początkowy plan zakładał, że to co zobaczymy w piątym numerze "C.O.W.L." miało znaleźć się już w premierowym zeszycie. Z czasem uznali jednak, że znacznie lepszym pomysłem będzie poświęcenie dodatkowego miejsca na rozbudowanie charakterów poszczególnych postaci. Nie oznacza to zarazem iż twórcy zamierzają na tym poprzestać. W kolejnych historiach także będziemy dowiadywać się ciekawostek z przeszłości niektórych herosów.

Na koniec twórcy ujawnili, że podczas najbliższej odsłony New York Comic Con dostępny będzie limitowany, twardookładkowy trejd zawierający mnóstwo dodatkowych materiałów oraz specjalna okładkę autorstwa Roda Reisa.

Szafa z Komiksami poleca "Sex Criminals"

Całkiem niedawno informowałem o tym, że na "Szafie z Komiksami" pojawił się odcinek poświęcony "Deadly Class", a tymczasem Joachim Tumanowicz zaskoczył mnie pozytywnie tym, że drugi raz z rzędu wziął na tapetę kolejny komiks z Image. Zresztą, zobaczcie sami. Jako że blog uparcie nie chce dodać okienka z filmem, wystarczy że klikniecie TUTAJ.

Od siebie dodam tylko, że po raz pierwszy od dłuższego czasu (bodajże od opinii o "Lazarus") nie zgadzam się z "Szafą". Owszem, "Sex Criminals" fabularnie stoi na niebywale wysokim poziomie, ale warstwa graficzna była dla mnie powodem, przez który komiks ten nie stoi dziś na mojej półce :)

Cliff Chiang rysuje warianty dla Image

Cliff Chiang przez ostatnie lata był etatowym rysownikiem serii "Wonder Woman" do scenariusza Briana Azzarello. Co prawda ich run jeszcze się nie zakończył, to jednak artysta znalazł więcej wolnego czasu, gdyż narysował trzy warianty okładek do komiksów z Image. Dokładnie chodzi o "Drifter #1", "Starlight #6" oraz "Wytches #1" i możecie je obejrzeć poniżej.

Image wydaje, Image przesuwa - 24.09.2014

W dniu dzisiejszym na terenie USA do sprzedaży trafiły następujące komiksy od Image.

C.O.W.L. #5, $3.50
Chew #43, $2.99
Chronicles Of Hate HC, $29.99
Drumhellar #9, $3.50
Fade Out #1 (2nd Printing Variant Cover), $3.50
Fatale vol.5 Curse The Demon TP, $14.99
Low #2 (2nd Printing Variant Cover), $3.50
Low #3, $3.50
Outcast By Kirkman And Azaceta #4, $2.99
Revival vol. 4 Escape To Wisconsin TP, $16.99
Roche Limit #1 (Cover A Vic Malhotra), $3.50
Saga #23, $2.99
Sex #16, $2.99
Trees #1 (Jason Howard Signed Edition)(Dynamic Forces), AR
Umbral #9, $3.50
Voice In The Dark Get Your Gun #1 (Of 5)(Cover A Larime Taylor & Sylv Talor), $3.99
Voice In The Dark Get Your Gun #1 (Of 5)(Cover B Ben Templesmith), $3.99
Wayward #2 (Cover A Steve Cummings & Ross A. Campbell), $3.50
Wayward #2 (Cover B Riley Rossmo), $3.50

Ponadto tym razem nie trafiłem na żadne informacje o opóźnieniach co jest dość precedensowe, zwłaszcza patrząc na to, co dziś ogłosiło chociażby DC Comics.

poniedziałek, 22 września 2014

Okładka tygodnia #38

Jeśli nie polubiliście jeszcze Image Comics Journal na Facebooku to mogła Wam umknąć informacja o opóźnieniu "Okładki tygodnia" z powodu finału mistrzostw świata w siatkówce, który wygrała Polska!!! :D Tak więc najnowsza odsłona pojawia się dziś, a już teraz chciałbym podkreślić, że najprawdopodobniej w najbliższe dwie niedziele także nie wyrobię się z kolejnymi "Okładkami tygodnia". Nie jest to informacja pewna w 100%, ale wolę uprzedzić już teraz.

Tymczasem spośród okładek komiksów które ukazały się w minioną środę, najbardziej do gustu przypadły mi następujące trzy:
3. Shutter #6 - seria ta jakoś szczególnie nie spodobała mi się i już po pierwszym numerze zrezygnowałem z jej lektury. Nie pamiętam także abym wyróżnił którąś z okładek do niej. Dziś jest taka okazja, ponieważ widoczny powyżej cover przypadł mi do gustu z powodu wykorzystanego motywu zwierzęcego. Ten, jak dobrze pamiętacie, zawsze do mnie trafiał. Leila Del Duca to nie jest może wybitna rysowniczka, ale tym razem wykazała się pomysłowością i nie najgorszym wykonaniem. Podobają mi się dobrane kolory, które nie powodują zatarcia między pierwszym i drugim planem, a także nie są zbyt krzykliwe. Kawał solidnej roboty na przyzwoitym poziomie.
2. Oddly Normal #1 - po pierwsze, muszę wyraźnie zaznaczyć że cieszy mnie fakt przynajmniej śladowej ilości tytułów skierowanych dla młodszego czytelnika w ofercie Image. Przykłady IDW i zwłaszcza Boom! Studios pokazały, że na tej części komiksowego poletka można wyjść całkiem nieźle i chociaż tamte wydawnictwa inwestują w niemal same licencje, to jednak są chwalone za swoje tytuły dla młodych odbiorców. Ale nie o tym tu mowa. Okładka do pierwszego numeru "Oddly Normal" szybko wpadła mi w oko głównie dzięki swojej kreskówkowej formie. Teoretycznie jest ponura, ale zarazem zabawna i od razu widać, że powinniśmy mieć do czynienia z tytułem lekkim i przystępnym. Drugi plus za użyte kolory i taki dość mało Image'owy wygląd coveru.
1. Trees #5 - to chyba żadna niespodzianka, że gdy tylko pojawia się kolejny numer tej serii, to jego okładka musi pojawić się w zestawieniu. Jak właściwie każda z poprzednich odsłon tego tytułu, tak i ta posiada okładkę niezwykle pomysłową, bardzo prostą i przede wszystkim niebywale klimatyczną. Nie wiem kto bardziej odpowiada za projekt coveru, ale dla mnie jest to mistrzostwo świata, ponieważ ilustracje te nie pokazują właściwie nic, a mimo to tak mocno zachęcają do sięgnięcia po dany zeszyt, że aż mnie krew zalewa w oczekiwaniu na zapowiedź wydania zbiorczego :)

Linkowisko, edycja bardzo krótka

Generalnie jestem nieco zawiedziony faktem, że recenzji "Sagi" ukazało się znacznie mniej niż sądziłem, albo po prostu słabo szukałem. Dlatego tez dzisiejsza odsłona nieregularnego linkowiska nie będzie obfitować w oszałamiającą ilość linków, ale nie oznacza to, że mało napiszę. Przejdźmy więc do konkretów:
  • Jak co tydzień Piotrek Lipa podaje swoje krótkie opinie o przeczytanych zeszytach. Naturalnie zawsze znajdzie się tam miejsce dla czegoś z Image Comics. Klikamy TUTAJ.
  • W sumie nie wiem czy ten tekst pojawił się najpierw na Pulp Warsaw czy też na Kolorowych Zeszytach, ale Jakub Górecki tym razem opisał swoje wrażenia z lektury pierwszego tomu "Fatale". Tekst ten zapewne jeszcze przypomnę Wam, gdy komiks ukaże się w Polsce. Klikamy TUTAJ.
  • I na deser tekst, który nie dotyka zbyt mocno wydawnictwa Image Comics, ale jest tak... charakterystyczny że aż... zacząłem się ubiegać o angaż w serwisie Hatak :D Chodzi mianowicie o ten artykuł. Jego autor zbłaźnił się niebywale podając czytelnikom na tacy informacje nieaktualne czasem nawet i o dekadę (według autora komiksy "G.I. Joe" publikuje Devil's Due), myląc nazwy serii ("The Walking Death") czy nazwiska twórców (Micheal Bendis, Ed Bruberker), natomiast sam serwis zbłaźnił się puszczając ten tekst bez jakiejkolwiek korekty, zarówno merytorycznej jak i pod jakości pisania. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAARGHHHHH!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Żeby było śmieszniej, gdy napisałem na oficjalnym profilu Hataka długi post na temat tego tekstu, nie doczekałem się żadnej odpowiedzi nawet, gdy swoimi lajkami poparło mnie kilka osób. Jako że uważam Hatak za serwis, który ma spory potencjał jeśli chodzi o promocję komiksu, postanowiłem zgłosić się do nich jako kandydat na współpracownika, bo nieskromnie stwierdzam, że gorszy od obecnych recenzentów na pewno nie będę, a serwisowi może to wyjść na dobre :P I być może coś z tego będzie.

Fanowski film ze Spawnem

Podczas gdy Todd McFarlane od lat powtarza jak mantrę że pracuje nad kinowym odrodzeniem się Spawna, grupa zapaleńców chwyciła za kamerę i stworzyła liczący niecały osiem minut fanowski film pod tytułem "Spawn: The Recall". Opowiada on o byłej wiedźmie, która próbuje wieść normalne życie wśród ludzi. Niestety, siły zła upominają się o swoją wojowniczkę. Film możecie obejrzeć poniżej.
Jak wrażenia?

piątek, 19 września 2014

Erik Larsen świętuje publikacje 200 numeru "Savage Dragon"

Można powiedzieć że 21 lat to stanowczo za dużo czasu, by seria komiksowa dobiła do 200 numeru. Z drugiej strony, patrząc na to co dzieje się w Marvelu, gdzie np. w ciągu pięciu ostatnich lat seria "Wolverine" doczekała się trzech restartów, cała rzesza innych tytułów dwóch, a żaden tytuł z obecnej oferty nie ma więcej niż około 40 numerów, osiągnięcie Erika Larsena robi naprawdę duże wrażenie. Co prawda uważam, że twórca ten powinien przejść już na emeryturę, to jednak ten nie zamierza tego robić i zapowiada, co czeka jego tytuł w przyszłości. Uwaga na spoilery!!!
Przypomnijmy, że obecnie wydawana seria "Savage Dragon" pojawił się w ofercie Image w 1993 roku jako kontynuacja miniserii publikowanej pod tym samym tytułem. Przez wszystkie te lata Erik Larsen był zarówno scenarzystą jak i rysownikiem, a tytuł przeżywał różne zawirowania. Obecnie rolę głównego bohatera komiksu przejął Malcolm Dragon - nastoletni syn dotychczasowego protagonisty tytułu. Według słów Larsena, w przeciwieństwie do "Spawna", zmiana ta jest definitywna. W przyszłości może pojawić się kilka przygód ojca z synem, ale "Savage Dragon" na zawsze ma już pozostać tytułem, w którym główną role odgrywa Malcolm.

Tymczasem powoli zaczyna się świętowanie wydania dwusetnego numeru serii. Larsen zdradził, że zeszyt oznaczony jako 199 będzie w całości składał się z dwustronnicowych plansz. Dla twórcy jest to zupełnie coś nowego i uważa on to za ciekawe przeżycie. Jubileuszowy numer zawierać ma już normalną historię, ale zeszyt ten pełen będzie dodatków. Wśród nich znajdą się historie zilustrowane przez takich artystów jak Chris Burnham ("Batman: Incorporated"), Herb Trimple ("Incredible Hulk") czy Jack Kirby... Chwila, moment, że co? Otóż jedna z wariantowych okładek do numeru narysowana została przez Larsena w stylu tego legendarnego twórcy. Przyznać trzeba że wyszło mu całkiem nieźle.

W przeciwieństwie do większości komiksów, "Savage Dragon" osadzony jest w czasie rzeczywistym - postacie się starzeją, ich życie ulega radykalnym zmianom, dorastają, przejmują nowe zadania. To daje Larsenowi mnóstwo inspiracji i stanowi sposób na odświeżenie tytułu co jakiś czas. Tak jak teraz, gdy komiks stał się historią osadzoną w liceum.

Jeśli Erik Larsen uzna, że nie ma już sił na tworzenie kolejnych odsłon serii "Savage Dragon", ta dobiegnie końca. Twórca podkreśla, że jego komiks jest od początku do końca wizją jednego faceta i bez niego, tytuł po prostu nie ma prawa istnieć. Larsen przyznał także, że gdyby mógł cofnąć czas, to nie stworzyłby historii o podróżach do innych światów, która sprawiła, że tytuł stał się bardzo skomplikowany w odbiorze i wtedy też od tytułu odpłynęło wielu czytelników.

"Savage Dragon #200" ukaże się w listopadzie.

Śladami herosów #9 (z 13)

Dzisiejsza odsłona ”Śladami herosów” powstała bardzo małym nakładem sił, ponieważ znacząca większość tekstu pochodzi z napisanej już edycji poświęconej WildCats plus kilka dodatków o których wcześniej nie wspominałem. Dlaczego tak się stało? Ponieważ bohaterem dzisiejszej odsłony tej rubryki jest Grifter, nierozerwalnie związany z komiksami, o których już pisałem. Chociaż uważne oko wypatrzy kilka miniserii, o których wcześniej nie wspominałem. Przejdźmy zatem do konkretów.
SERIE GŁÓWNE
Grifter vol. 1 (Image, maj 1995-marzec 1996) – Najbardziej rozpoznawalny członek WildCats prędko dorobił się własnej serii, która jak się zaczęła, tak równie szybko i niespodziewanie zniknęła. Bo trudno oczekiwać, by Image Comics nastawiło się jedynie na 10 numerów. Tytuł opowiada o przygodach Cole’a Casha po tymczasowym opuszczeniu grupy WildC.A.T.S. Dużo bijatyki oraz strzelania, sensu już znacznie mniej.

Grifter vol. 2 (Image, lipiec 1996-wrzesień 1997) – Po ogólno WildStormowym crossoverze ”Fire From Heaven” Grifter ponownie ruszył na indywidualne przygody. Tym razem seria z jego udziałem przetrwała 14 numerów, być może dlatego bo scenarzyści postanowili rozwinąć nieco warstwę fabularną. Bohater bowiem zmagał się z kryzysem egzystencjalnym, spowodowanym tym, że pierwszy raz w życiu nie miał z kim walczyć. Na pewno ciekawsza pozycja o pierwszego woluminu.

Grifter vol. 3 (DC Comics, wrzesień 2011-styczeń 2013) – Na kolejny solowy tytuł Cole Cash czekał czternaście lat i otrzymał go w momencie wymazania istnienia grupy WildCats. Grifter stał się częścią inicjatywy DC New 52, na łamach której zaliczył nowy origin oraz przetrwał nowe przygody. Pierwszych kilka numerów jest jeszcze zjadliwych, ale potem stery serii przejmuje Rob Liefeld i robi to, w czym jest najlepszy, a więc zarzyna serię, która ostatecznie pada po 17 numerach.

WildC.A.T.S. vol. 1 (Image, wrzesień 1992-czerwiec 1998) – Historycznie pierwsza i jednocześnie najdłuższa seria z przygodami Dzikich Kotów. Początkowo tworzona przez Jima Lee i Brandona Choia przypominała większość ówczesnych dokonań wydawnictwa Image, a więc próżno było szukać tam czegoś więcej, niż taniego efekciarstwa w fabule i solidnej warstwy graficznej. Z czasem zespoły twórców się zmieniały i pomimo angażu Alana Moore’a czy Jamesa Robinsona, do dziś największym wygranym tamtej serii jest Travis Charest. Lektura nie najwyższych lotów, ale obowiązkowa.

WildCats vol. 2 (WildStorm, marzec 1999-październik 2001) – Tytuł wydawany był już przez WildStorm i zaliczył 28 numerów, z czego pierwsze 7 stworzył duet Scott Lodbell/Travis Charest, a pałeczkę po nich przejęli Joe Casey i Sean Phillips. Seria tak bardzo różni się od swojej poprzedniczki, jak tylko jest to możliwe. Zwłaszcza Casey pokazał, że poszczególni członkowie grupy to nie tylko kupa mięśni i da się z nimi stworzyć naprawdę interesujące historie. Seria jednak nie cieszyła się już tak dużym wzięciem jak w czasach Image, co jednak nie przeszkodziło osiągać spore sukcesy na comiesięcznych listach popularności. Na tyle, że Casey odpowiadał za jej reinkarnację. Lektura obowiązkowa.

WildCats version 3.0 (WildStorm, październik 2002-październik 2004) – absolutnie najlepszy tytuł z udziałem WildCats. Możecie mi wierzyć lub nie, ale prawdopodobnie już nic nigdy nie przebije tych przygód grupy. Odpowiedzialny za to jest nie kto inny jak Joe Casey, który wzbił się na wyżyny swoich umiejętności. Całość świetnie zilustrował Dustin Nguyen. Polecam każdemu czytelnikowi i pragnę przypomnieć, że niedawno seria ta została zebrana w dwóch wydaniach zbiorczych.

WildCats vol. 4 (WildStorm, grudzień 2006) – Największe kuriozum w tym zestawieniu. Seria, która miała być okrętem flagowym wydarzenia znanego jako Worldstorm, najbardziej przyczyniła się do jego porażki. A miało być tak pięknie: Grant Morrison i Jim Lee łączą siły, by stworzyć coś, co pobije nawet wcześniejsze wyczyny Casey'a. Ostatecznie jednak obaj twórcy nie potrafią dojść ze sobą do porozumienia. Szkota denerwują ciągłe ingerencje Lee w jego scenariusz i notoryczne opóźnienia, więc zrywa kontrakt i seria zdycha po ukazaniu się jednego numeru. Można zajrzeć z czystej ciekawości.

WildCats vol. 5 (WildStorm, wrzesień 2008-grudzień 2010) – I wreszcie ostatni (jak na razie) rozdział w historii grupy bohaterów znanych jako WildCats z udziałem Griftera. Po wydarzeniach z World’s End bohaterowie walczą o przetrwanie swojego świata, który stanął na krawędzi upadku. A istnieje wiele złych sił, które cieszą się z zastanego stanu rzeczy. Tworzą Christos Gage (#1-17) i Adam Beechen (#18-30), którzy odwalili kawał naprawdę niezłej roboty. Zwłaszcza brawa należą się temu drugiemu, gdyż potrafił stworzyć wielowątkową historię dysponując nie tylko postaciami z WildCats, ale też i innych serii, a które upchnięto do tego jednego tytułu. Oczywiście pozycja obowiązkowa.
SERIE POBOCZNE
Team7 vol. 2 (DC Comics, grudzień 2012-lipiec 2013) – Nieudana niestety próba przywrócenia tej marki w barwach wydawnictwa DC. Była z tego całkiem fajna seria, lecz niestety zupełnie nie przypadła do gust ani czytelnikom regularnego DC, ani najbardziej zatwardziałym fanom zlikwidowanego WildStormu. Nie za bardzo wiem dlaczego.

The New 52: Future’s End (DC Comics, lipiec 2014-trwa) – Po zlikwidowaniu jego solowej serii Grifter trafia do tego tytuł, który wedle wszystkich zapowiedzi miał być ważny dla przyszłości uniwersum DC. No może i jest, ale na razie czytelnicy narzekają na ślimacze tempo opowiadanej historii. Jest to prawda, a niestety wątek z udziałem Cole’a Casha należy do najgorszych z nich wszystkich. Dla lubiących męki.
MINISERIE I ONE-SHOTY
Flashpoint: Lois Lane and the Resistance (DC, sierpień-październik 2011) – Grifter jest tu dowódcą tytułowego ruchu oporu i – obok Lois Lane – kluczową postacią miniserii. Tytuł ten nie ma jednak żadnych odniesień do uniwersum WildStorm.

Grifter and the Mask (Image, wrzesień-październik 1996) – jednym z crossoverów w który wplątany został Grifter jest spotkanie z wydawaną wówczas przez Dark Horse Maską. Wyszło tak jak powinniście się spodziewać – śmiesznie, ale zupełnie niezobowiązująco.

Grifter/Badrock (Image, październik-listopad 1995) – WildStorm miał swojego Griftera, Extreme miało Badrocka. Wniosek? Czas na totalnie bezsensowny i nie mający żadnego wpływu kompletnie na nic crossover.

Grifter/Midnighter (WildStorm, maj 2007-październik 2007) – Aż do 2007 roku przyszło czekać fanom na spotkanie dwóch największych ikon wydawnictwa WildStorm. Szkoda tylko, że scenarzyści nie wysilili się zbyt bardzo i skupili się na pokazywaniu tego, jak bardzo obaj są „awesome”. W rezultacie dostajemy składającą się z sześciu numerów bijatykę na kilku planetach. Można, lecz nie trzeba.

Grifter/Shi (Image, marzec-maj 1996) – Był taki krótki okres, gdy wydawnictwo Crusade chciało za wszelką cenę rozpropagować postać Shi. I za wszelką cenę przecinali jej drogę spotkaniami z innymi komiksowymi postaciami. Oczywiście Grifter stał się jedną z nich. Czego efektem jest dwuczęściowa miniseria. Cieniutka i słaba, do zapomnienia.

Point Blank (WildStorm, sierpień 2002-grudzień 2002) - Udana miniseria autorstwa Eda Brubakera, w której znaleźć można sporo nawiązań do WildCats. Głównym bohaterem jest tu Grifter szuka sprawcy ataku na swego dawnego szefa - Johna Lyncha. Jak się okazuje, za atak odpowiada Tao... ale nie do końca. Nie czytałem tego tytułu, jednak za namowa Mr. M napiszę, iż warto do niej zajrzeć.

Spawn/WildC.A.T.S. (Image, styczeń-kwiecień 1996) – długo fani zmuszeni byli czekać na spotkanie dwóch najlepiej sprzedających się marek ówczesnego Image Comics. Gdy w końcu do niego doszło, okazało się to sporym nieporozumieniem. Spawn w towarzystwie Dzikich Kotów trafia do alternatywnej wersji przyszłości, gdzie stoi na czele piekielnych sił, a ludzkość stoi na progu zagłady. Historia jest potwornie kiepska, a jej czytanie boli tym bardziej, że za scenariusz odpowiedzialny był sam Alan Moore. Nic dziwnego, że scenarzysta ten chciałby wyprzeć z pamięci okres współpracy z Image.

Team7 (Image Comics, październik 1994-luty 1995) – pierwsza miniseria z udziałem Team7 przynosi nam niezbyt zapadający w pamięć występ późniejszego członka WildCats. Jak każdy członek drużyny siedem jest on młody i narwany, przez co także dochodzi do starć z innymi członkami grupy. Ostatecznie jednak miniseria ta to standardowa rąbanina wypełniona niemożliwie umięśnionymi facetami.

Team7: Objective – Hell (Image Comics, maj-lipiec 1995) – wstęp do crossoveru “WildStorm Rising” to kolejna przygoda grupy z Colem Cashem na pierwszym planie. Naturalnie doprowadziło to tylko do kolejnego, trwającego tym razem tylko trzy zeszyty, konfliktu zbrojnego, podczas którego wiele naboi zostało wystrzelonych, a wiele sensu zaginęło w akcji.

Team7: Dead Reckoning (Image Comics, styczeń-kwiecień 1996) – ostatnia miniseria z tą ekipą w historii Image Comics nie wyróżnia się niczym szczególnym. Grifter nadal odgrywa jedną z ważniejszych ról, a całość sprowadza się do rąbaniny, strzelaniny, testosteronu i napinania mięsni do granic wyobraźni rysownika.

Team X/Team7 (Image Comics, listopad 1996) – mało pamiętany już crossover z udziałem bohaterów Image oraz Marvela. W nim ponownie swoje rękawice krzyżują Wolverine oraz Deathblow, lecz tym razem w towarzystwie swoich towarzyszy z wczesnych lat kariery, a więc także i Griftera. I ponownie nie jest to historia, która zapada w pamięć.

The Kindred (Image Comics, marzec-czerwiec 1994) – Nieco uwspółcześniona przygoda części składu Team7. W niej Backlash, Lynch oraz Grifter trafiają na wyspę, na której mieszkają efekty eksperymentów na czymś, co swego czasu zdobyło Team7. Bohaterowie muszą pokonać osobiste niesnaski jeśli chcą dożyć kolejnego dnia. Nie jest to historia porywająca, ale także kończy się równie szybko jak zaczyna.

The Kindred II (WildStorm, marzec-czerwiec 2002) – Po ośmiu latach ktoś wpadł na to, by wyżej opisana miniseria otrzymała kontynuacje głównie po to, by przypomnieć czytelnikom o nieco zakurzonej wówczas już postaci Backlasha. Co tu dużo mówić, jest kompletnie do niczego i nie powinniście za nią się brać.

WildC.A.T.S./Aliens (Image, wrzesień 1998) – Dziwna sprawa, ponieważ tytuł ten jest ważny, ale dla... fanów grupy StormWatch! Dlaczego? Otóż podczas spotkania Dzikich Kotów z Xenomorphami giną Winter, Hellstrike, Fuji i Fahrenheit, co doprowadza do zlikwidowania grupy w StormWatch v2 #11. Oprócz tego drobnego szczegółu, tytuł absolutnie nieobowiązkowy.

WildCats: Nemesis (WildStorm, listopad 2005-lipiec 2006) – Po zakończeniu trzeciej serii z członkami WildCats w roli głównej, długo zastanawiano się nad kolejnym krokiem. W końcu ogłoszono powstanie nowej miniserii pisanej przez Robbiego Morrisona, która jest istotna z jednego, zasadniczego powodu. Wprowadza ona bowiem do świata WildStormu tytułową bohaterkę, czyli Nemesis. W przyszłości odegra ona spory udział, Grifter odgrywa tu ważną rolę, a i komiks nie jest najgorszy. Dlatego też polecam zapoznanie się z nim.

WildCats Special (Image, listopad 1993) – One-shot, który równie dobrze mógłby mieć w nazwie słówko „annual”. Słabizna, bez wpływu na dalsze przygody WildCats. Omijać!

WildCats Trilogy (Image, czerwiec 1993-grudzień 1993) – Miniseria powstała na fali sukcesu powyższego ongoingu. Podpisał się pod nią duet Choi/Lee. Dodam jednak, że chodzi mi o Jae Lee. W 1993 roku artysta ten charakteryzował się jeszcze tym, że rysował... fatalnie. I to niestety widać także i tutaj. W regularnej (ha! Dobry żart) serii brak scenariusza przykrywały przynajmniej rysunki. Tu nawet tego atutu brak. Nie polecam, nie zachęcam. Zwłaszcza, że nie jest to obowiązkowa lektura.

WildC.A.T.S./X-Men – Seria czterech one-shotów prezentujących spotkania najsłynniejszych grup bohaterów Image i Marvela. Nie są kanoniczne, ale zebrały całkiem niezłych twórców (m.in. Warren Ellis) i można się z nimi zapoznać, chociaż absolutnie nie ma takiej konieczności.

Wild Times: Grifter (WildStorm, sierpień 1999) – one-shot z cyklu komiksów przenoszących bohaterów WildStormu do innych czasów. Dla Griftera wybrano pulpowe lata 30 XX wieku i zaskakująco dobrze odnalazł się w tym okresie. Można zajrzeć z ciekawości.
WYSTĘPY GOŚCINNE
Flashpoint #3-5 (DC) – W historii wieńczącej stare uniwersum DC pojawiają się postacie z WildStormu z których tylko Grifter ma rolę większą niż czwartoplanową.

Sleeper: Season Two #5, 9-12 (WildStorm) – Pierwsza z głośnych serii autorstwa duetu Ed Brubaker/Sean Philips była mocno osadzona w regularnym uniwersum WildStormu, więc z czasem nie mogło zabraknąć gościnnego, chociaż nieźle uzasadnionego fabularnie, występu Griftera. Ten pojawił się z pięciu numerach serii, chociaż w jednym jedynie mocno epizodycznie.

"Satellite Sam" na ostatniej prostej

Matt Fraction informował o tym już jakiś czas temu, lecz wraz z premierą dziesiątego numeru "Satellite Sam" potwierdziło się, że seria ta została zaplanowana na 15 numerów i ostatni story-arc otrzymamy na początku przyszłego roku. Poniżej fragment jednej ze stron kończących wspomniany już zeszyt autorstwa duetu Fraction/Howard Chaykin.

czwartek, 18 września 2014

Wyniki konkursu!

Równo o północy dobiegł końca konkurs w którym do wygrania był pierwszy tom "Sagi" ufundowany przez wydawnictwo Mucha Comics. Najwięcej szczęścia w losowaniu miał pan Marcin Wójtowicz, do którego już jutro powędruje przesyłka.

Oczywiście dla jasności podaję prawidłowe odpowiedzi na pytania

Jaki tytuł nosiły DWA pierwsze komiksy Muchy, które ukazały się po Polsku?
Były to "Astonishing X-Men #1: Obdarowani" oraz "Elektra Żyje".

Kiedy odbyła się ich premiera w naszym kraju? Wystarczy podać miesiąc i rok.
Październik 2007 roku

Serdecznie gratuluję zwycięzcy, a także dziękuję wszystkim za udział w konkursie. Już wkrótce spodziewajcie się kolejnego :)

środa, 17 września 2014

Ostatnie godziny trwania konkursu

Przypominam, że już tylko do północy możecie wysyłać odpowiedzi na ogłoszony jakiś czas temu KONKURS w którym do wygrania jest egzemplarz "Sagi" z wydawnictwa Mucha Comics.

Jutro późnym wieczorem powinny pojawić się prawidłowe odpowiedzi oraz nazwisko zwycięzcy, który okaże się naprawdę niezłym szczęściarzem, gdyż obecnie szansa na wygraną wynosi już mniej niż 1% ;) No a przecież zawsze możecie jeszcze coś dosłać.

Co się stało z "Nowhere Men"?

Post poniżej widzicie link do grudniowych zapowiedzi Image Comics. Wśród nich znalazł się nowy komiks autorstwa Erica Stephensona. W komentarzach pod tym newsem (i nie tylko tam) parę osób oburzyło się tym, że twórca ten bierze się za coś nowego, skoro "Nowhere Men" od miesięcy leży odłogiem i nikt nie ma zamiaru dokończyć tej serii. Zauważyłem że dość powszechnie to właśnie Stephensona wini się za taki stan rzeczy. Sam NIEDAWNO wyrażałem swoje niezadowolenie z tego powodu, lecz akurat pomstowałem na obu twórców. Dziś jest mi z tego powodu głupio, ponieważ na forum CBR-u opublikowano link do długiego tekstu autorstwa Nate'a Bellegarde, w którym tłumaczy on dlaczego seria nominowana do nagrody Eisnera nie ukazuje się.
Nie będę streszczać Wam dokładnie całego wspomnianego tekstu, ponieważ jest on długi, prywatny i dość przygnębiający. Napiszę tutaj tylko to co najważniejsze. Już na samym początku Bellegarde podkreśla, że cała wina za losy "Nowhere Men" powinna spaść na niego, ponieważ wbrew temu co powszechnie się uważa, pomimo natłoku obowiązków Eric Stephenson nigdy nie wysłał mu scenariusza do kolejnego numeru z jakimkolwiek opóźnieniem.

Co więc jest przyczyną obecnego statusu serii? Otóż Nate Bellegarde wskutek wielu zawirowań w swoim życiu zarówno zawodowym jak i osobistym przeszedł załamanie nerwowe, któremu towarzyszyły także inne schorzenia. Rysownik leczy się z nich do dziś i chociaż jego stan jest dużo lepszy niż parę miesięcy temu, to jednak wciąż uniemożliwia on powrót do jakiegokolwiek zawodowego rysowania, chociażby z tego powodu, że Bellegarde wciąż znajduje się pod opieką terapeutów i zażywa silne leki.

Z opublikowanego tekstu wynika jednak, że "Nowhere Men" nie jest serią zakończoną, lecz jej losy są niepewne. Bellegarde i Stephenson umówili się, że zawieszają prace nad tym komiksem na tak długo, aż rysownik będzie mógł wrócić do jej tworzenia. Tu oczywiście trzeba zaznaczyć, że nie jest jasno powiedziane ani kiedy to nastąpi, ani także czy w ogóle jest szansa na to, że Bellegarde wróci do czynnego rysowania.

Z całością tekstu możecie zapoznać się TUTAJ.

Moje #19

Dawno nie wrzucałem czegoś nowego, bo i nie bardzo było co. Dość napisać, że w zeszłym miesiącu zrezygnowałem z wysyłki komiksów sprowadzonych przez ATOM Comics, ponieważ paczka składałaby się raptem z dwóch zeszytów. Ech, te opóźnienia. No ale w końcu coś się uzbierało i dziś moją kolekcję komiksów z Image poszerzyły.

Ósme numery "Sidekick" oraz "Protectors Inc.". Pierwszy z nich jest bardzo słabo widoczny ze względu na błyszczącą okładkę. Czyżby mała nagroda dla fanów zawiedzionych czekaniem i/lub poziomem fabuły?
Długo oczekiwany "Ten Grand #10" oraz kolejny, ósmy już numer coraz bardziej wciągającego "Umbral".
I na deser jedyna seria, która przez ostatnie dwa miesiące dała radę wypuścić więcej niż jeden zeszyt. Jak widać, jest to "Lazarus".
Pamiętajcie, że każde z Was może pochwalić się swoją kolekcją komiksów Image. Wystarczy wysłać zdjęcia na nowy adres e-mailowy: ktymczynski[małpka]gmail.com

Ceny komiksów Muchy na MFKiG

Na Facebookowym profilu wydawnictwa Mucha Comics ukazały się szczegóły dotyczące październikowych premier komiksów z Image.

I tak za pierwszy tom "Fatale" przyjdzie nam zapłacić jedynie 49zł za liczący 136 stron komiks w twardej oprawie, natomiast premierowa odsłona "Sex" to wydatek rzędu 65zł. Komiks ten liczy sobie 180 stron i także wydany będzie w twardej oprawie. Na stronie Muchy oraz w sklepie Gildii można już zamawiać obie te pozycje z przyjemnymi rabatami.

Poniżej okładki obu komiksów.

Zapowiedzi Image na grudzień 2014

Wczoraj wieczorem pojawiły się zapowiedzi Image Comics na tegoroczny grudzień. Po tym, jak w październiku i listopadzie mój portfel zostanie poważnie naruszony, tak na szczęście w ostatnim miesiącu roku lista komiksów które mam zamiar kupić jest niewielka. Być może jednak Wy znajdziecie coś dla siebie. Ah, właściwie to jestem tego pewien. Pełna lista zapowiedzi znajduje się TUTAJ, a moje krótkie wynaturzenia przeczytać możecie poniżej.
Zaskakująco mało pojawi się w grudniu nowości, ponieważ będzie ich zaledwie pięć, z czego jedna to i tak one-shot. Powyżej widzicie okładkę bodaj najciekawiej zapowiadającego się tytułu, jakim jest wspominane już na blogu "Bitch Planet" autorstwa Kelly Sue DeConnick. Nie oznacza to, że inne nowości nie wywołują u mnie ciekawości. Wręcz przeciwnie. W grudniu do sprzedaży trafi kolejny komiksu ze scenariuszem Erica Stephensona - "They're Not Like Us" czy wspominany wczoraj na blogu "Rumble". Wspomniany one-shot stanowić ma wstęp do nowej serii "Magdalena", wydawcą oczywiście studio Top Cow.

Ogłoszono także, że grudniowy numer "Sheltered" będzie zarazem ostatnim, natomiast z nowymi historiami powrócą "East of West", "Shutter" oraz "The Wicked and the Divine". Ten ostatni, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, nadal rysować będzie Jamie McKelvie.
W grudniu nie powinni narzekać wielbiciele wydań zbiorczych, ponieważ w ostatnim miesiącu roku ukaże się ich aż osiemnaście. Na pewno największą popularnością cieszyć będzie się czwarty tom "Sagi", ale nie tylko tym człowiek żyje. W obniżonej cenie dziesięciu dolarów pojawią się pierwsze odsłony "Dark Engine" oraz "Outcast", a warto zwrócić także uwagę na kolejne tomy "Black Science", "Sex Criminals" czy ogromne kompedium "Morning Glories".

Ale to nie wszystko. W grudniowych zapowiedziach pojawia się kalendarz "The Walking Dead", koszulki z tej samej serii oraz "Southern Bastards" i "Invincible", a także... deskorolki z motywami komiksów Ricka Remendera.

Moja lista zakupów duża nie będzie: "Saga vol. 4", "Lazarus #14" oraz "Umbral #12".

Image wydaje, Image przesuwa - 17.09.2014

W dniu dzisiejszym do sprzedaży trafiły następujące komiksy od Image:

Artifacts #39, $3.99
Blue Estate The Graphic Novel HC, $29.99
Clone #20, $2.99
Dead@17 The Blasphemy Throne #2 (Of 7), $3.50
Deadly Class #7, $3.50
Field #4 (Of 4), $3.50
Great Pacific #17, $2.99
Manifest Destiny #10, $2.99
Oddly Normal #1, $2.99
One-Hit Wonder #4 (Of 5), $3.50
Peter Panzerfaust vol. 4: The Hunt TP, $14.99
Red City #4, $2.99
Rise Of The Magi #4 (Cover A Sumeyye Kesgin), $3.50
Rise Of The Magi #4 (Cover B Stjepan Sejic), $3.50
Satellite Sam #10, $3.50
Savage Dragon #198, $3.99
Shutter #6, $3.50
Stray Bullets Killers #7, $3.50
Supreme: Blue Rose #3, $2.99
Trees #5, $2.99
Undertow vol. 1: Boatman's Call TP, $14.99
Wicked + The Divine #4 (Cover A Jamie McKelvie & Matt Wilson), $3.50
Wicked + The Divine #4 (Cover B Kevin Wada), $3.50

Jak zwykle też pojawiły się informacje na temat opóźnień dwóch komiksów. Tym razem chodzi o:
"The Manhattan Projects HC vol. 1" - przesunięte z 24 września na 1 października
"Ravine vol. 2" - przesunięte z 1 na 8 października

wtorek, 16 września 2014

Drobne zmiany, nowości i ogłoszenia

Sporo interesujących rzeczy dotyczących bloga ukazało się na horyzoncie i nie tylko, więc dziś zbiorczo o nich Was poinformuję.

Sprawa pierwsza
Moja cierpliwość dobiegła końca. Codziennie zalewany reklamami i spamem w ilości "codziennie coraz więcej" postanowiłem, że zmieniam adres mailowy po zakończeniu KONKURSU. Ten dotychczasowy na Interii wciąż działa i możecie jeszcze z niego skorzystać jeśli chcecie wziąć udział w losowaniu "Sagi" z wydawnictwa Mucha, ale później już korzystajcie tylko z ktymczynski@gmail.com. To właśnie tam możecie przykładowo wysłać zdjęcia Waszych kolekcji do rubryki "Wasze", o której chyba już zapomnieliście :/ Natomiast jeśli chcecie zadać jakieś pytanie, przejdźcie niżej.

Sprawa druga
Co prawda nie sądzę żebym miał być zasypywany pytaniami, ale założyłem blogowi konto na Ask.fm. Co prawda w czasach ogólnej gimbazy jest to ryzykowne, bo nie chciałbym dostawać pytań w stylu "co miałeś dziś na obiad?", ale i tak uważam że jest to całkiem zabawna rzecz i jeśli ktoś z Was ma jakieś pytania o Image czy komiksie w ogóle, to walcie tam jak w dym. Postaram się każdego dnia zaglądać chociażby na chwilkę. Link znajdziecie także w prawym menu.

Sprawa trzecia
Zasygnalizowałem to już jakiś czas temu i liczyłem na Wasze zgadywanki, ale się przeliczyłem. Więc już bez zbędnych tajemnic ogłaszam, że w sobotę 4 października o 19:15 wraz z Kelenem z BatCave oraz S_O z Avalonu poprowadzimy prelekcję na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Tytuł roboczy to "Marvel vs DC vs Image" i pewnie jeszcze się zmieni, ale już teraz serdecznie zapraszam w imieniu swoim oraz obu moich towarzyszy. Zamierzam wygrać tę bitwę na argumenty :)

Sprawa czwarta
Ostatnia, ale kto wie czy nie najważniejsza z tym wszystkich. Jeśli zaglądacie na portal DCMultiverse to zauważyliście tam wczoraj teaser, który zapowiada coś. Przy tym czymś grzebię również i ja, przy czym zaangażowałem się w to o wiele mocniej niż przez ostatnich kilka miesięcy w działanie portalu. Ba, właściwie jestem pomysłodawcą. Na razie nie będę dużo zdradzać, ale zachęcam by z niecierpliwością poczekać do daty, którą widzicie poniżej.
Z ogłoszeń parafialnych na dziś tyle :)

Spawn: Godslayer vol. 1 (Brian Holguin/Jay Anacleto/Brian Haberlin)

Być może nie podzielicie mojego zdania, ale bardzo, naprawdę bardzo nie lubię mieszania w originach postaci komiksowych. Tymczasem taki trend jest bardzo modny w Marvelu czy DC, a żeby daleko nie szukać podam przykład niedawnych rewelacji z jednej z serii z Iron Manem, gdzie główny bohater dowiaduje się że... ha! No coś tam odkrywa :) Czasami zmiany te stają się wymuszone. Wyrokami sądowymi przykładowo. Pamiętacie pewnie, że nieraz wspominałem o zatargu między Neilem Gaimanem i Toddem McFarlane. Jednym z jego efektów było także wycofanie z istnienia postaci Mediewal Spawna, która bardzo fajnie dopełniała rozbudowaną już mitologię serii. Aż do 2008 roku trzeba było czekać na wypełnienie tej pustki, ponieważ właśnie w tym roku ukazał się one-shot ”Spawn: Godslayer vol. 1”, nad którym dziś się skupię.

Na samym początku muszę zaznaczyć to co mi się podobało w warstwie fabularnej komiksu. ”Spawn: Godslayer vol. 1” nie jest osadzony w oficjalnym i obecnie bardzo poszarpanym timeline, lecz daje nim historię w alternatywnym świecie. Jednocześnie niejako przywraca postać Spawna osadzonego w okresie magii i miecza, ale także nie miesza jeszcze mocniej w kontinuum, chociaż McFarlane mógł bez mrugnięcia okiem to zrobić. W końcu to jego marka i on decyduje co może z nią zrobić. No ale wróćmy do warstwy fabularnej. ”Spawn: Godslayer vol. 1” przedstawia nam miejsce noszące nazwę Endra-La. Jego mieszkańcy przypominają klasyczny lud średniowiecznego świata z domieszką magii. Nie ma w nim podziału na Niebo i Piekło, a wszelacy Bogowie to ludzie, którzy zarządzają konkretnymi królestwami. Pewnego dnia do Endra-La zaczyna zbliżać się nieznana postać, której nie sposób zatrzymać. Jest nią Spawn – Rzeźnik Bogów.

W przeciwieństwie do opisywanego jakiś czas temu ”Spawn: Architects of Fear vol. 1”, ten komiks w znacznym stopniu przypadł mi do gustu. Generalnie jest to lektura niezobowiązująca i w sumie krótka, ale mimo wszystko nie powiedziałbym że niepotrzebna. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu Todd McFarlane właściwie nie brał udziału przy powstawaniu historii ze Spawnem i to od razu czuć. Dlaczego? Ponieważ ”Spawn: Godslayer vol. 1” zdecydowanie wyróżnia się sposobem opowiadanej historii. Nie dajcie się zwieść pozorom, sam tytułowy bohater gra tu raczej drugoplanową rolę, która polega na chodzeniu i niszczeniu. Ten komiks przede wszystkim ukazuje mieszkańców Endra-La, którzy stają w obliczu zagłady z ręki niepowstrzymanej siły, a także opowiada o uczuciu dwójki ludzi, które do tych zniszczeń doprowadziło.

Początek ”Spawn: Godslayer vol. 1” jest jeszcze typowy. Widzimy bowiem miasto pełne przepychu i zdeprawowania oraz niejako instynktownie trzymamy kciuki za to, by Spawn z tego świata załatwił wszystkich możliwie w jak najbardziej bolesny sposób. Mniej więcej w połowie scenarzysta Brian Holguin sprawia, że sytuacja się odwraca. Wtedy też poznajemy przeszłość zarówno tytułowego bohatera jak i ”bogini” opiekującej się atakowanym miastem, a kolejne wydarzenia doprowadziły do tego, że zacząłem trzymać kciuki za to, by chociaż garstka mieszkańców wyspy przetrwałą. Scenarzyści jednoznacznie odróżnili tego Spawna od chociażby Ala Simmonsa, robiąc z niego postać niemal jednoznacznie złą i podporządkowaną piekielnym mocom. Było to dość zaskakujące i chociaż wydaje się, że w ”Spawn: Godslayer vol. 1” dało to niezły rezultat, to już próba wycofania się z tego w kontynuacji tego one-shotu sprawiła, że seria szybko została skasowana.

Wadą opisywanego dziś komiksu jest to, że twórcy musieli zamknąć się w 64 stronach i mieli mnóstwo miejsca na rozpisanie fajnej historii, a tak naprawdę momentami czuć straszne dłużyzny. Właśnie we wspomnianej wyżej połowie komiksu kończy się jakiekolwiek podłoże fabularne i rozpoczyna regularna masakra. Wydaje mi się, że służy ona głównie temu, by pokazać kunszt rysownika Jaya Anacleto, co stanowi podobieństwo do przywołanego już ”Spawn: Architects of Fear vol. 1”. Tyle tylko, że w przypadku tamtego komiks była to zaleta, bo rysunki sprawiały iż chciało się przedzierać przez cienką fabułę, tu jest już na odwrót. Nie zrozumcie mnie źle, Anacleto to kolejny piekielnie uzdolniony artysta, który pokazał się ze świetnej strony podczas tworzenia ilustracji do ”Spawn: Godslayer vol. 1”, ale równie dobrze spisywał się w momentach, gdy Holguin bardziej starał się przy scenariuszu. Gdy dano mu wolną rękę przy rysowaniu jednej, wielkiej rozwałki, prace Anacleto nie stały się nagle lepsze. Dlatego też zaryzykuje stwierdzenie, że gdyby Holguinowi bardziej się chciało i w pewnym momencie nie odpuściłby on zawiązywania całkiem niezłej fabuły, to i końcowa ocena tego komiksu byłaby z cała pewnością wyższa.

W komiksie znalazło się miejsce dla ośmiu stron dodatków, które w rzeczywistości są po prostu galerią szkiców wzbogaconą o fajnie przedstawiony proces powstawania najbardziej charakterystycznych plansz. Spodobała mi się taka drobnostka jak to, że te cztery kartki są wydrukowane na innej jakości papierze, zdecydowanie bardziej pasującym do tego typu bonusów. Plus dla wydawcy za umieszczenie materiałów dodatkowych, minus za to, że było ich tak niedużo. Niewielki, ale jednak :)

Spawn: Godslayer vol. 1” kosztował mnie niecałe 25zł i uważam, że nie wyrzuciłem pieniędzy w błoto. Widać wyraźnie, że komiksu mógłby być zdecydowanie lepszy, ale jako że sam całkiem niedawno wylewałem pomyje na znacznie gorszy one-shot ze Spawnem, to jednak cieszę się, że w tym przypadku jest nieco pomysłowości. Dla fanów postaci rzecz obowiązkowa, reszta może lecz nie musi. 3.5/6

Szafa z Komiksami poleca "Deadly Class"

Po nieco dłuższej przerwie "Szafa z Komiksami" znów bierze na tapetę komiks rodem z Image i... sprawdźcie sami.

Wyciekła pierwsza grudniowa zapowiedź

Dzięki serwisowi USA Today poznaliśmy tytuł i zapowiedź pierwszego komiksu Image, który swoją premierę ma mieć w grudniu. Jest to kolejny powrót do wydawnictwa twórcy, który działał w nim dość intensywnie na początku działania Image Comics. O kogo chodzi? Czytajcie dalej.
John Arcudi to nazwisko, które kojarzyć możecie obecnie głównie z wydawnictwem Dark Horse i serii "B.P.R.D.". Zapewne mało kto pamięta, że scenarzysta ten miał długi i całkiem udany run w "Gen13 vol. 2", dość mocno zmieniając oblicze tego tytułu. Dziś dowiedzieliśmy się, że w ostatnim miesiącu tego roku wystartuje "Rumble" ze scenariuszem właśnie tego pana i rysunkami Jamesa Harrena, który także ma za sobą okres pracy przy spin-offie "Hellboy'a".

Oto udostępniona mediom, dość enigmatyczna zapowiedź tego komiksu:

"Co-creators John Arcudi (writer of BPRD, Savage Wolverine, A god Somewhere and the Eisner nominated The Creep) and comics rock-star James Harren (Artist on Conan, BPRD, and cover artist for the Hawkeye vs. Deadpool mini series) have come together on a project that is both quite literally of epic proportions and completely “street-level-human” in its themes in RUMBLE. Both bizarre as hell and familiar as life, the new ongoing series comes to Image Comics in December of 2014.
And RUMBLE is a strange book, that’s for sure—like a scarecrow-Conan fighting in a Louis C.K. TV show directed by David Fincher—with a supporting cast of odd characters, many of whom aren’t even human.
RUMBLE is a bizarre action/adventure urban-fantasy horror story—with a dash of humor at times. Coming to Image Comics this December"

poniedziałek, 15 września 2014

Z archiwum Image #6 (z 10)

Pod koniec poprzedniej odsłony ”Z archiwum Image” obiecałem Wam, że do końca istnienia rubryki pojawi się już tylko jedna pozycja, którą będę odradzać jeszcze mocniej niż bardzo słabe moim zdaniem miniserie ”Violator” oraz ”Violator vs Badrock”. Dziś postanowiłem, że lepiej mieć już to za sobą i właśnie dlatego wziąłem na tapetę komiks, który jest kwintesencją kiczu lat 90-tych ubiegłego stulecia. Jest to seria tak zła, że aż... chce się ją posiadać w swoich zbiorach, by móc pokazywać dzieciom i wnukom jak mocno zmieniło się Image Comics. Skoro już tak optymistycznie zacząłem ten akapit, to chyba nietrudno będzie Wam zgadnąć ani nazwę komiksu, ani tym bardziej nazwisko jego twórcy. Jeśli macie jeszcze wątpliwości, oto kilka sekund na zastanowienie się. 5...4...3...2...1... Wystarczy? Panie i panowie, dzisiejsza odsłona ”Z archiwum Image” skupi się na się Robie Liefeldzie i jego pierwszej odsłonie serii ”Youngblood” z 1992 roku. Trzymajcie się mocno.
Jak już pewnie pamiętacie z wcześniejszych wpisów na blogu, Rob Liefeld był wielkim marzycielem. Jednym z jego pragnień było opublikowanie pierwszego komiksu w historii Image Comics i chociaż historia przeklina ten dzień do dziś, udało mu się to. Był to zeszyt, który kilkanaście lat później został uznany za jeden z 20 najważniejszych komiksów XX wieku. Ale nie dlatego że był taki dobry, tylko z powodu tego, że ostatecznie rozpoczął wielki proces zmian na rynku USA. ”Youngblood #1”, czy tego chcemy czy nie, jest ważnym elementem historii kolorowych zeszytów w USA, ponieważ ostatecznie wyprowadził z undergroundu komiks autorski i sprawił, że praktyki przez dekady stosowane przez Marvela i DC musiały ulec diametralnym zmianom, o czym przekonał się Dom Pomysłów, gdy z każdym dniem coraz mocniej zbliżał się ku bankructwu. Ponadto, Robowi Liefeldowi udała się sztuka niezwykła, ponieważ jego dzieło było pierwszym w historii komiksem autorskim, który sprzedał się w ilości ponad miliona kopii. Skoro już tak bardzo opromieniłem ”Youngblood #1” chwałą i ważnością oraz wręcz ulokowałem go w rysach historycznych, czas przyjrzeć się dziełu, które tak mocno wryło się w historię. I tu zaczyna się robić zabawnie, ponieważ jest to komiks tak zły, jak tylko jest to możliwe.

O czym jest ”Youngblood #1”? Powiem szczerze, że tu właśnie zaczynają się pierwsze problemy. W zeszycie tym śledzimy niezależnie losy dwóch drużyn bohaterów, co już na samym początku stanowi wyraźne odwołanie do X-Men i popularnego wówczas podziału czołowej ekipy mutantów na ”blue team” oraz ”gold team”. Niestety, chociaż bardzo szybko dowiadujemy się czym aktualnie się trudnią, to jednak odpowiedź na pytanie ”dlaczego?” jest już niemożliwa do zlokalizowania. Po prostu obie drużyny wykonują jakieś misje, towarzyszą im walki, wybuchy oraz napinanie mięśni, a na końcu widzimy ich razem jako jeden większy skład herosów. ”Youngblood #1” dobrze pokazuje zdolności poszczególnych postaci, ale niestety ni cholery nie dowiecie się dwóch podstawowych rzeczy – jaki jest cel ich misji? Oraz dlaczego wszyscy wydają się mieć jeden mózg podzielony między bardzo wiele ciał?

Zanim jednak przejdę do dalszego mielenia warstwy fabularnej, muszę napisać o jednej ważnej rzeczy. Mianowicie ”Youngblood #1” to komiks przedzielony na pół. Nie znam dokładnej nazwy tego rodzaju wykonania komiksu (EDIT: jest to flip-book), ale polega on na tym, że połowa komiksu to jedna historia, a po jej skończeniu należy zamknąć komiks na ostatniej stronie, odwrócić do góry nogami, a naszym oczom ukaże się druga okładka oraz druga historia. Problem w tym, że na obu coverach ”Youngblood #1” ani nie znajdziecie informacji o tym, że komiks jest dzielony, ani także od której z „połówek” powinniśmy zacząć lekturę. Wbrew pozorom, nie jest to nieistotne, ponieważ jedna z części komiksu zdecydowanie powinna być czytana jako pierwsza i jeśli ktoś wybierze niewłaściwie, ten nadzieje się na mnóstwo spoilerów.
Wróćmy jednak do mielizn fabularnych. Na serwisie CBR ”Youngblood #1” został kiedyś poddany bardzo wnikliwej i trafnej analizie. Jej autor doszedł do wniosku, że gołym okiem widać, iż komiks powstawał na kolanie, bez udziału jakiegokolwiek edytora. Znajduje to potwierdzenie u samego Liefelda, który kiedyś przyznał że robił komiks ten na szybko i nie jest z niego zadowolony, a jeśli takie słowa padają z ust samego Roba, to wyobraźcie sobie jak bardzo musi być źle. ”Youngblood #1” nie oferuje nam niemal niczego, co powinien zawierać w sobie pierwszy zeszyt komiksu drużynowego, by zainteresować czytelnika. Nie dowiadujemy się np. po co istnieje grupa Youngblood, jakie są ich priorytety, czy jest jakaś dłuższa historia którą autor chce opowiedzieć, ani nawet czy poszczególne postacie mają jakieś indywidualne charaktery? Właściwie ta ostatnia rzecz szczególnie mi przeszkadzała. Nawet zestawiając ”Youngblood #1” z innymi drużynowymi komiksami Image z tego okresu, które notabene też są kiepskie, a więc premierowymi odsłonami ”WildC.A.T.S.” oraz ”Cyber Force”, bije w oczy pustka charakterów poszczególnych postaci. Wszyscy herosi stworzeni przez Liefelda różnią się tylko wyglądem i zdolnościami, natomiast o jakichkolwiek różnicach w ideologii czy sposobie myślenia mowy właściwie nie ma. To, co udało się pokazać nawet Jimowi Lee oraz Marcowi Silvestriemu, dla Roba Liefelda okazało się być kłopotem nie do przeskoczenia.

Osobne kilka zdań należy poświęcić dialogom. W ”Youngblood #1” aż roi się od kwiatków, która można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza: chciałem być zabawny ale nie wyszło. Tu moim cichym faworytem jest kwestia ”You’ll nail’em and we jail’em!”. Druga: nie doszukuj się sensu, bo ma być jak jest. Tutaj prym trzeba przyznać zdecydowanie scenie, w której pada zdanie ”No I.D. No pulse. No answers” i kwestia braku znajomości tożsamości danych zwłok w tym miejscu się kończy. No i wreszcie trzecia kategoria: kopiuj-wklej. W komiksie pada kwestia “Y’know, this doesn’t become such a mighty man as yourself. Stop your groveling!”. Uwierzcie mi na słowo, ale ona w danym momencie nie ma większego sensu. Tu znów z pomocą przychodzi mi wspomniana już analiza z CBR-u, której autor podejrzewa, że niektóre dialogi są jakby żywcem wyjęte z tych numerów ”X-Force”, które nie powstały ponieważ Liefeld odszedł z Marvela. I faktycznie, jeśli podstawimy pod ten dialog występujące tam postacie Shatterstara oraz Feral – w pewnych okolicznościach pasuje dosłownie idealnie.

Nie będę zbyt mocno molestował warstwy graficznej komiksu. Jest ona po prostu typowym wyrobem Roba Liefelda. Anatomia leży i kwiczy, stopy permanentnie znikają (zresztą powiększcie sobie powyższy cover), a całość ”Youngblood #1” pełna jest wszystkim tym, za co twórcę tego się nienawidzi lub też względnie uwielbia. TAK, naprawdę są tacy ludzie ;)

Na koniec dodam tylko, że opisywany dziś komiks, jak już zresztą wspomniałem, sprzedał się w ilości ponad miliona egzemplarzy. Był to spektakularny sukces, którego nie przyćmiły nawet pojawiające się dziesiątkami fatalne recenzje. Liefeld mógł zrobić to co chciał, ponieważ właściwie siedział na żyle złota. Jakie wiec były dalsze losy serii? Udało jej się dotrwać do dziesiątego numeru, gdy twórca postanowił zacząć mieszać. Bez większego sensu restartował więc swoje dzieło, ponieważ ”Team Youngblood” i tak kontynuowało większość wątków, wypuścił dwa kompletnie nieudane spin-offy, z czasem przestał rysować główną serię, co spowodowało odpływ fanów jego rysunków. Wyniki zaczęły lecieć na twarz i w pewnym momencie tytuł ten zaczął być wyprzedzany przez inne serie Liefelda, typu ”Glory” czy ”Supreme”. Przyszły kolejne kasacje i restarty, a dziś nazwa ”Youngblood” wywołuje właściwie pusty śmiech. Nie muszę chyba dodawać, że zalecam trzymać się z daleka od serii, chociaż pierwszą jej odsłonę możecie śmiało przeczytać. Ale tylko jako ciekawostkę.

Nieznany fragment historii Image Comics ujawniony

Kojarzycie nazwisko Dona Simpsona? Pewnie niewielu z Was i zapewne dzięki stworzonej przez niego postaci Megaton Mana, który przez krótki czas znajdował się w panteonie herosów Image Comics, z którego odszedł wraz ze swoim twórcą, by po jakimś czasie popaść w niezbyt. Simpson obecnie nie jest zbyt zajęty i lubi przesiadywać na portalach społecznościowych, gdzie nierzadko zdarza mu się udzielać rad młodym twórcom oraz opowiadać anegdotki z przeszłości. Jedna z nich okazała się być znacznie ciekawsza od innych.
Na powyższym zdjęciu widzimy Simpsona w okresie najbardziej intensywnej pracy dla Image. Miał on zakończyć cykl "1963" Alana Moore dzięki stworzeniu annuala do tej serii, równocześnie pracując nad miniserią "Splitting Image" (bohaterowie z ówczesnego uniwersum w ujęciu humorystycznym) oraz kolejną - "The Savage Dragon vs The Savage Megaton Man". Wtedy twórca imponował świeżym, odważnym podejściem do tworzenia komiksów, który wydawał się mieć przyszłość. Założyciele Image Comics zaoferowali więc Donowi Simpsonowi partnerstwo i możliwość stworzenia własnego studia na takich samych zasadach, jak święcące wówczas triumfy oddziały WildStorm czy McFarlane Productions.

I teraz najlepsza część. Don Simpson odmówił, a powody były dwa. Po pierwsze, twórca ten chciał stworzyć własne wydawnictwo komiksowe, lecz jeszcze bardziej niezależne niż studio podległe centrali Image. Odszedł więc z tej firmy i założył Fiasco Comics, na czym utopił właściwie wszystkie zaoszczędzone pieniądze. Wydawnictwo szybko upadło, a żadna z serii nie doczekała się właściwego zakończenia, nawet pomimo tego, że pomocną dłoń Simpsonowi wyciągnął później Jim Valentino. Simpson nie chciał kontynuować swoich komiksów w ShadowLine, ponieważ sądził że ich kiepska sprzedaż może wpędzić w finansowe kłopoty jego dobrego przyjaciela.

Po drugie, Don Simpson uważał, że Image Comics nie przetrwa długo na rynku, a zwiastunów zagłady upatrywał w osobie Jima Lee. To właśnie on jednym zdaniem zablokował wydanie annuala "1963" i twórca uważał, że założyciel WildStormu bardziej szkodzi Image niż pomaga. Nie wiedział wówczas, że dwa lata później Lee odwróci się od Image i przeniesie swoje studio do DC, ani także że dziś wydawnictwo to stanie się zdecydowaną i mocną trzecią siłą rynku.

No cóż, panu Simpsonowi życzymy bardziej udanych decyzji zawodowych w przyszłości :)