poniedziałek, 30 czerwca 2014

Dzięki, dzięki, dzięki!!! :)

Dziś końca dobiega tegoroczny czerwiec, który stał się dla mnie miesiącem wyjątkowym. Po raz pierwszy w ośmiomiesięcznej historii bloga przebiliśmy próg 6000 odsłon i to już o naprawdę sporą ilość. W chwili gdy piszę te słowa licznik wskazuje 6832 wejść w czerwcu i jestem cholernie dumny z tego rezultatu. Nie wiem ile odsłon mają inne blogi komiksowe i w gruncie rzeczy nie interesuje mnie to zbytnio. Wyniki osiągane przez Image Comics Journal porównuję jedynie do mojego poprzedniego projektu, którym była nieistniejąca już strona IndependentComics.pl. Tam pracował cały zespół komiksowych zapaleńców, lecz pomimo całej naszej pasji i dużo większego zakresu opisywanej tematyki ani razu nie przebiliśmy wyniku 4000 wejść w ciągu miesiąca, a pod koniec istnienia strony próg 2000 wejść był szczytem tego, na co mogliśmy liczyć. Zabawa ta kosztowała (serwery, domeny, itp.), głównie zresztą mnie i w końcu podjąłem decyzję o zakończeniu tego projektu.

Nigdy jednak nie potrafiłem przestać myśleć o czymś nowym. Możecie mi wierzyć lub też nie, ale Image Comics Journal był moim piątym pomysłem na bloga. Serio! Cztery wcześniejsze projekty nigdy nie wyszły nawet poza moją głowę, chociaż jeden był już bardzo blisko. Miał być to blog poświęcony wydawnictwu Dynamite Entertainment, które kupiło mnie całą falą pulpowych tytułów, która pojawiła się w ich ofercie jakieś 3 lata temu. Dopiero gdy okazało się, że w zasadzie tylko nieliczne ich propozycje są zdatne do czytania, newsy od wydawnictwa pojawiają się raz na ruski rok, a wydania zbiorcze są zbyt drogie, pomysł został porzucony.

O kolejnych trzech pomysłach może nie będę wspominać, ponieważ każdy z nich pojawił się i zniknął nawet nie w przeciągu dni, co raczej godzin. W tym czasie coś zaczęło się zmieniać w proporcjach kupowanych przeze mnie komiksów. Najpierw powoli zacząłem wypierać ze swoich preorderów komiksy Marvela, zastępując je większą ilością serii z nowego uniwersum DC Comics. W końcu przestałem zupełnie kupować produkcje Domu Pomysłów, by na krótko przerzucić się na odrodzony Valiant. Gdy okazało się, że wydawnictwo to nie spełniało moich oczekiwań, skierowałem swój wzrok w kierunku pozycji z Image, które tak na dobrą sprawę poznawałem dzięki robieniu newsów na wyżej wspomnianą stronę. I to był strzał w dziesiątkę. Image zaczęło zdobywać coraz więcej miejsca w moich zamówieniach, a całkiem niedawno doszło do sytuacji, że w moim zamówieniu na ATOM Comics nie znalazło się nic spoza Image Comics.

Czy naprawdę tematyka mojego bloga mogła być poświęcona czemuś innemu? :)

Dziś mija osiem miesięcy od kiedy Image Comics Journal pojawiło się na blogspocie. Kiedyś już wspominałem, że przez ten czas mnóstwo się zmieniło w moim życiu. Dziś mam inną pracę, w perspektywie jawią się pierwsze całkiem udane wakacje od dłuższego czasu, a przede wszystkim jestem facetem dziewczyny tak cudownej, że jest to po prostu nie do opisania :D Przy okazji warto wspomnieć, że to właśnie ona tłumaczyła moje pytania, które dostawali bohaterowie czerwcowych wywiadów, więc i swoje trzy grosze na bloga wrzuciła.

No i mam blisko siedem tysięcy wejść na bloga w ciągu trzydziestu dni. Jak dla mnie istne szaleństwo :) Za ten rezultat mogę tylko Wam podziękować. To tez właśnie czynię.

Na koniec małe ogłoszenie. Co prawda jestem jednoosobową maszyną prowadzącą Image Comics Journal, to jednak gdyby ktoś z Was chciał stworzyć tekst, który mógłbym opublikować, droga wolna. Mój mail powinien być Wam już dobrze znany, ale i tak go przypomnę: ktymczynski@interia.pl. Przyjmę każdą recenzję, felieton, a nawet możecie porwać się na którąś z blogowych rubryk. W tym też "Wasze", nie zapominajcie że cały czas możecie wysyłać zdjęcia swoich kolekcji :)

W czerwcu to już tyle z mojej strony. Wakacje na blogu będą nieco luźniejsze, lecz nie zwalnia Was to z obowiązku codziennego sprawdzania czy przypadkiem coś nowego się nie urodziło :)

Top 5 #17 - Najgorsze prace Roba Liefelda w Image

Dzisiejsza odsłona „Top 5” jest wyjątkowa z dwóch powodów. Po pierwsze, pomysł na zestawienie, które zaraz będzie czytać, podsunął mi Simon w ramach niedawno opublikowanej prośby o inspiracje. Raz jeszcze dziękuję. Po drugie z kolei, właściwie dzisiejsza wyliczanka powinna nazywać się „Worst 5”, ponieważ pierwszy raz nie skupiam się na czymś najlepszym lub też ewentualnie najdłuższym, ale za to wyliczać będę zdecydowanie najgorsze rzeczy. I wreszcie po trzecie, bohater dzisiejszej odsłony rubryki pojawi się także w następnej. Chociaż być może nieco inaczej niż moglibyście teraz pomyśleć.

Tak w zasadzie to o kim mowa? Panie i panowie, przed Wami beznadziejny, okropny, najgorszy... bajecznie bogaty Rob Liefeld! Jeden z założycieli Image Comics oraz człowiek, którego komiks na zawsze już zostanie pierwszym wydanym przed tę firmę ma w dorobku mnóstwo komiksów. I chociaż patrząc na luksusy w jakich żyje trudno w to uwierzyć, ale żaden z jego scenariuszy nie jest zdatny do czytania, a przerażająca większość jego wyczynów „artystycznym” powinna być wzorem dla młodych rysowników. Wszyscy oni powinni uczyć się jak NIE rysować. I na potrzeby dzisiejszej odsłony „Top 5” wyciągnąłem kwintesencję najgorszych prac Liefelda, które noszą znaczek Image na okładce.
5. Cykl „Avengelyne”
Technicznie rzecz ujmując, tylko ostatnia seria z przygodami tej bohaterki ukazała się pod szyldem Image Comics, a cała reszta w autorskim wydawnictwie Liefelda – Maximum Press. Jako, że wraz z powrotem twórcy do wydawnictwa które zakładał, Image „zyskało” także możliwość publikacji wytworów wyobraźni Roba, wrzucam ten cykl do dzisiejszej odsłony „Top 5”. „Avengelyne” to zdecydowanie najpopularniejsza marka, jaką Liedeld stworzył będąc na własnym garnuszku. Chcecie wiedzieć dlaczego akurat ten tytuł odniósł sukces? Szczerze powiedziawszy, nie mam zielonego pojęcia. Główną bohaterką cyklu była dziewczyna o charakterze skomplikowanym jak schemat linii metra w Warszawie, a z jej ust padały frazesy suche jak piasek na pustyni. No ale była wiecznie półnaga, wyginała się dziwacznie by być ciągle sexi i walczyła ze dużymi stworami. Tak więc nie, wciąż nie mam pojęcia czemu marka ta przetrwała blisko dwie dekady.
4. Seria (?) „Infinite”
Kwintesencja charakteru Roba Liefelda. Gdy twórca ten powrócił do Image Comics, rękę do niego wyciągnął Robert Kirkman i zaproponował posadę rysownika jego najnowszej serii. Jakiś czas później okazało się, że fabularnie nie jest najgorszej, chociaż i tak był to jeden ze słabszych komiksów twórcy „The Walking Dead”, jaki miałem okazję czytać. Chociaż trochę to za dużo powiedziane, ponieważ seria tak szybko jak powstała, równie błyskawicznie upadła. Słaba sprzedaż? Nie. Charakterek Roba Liefelda? Jak najbardziej. Chociaż oficjalnie padały jedynie słowa o „kreatywnych różnicach” pomiędzy oboma twórcami, to tajemnicą poliszynela jest to, że Kirkman wściekł się o to, iż Liefeld bez konsultacji zmieniał jego scenariusz. I robił to w swoim stylu, czyli ze słabego na jeszcze gorszy. Jako że umowa dotycząca „Infinite” była tak skonstruowana, iż zabraniała kontynuowania serii bez któregoś z jej twórców, tytuł poszedł do piachu. Tylko czy ktoś za nim płakał?
3. Cykl „Youngblood”
Rob Liefeld to człowiek, który dziwi się że jeszcze nie dostał żadnego Eisnera. Przecież wszystkie jego komiksy są najlepsze! Oj, jednak nie, przepraszam. „Youngblood #1” z 1992 roku mu nie wyszedł...

Spróbujcie tylko wyobrazić sobie jak fatalny musiał być komiks Liefelda, o którym sam jego twórca wypowiedział się negatywnie. Dajecie radę? Zawsze możecie sięgnąć po ten komiks, a później ruszyć dalej w epopeję kiczu i żenady, która przetoczyła się przez trzy wydawnictwa, z czego w Image Comics dwukrotnie, i w żadnym nie odniósł sukcesu tak dużego o jakim rozpowiadał Liefeld. Niestety swego czasu postawiłem sobie ambitny cel – przeczytać wszystkie komiksy wchodzące w skład uniwersum Image. I chociaż mój mózg wielokrotnie przeciążany był nagromadzeniem mieszanki głupoty i testosteronu, to jednak dopiero przy „Youngblood” został wyciśnięty i wywrócony na drugą stronę. Pierwszy i najważniejszy komiks drużynowy autorstwa tylko i wyłącznie Roba pokazał, że gdyby nie odszedł on z Marvela, to bardzo szybko zarżnąłby pisane tam dość krótko „X-Force”. Trzecie miejsce za zakłamanie rzeczywistości i upór, bo chyba nikt tak ambitnie i wielokrotnie nie reanimował trupa, którym „Youngblood” byli już w 1997 roku.
2. Seria „Maximage”
Rada dla twórców komiksów. Jeśli Wasz komiks sprzedaje się słabo, to wiecie jak powinniście go zakończyć? Rob Liefeld twierdzi że wcale. Gdy okręt pod nazwą Extreme Studios nieuchronnie zbliżał się do góry lodowej, seria „Maximage” miała być kapitanem, który przekręci ster w bezpiecznym kierunku. Ostatecznie coś poszło nie tak i bohaterka komiksu tylko docisnęła pedał gazu. Tytuł z założenia bardzo podobny do wymienionego już dzisiaj „Avengelyne” – także i tutaj główną bohaterką jest wiecznie półnaga kobieta, która może i miałaby chociaż trochę charakteru, gdyby nie fakt, że w ciągu siedmiu numerów pisało ją pięciu scenarzystów. Aha, jeszcze jedno. To miał być ongoing, lecz nie wyszło. Liefeld zapowiedział więc że tytuł zakończy się na 10 numerze i to też nie wyszło. Seria urwała się w połowie historii i... nic. Jeśli kogoś to obchodziło, to na pewno nie Roba, a to w końcu on miał tu decydujące zdanie.
1. Miniseria „Knightmare”
Pierwsze miejsce w dzisiejszym zestawieniu zalicza miniseria, łącząca cechy trzech innych komiksów, które dziś wymieniłem. Co wyjdzie z połączenia poziomu scenariusza „Avengelyne”, poziomu rysunków pierwszej serii „Youngblood” oraz faktu, że tak jak w przypadku „Maximage” tytuł został przerwany mniej więcej w połowie? Wypisz, wymaluj – „Knightmare”. Gdy tak dla odmiany Liefeld wpadł na pomysł stworzenia komiksu o kimś teoretycznie złym, wszystko też poszło źle. Fabuła na zasadzie „kill them all”, sens w ilościach pozwalających na przeżycie lektury, fatalne okładki Liefelda i KATASTROALNIE FATALNIE rysunki Murata Michaela. Dziś sześć zeszytów, które zdążyły się ukazać można kupić za mniej więcej dolara, a i tak jest to spora przepłata. Komiks jest po prostu głupi, a w dodatku tak mocno zerżnięty z Valiantowego „Bloodshota”, że aż dziw iż Liefeld nie dostał do swojego domu pozwu sądowego. Być może wydawnictwo to nie zdążyło go wysłać, bo tytuł poszedł w odstawkę po wydaniu szóstego z planowanych dziewięciu numerów. Dlaczego? Rob jeden tylko może wiedzieć i być może tylko jego jednego to jeszcze interesuje... Nieeeeeee, on pewnie też już nawet nie pamięta, że opublikował taki chłam. Jeśli czyta to jakiś fan Liefelda i zna ten komiks, to naprawdę nie mam dla tej osoby dobrych wieści...

Oczyszczająca umysł i duszę fala hejtu na dziś dobiega końca. Następnym razem wyczekujcie zestawienia w którym obok siebie pojawią się Rob Liefeld oraz kilkanaście pozytywnych zdań. Zaintrygowani? :)

Twórcy "Wayward" o swojej czteroletniej współpracy

Był rok 2010 gdy Steve Cummings publikował antologię poświęconą dziesięcioleciu istnienia firmy UDON Entertainment. Wtedy też pierwszy raz spotkał Jima Zuba, który zainteresował go pomysłem na zrobienie komiksu z akcją osadzoną we współczesnej Japonii. Cummingsowi myśl ta kołatała później gdzieś z tyłu głowy, aż w końcu stworzył kilka próbnych szkiców. Tak, w ogromnym skrócie, narodziła się seria "Wayward", która zadebiutuje w barwach Image już 27 sierpnia. Twórcy udzielili kolejnego (poprzedni TUTAJ) wywiadu na jej temat.
Wiecie dlaczego Steve Cummings nie umiał pozbyć się z głowy pomysłu Jima Zuba? Ponieważ kilka lat mieszkał w Japonii i to dość blisko Tokio. Spędził tam on cały okres swojej edukacji, aż w końcu wrócił do USA, gdy zaczęły napływać oferty ilustrowania komiksów. Zdecydowanie widać wschodnie wpływy w jego rysunkach. Jak widzicie powyżej, Cummings nie unika mangowej kreski i generalnie w takim też stylu rysowane będzie całe "Wayward". Artysta wspomina z uśmiechem, że jego pierwsze prace dla wydawców z USA musiały być często przerabiane, ponieważ nie podobało im się zbyt mocne "umangowienie" rysunków. Jak podkreśla rysownik, Image Comics nawet słowem się o tym nie zająknęło.

"Wayward" nie można nazwać komiksem biograficznym lub inspirowanym przeżyciami Cummingsa. Artysta był idealnym kandydatem do rysowania serii, ponieważ Jim Zub wiedział, iż nikt tak dobrze nie odda klimatu panującego w Japonii i jednocześnie nie przełoży tego odpowiednio na rynek USA. W komiksie nie tylko znajdzie się bardzo realistycznie odtworzone Tokio, ale także cała seria podań i mitów, które znane są praktycznie tylko w Kraju Kwitnącej Wiśni. To wszystko zasługa Cummingsa, chociaż Zub podkreśla że też był w Japonii. Podczas swojej podróży poślubnej :)

Główna bohaterka "Wayward" - dziewczyna o imieniu Rori - będzie outsiderką w swojej szkole. Czytelnicy mogą jednak zdziwić się, jak wyglądać będzie miejsce jej nauki. Nie ma w nim cheerleaderek, futbolistów czy klasycznych kujonów. Wszyscy w szkole noszą mundurki, po zajęciach ubierają się modnie lecz schludnie. Rori będzie mieć kłopoty w kontaktach z matką, której nie potrafi wybaczyć rozwodu z jej ojcem. Okoliczności zbliżą ją do grupki ludzi, którzy na pierwszy rzut oka zupełnie do siebie nie pasują. Wspólnie stawią czoła nadnaturalnym zagrożeniom, co połączy ich więzami przyjaźni... a może i czymś więcej.

Z reguły nie umieszczam tu previewsów, lecz dziś zrobię mały wyjątek. Oto jedna strona z pierwszego numeru "Wayward", która bardzo mocno przypadła mi do gustu.

niedziela, 29 czerwca 2014

Okładka tygodnia #26

Za oknem znów burzowo (przynajmniej gdy piszę te słowa), więc jest to najlepsza, i przy okazji najwyższa, pora na kolejną odsłonę "Okładki tygodnia". Spośród okładek komiksów, które ukazały się w minioną środę, wybrałem następujące trzy:
3. The Mercenary Sea #5 - pierwszy numer tej serii nie rzucił mnie na kolana i po kolejne już nie sięgałem. Jednak już drugi lub nawet trzeci raz wyróżniam okładkę kolejnego zeszytu. Strasznie podobają mi się kolory, które są na niej użyte. Są mocno kontrastowe, ale ostatecznie dają świetny efekt. Nie umiem od nich oderwać wzroku. Dlaczego więc nie znajduje się na pierwszym miejscu? Bo mimo wszystko efekt jest dla mnie zbyt komputerowy.
2. Peter Panzerfaust #19 - partyzantka pełną gębą. Jest mroczno, mgliście, czuć klimat wojny, a jednocześnie Tyler Jenkins zachował wrażenie, że mamy do czynienia z baśniowymi postaciami. Drugie miejsce w dzisiejszym zestawieniu za największe zaskoczenie w tym tygodniu. Dotąd żadna okładka z tej serii nawet nie otarła się o top 3, a dziś od razu drugie miejsce.
1. Trees #2 - Jason Howard znów to zrobił! W końcu cover pierwszego numeru tej miniserii także zajął wysokie miejsce w tym cotygodniowym zestawieniu. Tu o sukcesie zadecydowała zabawa konwencją, która bardzo mocno zachęca do sięgnięcia po komiks. Utrzymany w skromnej palecie barw rysunek jednocześnie przeraża jak i intryguje. Chyba nie mógłbym wymagać więcej od okładki komiksu, nieprawdaż?

Dawno nikt nie komentował moich wyborów. Czy dziś się to zmieni? ;)

piątek, 27 czerwca 2014

Nie tylko komiks #5

Tak jak serialowe wcielenie „Witchblade” to w miarę, podkreślam, w miarę wierna adaptacja komiksu wydawanego po dziś dzień przez wydawnictwo Top Cow, tak też franszyza sprzedana na rynek Japoński dała początek zupełnie nowej odsłony losów artefaktu, który to twórcy z kraju kwitnącej wiśni przerobili kompletnie na swoją modłę. Od razu zaznaczę, że już od kilku lat nie jestem wielkim fanem mangi i anime, z których po prostu wyrosłem. Do „Witchblade Anime” (tak będę nazywać ten serial, by odróżnić go od serialu aktorskiego) zasiadałem z pewną dozą niepewności. Z jakimi odczuciami zakończyłem seans? O tym już za chwilę.

Najpierw wspomnę może o genezie pomysłu na „Witchblade Anime”. Otóż w 2004 roku studio Top Cow stwierdziło, iż spróbuje podbić rynek dotąd dla nich niedostępny. Zauważono bowiem, że o ile komiksy tego wydawcy docierają praktycznie w każdy zakątek świata, o tyle Azję konsekwentnie omijają. Marc Silvestrii uznał, że warto spróbować zaistnieć w Japonii, ale ze względu na kulturę mieszkańców tego kraju, nie powinny to być po prostu przetłumaczone komiksy. Nieco później zrodził się pomysł na serię animowaną opowiadającą o Witchblade, tyle tylko że w wersji dostosowanej do odbiorców w Japonii. Zapomnijcie więc o Sarze Pezzini, poznajcie Masane Amaha.
Jak już wcześniej wspomniałem, „Witchblade Anime” przedstawia zupełnie nową historię znanego nam dobrze artefaktu. Rzecz oczywiście dzieje się w Tokio, dokładnie sześć lat po wielkim trzęsieniu ziemi, które niemal doszczętnie zniszczyło stolicę Japonii. Wtedy też do miasta powraca Masane Amaha, która sześć lat wcześniej obudziła się w zniszczonym mieście z dzieckiem w rękach, lecz zupełnie nie pamiętając kim tak naprawdę jest. Będąc przekonana że jest to jej własna córka, Masane wychowywała Rikoho. Gdy jednak powraca do Tokio, od razu zwraca na siebie uwagę członków organizacji NSWF, który aresztują kobietę i odbierają jej dziecko. Pełna żalu kobieta ląduje w więzieniu, gdzie aktywuje tajemną moc, która prawdopodobnie od zawsze w niej tkwiła. Tam też zostaje zaatakowana przez przerażającego stwora, lecz wtedy też Masane pierwszy raz przemienia się w Witchblade i bez wysiłku pokonuje przeciwnika. W międzyczasie Rikoho ucieka z rąk NSWF i przypadkiem spotyka Yusuke – roztrzepanego dziennikarza-freelancera, tropiącego duże afery w zniszczonym Tokio.

Wyżej opisana fabuła jest dla mnie jednocześnie największą zaletą pierwszego epizodu „Witchblade Anime”. Twórcom udało się zainteresować mnie postacią Masane, która najwyraźniej nie jest do końca tym, kim jej się wydawało. Muszę uczciwie przyznać, że zaintrygowało nie japońskie podejście do artefaktu Witchblade, które w kolejnych odcinkach mogło rozwinąć się w ciekawym kierunku. Tyle tylko, że tak się niestety nie stało. Seans kilku kolejnych epizodów serii pokazał dobitnie, że scenarzyści wystrzelali się ze swoich najlepszych pomysłów we wspomnianym pilocie, a dopiero potem zauważyli, że mają zrobić liczący 24 odcinków sezon. Dlatego też w pewnym momencie pojawiają się NAPRAWDĘ POWOLI wprowadzane wątki, które w przerażającej większości prowadzone są albo tak nieumiejętnie, że nie potrafią zaintrygować widza, albo z kolei nawet przez moment nie potrafiące pokazać, że są dla głównej bohaterki jakimkolwiek wyzwaniem.
Za przykład tego pierwszego wątku niech posłuży pojawienie się trójki tak zwanych Cloneblades. Trzy kobiety obdarzone zdolnościami podobnymi do tych, które posiadła Masane, początkowo faktycznie intrygują. Z czasem jednak ich wątek zostaje tak przeciągnięty, że gdy w końcu dochodzi do momentu ujawnienia ich największych sekretów, byłem już kompletnie tym niezainteresowany. Efektu „wow!” zabrakło i ostatecznie „Witchblade Anime” ponownie w moich oczach straciło. W serialu pojawiają się także grupowo wręcz mechaniczne stwory o nazwie Ex-cons. Większość z nich, jak przystało na japończyków, to obdarzeni mackami zboczeńcy atakujący bezbronne kobiety. I chociaż każdy kolejny jest mniej więcej o połowę większy od poprzedniego, to ich pokonanie zajmuje Masane coraz mniej czasu. Dobra, można powiedzieć że wraz z upływem czasu dziewczyna coraz lepiej kontroluje moce Witchblade, ale ja Ex-cony porównałbym raczej do... Kitowców z pierwszych serii Power Ranwers. Zgroza :) Ponieważ stwory te zajmują dość sporo miejsca w „Witchblade Anime”, sami chyba rozumiecie, dlaczego walka głównej bohaterki z tymi mechanicznymi erotomanami nie sprawia, że widz może chociaż przez moment uwierzyć w to, że Masane może mieć jakieś kłopoty przy kopaniu ich metalowych zadków. Co prawda wszystkie te wady produkcji pojawiają się z czasem, pewne jej minusy widać już od samego początku.

No właśnie, tu przy okazji wychodzi cała moja niechęć do produkcji z kraju kwitnącej wiśni, ponieważ „Witchblade Anime” zawiera w sobie wszystko to, czego nie lubię. Nie mówię tu o specyficznym stylu rysowania twarzy, lecz o całokształt. Postać Masane obdarzona jest tak nienaturalnie wielkim biustem, że nawet sami twórcy komiksów z Top Cow mogliby się zawstydzić. Do tego dochodzi cały zestaw typowych dla anime zagrywek zarówno w sferze animacji (pojawiające się i znikające atrybuty broni, części garderoby), podkładania głosów (zauważalny jest naprawdę spory brak synchronizacji), jak i samego scenariusza (wspomniane już potężne i zupełnie niepotrzebne rozciąganie). Nie zrozumcie mnie źle, to normalne w tego typu produkcjach i mimo to anime kochają miliony ludzi. Po prostu ja tego bardzo nie lubię.

Generalnie muszę przyznać, że drugą połowę „Witchblade Anime” obejrzałem w dwa popołudnia, właściwie głównie na przewijaniu. Serial ten początkowo dawał nadzieję na to, że wyniknie z niego coś interesującego. Czas pokazał, że Top Cow uderzyło nie w rynek azjatycki, a w otaczający go mur. Serial animowany był bardzo słaby, co stwierdzili nawet Japończycy (inna sprawa że nawet Marvel nie potrafił się tam przebić ze swoją mangową linią). Warto tu dopisać, że atak studia na rynek azjatycki ograniczył się do animacji zakończonej zaledwie po jednym sezonie i zawieszonej na trzecim tomie mangi. Sama animacja to nie jest kompletna strata czasu, ale jeśli już chcecie się zabrać za „Witchblade Anime” to najpierw upewnijcie się, że nie macie naprawdę nic lepszego do roboty.

Krwawa siekanina czy naprawdę niezły komiks?

Co prawda pierwszy numer "Dark Engine" ukaże się dopiero za ponad dwa tygodnie, niektórym już udało się dostać komiks ten w ręce. Recenzent serwisu Bleeding Cool podzielił się pokrótce z czytelnikami wrażeniami i wynika z nich, że być może będziemy mieć do czynienia z naprawdę dobrą serią. Kolejną zresztą z dorobku Image Comics. Przy okazji udało się przeprowadzić wywiad z Ryanem Brownem. Czy dodał coś nowego w stosunku do tego, o czym już pisałem?
Owszem, pojawiło się kilka nowych informacji. Przede wszystkim w kwestii fabuły, ponieważ dowiedzieliśmy się iż Sym - główna bohaterka "Dark Engine" za zadanie nie będzie miała jedynie powstrzymanie inwazji przerażających stworów, które zniszczyły przyszły świat, ale mierzyć będzie się także z ludźmi. W przeszłości bowiem nie wszystkim przeszkadzać będzie planowany nowy porządek świata. Duża rolę w fabule mieć ma także tytułowy silnik, który napędza nadnaturalne zdolności Sym. Wiemy, że ma być on niestabilny na tyle, że kobieta może mieć z tego powodu potężne kłopoty. To nie przeciwnicy, ale właśnie wadliwość maszyny ma być największym zagrożeniem dla życia Sym.

Co ciekawe, pierwszy pomysł na postać Sym polegał na przedstawieniu jej jako żeńskiej wersji Sindbada. Lecz, cytując Ryana Burtona, "pisanie takiej postaci po prostu sprawiało mu ból". Nie można przy tym marginalizować tu roli Johna Bivensa, który swoimi pomysłami mocno wpłynął na obecny wygląd "Dark Engine". To właśnie jemu zawdzięczamy między innymi mocno zmieniony wygląd głównej bohaterki komiksu, a także większość designów jej przeciwników.

Świat przedstawiony na łamach serii budowany był krok po kroku. Najpierw obaj twórcy postawili fundamenty, a dopiero potem dokładali do nich kolejne elementy coraz bardziej skomplikowanej układanki. Dziś Burton nie jest w stanie dokładnie powiedzieć który z nich wykreował więcej części składowych rozbudowanego świata, który pojawi się na łamach "Dark Engine".

Zapytany o inspiracje przy tworzeniu komiksu, Burton wymienił "Diunę", cykl "God of War", pierwszy film z Conanem Barbarzyńcą oraz płyty zespołu Basil Poledouris. Natomiast jeśli chodzi o czytane komiksy, twórca stwierdził iż jest zapatrzony głównie w duża część oferty Image Comics, Boom Studios oraz "Hellboy in Hell" z Dark Horse. Przyznaję że twórca ten ma niezły gust :)

środa, 25 czerwca 2014

Dzień z "Outcast" - wspólny konkurs bloga i ATOM Comics

Premiera "Outcast" okazała się niezłym momentem do ogłoszenia drugiego w historii bloga konkursu. Tym razem nie musicie się obawiać, będzie on bardzo prosty, ponieważ będziecie musieli zrobić dwie rzeczy: odpowiedzieć na pytanie i kupić pewien komiks.

Oto zasady konkursu:
  1. W sklepie komiksowym ATOM Comics zamówicie komiks "Outcast #2". Link znajdziecie TUTAJ. Jeśli posiadacie go już w swoich zamówieniach, nie musicie ponownie go kupować!
  2. Odpowiedzcie na następujące pytanie: Jak nazywa się główny bohater najnowszej serii Roberta Kirkmana i Paula Azateci? Prosimy o imię i nazwisko
  3. Wyślij maila na ktymczynski@interia.pl. Znaleźć muszą się w nim: odpowiedź na powyższe pytanie oraz numer zamówienia, w którym znajduje się Wasze egzemplarz "Outcast #2".
Do wygrania jest plakat o wymiarach 2m x 1m, którego sklepowa wartość przewyższa niejedno wydanie zbiorcze ;) Wygląda on tak:
Konkurs trwa do 30 lipca. 1 sierpnia ogłoszone zostaną wyniki. Sponsorem nagrody jest naturalnie sklep

Dzień z "Outcast" - informacje od Kirkmana

W czerwcu Image Comics z pewnością nie będzie mogło narzekać na wyniki sprzedaży swoich tytułów. Najpierw dowiedzieliśmy się o świetnym wyniku pierwszego zeszytu "Trees", który już kilka dni później został przebity przez "The Wicked and the Divine", a teraz wygląda na to, że w sklepach pojawił się komiks który zakupiło jeszcze więcej czytelników. Panie Kirkman, znowu sukces do otrąbienia. Tymczasem scenarzysta "Outcast" udzielił wywiadu, w którym jeszcze mocniej zachęca do sięgnięcia po jego najnowszy komiks.
Kirkman zdradził, że jego ulubione filmowe horrory to pierwszy "Alien", "Egzorcysta", a także zdecydowana większość klasycznych filmów George'a Romero i wreszcie "Hellraiser". Chociaż scenarzysta jest człowiekiem religijnym, w tym ostatnim podobała mu się koncepcja piekła. Także właśnie z powodu swojej wiary, twórca chciał wyprodukować komiks, który dotyczyć będzie zagadnień w niej zawartych. Stąd wziął się pomysł na "Outcast" - historię człowieka dręczonego opętaniami i walczącego z nimi.

Podczas tegorocznej edycji Image Expo, Robert Kirkman zapewniał, że będzie chciał uczynić komiks "Outcast" możliwie jak najbardziej przerażającym. Scenarzysta uważa, że celowo nie próbował zrobić z "The Walking Dead" horroru w czystej postaci, ponieważ każdy wie iż coś takiego jak zombie nie istnieje. Z kolei opętania ludzi przez demony to coś, czego nie możemy w stu procentach wykluczyć, ani także potwierdzić. Jest to zagadnienie, które może być przerażające i Kirkman chce to pokazać w każdym numerze "Outcast". Największe wyzwanie stoi oczywiście przez Paulem Azacetą, który musiał stworzyć klimat strachu bez użycia wszystkich filmowych tricków.

Dla Azateci to nie tylko pierwszy komiks rysowany dla kogoś innego niż DC czy Marvel, ale także pierwszy raz podpisał on kontrakt na pełen etat, a nie jedynie na kilka numerów. Był to jeden z powodów, dla których w ogóle zgodził się na rysowanie "Outcast". Artysta podkreśla, że ma dużo swobody przy tworzeniu kolejnych stron komiksu, lecz szef studia Skybound potrafi także mocno ją ograniczyć, gdy ma bardzo konkretną i wyraźną wizję danej planszy. Seria ta to pierwszy w karierze Kirkmana projekt, który już teraz ma jasno ustalony koniec. Scenarzysta nie wie jeszcze jak długo wydawany będzie "Outcast", lecz przyznaje on, że jest to dla niego zupełnie nowa sytuacja.

Scenarzysta chce się skupić także na konsekwencjach opętania. Nie chodzi jednak tylko o kwestie fizyczne, ale także prawne. Czy osoba która posiadł demon powinna odpowiadać za swoje czyny? Jeśli tak, to na podstawie jakich paragrafów i jak się bronić? Tu ważną rolę odegrają drugoplanowe postacie, które pojawiać będą się w "Outcast".

Jeśli chodzi o telewizyjną adaptację tego komiksu, Kirkman zdradził jedynie, że prace posuwają się do przodu bardzo szybko i już wkrótce powinny pojawić się konkretne terminy dotyczące pilota.

Rekordowy czerwiec na blogu

Wywiady, upór i nowe pomysły na promocję zrobiły swoje. Dziś z przyjemnością mogę poinformować, że czerwiec już stał się najlepszym miesiącem w krótkiej historii bloga. Wczoraj udało się pobić styczniową ilość odwiedzin, która jak dotąd była najwyższym wynikiem, ale to nie wszystko. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie to jeszcze dziś przebijemy próg 6000 wejść w czerwcu, a jako że do końca miesiąca jeszcze pięć dni, to rekord jedynie się jeszcze wyśrubuje.

I to wszystko dzięki Wam :)

Nie wiem czy te wyniki to dużo czy mało jak na komiksowego bloga, ale mając w pamięci rezultaty osiągane przez moją nieistniejącą już stronę, różnica jest niemal dwukrotna!

Dziękuję za te liczne dowody na to, iż dobrze zrobiłem zakładając pod koniec października tego bloga. Co prawda w wakacje planuję nieco zwolnić tempo, lecz nie martwcie się - zapału do dalszej pracy na pewno mi nie zabraknie.

Teraz kolejny próg do zdobycia, to 100 lajków na blogowym fanpage'u na Facebooku. Pomożecie? :)

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Kalendarium premier komiksów Image w Polsce

Trwa newsowa posucha, a blog nie lubi gdy nic się nie dzieje. Dlatego dziś postanowiłem zebrać w jednym miejscu listę premier wszystkich komiksów z Image, które w tym roku ukażą się w naszym kraju.

Czerwiec
- Żywe Trupy #10 (wyd. II) - 25 czerwca
- Żywe Trupy #11 (wyd. II) - 25 czerwca
- Żywe Trupy #20 - 30 czerwca

Lipiec-sierpień
Odpoczywamy, zbieramy fundusze na gorący okres

Wrzesień
- Chew #1
- Saga #1 
- Żywe Trupy #21 - 26 września

Październik
- Fatale #1
- Sex #1

Listopad
- Black Science #1 - 25 listopada

Grudzień
- Zbieramy na święta :)

Brak ustalonej daty
- Żywe Trupy #12 (wyd. II)
- Żywe Trupy #13 (wyd. II)
- Żywe Trupy #14 (wyd. II)
- Żywe Trupy #15 (wyd. II) - Taurus zaznacza, że ten komiks być może zostanie przerzucony na rok 2015

The Manhattan Projects vol. 4: The Four Disciplines (Jonathan Hickman/Nick Pitarra)

Całkiem niedawno w moje łapska wpadł wreszcie oczekiwany czwarty tom „The Manhattan Projects”, który według zapowiedzi miał być jak dotąd najważniejszą, chociaż nie ostatnią odsłoną tego cyklu. I faktycznie, po lekturze okazało się, że teraz oblicze tej serii nie będzie już takie samo. Czy jednak oznacza to jednocześnie, że „The Four Disciplines” okazało się zarazem najlepszą odsłoną cyklu autorstwa Jonathana Hickmana? Tego niestety nie mogę stwierdzić, chociaż daleki jestem od stwierdzenia, że komiks ten był słaby.

Poprzednim razem bohaterowie serii dowiedzieli się o zdradzie Oppenheimera i na własnej skórze przekonali się, że oznacza to dla nich kolejne duże kłopoty. Czwarty tom „The Manhattan Projects” kontynuuje ten wątek i rozpoczyna się od ukazania herosów w sytuacji bez wyjścia. Czy jednak grupa najpotężniejszych umysłów swoich czasów naprawdę nie ma żadnego pomysłu na wyjście ze swojego beznadziejnego położenia? Skądże znowu! Ich tajną bronią będzie nie kto inny jak Albrecht Einstein. I można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że fizyk ten będzie dysponować tym razem podwójną siłą rażenia. Trochę do powiedzenia ma też pewien niebieskoskóry stwór z innego wymiaru, który szczyci się posiadaniem czterech mózgów, ale nie uprzedzajmy faktów.

Dotychczas największą siłą „The Manhattan Projects” było dla mnie umiejętne wyważenie akcji, humoru i „naukowej” części fabuły. Czwarty tom zbiorczy pierwszy raz wyraźnie łamie te wyważone proporcje, dość jednoznacznie kładąc mocniejszy nacisk na pierwszy z wymienionych przeze mnie aspektów. Komiks nie traci przy tym charakterystycznego i przyjemnego humoru, lecz przez to najmniej miejsca otrzymuje ukazanie naukowców w tym, w czym są najlepsi. Jonathanowi Hickmanowi nie można odmówić rozmachu ani pomysłowości – kilkukrotnie podczas lektury udało mi się złapać na tym, że nie spodziewałem się pewnych wydarzeń. Mimo wszystko po zakończeniu komiksu nie potrafiłem otrząsnąć się z wrażenia, że wszystko działo się zbyt szybko i za intensywnie, trochę nie w klimacie poprzednich odsłon serii.

Żebyście jednak nie pomyśleli, że czwarty tom „The Manhattan Projects” to komiks słaby. Zdecydowanie tak nie uważam! Chociaż sposobem prowadzenia historii odbiega nieco od poprzednich odsłon cyklu, to wciąż mamy do czynienia z fabułą, która potrafi zainteresować i bez większych przeszkód łamie lub bawi się konwencją. Dorzucona do scenariusza, a dwukrotnie już przeze mnie wspomniana szczypta humoru sprawia, że czytelnik bardzo dobrze bawi się podczas lektury. Tempo jest solidne i brakuje na szczęście miejsc, w których fabuły dłuży się niemiłosiernie. Hickman nie zapomniał także jak pisać prowadzone przez siebie postacie. Udało się uniknąć scen, w których ktoś zachowuje się niezgodnie z tym, co dotychczas widzieliśmy na kartach poprzednich tomów. Plus za kolejne rozwinięcie postaci Jurija Gagarina, który powoli staje się jednym z dwóch moich ulubionych bohaterów tego cyklu. Generalnie, jak widać po tym akapicie, większy nacisk na akcję to jedyne, co różni ten tom „The Manhattan Projects” od poprzednich i jednocześnie jest to także jedyna wada, którą można komiksowi wytknąć.

Całość uzupełniana jest rysunkami Nick Pitarry, który jak zwykle oddał we władanie Ryanowi Browne’owi jeden zeszyt, którego akcja osadzona jest w umyśle Oppenheimera. Standardowo obaj spisali się bardzo dobrze, chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Pitarra z każdym kolejnym numerem spisuje się coraz lepiej. Jego kreska się wyostrzyła, zyskała na detalach, a jednocześnie wciąż nie pozbawiona jest specyficznego stylu, za który bardzo polubiłem tego artystę. Obaj artyści bardzo dobrze współpracują z Jordie Bellaire, która kolejny raz udowadnia, że nominacja do Eisnera nie jest przypadkowa. Także właśnie paleta barw użyta w całości cyklu „The Manhattan Projects” sprawiła, że komiks ten jest tak charakterystyczny i zapadający w pamięć. Dotyczy to także dziś opisywanego, czwartego tomu.

W tym akapicie powinienem napisać jedynie, że dodatków w czwartym tomie „The Manhattan Projects” nie ma żadnych. Te pewnie zarezerwowane są dla zapowiedzianego niedawno wydania deluxe HC. Wspomnę jednak tylko jak bardzo ich nie ma w tym komiksie. Mianowicie, tym razem zniknęły już nawet strony z prezentacją obsady komiksu, co uważam za zmianę na minus. Co prawda wątpię by ktoś sięgnął po tę serię zaczynając akurat od czwartego tomu, ale jednak brak tych dwóch stron jest odczuwalny.

The Manhattan Project: The Four Disciplines” jest komiksem nieco innym od poprzednich odsłon, lecz wciąż sprawia on tyle radości i frajdy podczas czytania, że nie mogę nie ocenić go wysoko. Tym razem będzie to solidna czwórka z plusem.

niedziela, 22 czerwca 2014

Okładka tygodnia #25

Tak bardzo nie chciało mi się dzisiaj zasiadać do pisania tego posta :) Niemniej jestem tu punktualnie i udało mi się wybrać trzy moim zdaniem najlepsze okładki z mijającego tygodnia. Niestety właściwie ani jedna z nich nie urywa żadnej części ciała, ale jako ciekawostkę już napiszę, że wszystkie łączy motyw zwierzęcy. Domyślacie się już o co może chodzić?
3. Drumhellar #6 (cover A - Rossmo) - od samego początku trwania tej serii podoba mi się jak Riley Rossmo zestawia kolory używane przy okładkach. Powiedzcie sami - na pierwszy rzut oka one zupełnie do siebie nie pasują. Jednakże jeśli przypomnimy sobie w jakim stylu prowadzona była warstwa graficzna w pierwszej historii, okazuje się że nie umiemy wyobrazić sobie innej palety barw, którą artysta mógł użyć. Kiczowatość tej okładki to zabieg celowy i, jak widać, zwrócił moją uwagę.
2. The Manhattan Projects #21 - to będzie chyba pierwszy raz, gdy wyróżniam okładkę serii Jonathana Hickmana w tej rubryce. Każdy numer bowiem ozdobiony jest coverem bardzo podobnym do poprzednich i opiera się na na dużym okręgu na środku i w zasadzie na niczym więcej. tym razem jednak dorzucono do tego standardowego zestawu postać Łajki, która zapowiada jeden z najbardziej zakręconych numerów serii i podobnie jak w przypadku poprzedniej okładki, tak i ta przykuła moją uwagę bardzo mocno. A przecież o to w tym wszystkim chodzi.
1. Mice Templar IV: Legend #11 (cover B - Santos & Free) - jak całkiem niedawno się dowiedzieliśmy, jest to jedna z najsłabiej sprzedających się serii z oferty Image. Mimo wszystko każdy kolejny numer posiada przynajmniej jedną okładkę, która do mnie przemawia na tyle, że umieszczam ją w tym zestawieniu. Powód jest bardzo prosty - one po prostu sprawiają, że na mojej twarzy gości uśmiech. Tak było i w tym przypadku, ponieważ widząc tak groźnie wyglądającą ekipę... mysich wojowników po prostu nie potrafiłem się nie zaśmiać. Wiem że pewnie nie taki był zamysł twórców, ale za efekty przyznaję okładce pierwsze miejsce w dzisiejszym tygodniu.

piątek, 20 czerwca 2014

Pomysły pilnie poszukiwane! :)

Jak już pewnie zauważyliście, ostatnio mam spore problemy z wymyślaniem tematów do kolejnych odsłon rubryki "Top 5". Nie chciałbym, aby cykl ten odszedł w niepamięć, dlatego postanowiłem zwrócić się do Was drodzy czytelnicy.

Jeśli więc macie jakiś ciekawy pomysł, luźną myśl lub cokolwiek co sprawi, że uda się wyprodukować nowe odsłony "Top 5". Piszcie komentarze, ślijcie maile, spamujcie na Facebooku - wszystkie pomysły z pewnością zostaną rozpatrzone :)

Eksploracja kosmosu z Michaelem Moreci

Edouard Roche wielkim astronomem był. Jednym z efektów jego wytężonej pracy była między innymi granica Roche'a, którą Wikipedia opisuje tak: "Termin astrofizyczny, oznaczający w układzie dwóch ciał o znacznej różnicy mas promień sfery wokół cięższego ciała, wewnątrz której ciało o mniejszej masie rozpada się pod wpływem sił pływowych. Granica Roche wynosi 2 do 3 promieni ciała o dużej masie, promień nie jest jednoznacznie określony dla danego ciała centralnego, zależy też od właściwości satelity".

Proste, prawda? :) Niedługo termin ten może stać się znacznie bardziej popularny wśród czytelników komiksów z Image, ponieważ Michael Moreci oparł na nim fabułę swojego najnowszego komiksu.
"Roche Limit", bo o tym komiksie wspomniałem, opowiadać ma historię podboju obcej planety przez ludzi. Wskutek działania tajemniczych i mrocznych sił, grupa odkrywców i innowatorów która podjęła się tego zadania z czasem zmienia się w bandę złoczyńców i typów spod ciemnej gwiazdy. Czy grupie uda się wyjść cało z nadchodzącego starcia z siłami, które ich ze sobą skłóciły i to w momencie, gdy sami nie potrafią się ze sobą dogadać?

Dla Michaela Moreciego jest to największe wyzwanie w dotychczasowej komiksowej karierze. "Roche Limit" planowana jest jako trylogia, której każda odsłona ma liczyć po pięć numerów. Dodatkowo każda z części historii prezentować ma innych bohaterów i osobny fragment kolonii zdobywców obcej planety. Seria skupiać ma się na człowieczeństwie - jego wadach i zaletach, a także na ewolucji. Scenarzysta chce pokazać reakcję na zagrożenia dotąd nieznane i dostosowanie się do warunków, które niekoniecznie są dobre dla ludzkiego organizmu. Oczywiście cały czas w tle czaić się będzie tajemnicza anomalia, która wpływa na zachowanie ludzi.

Scenarzysta odpiera zarzut dotyczący pozornych podobieństw jego serii do publikowanego także przez Image "Black Science". Moreci zaznacza, że tytuł pisany przez Ricka Remendera oparty jest na akcji, a "Roche Limit" będzie komiksem znacznie bardziej egzystencjalnym, czymś pokroju prozy Stanisława Lema w wersji komiksowej. Moreci powiedział także, że od kiedy tylko zajął się pisaniem scenariuszy do komiksu, szukał okazji do opublikowania tej historii. Zajęło mu to kilka lat.

Granica Roche'a zajmować będzie bardzo ważne miejsce w fabule, w końcu od tego terminu narodził się pomysł na serię. Scenarzysta nie będzie używać zbyt mocno naukowego języka w "Roche Limit", by nie odstraszyć czytelników. Jednocześnie zapewnia on, że skrypt powstaje z uszanowaniem naukowego dorobku francuskiego naukowca.

Głównymi bohaterami pierwszej części trylogii "Roche Limit" będą postacie o imionach Alex, Sonja oraz Watkins. Każde z nich ma swoje tajemnice, które będziemy odkrywać wraz z kolejnymi numerami komiksu.

Świetny wynik nowej serii duetu Gillen/McKelvie = impreza

Kilka dni temu Warren Ellis ujawnił informację o tym, że pierwszy numer "Trees" sprzedał się w ilości 44 tysięcy kopii, a już dowiadujemy się o kolejnym świetnym rezultacie komiksu z logo Image na okładce. jest nim oczywiście "The Wicked and the Divine #1", którego wszystkie warianty okładkowe zebrały łącznie 53 tysiące zamówień. Biorąc pod uwagę fakt, że za kilka dni swoją premierę zaliczy jeszcze "Outcast" Kirkmana i Azateci, można już prorokować kolejny świetny miesiąc dla Image, przynajmniej ze względu na poziom sprzedaży.

Twórcy zaprezentowali variant cover do numeru drugiego, który okazuje się być ich portretem wykonanym przez Chipa Zdarsky'ego - rysownika "Sex Criminals".
Opublikowanie pierwszego numeru nowej serii duetu Gillen/McKelvie stało się pretekstem do urządzenia imprezy, z której zdjęcia możecie obejrzeć tutaj.

Wyciekła pierwsza zapowiedź na październik

Parę dni po opublikowaniu oficjalnych zapowiedzi na wrzesień, poznaliśmy tytuł pierwszego komiksu, który zadebiutuje w ofercie Image Comics w październiku. Będzie to "Goners" autorstwa Jacoba Sehmana (scenariusz) oraz Jorge Corony (rysunki). Ten pierwszy znany jest z pracy przy serialu animowanym "Ultimate Spider-Man". Poniżej znajdziecie okładkę oraz dość długą zapowiedź.
A world famous family of paranormal detectives are systematically hunted by the very horrors they investigate.

It’s The Goonies meets Hellboy, as the Latimer Family–a centuries old familial line of paranormal hunters–find themselves at the bottom of the supernatural food chain. Endlessly pursued and with faces as famous as Mount Rushmore, Goners brings non-stop action and horror. An adventure film feel with the guts of a Hershel Gordon Lewis flick, Goners is not your typical horror title, but the story of a clan trying to ultimately find a place to call “home.”

A world just left-of-center to our own, the appeal of Latimer is how grounded it is. In an age where we Follow, Like, Tweet, Instagram, and reality program every waking moment of celebutante’s lives — the Latimers are no different. Blending the idea of a famous family, hunted to the ends of the earth for crimes unknown, and the children left behind to piece together the sins of the father… all while caught by the endless speculation of a 24-hour news cycle; An easy to understand format for all, from teens-twenties-and-other.

A brother and sister, pursued by monsters… must solve the murder of their parents.

THE PITCH: A world, where the mythical co-exist with humanity, offers an alternative history where wars, civil rights, and scientific innovation are shown through a warped supernatural mirror. From the colonization of Roanoke to the fall of the Berlin Wall, the Latimer Family through the centuries have been the famous first line of defense against all that go bump in the night. The modern day progenitor, Raleigh Latimer and wife, Evelyn Latimer have turned the family tradition into a profitable brand. Selling life rights and starring in their own reality show, the Latimers have found a way to fund their endeavors against those that would try to overthrow humanity. But on a routine case, Raleigh and Evelyn are murdered on live television, while their children, Josiah and Zoe, are left helpless to watch. With a widening power vacuum, devils and opportunists alike, hunt the ill-prepared child detectives for a sound byte or simply… a chomp.

czwartek, 19 czerwca 2014

Podsumowanie list sprzedaży z maja

Trochę się naczekałem, ale w końcu opublikowano oficjalne wyniki sprzedaży komiksów za maj 2014 roku. Serwis ICv2 tym razem zaszalał i rozszerzył listę dotyczącą zeszytów do 400 pozycji, dzięki czemu dzisiejsza odsłona podsumowania zostanie rozbudowana o pewną ciekawostkę, lecz nie daję gwarancji że będę robić tak każdego miesiąca. O co mi chodzi? Czytajcie dalej.
Zeszyty, maj 2014:
1. Original Sin #1 (Marvel Comics) - 147 045 kopii
(...)
8. The Walking Dead #127 - 71 352
21. Saga #19 - 55 422
54. MPH #1 - 35 632
70 Trees #1 - 31 926
83. East of West #12 - 27 056
91. Southern Bastards #2 - 25 811
106. Nailbiter #1 - 22 746
116. C.O.W.L. #1 - 20 851
120 Velvet #5 - 20 258
124. Starlight #3 - 19 891

Wyniki te można podsumować krótkim "początki rządzą". Wśród dziesięciu najlepiej sprzedających się komiksów Image znajdują się cztery premiery, po jednym drugim i trzecim numerze, a "The Walking Dead" oraz "Saga" rozpoczynały nowe story-arci i zaliczyły wzrosty. W gronie tym stabilnością imponuje tylko kolejny numer serii Jonathana Hickmana, tym razem z 4% spadkiem. I znów ciekawi mnie jak na wyniki sprzedaży "Starlighta" reaguje Mark Millar, ponieważ tytuł ten zalicza gorsze wyniki nie tylko od publikowanego raz na pół roku "Jupiter's Legacy", ale także w tym miesiącu musiał uznać wyższość "MPH", a przecież to przygody podstarzałego bohatera miały być najsilniejszą pozycją Millarworldu.
Wydania zbiorcze, maj 2014:
1. Batman vol. 4: Zero Year - Secret City HC (DC Comics) - 7 772 kopii
(...)
3. Black Science vol. 1: How to Fall Forever - 7 540
6. Manifest Destiny vol. 1 - 5 434
8. Saga vol. 3 - 5 258
9. The Manhattan Projects vol. 4: Four Disciplines - 4 930
11. Saga vol. 1 - 4 433
15. Sex Criminals vol. 1 - 3 851
17. Saga vol. 2 - 3 428
20. The Walking Dead vol. 1: Days Gone Bye - 2 955
30. The Walking Dead vol. 20: All Out War part 1 - 2 306
37. Umbral vol. 1: Out of the Shadows - 2 306

W wydaniach zbiorczych niemal połowę miejsc w czołowej dziesiątce zajęły nowości, a pozostałe sześć pozycji to największe hity wydawnictwa. Kolejny miesiąc z rzędu "Saga" zdecydowanie wyprzedza największy hit autorstwa Roberta Kirkmana, który tym razem zdołał zamieścić tylko dwie odsłony "Trupów" w dziesiątce. Także i w tym zestawieniu Jonathan Hickman może pochwalić się stabilnością, ponieważ "The Manhattan Projects vol. 4" sprzedało się podobnie jak poprzednie tomy, wbijając się do czołówki wydań zbiorczych Image.
Dziesięć najsłabiej sprzedających się komiksów Image, maj 2014:
384. Mice Templar IV Legend #10 - 2 146
380. Elephantmen #57 - 2 219
379. Skullkickers #27 - 2 257
373. A Voice in the Dark #7 - 2 472
357. Minimum Wage #5 - 2 878
352. Think Tank: Fun with PTSD #1 - 3 009
351. Krampus #5 - 3 050
332. Artifacts #37 - 3 717
324. Apocalypse Al #4 - 3 866
323. Tales from the Con: Year One #1 -3 871

To jest właśnie dodatek, o którym wspomniałem na początku posta. Oczywiście wyżej wymieniona dziesiątka to tytuły, które załapały się do czołowej 400 rankingu. Nie daję głowy za to, że jakiś tytuł Image sprzedaje się jeszcze gorzej, ponieważ po prostu nie mam gdzie to sprawdzić. Ranking ten pomija wszelakie dodruki oraz tytuły, które na listę łapią się drugi miesiąc z rzędu (wtedy musiałbym dorzucić na 340 miejscu "Southern Bastards #1"). Nie sugeruję także, że serie które znalazły się w powyższej dziesiątce wkrótce zostaną przedwcześnie zakończone. Aczkolwiek, fani Artefaktów z Top Cow powinni mieć się na baczności.

Na sam koniec dodam jeszcze, że Image wywalczyło 9,96% udziału w sprzedanych komiksach oraz 8,86% udziału w zyskach. Naturalnie dało to wydawnictwu niezagrożoną trzecią pozycję.

Zapowiedzi Image na wrzesień 2014

Dwa dni temu opublikowano oficjalne zapowiedzi Image Comics na tegoroczny wrzesień. Po cichu liczyłem na to, że ponownie nie będę mógł narzekać na nadmiar tytułów do kupienia, co związane jest z gorącym wrześniem na polskim rynku. Niestety tak się nie stało i już powoli mogę szykować się na sprzedaż nerki. Dlaczego? Sprawdźcie sami.
Powyżej widzicie okładkę "Roche Limit", które wydaje się być najciekawszą zapowiedzią Image na wrzesień. Nowa seria Michaela Moreciego planowana jest na trylogię będącą mieszanką sci-fi oraz noir. Jak dla mnie brzmi to nawet nieźle. Oprócz tego tytułu wydawnictwo rozpocznie publikację jeszcze pięciu nowych tytułów, a do oferty powrócą z nowymi story-arcami takie tytuły jak "Lazarus", "Rocket Girl" czy "Deadly Class". Dość mocno w oczy rzuca się potwierdzenie wcześniejszych plotek mówiących o stopniowym odchodzeniu od komiksów kosztujących 2,99$, gdyż wśród sześciu wrześniowych nowości jest tylko jeden komiks z taką ceną okładkową.
W przeciwieństwie do zapowiedzi na sierpień, wrzesień obfitować będzie w wydania zbiorcze. Tych ma być aż siedemnaście, a wśród nich znajdą się między innymi takie hity jak ostatni tom "Fatale" czy premierowe odsłony "Southern Bastards" czy "The Mercenary Sea". Te dwa zbiory plus "EGO's vol. 1" opublikowane zostaną w promocyjnej cenie 10 dolarów za sztukę.

Wrzesień przyniesie mojemu portfelowi chwile cierpienia. Z dziś zaprezentowanych zapowiedzi na pewno kupię "Lazarus #11", "Protectors Inc. #9", "Umbral #9", "Great Pacific vol. 3" oraz "Southern Bastards vol. 1", a nie można zapominać o tym, że w tym samym miesiącu Taurus Media wyda "Żywe Trupy vol. 21", a Mucha - "Saga vol. 1" oraz "Chew vol. 1".

wtorek, 17 czerwca 2014

"Wróciłem do tego, co kocham najmocniej" - Mike Henderson specjalnie dla Image Comics Journal

Wreszcie udało mi się doczekać dnia, w który kolejny twórca komiksów z Image odpowie na nadesłane pytania. Dziś na blogu pojawia się wywiad z twórcą, którego aktualna praca dla wydawnictwa szczególnie do gustu mi nie przypadła, lecz trudno nie zauważyć, że powstało wokół niej sporo szumu. Tym człowiekiem jest debiutujący w Image Comics rysownik - Mike Henderson.
Mike Henderson - artysta dotąd najmocniej kojarzony z serią "Masks and Mobsters" współtworzoną wraz z Joshuą Williamsonem, a publikowaną przez Monkeybrain Comics. Oprócz tego rysownik ten pojawił się kilkukrotnie wśród twórców komiksów z IDW. Tam na swoim koncie umieścił zilustrowanie trzech zeszytów mikro-serii z bohaterami znanymi ze świata Żółwi Ninja, a także variant covery do serii "Ghostbusters". W Image od niedawna. Henderson pracuje jako artysta serii "Nailbiter", przy której ponownie połączył siły z Williamsonem.
Image Comics Journal: Kiedy zdecydowałeś się zostać artystą komiksowym?
Mike Henderson: jako młody chłopak zdawałem do szkoły Joe Kuberta, więc w zasadzie od zawsze chciałem być artystą komiksowym. Co prawda po jej ukończeniu nie zawsze pracowałem w zawodzie, lecz ostatecznie zatoczyłem pełne koło i wróciłem do tego, co kocham najmocniej – a więc do rysowania komiksów.

„Nailbiter” to Twój kolejny, po „Masks and Mobsters”, wspólny projekt z Joshuą Williamsonem. Jak rozpoczęła się Wasza współpraca?
To dość ciekawa historia, ponieważ ani ja, ani Josh... jej nie pamiętamy. Serio, to stało się tak dawno temu, że nie do końca wiemy jak to się stało. Prawdopodobnie pierwszy raz nawiązaliśmy kontakt przez Twittera lub też przedstawił nas sobie edytor Rob Levin. Naprawdę nie potrafię lepiej odpowiedzieć na to pytanie.

Co pomyślałeś gdy przeczytałeś scenariusz do pierwszego numeru serii „Nailbiter”?
Moja przygoda z tym tytułem zaczęła się dużo wcześniej. Gdy zostałem rysownikiem tej serii, scenariusz pierwszego numeru nie był jeszcze gotowy, a gdy zacząłem tworzyć wygląd miasteczka Buckaroo i poszczególnych postaci, Josh nanosił kolejne zmiany na swój skrypt. Robił to ponownie, gdy powstawały już pierwsze stronice komiksu. Dopiero wtedy w pełni zrozumiałem jak bardzo jest to pokręcona i oryginalna historia.

Czy Joshua Williamson daje Ci dużo swobody przy tworzeniu poszczególnych plansz do serii „Nailbiter”?
Dotychczas nie miałem tak dużej swobody jak przy tworzeniu „Nailbiter” i nie wyobrażam sobie, bym mógł chcieć jeszcze więcej. Josh konsultuje się ze mną co do niemal każdym aspektu serii i często zmienia scenariusz pod to, co zasugeruję. Mogę Cię zapewnić, że każdy numer który się ukaże to efekt wymiany setek maili i sms-ów.

Okładka do pierwszego numeru Waszej wspólnej serii jest dość szokująca. Czy nie obawiasz się, że z powodu prezentowania nadmiernej ilości brutalności „Nailbiter” może nie spodobać się czytelnikom?
Tak, w „Nailbiter” jest sporo krwi i przemocy, lecz od samego początku taki był pomysł na serię. Okładka o której wspominasz była ryzykownym krokiem na który wspólnie się zdecydowaliśmy, zanim ogłosiliśmy plany na wydanie naszej serii. Gdy to zrobiliśmy i spotkaliśmy się z bardzo ciepłymi opiniami, aż głupio byłoby jednak z niej zrezygnować. Nie oznacza to jednak, że w samym komiksie robimy co chcemy. Nie ma tam czystego gore na każdej stronie. Liczymy jednak na inteligencję naszych czytelników – oni po prostu muszą wiedzieć, że sięgając po „Nailbiter” trzeba spodziewać się w środku brutalnych i krwawych scen. Jeśli z tego powodu czytelnik nie kupi naszego komiksu, uszanujemy taką decyzję. W przeciwieństwie do mięśni i kolorowych wdzianek z „wielkiej dwójki” komiksowy horror nie jest dla każdego.

„Nailbiter” to Twoja pierwsza praca dla Image Comics. Czy dostrzegasz jakąś wyraźną różnicę pomiędzy rysowaniem dla tego wydawnictwa niż dla innych?
Tak. Przede wszystkim różnice pojawiają się przy pracach edytorskich. Pracując dla Image jesteś w pełni odpowiedzialny za opowiadaną historię i poszczególnych jej bohaterów. Tworząc przygody Spider-Mana czy Batmana masz nad głową sztab ludzi, który wytknie Ci każde niedociągnięcie względem oczekiwanego efektu. W Image z kolei sam musisz uważać, by np. Twój bohater miał cały czas zbliżone cechy charakteru.

Czy wiadomo już jak długo będzie trwać „Nailbiter”?
To wciąż kwestia otwarta i zmienia się wraz z kształtem scenariusza, lecz wydaje mi się że „Nailbiter” zakończy się w okolicach 30 numeru.

Pierwsze numery rysowanej przez Ciebie serii ukazały się już jakiś czas temu. Czytasz pojawiające się o nich opinie?
Część z nich trafia do mnie głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych. Czytam niektóre, lecz nie przywiązuję do nich właściwie żadnego znaczenia. Owszem, to miłe gdy przeczytasz że komuś podobała się Twoja praca, lecz równie często trafiasz na opinię osoby, która wie lepiej od Ciebie co właściwie chciałeś przekazać, albo wręcz w ogóle nie zrozumiała co przeczytała. Dlatego gdy już czytam pojawiające się recenzje, to z reguły robię to na pełnym luzie.

Czy „Masks and Mobsters” to seria zakończona? Fani zdecydowanie domagają się kontynuacji.
Pewnie więc ucieszy ich wieść, że tytuł ten nie jest zakończony. Josh i ja cały czas zastanawiamy się nad tym jak go godnie zakończyć, lecz naturalnie prędko to nie nastąpi, ponieważ obaj jesteśmy w pełni zaangażowani przy pracy nad „Nailbiter”. Chcielibyśmy wrócić do tej serii prędzej niż później, lecz konkretnych terminów podać po prostu nie mogę.

W Twoim dorobku znaleźć można prace nad Żółwiami Ninja dla IDW. Czy jesteś fanem TMNT? Co sądzisz o nadchodzącej ekranizacji?
Jestem wielkim fanem Żółwi Ninja i jestem dumny z tego, że mogłem dorzucić chociaż małą cegiełkę do świata wykreowanego przez Kevina Eastmana. Jego zeszyty TMNT stanowiły lwią część mojej kolekcji komiksów. Nie ukrywam także, że nie jestem zbyt wielkim fanem Michaela Bay’a. po cichu liczę jednak, że nadchodzący film okaże się czymś więcej niż skokiem na kasę. Byłoby super, gdyby każde nadchodzące pokolenie dostawało przynajmniej jeden film z Żółwiami na dobrym poziomie.

Na Twoim blogu znaleźć można sporo ilustracji przedstawiających najpopularniejszych bohaterów komiksowych. Czy nad którąś z nich chciałbyś w przyszłości pracować? Jeśli tak to nad którą?
Nie jest wielką tajemnicą że zawsze chciałem narysować jakąś historię z Adamem Warlockiem lub bohaterami z Fourth World. Generalnie, praca nad czymkolwiek co oryginalnie stworzył Jack Kirby byłaby dla mnie niesamowitym przeżyciem.

Także na Twoim blogu znajduje się notka biograficzna w której wymieniasz czym się zajmujesz oraz podkreślasz że jesteś ateistą. Dlaczego uznałeś że jest to warte wspomnienia?
Gdy zakładałem bloga ktoś mnie o to zapytał. Nie uznałem tego za ważne, ale zdecydowałem się umieścić tę informację. Dziś wydaje mi się że warto to zmienić na „humanista” lub „antyteista”, chociaż z drugiej strony ten termin jest tak charakterystyczny dla Christophera Hitchensa (amerykański pisarz i publicysta, zaciekły wróg religii), że nie powinienem go sobie przywłaszczać.

niedziela, 15 czerwca 2014

Artifacts vol. 3 (Ron Marz/Jeremy Haun/Dale Keown)

Mniej więcej miesiąc temu zakończyłem recenzowanie cyklu „Witchblade: Redemption”, a dziś pojawi się ostatnia, przynajmniej na dłuższy czas opinia o komiksie spod szyldu Top Cow. Jak widać po powyższej okładce, dziś na tapetę wezmę trzeci tom „Artifacts”, który zmienił uniwersum tego studia na zawsze! Znaczy się... komiks ten ukazał się w lutym 2012 roku i wprowadzone w nim zmiany obowiązują do dziś. Patrząc na to co w swoich ventach wyczynia „wielka dwójka”, a zwłaszcza Marvel, te dwa lata obowiązywania istotnych zmian to całkiem spory kawał czasu, a jakoś nie zanosi się na to, by Top Cow powróciło do starego ładu i porządku.

Po pokonaniu Aphrodite IV Witchblade oraz The Darkness wyruszają za człowiekiem, który porwał ich córkę. Szybko okazuje się, że dziewczynka jest kluczem do zniszczenia świata... lub też jego ocalenia. Decyzję podjąć będą musieli właśnie Sara oraz Jackie. W międzyczasie reszta posiadaczy artefaktów chce uwolnić porwanych Magdalenę oraz Finna, a także powstrzymać przybocznych ich głównego przeciwnika. Naturalnie, wkrótce wszyscy znajdą się w jednym miejscu i o jednym czasie.

Artifacts vol. 3” początkowo miał być wielkim pożegnaniem Rona Marza z uniwersum Top Cow. Scenarzysta ten zakończył już przygodę z solowymi przygodami Sary Pezzini, natomiast dzisiaj opisywany cykl planowany był na trzynaście zeszytów i początkowo nikt nie przypuszczał, że jego ogromna popularność sprawi, że tytuł przerodzi się w regularny ongoing, zresztą publikowany do dziś. Marz nie od dziś uważany jest za głównego architekta tego świata, ponieważ to właśnie za jego warty wprowadzono mnóstwo wątków, które na długo ukształtowały wszystkie serie z uniwersum Top Cow, nawet „The Darkness”, a tytuł ten wówczas pisał Phil Hester. „Artifacts vol. 3” jawił się jako ukoronowanie większego planu, jaki twórca stopniowo wprowadzał w życie. Niestety, naprawdę ciężko jest mi napisać o komiksie tym inaczej, jak „nierówny”.

Pierwsze cztery zeszyty, które składają się na opisywany dziś tom, to niestety nic innego jak standardowa, eventowa robota. Po wydarzeniach z drugiego tomu scenarzysta rozstawia wszystkie pionki, by w końcu przystąpić do finałowej batalii. I słowo to jest jak najbardziej uzasadnione, ponieważ przez większość czasu widzimy jedynie kolejne potyczki pomiędzy poszczególnymi posiadaczami artefaktów. Paradoksalnie jednak, to właśnie sceny bez mordobicia sprawiły mi największy zawód. Konkretnie dwie z nich. Pierwsza to szybkie pozbycie się z łamów tytułu grupy Cyber Force. Już przy recenzji poprzedniego tomu cyklu narzekałem na to, że Marz nawet nie krył się z tym, iż nie lubi tej ekipy herosów. Teraz tylko to udowodnił, dając im dwie strony „czasu antenowego”, gdzie wcielili się w rolę ekipy sprzątającej, na co sobie zwyczajnie nie zasłużyli. To akurat miało miejsce już po scenie, która zawiodła mnie najbardziej. Była to scena seksu pomiędzy Sarą i panem Estacado, która w trzy strony zniszczyła w fatalnym stylu całą świetną relację pomiędzy detektyw Pezzini i Patrickiem Gleasonem. Nomen omen budowanej przez kilka lat przez tego samego Rona Marza, który spuścił to w kiblu robią z Witchblade idiotkę lecącą na jeden prosty tekst.

Gdy przebrniemy przez cztery zeszyty, które najzwyczajniej w świecie zawodzą, dostajemy rozdział trzynasty. Ten z kolei sprawił, że musiałem zbierać swoją szczękę z podłogi. To właśnie na jego łamach Witchblade oraz The Darkness muszą podjąć decyzję kto ma przetrwać: ich córka czy świat w którym żyją. Ronowi Marzowi udaje się tutaj raz za razem zaskakiwać, co robi dość prostym zabiegiem odwrócenia ról. Nie chcę pisać tu dokładnie o co chodzi, ale jeśli któreś z Was zdecyduje się sięgnąć po ten komiks, na pewno będzie wiedzieć co mam na myśli. W każdym bądź razie scenarzysta doprowadza do przewrócenia uniwersum Top Cow do góry nogami i to w sposób, który ma sens. Tu znowu odniosę się do Marvela i DC. Oba te wydawnictwa co moment produkują crossovery, które „zmieniają wszystko na zawsze”, a w rzeczywistości dzieje się tam niewiele. Ron Marz zagrał wielkim na nosie, tworząc crossover liczący trzynaście numerów, bez setek tie-inów, a którego konsekwencje poniosła cała linia wydawnicza. I na dodatek, nic tu nie jest wymuszone, a czytelnik zdziwić może się tylko tym, jak bardzo przemyślany był to krok. I za to należą się brawa twórcy „Artifacts vol. 3”.

Nie wiem czy był to celowy zabieg wydawnictwa, ale cztery pierwsze zeszyty zbioru (a więc te fabularnie słabsze) rysuje Jeremy Haun, a ostatni (czyli ten naprawdę udany) to dzieło Dale’a Keowna. Naturalnie jest to kwestia indywidualnego gustu każdego czytelnika, ale ja uważam że spośród wszystkich artystów udzielających się przy cyklu „Artifacts”, to właśnie ta dwójka spisała się zdecydowanie najlepiej. Chyba nie tylko ja tak uważam, bo dla Hauna po stworzeniu wspomnianych czterech zeszytów otworzyły się drzwi najpierw do dalszej współpracy z Top Cow, a później już do DC Comics, gdzie rezyduje do dziś. Dale Keown to z kolei artysta z dużym oraz uznanym dorobkiem i można nieco żałować, że otrzymał tylko jeden zeszyt do zilustrowania. Rysownik ten na pewno godnie zastąpiłby zaledwie średniego Broussarda znanego z pracy nad „Artifacts vol. 1”. Mogę śmiało napisać, że dzisiaj recenzowany komiks posiada zdecydowanie najlepszą warstwę graficzną z całej serii, a obaj artyści posiadają wyrazisty i przyjemny dla oka styl.

Jak zwykle nie mogę narzekać na ilość dodatków, które Top Cow upchało do komiksu. Zestaw ten otwiera wymienienie wszystkich rysowników, linkerów oraz ludzi odpowiedzialnych za kolory w tym cyklu, wraz z krótkimi notkami. Kolejne cztery strony to pokazanie całości planu Curatora – głównego złego serii. To właśnie tutaj doskonale widać, jak mocno rozbudowany był plan Rona Marza zarówno na tę serię, jak i inne tytuły spod szyldu Top Cow Universe. Następnie nasze oczy nacieszyć się mogą dwiema strona szkiców Dale’a Keowna, by już po chwili dowiedzieć się gdzie dokładnie debiutował każdy z trzynastu artefaktów, które są podporą świata wykreowanego przez Marca Silvestriego i udoskonalonego przez Rona Marza. Mało Wam? Pewnie ucieszy Was więc jeszcze licząca 23 strony galeria okładek, a jeśli wciąż Wam mało to „Artifacts vol. 3” zamyka pięciostronicowa historia, która znalazła się na początku każdego komiksu, który otwierał nowy rozdział w historii uniwersum Top Cow. Uff... naprawdę tego sporo, jest i co poczytać i na co popatrzeć. Jeśli chodzi o ilość dodatków, to z pewnością będę tęsknić za komiksami z tego studia.

Artifacts vol. 3” to komiks ważny i przełomowy, lecz wyraźnie zaszkodziło mu to, co złe w każdym crossoverze. Postaci w pewnym momencie było już tak dużo, że większość z nich po prostu straciła jakikolwiek charakter i ograniczyła się do prania po pysku każdego, kogo napotka na drodze. Mimo wszystko i tak historię zaprezentowaną w tym tomie stawiam ponad większość tego, co znam z Marvela czy DC. I właśnie za to oraz za stojącą na przyjemnie wysokim poziomie warstwę graficzną dam 3.5/6

Kolejny komiks od Image w ofercie Taurusa! Tylko jaki?

Na Facebookowym profilu wydawnictwa Taurus pojawiło się następujące pytanie:

"Jakie serie z Image są jeszcze na waszym celowniku? Jest szansa na coś z tego zestawu: Lazarus, Prophet, Revival, Jupiter's Legacy, Great Pacific, Morning Glories, Invincible, The Manhattan Projects?"

Wydawnictwo udzieliło takiej odpowiedzi:

"Jeden z wymienionych przez Pana tytułów, zostanie wydany w przyszłym roku :)"

Teraz możemy już tylko przypuszczać czym zaskoczy nas Taurus. Z tego grona na pewno odrzucić należy "Jupiter's Legacy" które w przyszłym roku raczej na pewno wciąż będzie się ukazywać. Cała reszta jest już jak najbardziej prawdopodobna, a przypomnieć trzeba, że już od jakiegoś czasu pojawiają się plotki o wydaniu kolejnej serii Roberta Kirkmana właśnie przez Taurusa. Czyżby więc jednak "Invincible"?

Na blogu na pewno pojawiać będą się nowe informacje w tej sprawie.

Okładka tygodnia #24

Dziś niedziela, a więc najwyższa pora na kolejną odsłonę "Okładki tygodnia". Spośród komiksów które ukazały się w minioną środę wybrałem trzy, których okładki przyciągnęły mój wzrok na dłużej. Tym razem także znajdzie się wśród nich jeden variant cover, lecz już bez takich szaleństw jak tydzień temu, gdy w zestawieniu znalazły się same okładki B.
3. Starlight #3 (cover A - Travis Charest) - artysta który stworzył tę okładkę już od dłuższego czasu nie pracuje dla wydawnictw komiksowych, chociaż znany jest głównie z niej. Swego czasu miał długi run przy pierwszej serii "WildC.A.T.S.", którą wówczas pisał Alan Moore. Już wtedy bardzo lubiłem jego prace i widzę, że nic się nie zmieniło. Charest nadal potrafi stworzyć dzieła, które z powodzeniem mogłyby służyć jako plakaty filmowe, ma realistyczny styl i zachowuje idealne proporcje. Dlatego tak mocno wyróżniał się na plus 15 lat temu w Image.
2. Manifest Destiny #7 (cover B - Marc Silvestri) - neutralne, białe tło może na to nie wskazywać, ale okładka ta aż roi się od szczegółów i detali, a także widać po niej wyraźnie, że Silvestrii nie poszedł po najmniejszej linii oporu, jak nieraz często mu się zdarza. W zasadzie nic oryginalnego na coverze tym nie ma, ale rysunek daje nam niepowtarzalną możliwość podziwiania kunsztu tego zasłużonego twórcy. Cover A komiksu nie umywa się do tej okładki.
Wildfire #1 (cover A - Linda Sejic) - pierwsze miejsce za świetny pomysł. Seria opowiadać ma o eksperymencie botanicznym, który wymknął się spod kontroli i świat stanął na krawędzi upadku. Okładka pokazuje nam same fiolki laboratoryjne, lecz nietrudno się domyśleć, że na drugim planie tak naprawdę widzimy miasto i jego wieżowce. Linda Sejic coraz częściej udowadnia, że pomiędzy nią a jej mężem można spokojnie postawić znak równości, jeśli chodzi o tworzenie komiksowych coverów.

sobota, 14 czerwca 2014

"Rat Queens" w drodze na mały ekran

Za pośrednictwem blogowego fanpage'u na Facebooku otrzymałem link do bardzo interesującej informacji. Wygląda na to, że aż dwa tytuły pisane przez Kurtisa J. Wiebe zmierzają na mały ekran. O ile o adaptacji "Peter Panzerfaust" mówi się już od jakiegoś czasu, o tyle temat "Rat Queens" wypłynął po raz pierwszy. Ale za to od razu z dużą ilością konkretów.
Z tego co wiemy, "Rat Queens" ma zostać przeniesione na mały ekran pod postacią serialu animowanego. Za całość odpowiadać mają połączone siły firm Pukeko Pictures (które na swoim koncie mają pracę między innymi nad trylogiami "Władcy Pierścieni" oraz "Hobbit") oraz Heavy Metal.

Plan zakłada, że każdy odcinek trwać będzie 30 minut. W produkcję mocno zamieszani będą Martin Baynton oraz Adam Fratto ze strony Pukeko, a także Jeff Krelitz, David Boxenbaum i Rob Prior, którzy na co dzień pracują dla Heavy Metal.

Jeff Krelitz powiedział, że "Rat Queens" to doskonała historia zwłaszcza dla fangirls i jest to grupa docelowa, w którą dotąd nie celowała niemal żadna seria komiksowa. Serial animowany na jej podstawie nie tylko powinien znaleźć swoje miejsce w telewizji, ale także jest tam po prostu potrzebny.

Na efekty pracy obu wymienionych firm przyjdzie nam jeszcze nieco poczekać, ale na pewno będę na bieżąco informować o tym projekcie.

Za podesłanie informacji dziękuję Piotrowi Michałowskiemu.

piątek, 13 czerwca 2014

Nie tylko komiks #4

Na samym początku chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że oglądanie animacji od dobrych kilku lat mnie męczy. Przez ten czas pojawił się jeden drobny wyjątek pod postacią "Transformers Prime", chociaż i ten serial musiałem oglądać z przerwami, ponieważ na dłuższą metę też nie byłem aż tak nim zachwycony, by pochłaniać odcinek za odcinkiem. Nie zdziwi więc Was zapewne, że "Firebreather" też mi się nie spodobał. W poniższym tekście postaram się jednak to jakoś uargumentować, żebym nie wyszedł na marudę dla zasady.
Na początek wspomnę może, że „Firebreather” to czteroczęściowa komiksowa miniseria, której w 2003 roku autorami zostali Phil Hester oraz Andy Kuhn. Osiągnęła ona na tyle duży sukces, że doczekała się kontynuacji, a także animowanego filmu wyprodukowanego przez Cartoon Network. Fabuła komiksu nie była zbyt odkrywcza i podejrzewam, że swoją popularność zawdzięcza faktowi, że Hester całkiem oficjalnie mówił iż historia oryginalnie miała być miniserią z cyklu „Young Avengers” wydaną przez Marvela, a główny bohater komiksu miał okazać się synem Fin Fang Fooma. Serio, taki był zamiar :P

Po dość pokaźnych korektach scenariusza, „Firebreather” został dostosowany do publikacji w Image, następnie dostrzeżony przez szefostwo największej obecnie stacji telewizyjnej dla młodego odbiorcy i końcu sfilmowany pod postacią trwającej 66 minut animacji. Zapewne pomyślicie że to mało. I macie cholerną rację, bo w swojej poszatkowanej do granic rozsądku formie, animacja prezentuje się w najlepszym przypadku mizernie.

Już na początku seansu poznajemy Duncana, który rozpoczyna naukę w nowej szkole. Świat w którym przyszło mu żyć nie jest bezpieczny, ponieważ parę lat temu zaatakowały go stwory o nazwie Kaiju. Chłopak skrywa pewien sekret – jego ojciec jest przywódcą tej rasy stworzeń i chociaż Duncan wygląda jak człowiek, to jednak uaktywniają się w nim moce Kaiju, co martwi opiekującą się nim matkę oraz śledzące go wojsko. Naturalnie już pierwszego dnia bohater poznaje parę dziwaków z którymi się zaprzyjaźnia, wdaje się w bójkę z klasowym osiłkiem i zakochuje się w pewnej blond niewieście. Na domiar złego, parę dni później Kaiju powracają na czele z jego ojcem i właśnie wtedy Duncan musi zdecydować, do której rasy chce należeć.
Mój podstawowy zarzut wobec animacji „Firebreather” to krótki czas jej trwania. Co prawda przez całość seansu akcja gna przed siebie praktycznie bez chwili wytchnienia, lecz z drugiej strony skutkuje to zaledwie liźnięciem niemal każdego rozpoczętego wątku. Ponadto przeszkadzać może szalenie stereotypowe podejście do tematu. Główny bohater to odrzutek, jego najlepsi przyjaciele są zakręconymi nerdami, a dziewczyna do której wzdycha spotyka się z klasowym osiłkiem i jest z nim nieszczęśliwa. Ponadto jest słodziutka, głupiutka i nieustannie pcha się w sam środek kłopotów. Klisza na kliszy. Praktycznie przez cały seans widz nie jest zaskakiwany w zasadzie niczym, może tylko tym iż twórcy animacji najprawdopodobniej naprawdę sądzili, że użycie całego arsenału oklepanych schematów przyniesie sukces.

To co ewentualnie może zainteresować widza zostaje niewyjaśnione. Skąd się wzięły Kaiju? Nie wiadomo. Jaki mają cel? Nie wiemy. Jak matka Duncana zaszła w ciążę z dwudziestometrową i kilkutonową Godzillą? Aż strach pomyśleć. W zamian dostajemy nieco teen dramy, trochę fantastyki, trochę bijatyk oraz szczyptę humoru i wszystko w proporcjach przystosowanych do krótkiego seansu. Nie od dziś wiadomo bowiem, że krótki czas trwania „Firebreather” nie był przypadkowy. Stacja Cartoon Network wyprodukowała film takiej długości, by wraz z reklamami zmieścił się on w dziewięćdziesięciu minutach.

Generalnie cały seans widać, że film ten jest produkcją telewizyjną ze stosunkowo niewielkim budżetem. Świat przedstawiony w „Firebreather” razi prostotą i brakami detali. Większość scen pozbawiona jest jakiejś sporej ilości szczegółów, co sprawia iż widz sądzi że twórcy nie napracowali się zbyt wiele. Gdy fabuła wymaga pokazania większej ilości detali, dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze jest wieczór i wszystko jest mocno zaciemnione. Właściwie tylko jedna duża scena batalistyczna dzieje się za dnia, lecz przeniesiono ją w góry, więc trudno oczekiwać na drugim planie animacji czegokolwiek innego niż sterty kamieni.

Czy widzę jakikolwiek plus „Firebreather”? Nie, nie potrafię przypomnieć sobie właściwie żadnej rzeczy, na którą nie mógłbym ponarzekać. Film animowany jest krótki, nie ma czasu na właściwie pokazanie fabuły, obfituje w płytkie postacie i wreszcie jest kiepsko animowany. Co prawda już dawno nie jestem w grupie docelowej tej produkcji, lecz patrząc na to co udało mi się odnaleźć w Internecie, „Firebreather” nie zdobył wielkiego uznania... no, w sumie nigdzie. I ja się z tą opinią w pełni zgadzam.

Jak zwykle na sam koniec to Wam zostawiam rzecz, którą opiszę następnym razem. Do wyboru macie: grę komputerową „The Darkness”, filmową odsłonę „Spawna” z 1997 roku oraz serial animowany „Witchblade Anime”.